Archiwa tagu: Zbigniew Boniek

Od ogórka do potęgi? W trzy lata do sukcesu polskiej piłki!

z20967277Q,Radosc-polskiej-druzyny-po-golu-strzelonym-Rumunii

Trzy lata – czy to krótko czy długo? Oczywiście, wszystko, jak zwykle zresztą, zależy od naszych oczekiwań i podejścia do sprawy. W sytuacjach czysto życiowych trzyletni okres to szmat czasu, podczas którego wszystko potrafi diametralnie się zmienić. W sporcie wcale nie jest inaczej. A wręcz przeciwnie. Czas jest bardzo ważnym czynnikiem w życiu każdego sportowca. W dużej mierze to właśnie on decyduje o sukcesach i porażkach. Nierzadko jest tym jedynym faktorem, który dzieli i rozdaje, a co za tym idzie potrafi napełnić nadzieją lub bez skrupułów z niej obedrzeć.
Jak się okazało, dla nas Polaków, czas ten, wbrew pozorom, okazał się bardzo krótki i łaskawy. Trzy ostatnie lata, jeśli można tak powiedzieć, przeleciały jak z bicza strzelił, dostarczając nam mnóstwa wspaniałych emocji i dając nadzieję na więcej…

Chyba wszyscy doskonale pamiętają lata łez i upokorzeń, których przez wiele ostatnich lat przysparzali nam nasi piłkarze. Zarówno Reprezentacja Polski jak i kluby nie rozpieszczały nas poziomem swojej gry, o sukcesach nie wspominając. W czasach kiedy kibice z różnych zakątków świata, szczególnie ci ze Starego Kontynentu, mogli zachwycać się sukcesami swoich drużyn czy to na arenie międzynarodowej, czy w europejskich pucharach, u nas wciąż przypominano o pojedynczych, wątpliwej konkurencyjności z dokonaniami rywali, wyczynami Polaków. Tak, chodzi o ten Widzew w LM, Wisłę z Schalke i Parmą czy Lecha z Manchesterem City albo Polskę pod batutą Benhakkera. Na prawdę, nie ma (i nie było) się czym chwalić. Ale wiadomo, przez te wszystkie lata upokorzeń, jakoś trzeba było sobie osłodzić życie.
Poza wspominaniem ciągle ‚legendarnych’ już pojedynków, kibicom pozostało marzyć o lepszym jutrze. Przecież jesteśmy narodem walczącym i niezwyciężonym. Tak łatwo się nie poddajemy a na pewno nie robią tego kibice. Oni nie. Nawet kiedy na murawie zawodzili piłkarze, fani wciąż wierzyli w swoich idoli. Było warto! Chyba nadszedł właśnie ten moment by uznać, iż (fanfary!) polska piłka wkroczyła na dużo, dużo wyższy poziom. Przestaliśmy być ogórkami! Futbol w Polsce się reaktywował! W trzy lata – bo mniej więcej tyle, odkąd trenerem kadry został Adam Nawałka, zajęło naszej Reprezentacji przeobrażenie się z drużyny piłkarsko upośledzonej i bitej przez każdego w prawdziwy dream team, którego boją się najlepsze reprezentacje świata.
Tak jest. Bez zbędnych ceregieli trzeba otwarcie powiedzieć, że stoimy dziś w miejscu, o którym jeszcze trzy lata temu mogliśmy jedynie pomarzyć a na stojących w nim piłkarzy, patrzeć z zazdrością. Dziś, kiedy takie reprezentacje jak Argentyna, Holandia czy Czechy przechodzą kryzys, Polacy grają jak z nut. W oficjalnych pojedynkach o punkty od wielu spotkań nie potrafią znaleźć pogromcy, mimo, że na swojej drodze stawali na przeciwko Mistrzów Świata czy późniejszych Mistrzów Europy. Nasi piłkarze coraz częściej decydują o jakości najlepszych klubów Europy, swoją postawą zachwycając ekspertów i zaskarbiając sobie sympatię kibiców. Wśród rywali budzą niesamowity respekt i zazdrość co nie rzadko widać w relacjach boiskowych i w tunelu prowadzącym na murawę. Polska stoi dziś w jednym szeregu obok takich ekip jak Niemcy czy Anglia co najlepiej świadczy o poprawie stanu polskiego futbolu. A nie można nam przecież zapomnieć o ogromnym sukcesie Legii Warszawa, która spełniła marzenia większości kibiców i dokonała, wydawać by się kiedyś mogło, rzeczy niemożliwej – a takim właśnie określa się jej awans do upragnionej Ligi Mistrzów, gdzie zremisowała nawet z Realem Madryt, strzelając mu aż trzy bramki.

To wszystko nie jest przypadkiem. To dorodne owoce pracy.
-Pracy piłkarzy – zapieprzania w klubach by wywalczyć sobie miejsce w składzie, rywalizując z podobnej klasy zawodnikiem zza granicy – kiedyś nie do pomyślenia by Polak takową rywalizację wygrał.
-Pracy trenera, Adama Nawałki – człowieka, który dokonał cudu! Jak on to zrobił?
-Zbigniewa Bońka – Bez wątpienia, gdyby nie było Zibiego na stanowisku prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, nie byłoby tego sukcesu. Być może nie byłoby wtedy też Nawałki i tylu klasowych piłkarzy w tak dobrych klubach.

Trzy główne ogniwa, które w trzy lata diametralnie zmieniły obraz polskiej piłki. Z nędzy do pieniędzy, można by rzec bo historia naszego futbolu przypomina niejako piękną bajkę o kopciuszku…
I co najlepsze, odnosząc się do głośnego filmu kanału Łączy nas Piłka o naszej drużynie narodowej, wygląda na to, że: To dopiero początek!
Nasza drużyna wciąż się rozwija. Wygląda na to, że wciąż ma w sobie ogromne pokłady chęci, ambicji i możliwości. Bez wątpienia, do Mistrzostw Świata w Rosji naszym zawodnikom na pewno nie zabraknie zaangażowania a kto wie, może te trzy lata to nie wszystko, może śpiewane przez kibiców nieco życzeniowo i fantazyjnie jak co roku po nieudanych dla nas turniejach: „Już za cztery lata Polska będzie Mistrzem Świata!”, przeistoczy się w rzeczywistość? Czy po ostatnich dniach, miesiącach, latach ktoś jest w stanie z czystym sumieniem uznać to za marzenia ściętej głowy?

Świetnie opakowany spektakl z fatalną obsadą i buraczaną publiką!

635978083851590664

Chyba pierwszy raz w historii rodzimej piłki, Puchar Polski osiągnął rangę, jaką jego zagraniczne odpowiedniki mogą poszczycić się już od wielu lat. To zasługa przede wszystkim Zbigniewa Bońka, który z powodzeniem podnosi poziom polskiego futbolu na różnych jego odnogach, od piłkarskich akademii, przez rozgrywki seniorów, aż po Reprezentację Polski. Teraz w sposób iście królewski opakował kolejne sportowe wydarzenie, drugie, po Mistrzostwie Polski trofeum, któremu do tej pory brakowało wiele by w jakiś szczególny sposób mógł budzić większe zainteresowanie u piłkarzy i kibiców. Do teraz, choć poziom organizacji, pomysłu na to wydarzenie i blichtru w okół niego to jedno, a drugie to ludzie, którzy wywalczyli sobie prawo do uczestnictwa w tym wielkim piłkarskim święcie, przy czym nie do końca zaznajomili się wcześniej z regulaminem imprezy…

W ogóle, finał PP w tym roku mógł nieco przypominać spektakl w teatrze, na który tabunami wybierają się szkoły. Niby miejsce i okazja zobowiązują do pewnych zachowań albo i ich zaniechania a jednak, słoma z butów oraz brak wychowania wychodzi.
Wielkie widowisko na jednym z najpiękniejszych stadionów świata, sędziowane przez najlepszego polskiego arbitra, z udziałem przynajmniej czysto teoretycznie dwóch najlepszych polskich klubów ostatnich lat, przy akompaniamencie dwóch czołowych grup kibicowskich w kraju, w towarzystwie Prezydenta RP oraz wielu innych ważnych osobistości polskiej sceny politycznej i sportowej. Cego chcieć więcej, chciałoby się zapytać?

A no właśnie… Ze wspólnego święta postanowili jako pierwsi wypisać się sami aktorzy tego widowiska, czyli piłkarze Lecha Poznań i Legii Warszawa, których gra tylko momentami dawała jakieś oznaki, iż mecz ten ma jakieś poważne podłoże sportowo – finansowe. Sorry panowie, z taką grą to wy na pewno nie zawojujecie świata, o Ekstraklasie nie wspominając. Z tego też powodu właśnie, fani klubu ze stolicy, powinni chyba na ostatnią prostą ligowej rywalizacji przygotować dla siebie i znajomych jakieś tabletki uspokajające, gdyż już w niedzielę ich podopiecznych czeka najważniejszy mecz tego sezonu i trudno przypuszczać by wracający do coraz lepszej formy Piast Gliwice, zagrał tak samo tragicznie, jak dzisiejszy rywal Legionistów… Podobno nic dwa razy się nie zdarza a każdy inny wynik niż zwycięstwo nad gośćmi z Gliwic, może dla Warszawiaków oznaczać pożegnanie z tytułem Mistrza kraju. Ich zwycięstwo nad Lechem w PP, wbrew pozorom tylko podniosło poziom trudności ich kolejnych spotkań ligowych. Dlaczego? Na dzień dzisiejszy, jeśli Legia sięgnęłaby po Mistrzostwo, równoczesne zdobycie przez nią Pucharu Polski, otwiera drogę do europejskich pucharów czwartej drużynie Ekstraklasy a o miejsce to walczą przecież kolejni rywale Warszawiaków, Lechia oraz Pogoń Szczecin. Trochę to wszystko zagmatwane ale czyż futbol nie jest wtedy ciekawszy? ESA37 świetnie zdaje swój egzamin, do ostatnich kolejek rywalizacja stoi na wysokim poziomie i w przeciwieństwie do poprzednich sezonów, nie ma czasu i możliwości na pamiętne mecze ‚ o pietruszkę’…

Wracając jednak jeszcze do zakończonego właśnie spotkania o Puchar Polski i kolejnego niepasującego do idealnej układanki elementu, trzeba spojrzeć na trybuny stadionu Narodowego, na którym aż roiło się od buractwa. Na ‚dzień dobry’, nie popisali się fani obu ekip, którzy wspólnie wygwizdali człowieka, piastującego najważniejszą funkcję w państwie. Brawo. Tysiące ludzi, na co dzień dumnie nazywających się patriotami, którzy nie potrafią okazać szacunku Prezydentowi. Polska jest chyba jedynym krajem na świecie, w którym aż tak duża grupa ludności wykazywałaby się w tym temacie tak dużą dozą hipokryzji. Ciekawe ilu z gwizdających ustawiło się w kolejce po pieniądze w programie 500+…
Jeśli komuś wydawało się, że pokaz buractwa zakończył się na ‚przywitaniu’ Prezydenta a kibice Lecha i Legii już do końca spotkania skupią się na dopingu i prezentowaniu kolejnych opraw, okraszonych racami, musiał porzucić swe nadzieje w momencie, w którym piłkarze ze stolicy zdobyli zwycięską, jak się później okazało, bramkę.
Fani Kolejorza, oburzeni fatalną postawą swoich zawodników, w jednej chwili postanowili zaprzepaścić lata walki polskiej sceny kibicowskiej o legalizację pirotechniki na stadionach. Brawo oni! Kolejne race lądujące na murawie Stadionu Narodowego, powodujące kolejne przerwy w meczu, szczególnie te trafiające w bramkarza oraz sędziego na pewno zostaną zapamiętane na długo. Szczególnie przez kieszenie właściciela klubu z Poznania. A i zapewne samych zainteresowanych.

Pewne jest jedno. Poznańscy kibice nie potrafili dorównać poziomem tym z Warszawy. Być może przez kompleksy a może po prostu próbowali zniżyć się do poziomu swoich piłkarzy, którzy nie tylko od dłuższego czasu kiepsko prezentują się na boisku ale także poza murawą, przynajmniej w osobie kapitana obrażają swoich fanów… Źle się dzieje w Poznaniu. W miejscu i klubie gdzie jeszcze niedawno uśmiech nie schodził z twarzy piłkarzy i kibiców mistrza Polski, teraz trwa jedna wielka żałoba.

Miejmy nadzieję, że za rok w finale kolejnej edycji Pucharu Polski spotkają się dwa zespoły, których zarówno piłkarze, jak i kibice staną na wysokości zadania i dopasują się swoją grą oraz postawą na trybunach do wielkiego święta, jakie miało mieć miejsce na Narodowym.

 

Smuda zapełnił Reymonta 22 do ostatniego miejsca!

Skoro przed sezonem, przyszłość w wykonaniu Wisły, w czarnych brawach rysowali sami piłkarze i trenerzy, nie ma się co dziwić, że udzieliło się to również kibicom. Nawet najwięksi optymiści nie przypuszczali chyba, że ich ulubieńcy po jedenastej kolejce pozostaną jedyną niepokonaną drużyną w lidze a ich dorobek punktowy pozwoli realnie spojrzeć w stronę mistrzowskiej patery. Franek Smuda czyni cuda! Wygląda na to, że nie jest to już pusty frazes a rzeczywistość, coraz bardziej docierająca do każdego z nas…

Franz potwierdził, że jest trenerem nietuzinkowym i niewielu kolegów po fachu może się z nim równać na poziomie ekstraklasowym. Już dziś, z czystym sumieniem można przyznać, że udało się Smudzie dokonać w Krakowie niemożliwego. Stworzył on bowiem na Reymonta coś z niczego. Wisła miała bić się o utrzymanie, Wisła miała być ‚chłopcem do bicia’ i dostarczycielem punktów jednak rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Biała Gwiazda znów świeci swoim dawnym blaskiem. Choć jeszcze nie do końca zachwyca swoją grą to pod względem czysto statystycznym – nie ma sobie równych. 5 zwycięstw, 6 remisów i 0(!) porażek. Tylko pięć straconych bramek przy piętnastu strzelonych. Warto jednak w tym miejscu nadmienić, że bilans ten mógłby być jeszcze lepszy, gdyby sędzia nie popełnił błędu w meczu z Jagiellonią Białystok, kiedy to w ostatniej minucie uznał nieprawidłowo strzeloną bramkę przez gości.
Wisła nie owija w bawełnę, nie bawi się w romantycznego kochanka a jest niesamowicie konkretna. Te ‚konkrety’ wywindowały krakowski zespół na trzecie miejsce w tabeli z niewielką stratą do Legii i Górnika. Biorąc jednak pod uwagę terminarz całej trójki, może się okazać, że to właśnie trzynastokrotny mistrz Polski zakończy rundę jesienną na fotelu lidera, wszak jego rywalami będą kolejno trzynasty, czternasty, dwunasty i szesnasty zespół Ekstraklasy. Całą ligową czołówkę, Biała Gwiazda ma więc już dawno za sobą. Oczywiście, nie zapeszając, piłka, szczególnie ta polska potrafi płatać figle a chyba każdy futbolowy kibic zdaje sobie sprawę z tego, iż z teoretycznie słabszymi rywalami gra się o wiele ciężej.
Nie jest też chyba dla nikogo tajemnicą, że piłkarzom z Krakowa lepiej gra się na własnym obiekcie. To na Reymonta Wisła wygrała cztery z pięciu zwycięskich spotkań, to właśnie w Krakowie wszystkie sześć bramek strzelił Paweł Brożek a Michał Miśkiewicz puścił tylko jedną, w dodatku nieprawidłowo zdobytą. Nie ma więc wątpliwości, że Franciszek Smuda odwołując się do historii, stworzył na Reymonta nową twierdzę. Jak za dawnych lat, kiedy przez kolejne długie miesiące kibice mogli śpiewać „Niepokonana…”.
Jeśli dodatkowo potwierdzą się informacje o planowanych wzmocnieniach w najbliższym okienku transferowym, ligowi rywale Wisły nie będą w stanie spać spokojnie. Wszystko wygląda na to, że Biała Gwiazda poważnie myśli o powrocie na szczyt i kolejnym podejściu do Ligi Mistrzów.

Bez wątpienia, osoba starego-nowego trenera ma zbawienny wpływ nie tylko na piłkarzy Białej Gwiazdy ale także jej kibiców. To w dużej mierze (choć nie bezpośrednio) dzięki Smudzie, bilety na prestiżowy mecz z Legią Warszawa zostały wyprzedane już na 24 godziny przed pierwszym gwizdkiem. Na tę chwilę Kraków czekał od momentu, kiedy do użytku została oddana ostatnia trybuna ‚nowo-powstałego’ stadionu czyli od 2011 roku. Z racji jednak tego, iż poprzednio objętość obiektu była dużo niższa, w Krakowie padł wczoraj rekord frekwencji. Kibice zarówno pod względem wokalnym jak i wizualnym zaprezentowali się znakomicie. Już dawno na tym stadionie w doping nie angażowały się wszystkie sektory, jeszcze nigdy tak wielu fanów nie brało udziału w tworzeniu efektownej oprawy. Bez wątpienia ten dzień dla ponad 33 tysięcy ludzi był wyjątkowy.

W kierunku Wisły, Brożka czy Głowackiego zewsząd płyną komplementy. W całą tę wiślacką gorączkę nie wpasował się jedynie selekcjoner Reprezentacji Polski, który okazał się największym przegranym tego weekendu. Waldemar Fornalik z uporem maniaka podejmuje złe wybory przy kompletowaniu drużyny narodowej. Najlepszy tego przykład dostaliśmy w niedzielę, kiedy dane nam było obejrzeć bezpośredni pojedynek powołanych przez selekcjonera legionistów z pominiętymi wiślakami. Wynik tej konfrontacji nie pozostawia złudzeń. Prawdopodobnie nasz selekcjoner nie ma najlepszej pamięci i umknęły mu ważne dla naszej narodowej drużyny fakty. Mianowicie: na Reprezentację Polski najlepiej patrzyło się wówczas, gdy jej trzon stanowili piłkarze Wisły. Być może od kilku dobrych lat, właśnie tego brakuje Biało-czerwonym. Być może kadrze brakuje siły Białej Gwiazdy. Może to właśnie Głowacki, Chrapek, Burliga, Garguła czy Brożek byliby lekiem na całe zło? Na pewno wprowadziliby to, co w polskiej drużynie jest największą bolączką – zrozumienie. Przecież właśnie o to chce walczyć Zbigniew Boniek, o mniejszą ilość obcokrajowców by wzorem Ukrainy, nasza reprezentacja tworzyła zgrany team. Do póki jednak selekcjoner będzie uparcie powoływał pojedyncze egzemplarze zza granicy czy kierował się jedynie nazwiskami, nie zobaczymy stuprocentowo zgranej ekipy.

Fornalik: Tajna broń na Czarnogórę czy niekompetencja?

Mecz z Czarnogórą – być albo nie być dla Reprezentacji Polski na przyszłorocznych mistrzostwach świata w Brazylii. Walka o przyszłość polskiego futbolu. Najważniejsze spotkanie w dotychczasowej trenerskiej karierze Waldemara Fornalika i…
Mamy do czynienia z wyraźnym brakiem profesjonalizmu a można rzec, że nawet olaniem obowiązków ze strony selekcjonera kadry. Bo jak inaczej można nazwać zachowanie, którym uraczył nas wszystkich w ten weekend?

Przypomnijmy: ostatni weekend sierpnia, ostatnie dni wakacji, ostatnie kolejka europejskich lig przed arcyważnymi meczami w eliminacjach do MŚ. Selekcjonerzy głowią się nad tym, kogo powołać, jaką jedenastkę desygnować do gry w podstawowym składzie czy jaką zastosować taktykę a przecież wszystko to zaczyna się od obserwacji potencjalnych kadrowiczów. Normalka? Nie w Polsce. Waldemar Fornalik wybija się ponad przyjęte konwenanse i zamiast na żywo, z trybun stadionów piłkarskich (albo chociaż w telewizji) oceniać przydatność piłkarzy do gry w Reprezentacji czy ich aktualną formę, komentuje piłkarski festyn.

W drużynie Borussii wystąpili Błaszczykowski i Lewandowski, w Londynie, w wielkim ligowym hicie bronił Szczęsny, w Bergamo grał Glik, w drugiej Bundeslidzie, w zespole Koln zagrał Sławomir Peszko, w Turcji wystąpił Mierzejewski a na boiskach w Poznaniu i Gliwicach kandydatów do gry w narodowej drużynie było aż nad to. Zamiast nich, Fornalik wolał oglądać pojedynek polskich polityków z celebrytami i dziennikarzami TVNu. Wstyd. Zero profesjonalizmu. I niech każdy kibic piłkarski zastanowi się nad tym, ile w ostatni weekend obejrzał spotkań. Może się okazać, że na temat aktualnej dyspozycji poszczególnych polskich piłkarzy wie więcej niż człowiek siedzący na najważniejszej ławce trenerskiej w tym kraju.

Nie broni Fornalika nawet fakt, że udział w pikniku TVNu wziął także Zbigniew Boniek i pełnił tam nawet rolę sędziego. Jest między oboma panami zasadnicza różnica a i obowiązki obu są zupełnie inne. Prezes PZPN-u jak na razie wykonuje swoje sumiennie. Atmosfera w okół związku jeszcze nigdy nie była tak czysta, jak za rządów Zibiego. W jego kompetencji, przeciwnie niż u selekcjonera,  nie leży wybór najlepszych piłkarzy do drużyny narodowej. Boniek więc może robić sobie co chce, jeśli tylko nie rzutuje to na jego obowiązki i nie wpływa niekorzystnie na polski futbol. A Fornalik? Też by mógł. Gdyby cały ten festyn odbył się po meczu z Czarnogórą. Wtedy nie byłoby nawet tego tematu…
Żeby jednak nie było nam głupio, że tak na pana Waldka najeżdżamy, w momencie gdy okaże się, że na meczu polityków z gwiazdami TVNu, selekcjoner wyszukiwał kolejne gwiazdy do naszej Reprezentacji. Może już szykuje powołanie dla Ryszarda Kalisza lub Tomasza Zubilewicza? To by się piłkarze Czarnogóry zdziwili ;-) .

Fornalik popełnił niewyobrażalny wielbłąd decydując się na wzięcie udziału w festynie organizowanym przez TVN, przekładając tym samym zabawę nad swoje obowiązki. Obowiązki, od których zależy przyszłość Reprezentacji Polski. Można by jednak ponarzekać, pozrzędzić a prędzej czy później i tak puścić ten incydent w niepamięć, przynajmniej do czasu, w którym Polska zawalczy na murawie z Czarnogórą o przedłużenie swoich szans na awans na mundial ale… nie pozwala na to sam Fornalik, fundując nam kolejnego kwiatka. Już odpuścił walkę o Brazylię?

Tomasz Rząsa, dyrektor reprezentacji ds. kontaktów z mediami właśnie uświadomił wszystkich, że Robert Lewandowski został jedynym napastnikiem, na jakiego selekcjoner będzie mógł liczyć podczas zgrupowania. Ani Milik ani Sobiech nie będą w stanie pomóc drużynie a innych klasycznych snajperów w kadrze brak. I tutaj znów jak bumerang wraca brak profesjonalizmu Fornalika. Nie oglądał w weekend potencjalnych kadrowiczów to i nie ma teraz nikogo w zanadrzu. Kim mamy atakować Czarnogórę? Skrzydłowymi? Siedzącym na ławce Wszołkiem, o którym wspomina Rząsa? Lewandowskim, który jak zwykle zapomni amunicji? Bez jaj. Niech teraz ten Lewandowski (odpukać!) złapie kontuzję a będziemy w czarnej dupie. Do reszty.
Dlaczego w wyborach Waldemara Fornalika tak bardzo bije po oczach wywyższanie piłkarzy zza granicy nad graczy z Ekstraklasy? Od kiedy to etatowy ogrzewacz europejskich ławek jest wyżej ceniony aniżeli systematycznie rozgrywający pełne spotkania piłkarz z polskiej ligi? To się kupy nie trzyma ale pana selekcjonera bardzo mocno.
W każdym normalnym kraju, powołuje się najlepszych piłkarzy na daną pozycję. Jeśli pierwszych dziesięciu jest kontuzjowanych, oczywistym jest, że sięga się po jedenastego. Pierwszy, drugi czy trzeci garnitur – siła wyższa. Zawsze lepiej mieć w zanadrzu starych Saganowskiego czy Brożka, dać szansę Piechowi czy Robakowi niż atakować Czarnogórę przekwalifikowanym na szybko Fabiańskim. W takim momencie warto nawet rozważyć kandydaturę Kalisza, istnieje bowiem możliwość, że rywale położą się na murawie ze śmiechu i nie będą w stanie grać. A co tam! ;-) .
Ciekawe czy po meczu, do śmiechu będzie Fornalikowi…

Największy sukces Bońka?

Jeśli wszystko okaże się prawdą to w czwartek będziemy świadkami pierwszego i prawdopodobnie największego sukcesu Zbigniewa Bońka jako Prezesa PZPNu na placu europejskiej piłki. Właśnie w czwartek UEFA ma ogłosić organizatora finału Pucharu Europy w roku 2015 i według informacji podawanych przez polskich dziennikarzy to właśnie nas zaszczycą swoją obecnością kolejne piłkarskie gwiazdy. Mecz miałby się odbyć oczywiście na Stadionie Narodowym, byłaby to więc kolejna wielka impreza piłkarska zorganizowana w Polsce w tak krótkim czasie. Niebywała promocja piłki ale przede wszystkim naszego kraju i stolicy.

Pierwszy tę ‚nowinę’ ujawnił „Fakt”, ziarno zasiał też, mający dobre kontakty z Prezesem PZPNu, Krzysztof Stanowski. Tym razem jednak, dziennikarz ten, nie ujawnił dokładnie o co chodzi, pisząc o ważnym dniu dla polskiej piłki, mającym mieć miejsce w tym tygodniu. Powołując się na wcześniejsze wiadomości z dziennika, wszyscy domyślali się, o co chodzi. Dziwić mogło jedynie to, iż ów dziennikarz nie napisał dokładnie o co chodzi a przecież to on zawsze pierwszy ujawniał nieznane wszystkim fakty i afery. Tym razem było inaczej a jego wpis jasno daje do zrozumienia, że decyzja o przyznaniu nam organizacji finału LE jest już raczej pewna. Wszystko wyjaśniło się kiedy sam Zbigniew Boniek zabrał głos w tej sprawie. Prezes Związku oburzył się, że informacje o tym przeniknęły do opinii publicznej, zaznaczył, że może to nam tylko zaszkodzić i ma on chyba rację…
Jeśli rzeczywiście to Polska zostanie doceniona, znów będzie smród. Podobny do tego, który panował wokół przyznania Polsce i Ukrainie organizacji Euro 2012. Wtedy wytykano pieniądze Surkisa, jutro na świeczniku może znaleźć się Boniek i jego ‚przyjaźń’ z szefami piłkarskiej centrali. Nie potrzeba nam kolejnych skandali i ataków ze strony zazdrosnych o tę organizację przedstawicieli innych państw. Niektórzy, jak widać, uszanowali taki stan rzeczy, odbierając sobie możliwość zabłyśnięcia kolejnym newsem z najwyższej półki, inni natomiast, postanowili, nie bacząc na konsekwencje, ujawnić owianą tajemnicą informację. Oby tylko w czwartek, w wiadomości dnia, nie pojawiła się nazwa innego miasta jako organizatora tego finału bo od razu znajdzie się winny takiego stanu rzeczy…

Organizacja imprezy takiej rangi zapewne niektórym w naszym kraju spędza sen z powiek. W ich głowach już kiełkuje myśl, co się stanie, jeśli w dniu meczu, zerwie się chmura nad Stadionem Narodowym? A co, jeśli w finale znajdą się dwie drużyny mające krewkich kibiców, dodatkowo zwaśnionych między sobą? To by dopiero było!

Optymistycznie kończąc, warto zaznaczyć, że aż dwa sezony mają polskie kluby by podnieść swój poziom i zawalczyć o Puchar Europy na swoich śmieciach ;-)