Archiwa tagu: wisła kraków

Ramirez jak Wenger. Powódź w Krakowie.

 871483610741

Na dzień dzisiejszy, po 10 kolejce Ekstraklasy, Wisła Kraków zajmuje w tabeli miejsce w górnej ósemce i do lidera traci tylko trzy punkty. Trzy punkty to prawie nic, prawda? No właśnie. Mogłoby się nawet wydawać, że po długim pobycie na piłkarskim oddziale intensywnej terapii, w Krakowie zaczną za chwilę odpalać fajerwerki zwiastujące powrót 13-krotnego Mistrza Polski do świata żywych, jednak prawda jest taka, że na Reymonta nikomu nie jest do śmiechu a szampanów, jeśli po dawanych latach sukcesów  w ogóle jeszcze jakieś ostały się w klubowym barku, nikt nie zamierza na razie wyciągać.

 O tym, że w krakowskiej Wiśle nie dzieje się najlepiej da się usłyszeć już od jakiegoś czasu i to prawie każdego dnia. Kiedy media co rusz donoszą, że po ostatnich, dosyć obwitych opadach, woda w Wiśle przekroczyła stan ostrzegawczy co poskutkowało wydaniem ostrzeżenia przeciwpowodziowego, gdzieś obok zalanych właśnie Bulwarów Wiślanych pokaźna powódź zalewa także klub z Reymonta. Ta jednak nadciągnęła prosto z Hiszpanii…

 Teoretycznie, nikt  nie powinien mieć pretensji do drużyny z Krakowa bo aktualny dorobek punktowy po prostu na to nie pozwala. Trzy punkty straty do pierwszego miejsca, trzy punkty straty do chwalonych Górnika Zabrze i Zagłębia Lubin, dwa do Lecha Poznań oraz Jagiellonii i tyle samo zgromadzonych punktów co Legia czy Śląsk. Wisła trzyma się więc w doborowym towarzystwie i ciągle jest w grze o mistrzowski tytuł, skąd w takim razie ten zmasowany atak na Kiko Ramireza i jego piłkarzy?
A no właśnie. Z jednej strony, można by zauważyć, że gdyby nie pechowa końcówka spotkania z Lechią, Wisła byłaby dziś tuż za plecami liderów, z drugiej, gdyby nie maksimum szczęścia i zaangażowania w ostatnich minutach meczów kolejno z Bruk-Betem, Wisłą Płock, Cracovią oraz Piastem, Wiślacy cumowaliby dziś gdzieś w okolicach rywali zza Błoń.

 Wisła Kraków to wielki klub z ogromnymi sukcesami na koncie ale także klub, który w ostatnich latach przeżywał ogromny kryzys, zarówno sportowy jak i finansowy. W Krakowie wciąż pamiętają jednak te złote lata a na potwierdzenie wystarczy chociażby wspomnieć oprawę kibiców, która jakiś czas temu zdobiła trybuny przy Reymonta: „Żyją w nas stale, te lata w glorii i chwale”.
Fani jasno i wyraźnie dają znać, że chcą powrotu wielkiej piłki do swojego ukochanego klubu. I przyznać trzeba, że głód sukcesów na miarę tych, gdy do Krakowa przyjeżdżały wielkie firmy, takie jak Schalke czy Barcelona, jest naprawdę ogromny. Wisła potrzebuje tych sukcesów ale Wielkiej Wisły, tak naprawdę, potrzebują wszyscy.
Pamiętać jednak trzeba, że wraz z marzeniami o sukcesach rosną także wymagania oraz oczekiwania wobec działaczy, piłkarzy i trenerów, a tych, na dzień dzisiejszy, nikt z wymienionych nie spełnia.

 Krakowianie uzbierali dotychczas 16 punktów. To najlepszy wynik od trzech sezonów ale jeżeli komuś wydaje się, że wyrwane na siłę punkty, i to wyrwane przeważnie dzięki zaangażowaniu jednego lub dwóch piłkarzy, wystarczą by zadowolić kibiców – niestety jest w błędzie.
Być może, gdyby na miejscu Wisły były dziś Cracovia, Termalica lub Lechia – ich zwolennicy odbębniliby sukces opowiadając o skutecznej dotychczas walce o miejsce premiowane awansem do europejskich pucharów ale… na Wiśle to nie przejdzie. Ewidentnie bowiem, przy Reymonta nic nie działa tak jak powinno. I na nieszczęście albo i szczęście Wiślaków, widzą to wszyscy dookoła.

 Fani, czy to klubu z Krakowa czy któregokolwiek innego, nie są ciemną masą, która klaszcze kiedy zobaczy kartkę z napisem „Aplauz!” lub uwierzy, że drużyna jest na dobrej drodze do walki o najwyższe cele, jeżeli zespół prezentuje kieski poziom i ciuła punkty w niewyobrażalnych wręcz bólach. Ci ludzie od kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu lat oglądają w akcji zapewne nie tylko polskich piłkarzy i bez wątpienia mają pojęcie o wszystkich aspektach takiego tworu jakim jest piłka nożna. Na czele z taktyką. Robić ich w bambuko na słodkie oczy się nie da. To nie te czasy.  Jeżeli na pokładzie klubowym znajduje się jakaś czarna owca, psująca od środka kolektyw drużyny, z całą pewnością, kibice będą pierwszymi, którzy wskażą zatrute źródło. Nieważne czy będzie to trener, jeden czy kilku piłkarzy czy chociażby działacz. W Wiśle przerabiali to już nie raz…

 Mimo zgromadzonego dorobku punktowego, gra Wiślaków nie tylko nie zachwyca ale wręcz kłuje w oczy. Bez ładu i składu. I co najgorsze, bez pomysłu na grę bo: ‚długa na Carlitosa i nich on coś wymyśli’ pomysłem profesjonalnej drużyny piłkarskiej na pewno nie jest. Choć trzeba w tym miejscu przyznać, że od początku sezonu to jedyna treść, jaką piłkarze Wisły przenoszą z założeń na murawę.
Poza samym Carlosem Lopezem na próżno szukać jakichkolwiek pozytywów w grze Wiślaków. No, może wspomniana już ‚gra do końca’, jak przystało na prawdziwych mężczyzn mogłaby działać na korzyść piłkarzy oraz trenera ale nawet to nie zamazuje krytycznej opinii całokształtu.
Wszyscy dokoła wiedzą, że na samym Carlitosie krakowianie nie dojadą za daleko a choćby się chciało znaleźć jakiś inny punkt zaczepienia, na podstawie którego Wisła miałaby oprzeć swoją dobrą grę – będzie o to niezwykle ciężko.
Patrząc na spotkania drużyny Kiko Ramireza – co prawda można by czekać na jakiś fajny akcent z ich strony ale prawda jest taka, że prawdopodobnie, czekać będzie się od pierwszej do ostatniej minuty meczu i poza samotnym błyskiem hiszpańskiego snajpera nie uświadczy się nic, co ruszyłoby odpowiedzialną za odczuwanie przez nas przyjemności część naszego mózgu.

 Naprawdę, jak mawia klasyk: Nie ma się co śmiać. Kibicom Wisły można jedynie współczuć.
Dla obserwatora z boku, sprawa wydaje się niby prosta bo w klubie z Reymonta jest aktualnie pokaźna grupa naprawdę dobrej jakości piłkarzy. Cały paradoks tkwi jednak w małym szczególe (lub dużym, jak kto woli) – Nikt bowiem nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co dzieje się z zasobami ich umiejętności i talentu w momencie kiedy postawią nogę na murawie. Czy ktoś tych panów zaczarował?
Nikt mi nie powie, że nagle cała grupa piłkarzy zapomniała, jak grać w piłkę. Tak to nie działa…

 Na papierze, Wisła Kraków ma chyba najsilniejszą kadrę w lidze. +/- osiemnastu piłkarzy, którzy talentem, umiejętnościami czy doświadczeniem prezentują się naprawdę nieźle. Jakim cudem ci sami zawodnicy na murawie prezentują się jak juniorzy? To naprawdę niezwykle trudno wytłumaczyć.
Sadlok, Małecki, Cywka – w poprzednim sezonie, cała trójka nie raz i nie dwa potrafiła zachwycić swoją grą. Małecki znów prezentował poziom, z jakiego znany był w czasach swojej świetności w Wiśle. Cywka rozegrał chyba najlepszy sezon w swojej karierze, kibice, na widok jego gry przecierali oczy ze zdumienia, nikt wcześniej nawet nie przypuszczał, że ten zawodnik w ogóle potrafi wejść na takie obroty. Sadlok prezentował wyśmienitą formę i aspirował do tytułu najlepszego ofensywnego obrońcy w lidze. Cała trójka, nie tylko w oczach kibiców Wisły, mocno pukała do drzwi z napisem Reprezentacja Polski. Temu pierwszemu otworzył je przecież sam Adam Nawałka.
Na dzień dzisiejszy, ktoś kto nie zna możliwości tych panów, mógłby zapytać czy naprawdę są to piłkarze profesjonalni czy jednak wyciągnięto ich z amatorskiej osiedlowej drużyny. Cała trójka nie prezentuje nawet pięćdziesięciu procent zaangażowania, którym raczyła nas w zeszłym sezonie. Na dzień dzisiejszy, ciężko powiedzieć czy któryś z nich załapałby się na angaż w Garbarni. Przecież taki Małecki, od początku sezonu nie zagrał ani jednego przyzwoitego spotkania a jedynym błyskiem z jego strony była przepiękna bramka. O pozostałych można nawet nie wspominać, bo o czym?  Co się stało z formą ale przede wszystkim z ambicją ww. piłkarzy?

Jedźmy dalej, obrona w składzie -wspomniani już -Sadlok i Cywka oraz Głowacki i Gonzalez. Niby z daleka wieje doświadczeniem i pełną profeską a rezultat z połączenia tych panów jest taki, że Wisła traci bramki jak na zawołanie. I najczęściej, rywale wcale nie muszą się natrudzić aby je zdobyć. W trakcie meczów, określenia jakie nasuwają się względem gry formacji obronnej Wisły, nie nadają się do publikacji. Aż dziw bierze, że dotychczas żadnemu z komentatorów nie wymsknęły się salwy śmiechu, patrząc na parodię odstawianą przez defensorów Wisły. Brawo oni. Naprawdę, szacunek Panowie.
O ile obecną formę Głowackiego można wytłumaczyć jeszcze jego wiekiem o tyle na zachwycającego w tamtym sezonie Hiszpana, w tym bardzo trudno znaleźć wytłumaczenie jego słabej gry.

Środek pola – do póki w drużynie był Brlek – można było użyć wobec gry krakowskiej drużyny jakichś przymiotników kojarzących się z dobrą grą. W momencie gdy Chorwat zamienił polską ligę na Serie A, wszyscy na siłę szukają jakiegokolwiek powiewu pozytywnej gry i można by wymienić nazwiska Lloncha, Bashy, Wojtkowskiego czy Halilovicia ale poza pojedynczymi przebłyskami, obraz całości jest niespójny i niestety dla wszystkich bezproduktywny.
Patrząc na brak zaangażowania obrońców i defensywnych pomocników Wisły, tęskno robi się nawet na wspomnienie o Alanie Urydze…

Nie możemy zapominać także o Brożku czy Boguskim, którzy podobnie jak reszta ‚starych’ Polaków mocno obniżyła loty. Czy w przypadku ww. dwójki oraz Głowackiego, Sadloka, Małeckiego i Cywki możemy już podejrzewać jakieś przejawy buntu wobec hiszpańskiej rewolucji?

No właśnie, Hiszpanie i gracze z Hiszpanii, czyli transfery Manuela Junco i Kiko Ramireza: Cuesta, Gonzalez, Velez, Llonch, Perez, Carlitos, Imaz, Ze Manuel – wszyscy wymienieni, swoim doświadczeniem oraz piłkarskim CV nakrywają większość ligowców czapką. Oczekiwano, że wraz z Arsenicem, Halilovicem i Kostalem wniosą do Wisły nową, lepszą jakość. Że wprowadzą do polskiej ligi trochę…hmmm, może inaczej, że dzięki nim, zarówno Wisła, jak i polska liga wejdzie na wyższy poziom. Level expert?
Niestety, coś poszło nie tak i poza Lopezem cała reszta wygląda jakby przyjechała tu za karę. Na truskawki czy coś…

 Niby z boku wszystko jest tak, jak być powinno. Są piłkarze, naprawdę świetni jak na polską ligę gracze. Klub wychodzi z długów, w tabeli Wisła zajmuje wysoką pozycję a jednak jakiś szkopuł powoduje, że piłkarski Kraków płacze. 1/3 opłakuje ostatnią pozycję klubu z Kałuży a cała reszta tkwi w zawieszeniu, gdzieś pomiędzy nadzieją, zwątpieniem i zmartwieniem z powodu niezrozumienia tego co aktualnie dzieje się w ich ukochanej Wisełce.
Tak naprawdę, chyba łatwiej byłoby zrozumieć i oglądać grę występy drużyny z Reymonta gdyby była ona po prostu słaba sama w sobie. Za słaba na wygrywanie, za słaba na walkę o puchary. Cały problem tkwi w tym jednak, że Wisła jest mocna i ma predyspozycje aby walczyć o najwyższe cele a wszystko wskazuje na to, że za chwilę będzie walczyć ale o utrzymanie…

 Wszyscy, którzy szukali winnych słabości Wisły, którzy oczywiście nie wierzą w to, że gracze sprowadzeni do Krakowa to piłkarski szrot a jedynie chwilowo nie potrafią pokazać pełni swoich umiejętności, winą za słabą grę obarczają trenera – Kiko Ramireza. Czy słusznie? W tym momencie to chyba jedyny właściwy trop.
O ile na początku można było wierzyć, że Hiszpan jest naprawdę niezłym trenerem, na którym nikt dotychczas się nie poznał, o tyle na dzień dzisiejszy można zacząć wierzyć, że dobra runda w wykonaniu Wisły pod wodzą Ramireza, jeszcze na początku jego pobytu w klubie, była jeszcze zasługą pracy Dariusza Wdowczyka a Kiko zebrał tylko laury, wprowadzając w chłopaków nieco świeżości.
W ogóle z hiszpańskim szkoleniowcem jest taki problem, że pod jego wodzą Wisła zawodzi przeważnie kiedy akurat nikt się tego nie spodziewa. Przed meczem zapowiada się na ogromną chęć dokopania rywalom, wyciągnięcie najcięższych dział i w ogóle ambicjonalne podejście do obowiązków by później, kibice, z grobową miną i niedowierzaniem zapytali: dlaczego?
Dlaczego Wisła prezentuje tak żenującą grę? Dlaczego z uporem maniaka Kiko wystawia Carlitosa na szpicy, kiedy najlepiej prezentuje się on za plecami innego napastnika, kiedy dostaje nieco miejsca i swobody do czarowania piłką? Dlaczego większość piłkarzy nie prezentuje poziomu nawet w połowie zbliżonego do tego z poprzedniego sezonu? Dlaczego nowi piłkarze z miejsca wchodzą do wyjściowego składu, mimo że nie wywalczyli sobie tego prawa dobrą grą?
Kurcze, aż chciałoby się teraz przenieść na salę, być może konferencję prasową lub konfrontację piłkarzy i trenerów z dziennikarzami i kibicami. Aż chciałoby się usłyszeć odpowiedzi na nurtujące nas wszystkich pytania i przede wszystkim u źródła dowiedzieć się, kto bierze na barki winę za tak tragicznie słabą grę drużyny?

 Kiko Ramirez swoimi decyzjami, doborem piłkarzy do taktyki oraz brakiem jakiegokolwiek pomysłu na grę swojego zespołu, w zastraszającym tempie zatracił zaufanie, jakim przez długi czas obdarowywali go kibice i działacze Wisły. Pan Ramirez jakby nie pasował do układanki, której sam jest autorem. Co najgorsze, szkoleniowiec jest bardzo sympatycznym człowiekiem a po wystąpieniu w Canal+ czy podczas wywiadów przedmeczowych dał się poznać także jako niezwykle inteligentny. Jak widać, wszystkiego mieć nie można…
Błędy Hiszpana w prowadzeniu krakowskiego klubu wyrastają jak grzyby po deszczu, a wraz z nimi mnożą się nieprzychylne szkoleniowcowi opinie.
W ostatnim czasie, w Internetach, Ramireza (wzorem wielkiego Arsena Wengera) powoli zaczyna się żegnać, albo raczej dawać mu do zrozumienia iż sam powinien powiedzieć pas, hashtagiem #KikoOut. Czy jednak Hiszpan, albo chociaż działacze Wisły zrozumieją ten przekaz?
Czy może warto jednak jeszcze poczekać i dać trenerowi Wisły nieco swobody? Z jednej strony zwalnianie Ramireza już teraz, może wiązać się ze sporym ryzykiem. Jeżeli do Krakowa zawita inny szkoleniowiec, który nie będzie umiał ujarzmić hiszpańskiej grupy piłkarzy lub rzeczywiście, okażą się oni jedynie piłkarskim szrotem, Wisła będzie miała jeszcze większy problem a dotknięty Kiko zatriumfuje.
Z drugiej strony, jeżeli jakiś inny trener będzie potrafił wyciągnąć z obecnej kadry jakość, którą wydaje się, że większość z piłkarzy posiada, a której nie pokazują, Wisła mogłaby jeszcze wiele ugrać w tym sezonie.
Na Wiślackich forach, coraz częściej daje się zauważyć nazwisko Kazimierza Moskala jako potencjalnego następcy Kiko i… może rzeczywiście, powrót legendy krakowskiego klubu wcale nie byłby takim głupim pomysłem. Za jego rządów, Wisła grała naprawdę fajną dla oka piłkę, za to miała niewyobrażalnie dużo nieszczęścia, szczególnie w stosunku do sędziów.  Miała też wtedy słabą i dosyć dziurawą kadrę. Biorąc więc pod uwagę, że obecnie karma do klubu z Reymonta wraca i nieco szczęśliwie oddaje punkty Krakowianom a kadra zespołu pęka w szwach – z tej mąki mógłby wyjść niezły chleb.
Więc jak? Może warto zaryzykować? Bo… Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana! A jeśli w klubowym barku nic w tym momencie nie ma, do ‚Żabki’ naprawdę niedaleko…

A gdyby tak… Reprezentacja przywdziała klubowe koszulki!

kadra

Jutro w Krakowie na stadionie Wisły, Reprezentacja Polski rozegra swój ostatni mecz kontrolny przed wyjazdem do Francji. Dziś, poza treningami, zawodników oraz sztab czekała sesja zdjęciowa, której efekty dostarczyły mnóstwa materiałów do powstania kolejnych memów i śmiesznych komentarzy w stylu: „Nowe nabytki Wisły”, „Ładnie się Wisła wzmacnia na nowy sezon”, itd., itp….
Niby to tylko internetowa zabawa ale… Daje do myślenia! W tym momencie warto więc zadać następujące pytanie: Czy polski klub złożony z zawodników obecnej reprezentacji, mógłby sięgnąć po Ligę Mistrzów? Po tą wspaniałą i tak upragnioną przez nas od lat LIGĘ MISTRZÓW.

Wyobraźmy sobie na chwilę, że to naprawdę była sesja piłkarzy Wisły a nie naszych Orłów. Jaką wartość mogłaby mieć ta drużyna w starciach z Realem czy Barceloną? Jak wyglądaliby ci sami zawodnicy, trenujący ze sobą na co dzień a nie tylko od wielkiego dzwonu? To chyba mogłoby wypalić…
W tym momencie, żaden klub Ekstraklasy nie może się pochwalić tak wartościowymi zawodnikami, jakich do dyspozycji ma Adam Nawałka. Nawet jeśli w którymś zespole uda się zbudować dosyć silny dream team, to albo nie był on dość dobry by otworzyć drzwi do Champions League, albo najsilniejsze ogniwa, przed decydującym testem, uciekały za granicę, co z góry przekreślało nasze szanse na sukces. Polska liga wciąż jest traktowana jako trampolina a nie punkt docelowy kariery, czemu oczywiście nie ma się co dziwić. Ani nie mamy tak ogromnych pieniędzy, jakimi w większości mogą pochwalić się kluby europejskich lig, ani nie mamy sukcesów, które mogłyby działać jak magnes na potencjalnych poszukiwaczy nowego pracodawcy.
Co więcej, pokładanie nadziei i obdarzenie zaufaniem piłkarzy zza granicy nigdy nie zapewni nam pewności co do tego, czy ów zawodnik, mimo zapewnień o chęci kontynuacji współpracy za chwilę nie wywinie jakiegoś numeru i nie ucieknie w pogoni za pieniędzmi, do którejś z silniejszych lig. Takie rzeczy zdarzały się przecież nie raz. A Polak to jednak Polak. Oprócz profesjonalizmu i swoich własnych pobudek, miałby dodatkowy powód by zostać na pokładzie i walczyć dla swojego kraju. Podobnie jak w reprezentacji. Ci jednak, gdy tylko ukażą swój talent w pełnej krasie, także wyjeżdżają za granicę. Nasze najsilniejsze ogniwa grają na co dzień w Niemczech, Hiszpanii czy Francji.  Ale czym my ich możemy przekonać do pozostania w kraju? Z pustego nawet Salamon salomon nie naleje…
Szkoda, że do tej pory nikt nie wpadł na pomysł, by wspomóc polskie kluby w walce o upragnioną Ligę Mistrzów właśnie w taki sposób. Przecież wszyscy, od lat, pragną tego samego.
Zapewne każdy z naszych kadrowiczów chciałby sięgnąć po zwycięstwo w tych prestiżowych rozgrywkach i na pewno większość, jeśli nie wszyscy, woleliby tego dokonać w barwach jakiegoś rodzimego klubu…

Szkoda, że realizacja tegoż planu wydaje się na dziś raczej niemożliwa. Żadnego z właścicieli klubów Ekstraklasy nie stać na sprowadzenie chociażby trzech piłkarzy pierwszej jedenastki naszych Orłów, nie mówiąc już o całej drużynie. A poza tym? Kontrakty, zapiski, kary, umowy, papierki, managerowie… Dużo tego. Niestety. Na dzień dzisiejszy możemy więc pomarzyć o polskim klubie w Champions League, chyba że… Bogaty Polski Związek Piłki Nożnej wyłoży pieniądze na wykup naszych reprezentantów a ci zgodzą się przez dwa sezony, w imię dobra polskiej piłki, pokopać trochę w Ekstraklasie… Ehh, marzenia…
Nieśmiało w tym miejscu warto chyba przypomnieć, że najwspanialsze chwile w europejskich pucharach polskie kluby przeżywały wtedy, kiedy o ich sile stanowili Reprezentanci Polski. Pamiętacie mecze z Schalke, Realem Saragossa, Lazio czy Parmą?

Wisła na dnie, czyli najbardziej utytułowany klub XXI w w walce o utrzymanie w lidze…

36967

Wisła Kraków doszczętnie straciła cały swój blask. Blask dzięki któremu przez wiele lat miała monopol na wygrywanie ligi oraz reprezentowanie Polski na arenie międzynarodowej. Dobrze pamiętamy mecze z Schalke, Parmą czy Barceloną ale także rozgrywane jeszcze przecież nie tak dawno spotkania z Tottenhamem czy Twente. Dziś to już jednak historia. Piękna, wywołująca mnóstwo emocji, a w wielu przypadkach także wzruszeń i łez ale jednak historia. Przeszłość, której powrotu ani widu, ani słychu.
Wisła z absolutnego hegemona ligi, dyktatora dzielącego i rządzącego najwyższą klasą rozgrywkową w naszym kraju, stała się obdartusem, zespołem z dna tabeli, któremu w oczy coraz bardziej zagląda widmo spadku do pierwszej ligi. To co jeszcze wczoraj wydawało się w przypadku krakowskiego klubu abstrakcją, właśnie zyskało niewyobrażalną wręcz liczbę na rachunku prawdopodobieństwa.

Co takiego stało się w grodzie Kraka w ciągu kilku-kilkunastu ostatnich lat, że swego czasu najlepszy i najbogatszy klub w kraju, 13-krotny mistrz Polski, zaliczył tak bolesny upadek? To wielka tajemnica, choć jeśli przyjrzeć się bliżej historii Wisły, znajdzie się trochę ‚punktów zapalnych’, które to  zdecydowanie przyczyniły się do aktualnej sytuacji Białej Gwiazdy:

Rok 2005, trenerem Jerzy Engel.
Po tłustych latach w europejskich pucharach, spotkaniach, które u każdego kibica w Polsce wywoływały dreszczyk podniecenia, a jednak pozostawiających równie ogromny niedosyt, Bogusław Cupiał zdecydował się zatrudnić na stanowisko trenera kogoś, kto miał w końcu spełnić marzenia i wprowadzić ich ukochany klub do upragnionej Ligi Mistrzów. Prawie się udało…
Engel, choć wśród fanów Białej Gwiazdy nie miał takiego poparcia i wiary, jak chociażby jego poprzednicy, radził sobie całkiem dobrze i dziś śmiało można przyznać, że był najbliżej dokonania wyznaczonego celu bodaj ze wszystkich aspirujących do tego dotąd szkoleniowców. Ba, niektórzy, ci wciąż mający w pamięci spotkanie z Panathinaikosem i sędziego, który nie uznał prawidłowo zdobytej bramki Marka Penksy, mają prawo uważać, że tamtego roku doszło do wielkiego oszustwa na polskiej piłce i gdyby nie to, losy nie tylko Białej Gwiazdy ale także wszystkich naszych ligowców mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej…
Wisła walczyła z Grekami jak równy z równym, u siebie pokonała ich przecież 3-1 i cała piłkarska Polska już zacierała ręce u bram najlepszych rozgrywek  Europy. Gdyby nie bramka Olisadebe ( w ogóle, krakowianie w pucharach europejskich mieli ‚pecha’ do starć z zespołami, mających w składzie piłkarzy z polskim paszportem) awans byłby już raczej przesądzony, a tak w rewanżu trzeba było utrzymać korzystny rezultat.
Wiśle, grającej przy wysokiej temperaturze i ogłuszającym dopingu i tak udawało się godnie prezentować. Bramka Radosława Sobolewskiego chyba w każdym polskim domu wywołała ogromny entuzjazm, by za chwilę sprowadzić na ziemię, po czerwonej kartce tegoż zawodnika. Podobnie było przy wspomnianym już trafieniu dającym Wiśle pewny awans i niezrozumiałej decyzji, nieuznania tego gola. istna sinusoida. Mnóstwo emocji z przykrym dla nas zakończeniem. Kolejna porażka w eliminacjach, czego skutkiem było odejście z Reymonta zarówno Engela, jak i Tomasza Frankowskiego a dodatkowo doprowadziło to do konfliktu zorganizowanych grup kibicowskich na Wiśle. Świat Białej Gwiazdy zaczął się obsuwać.

Rok 2006, trenerem Dan Petrescu. 
Po tym panu do dziś tęskno przy Reymonta. Tym bardziej patrząc na niektórych mało ambitnie grających piłkarzy krakowskiej drużyny. Rumun słynął z ostrych treningów i ciętego języka. Nie patyczkował się z piłkarzami, nawet tymi posiadającymi niezłe CV. Sam bowiem mógł poszczycić się lepszym, od każdego ze swych podopiecznych.
Metody pracy oraz styl bycia trenera doprowadzały do szału nie tylko rywali (na konferencjach przede wszystkim) ale także samych Wiślaków. Swego czasu, Radosław Majdan opowiadał nawet, iż szkoleniowiec kazał swoim piłkarzom ściągnąć i oddać zimowe czapki z napisem ‚Champions’, na których noszenie, swoją postawą nie zasłużyli. Niechęć zawodników do trenera zaczęła rosnąć na tyle, że odbiło się to na wynikach całego zespołu. Dziś już wiadomo, że nieprzyzwyczajeni do cięższych treningów piłkarze, wytoczyli przeciwko Petrescu ostre działa i wojnę tę wygrali. Cupiał pożegnał się z kolejnym trenerem.
Czas pokazał, że była to decyzja najgorsza z możliwych a wyrzucony z Wisły Dan, na ławce trenerskiej w kolejnych klubach dokonywał cudów. Być może, zamiast winić wtedy za słabą postawę drużyny samego trenera, wystarczyło przegonić z klubu leniwców, których to koledzy po fachu z kolejnych klubów prowadzonych przez Petrescu, zamiast narzekać na ciężkie treningi, zapieprzali aż miło. Aktualnie, Rumun, podobnie zresztą jak wiele piłkarskich sław przeniósł się do Chin, gdzie poza wielkimi przypływami pieniędzy będzie pewnie święcił kolejne triumfy, a niestety, jedyne co w tym momencie może świętować Wisła to 110 lecie klubu…

Rok 2007, zatrudnienie Jacka Bednarza.
1 czerwiec 2007 roku, czarna data w historii krakowskiego klubu. Długofalowa przygoda dyrektora sportowego i prezesa klubu przyniosła opłakany efekt. Praca, którą przez lata wykonywał przy Reymonta Bednarz do dziś odbija się wszystkim czkawką a w środowisku piłkarskim jego osoba porównywana jest nawet do konia trojańskiego (Bednarz jest przecież legionistą) wyniszczającego krakowski klub od środka. Kto wie, czy dziś Wisła walczyłaby o utrzymanie w Ekstraklasie a nie w ogóle o przeżycie na piłkarskiej mapie Polski, gdyby nie usilne starania kibiców Białej Gwiazdy, którzy poprzez konflikt oraz liczne protesty doprowadzili do zakończenia trwającej ponad 7(!) lat współpracy z Jackiem Bednarzem.

Rok 2010, trenerem Maciej Skorża. 
Prawdopodobnie to jego nazwisko padałoby najczęściej, gdyby kibiców Wisły zapytano, którego z trenerów znów chcieliby zobaczyć przy Reymonta. To właśnie dzięki niemu Biała Gwiazda po kilku słabszych latach wróciła na fotel Mistrza Polski, znów zachwycając swoją grą. W Krakowie sięgnął po mistrzostwo w sezonie 2007/2008 i również w kolejnym ten tytuł udało mu się obronić. Niestety, znany z braku cierpliwości do zatrudnionych przez siebie szkoleniowców właściciel Wisły, po nieudanym początku rundy rewanżowej sezonu 09/10 skreślił Skorżę z listy sztabu trenerskiego i na jego miejsce desygnował ponownie Henryka Kasperczaka. Na dzień dzisiejszy, można chyba żałować, że nie pozwolono sympatycznemu trenerowi wykonywać pracy do końca sezonu, gdyż jak się okazało potem, kolejne lata przy Reymonta, doprowadziły do spektakularnego upadku wielkiego klubu a Maciej Skorża potrafił w tym czasie święcić triumfy zarówno z Legią (Puchar Polski) jak i Lechem Poznań (Mistrzostwo Polski).

Rok 2009, Wisła żegna Baszczyńskiego i Zieńczuka.
Choć ówczesny trener, Maciej Skorża widział w swojej drużynie miejsce dla klubowej legendy Marcina Baszczyńskiego, oraz świetnie spisującego się wtedy Marka Zieńczuka, a obaj piłkarze wyrażali szczere chęci na pozostanie przy Reymonta na kolejne sezony, zarząd klubu nie przedłużył z nimi wygasających kontraktów. Pożegnanie z kibicami, szczególnie w przypadku tego pierwszego, przebiegało w towarzystwie wielu łez. Chyba każdy zdawał sobie sprawę, że w tamtym momencie kończy się pewna era w klubowych dziejach. Na pokładzie Wisły zostało wtedy niewielu, którzy chcieliby dać się za nią pokroić.

Rok 2010, Wisła traci sponsora.
Pięć lat – tyle trwa no-name’owa prezentacja koszulek Wisły. Piłkarze z przymusu grają na co dzień  z logiem Tele-Foniki na swoich piersiach i poza dodatkową reklamą kabli również należących do Cupiała, nie ma on zbyt dużych powodów do radości z tego powodu. Pięć chudych lat, podczas których co roku Biała Gwiazda traciła cztery miliony złotych (ok.10% swojego budżetu), które z tytułu sponsora tytularnego wypłacał na rzecz krakowskiego klubu bukmacher Bet-at-home. Niestety, współpraca tej dwójki została zakończona na mocy ustawy hazardowej, której pomysłodawcą był Donald Tusk, a którą bez problemu uchwalił Sejm.
Klubowym prawnikom nie udało się obejść przepisów i Wiśle z dnia na dzień zakręcono kurki z wielką kasą. Do dziś, chociaż co sezon mówi się o kolejnych rozmowach z potencjalnymi sponsorami, nie udało się znaleźć równie bogatego partnera, który mógłby pokaźnie podreperować klubowy budżet. Co raz częściej słychać o Coca-Coli czy Samsungu ale znając dotychczasowe wydarzenia, ciężko uwierzyć w cokolwiek. Przynajmniej do czasu aż oficjalna strona klubowa nie wyda komunikatu o nawiązaniu takowej współpracy.
Swoją drogą aż dziw bierze, że tak utytułowany klub jak Wisła przez tak długi okres nie może znaleźć następcy Bet-at-home. Dużo słabsze piłkarsko i nie posiadające nawet w 1/3 tylu fanów co Biała Gwiazda kluby, posiadają dobrych sponsorów a na Reymonta w tym temacie już od dłuższego czasu jest cicho. Patrząc na historię klubu i pozycje, jaką Wisła swego czasu zajmowała,  wydawało się normalnym, że bogate firmy będą toczyły boje o miejsce na koszulkach Wiślaków i bandach reklamowych na stadionie im. Henryka Reymana, a jednak, sytuacja wygląda zgoła odmiennie. W najgorszych momentach, klub nie mógł liczyć na wsparcie materialne ze strony bogatych koncernów, których właścicielom przez lata krakowianie dostarczali dużą dawkę sportowych emocji i radości, ani na nie cierpiących z powodu braku pieniędzy gwiazd sceny, jasno przecież deklarujących sympatię do trójkolorowych barw, ani też byłych piłkarzy, którzy niejednokrotnie zawdzięczali Wiśle bogate kariery (poza Kubą Błaszczykowskim). Nic z tych rzeczy, dziś, w roku 2016 Biała Gwiazda nadal nie ma sponsora. Poza kilkoma firmami, które trochę łatają dziury w budżecie, Cupiał radzi sobie sam. I jedyne na kogo może on liczyć to duża grupa kibiców, którzy kilka miesięcy temu dali temu dowód, odpowiadając pobiciem rekordu Polski w internetowej zbiórce na rzecz ukochanego klubu.

Lata 2010 – 2011, trenerem Robert Maaskant, prezesem Stan Valckx.
Prawdopodobnie tutaj jest… pies pogrzebany. Informacja o zatrudnieniu na Reymonta tych dwóch panów u kibiców Wisły wywołała nie tylko przypływ euforii ale też wielkie nadzieje na powrót do europejskich pucharów, przede wszystkim do walki o Champions League. Utytułowany i przecież nie-polski trener miał gwarantować wielkie sukcesy, osoba Valckxa i bogate doświadczenie na europejskim rynku, miały dodatkowo gwarantować Wiśle bogactwo i dobrą sytuację na każdym froncie.
Wszystko, włącznie z transferami, drogimi kontraktami i mistrzostwem kraju zwiastowały same sukcesy. Kibice dobrze pamiętają Maaskanta świętującego tytuł jeżdżąc po murawie stadionu im. Henryka Reymana, wiozącego na nim zadowolonego Patryka Małeckiego i… to ostatnie tak dobre wspomnienia jakie z krajowego podwórka przy Reymonta wynieśli od tamtego czasu fanatycy Wisły… Ba, gdyby nie spektakularny awans do Pucharu UEFA po pamiętnym meczu z Twente za kadencji Kazimierza Moskala, właśnie ten obrazek mógłby być swoistym symbolem wyjazdu Wisły nie tylko z europejskich pucharów ale też elity Ekstraklasy.
Duet Maaskant – Valckx, podobnie jak ich rodak Leo Benhakker, mimo początkowych sukcesów i oczarowania pięknymi słówkami i bajkami o lepszym świecie, zostawili po sobie obraz jak po wojnie. Zapalili ładunki wybuchowe z odmierzonym czasem, po którym pozostały zgliszcza. Reprezentacja odbudowała się jak feniks z popiołów, Wisła przegrywa każdego dnia walkę o życie. Dopiero po pięciu latach, udało się Białej Gwieździe nieco poprawić sytuację finansową klubu, zapłacić zaległości wobec piłkarzy i trenerów oraz wyjść na przysłowiową prostą. Sytuacja wygląda dziś stabilnie, bo słowa ‚dobrze’ wobec klubu z Reymonta, nie można na razie nadużywać ale można za to wyrokować, gdzie byłby dziś krakowski klub gdyby Jacek Bednarz nie sprowadził na Reymonta niszczycielskich Holendrów? Gdyby nie stracili pieniędzy, którymi niewłaściwie dysponowała ww trójka, być może na koncie Krakusów, byłoby więcej tytułów mistrzowskich niż pechowa trzynastka…
Jedno jest pewne, Valckx i Maaskant idealnie wpasowują się w znane wszystkim powiedzenie: „Miłe złego początki…” i jeśli ktoś szuka odpowiedzi na kulminacyjny moment tragicznego upadku klubu z Reymonta to był to właśnie dzień, w którym ta dwójka wspólnie ze wspomnianym już wcześniej Jackiem Bednarzem podjęli pierwsze decyzje odnośnie krakowskiego klubu…

Rok 2011, przegrany ostatni bój o LM…
Historia znów się powtórzyła. Wisła, tym razem grając ze słabszym rywalem niż przed sześciu laty, ale też w dużo słabszym składzie, znów powróciła do walki o upragnioną Champions League.
Biała Gwiazda prowadzona jeszcze przez Maaskanta rywalizowała z Apoelem Nikozja. Po wygraniu pierwszego spotkania przy Reymonta, Wisła ponownie udała się na niesprzyjający im teren. Choć w przekroju całego spotkania rewanżowego była zespołem wyraźnie słabszym, przez długi czas udawało jej się utrzymywać zadowalający, i co najważniejsze, dający awans do LM, rezultat.
I do dziś wielu piłkarzy i zapewne sam Holender opowiadają, że byli o trzy minuty od bram raju, bo do 87. minuty przegrywali 1-2, co skutkowało awansem Białej Gwiazdy do dalszej fazy rozgrywek. W samej końcówce meczu kolejna bramka dla Apoelu przerwała marzenia nas wszystkich. Cypryjczycy wygrali zasłużenie a Wisła poza smakiem porażki, musiała kolejny raz zmierzyć się ze stekiem wyzwisk i wyszydzających komentarzy kibiców i dziennikarzy. Trzy minuty, które jak się potem okazało, zdewastowały ten klub…

Rok 2013, Pozbycie się Radosława Sobolewskiego.
Kolejne łzy piłkarza odchodzącego z Reymonta i żegnających go kibiców. Kolejny raz z winy klubu i niechęci samego zawodnika do zmiany barw. Kolejna niezrozumiała i niosąca za sobą przykre konsekwencje decyzja. Szybko okazało się, że zwolennikiem pożegnania z Radkiem był ówczesny trener Białej Gwiazdy, Franciszek Smuda, który nie widział dla żywej legendy i największego, obok Arka Głowackiego, walczaka w drużynie miejsca w składzie. I oczywiście, podobnie jak w przypadku Baszcza i Zienia, także Sobol zachwycał później swoją grą, tyle że już na innym stadionie, innych trenerów i innych kibiców. W tym samym czasie, w Wiśle trzeba było przeboleć patrzenie na mało ambitnie grających parodystów, którzy niejednokrotnie ciągnęli z klubowej kasy ogromne pieniądze, nie dając jednocześnie jej niczego w zamian.
Sam Smuda, jak się okazało, nie zawsze czynił cuda i nie tylko nie doprowadził Białej Gwiazdy do mistrzostwa ale też wciąż ciągnie z niej wielkie pieniądze, z tytułu kontraktu, który podpisał na korzystnych dla siebie warunkach nie z kim innym, jak z Jackiem Bednarzem.

Rok 2015, zwolnienie z klubu Kazimierza Moskala, zatrudnienie Tadeusza Pawłowskiego.
I w końcu czas na ostatni rok. Jeszcze kilka miesięcy temu, Wisła borykająca się z ogromnymi problemami finansowymi pozostawionymi przez ww ludzi i niesprzyjające sytuacje, zajmowała nad wyraz dobre miejsce w tabeli, dające swego czasu nawet szanse na walkę o najwyższe cele. Na ławce trenerskiej zasiadał Wiślak z krwi i kości, Kazimierz Moskal. Wydawało się, że klub prowadzony przez ludzi, którym na nim zależy, wyjdzie w końcu na prostą. Gra Wisły niejednokrotnie zachwycała kibiców i dziennikarzy, jednak kiedy piłkarzy zaczęły nękać kontuzje, szczupła kadra coraz bardziej dawała się we znaki. Dodatkowo, w prawie każdym spotkaniu drużyna była ewidentnie krzywdzona przez sędziów. Wszystko jakby sprzysięgło się przeciw Białej Gwieździe i zaczęła ona notować dużo gorsze wyniki. Samego Moskala nazywano nawet królem remisów i szydzono, że zremisowałby on mecz siatkówki. Po czasie jednak, Wisła przestała nawet remisować i coraz częściej notowała same porażki. Niecierpliwość Cupiała znów dała o sobie znać a nagonka mediów doprowadziła do zwolnienia Kazimierza Moskala z funkcji trenera pierwszego zespołu. Jego miejsce zajął kolejny złotousty szkoleniowiec, który wizję przyszłości rysował słowami nawet bardziej okazale niż kiedyś Maaskant czy Smuda. Były trener Śląska dostał od Cupiała wszystko czego mógł oczekiwać – czyli aż 7 nowych nabytków, najwięcej od kilku lat przy Reymonta.  Od kibiców, Pawłowski dostał duży kredyt zaufania i miłe przyjęcie. Na co mógł liczyć więcej? Wszyscy uwierzyli w powrót Wisły na sam szczyt…
Po trzech tragicznych w wykonaniu graczy Białej Gwiazdy meczach, Pawłowskiemu nikt już jednak nie wierzy, a nawet więcej, nowy trener Wisły stał się już synonimem fantasty i nieudacznika. Mimo transferów, szerokiej kadry i słabych rywali, Wisła zaliczyła wielką klapę. W grze nie widać ani pomysłu, ani tym bardziej ambicji. Sam szkoleniowiec wygląda na zagubionego i nie umiejącego zareagować na wydarzenia na boisku. Wszystko wskazuje na to, iż z tej mąki, dobrego chleba nie będzie i prawdopodobnie każdy odlicza już tygodnie, a może i dni do pożegnania z byłym trenerem Śląska Wrocław.
Większość zadaje sobie na pewno pytanie: dlaczego, skoro Cupiał zdecydował się znów wyłożyć duże pieniądze na Wisłę, nie pozostawił w roli szkoleniowca Moskala? Dlaczego to nie jemu pozwolił przygotować do kolejnej rundy nowej, wzmocnionej kadry piłkarzy? Być może z nim na ławce, a to bardzo prawdopodobne, Biała Gwiazda miałaby dziś dziewięć punktów więcej? Możliwe. Z Pawłowskim właśnie spadła do strefy spadkowej i nie widać światełka w tunelu. A przecież jeszcze jedna porażka dzieli Wisłę od wyrównania najgorszej serii w 110 letniej historii klubu.
Największym paradoksem jest dziś fakt, że chyba pierwszy raz odkąd Cupiał pojawił się przy Reymonta, tak wielu kibiców zaczyna marzyć o tym by odezwała się jego niecierpliwość i pożegnał on nieudolnego szkoleniowca szybciej, niż zdecydował się go zatrudnić. Zamiast Pawłowskiego, na ławce powinien pojawić się ktoś, kto z dosyć silnej kadrowo Wisły, być może nawet drugiej w kolejności po Legii, ulepi równie silną drużynę, prawdziwy dream-team. Inaczej, to co w dalszym ciągu wydaje się niemożliwe, czyli spadek do pierwszej ligi, stanie się faktem.
Ale może w końcu karta Wisły się odwróci i za parę lat, demony przeszłości w osobach Maaskanta, Valckxa, Bednarza, Smudy, Cierzniaka i innych odejdą w zapomnienie a kibice wypełnią stadion przy Reymonta znów dopingując Białą Gwiazdę w walce o upragnioną Ligę Mistrzów? Dla dobra całej polskiej piłki, wierzymy w to!

Czy Biała Gwiazda wróci do gry? Wisła Kraków to nasza historia…

Któż jeszcze kilka lat temu przypuszczałby, że najlepszy wtedy polski klub piłkarski tak bliski będzie dna? Chyba nawet najstarszym góralom nie śniło się, że zespół, który sezon w sezon w cuglach sięga po mistrzowski tytuł, że drużyna, która co roku, z lepszym bądź gorszym skutkiem,  reprezentuje Polskę na międzynarodowej arenie nagle stanie się zwykłym średniakiem, który każdą złotówkę najpierw dokładnie oglądnie z obu stron i trzy razy zastanowi się zanim ją wyda. Tak to wygląda obecnie. Ile jeszcze potrwa taki stan rzeczy?

Włodarze krakowskiego klubu, jego kibice oraz zapewne wszyscy, którzy mają dobro polskiej piłki na sercu, mocno wierzą w to, że już niedługo wszystko się zmieni. W tym celu stworzono projekt odbudowy potęgi klubu z Reymonta, w którym to główną rolę odgrywają właśnie fani Białej Gwiazdy. Klub przygotował dla nich kilkanaście wspaniałych nagród, które za pośrednictwem strony: fans4club.com/pl-nasza-historia mogą oni wykupić i wspomóc swój ukochany klub.
Wisła ustanowiła trzy cele akcji, każdemu przyporządkowując daną kwotę, która jednocześnie odpowiada ilości zajętych miejsc na stadionie im. Henryka Reymana w czasie zwieńczenia całego przedsięwzięcia, czyli na wielkim meczu, w którym przyjdzie się zmierzyć obecnym piłkarzom z byłymi klubowymi gwiazdami.
To na pewno nie lada gratka dla sympatyków krakowskiej drużyny a dla wielu z nich zapewne spełnienie marzeń. Już teraz wiadomo, że w drużynie Gwiazd zagrają na pewno: Tomasz Frankowski, Kamil Kosowski, Maciej Stolarczyk czy Mirek Szymkowiak. Jeśli Wiśle udałoby się ściągnąć także zawodników pokroju Mauro Cantoro, Juniora Diaza, Marcelo, Jakuba Błaszczykowskiego, Sergieja Pareiko, Marcina Kuźbę, Angelo Huguesa, Marcina Baszczyńskiego, Kalu Uche, Jeana Paulistę, Tomasza Kłosa czy Radka Sobolewskiego, nikt nie martwiłby się o frekwencję i końcową sumę całego projektu.
Krakowski klub na pewno mógłby odetchnąć z ulgą i co najważniejsze, zyskać drugie życie…

Cała akcja trwa dopiero sześć dni. Na ten moment wzięło w niej udział ‚tylko’ 1597 kibiców a zebrano już ponad 221 tysięcy złotych, co stanowi 58% wykonanego planu. Codziennie o akcji dowiadują się kolejne osoby a klub dorzuca następne nagrody, które w mgnieniu oka znajdują swoich nabywców. Jeśli wszystko będzie rozwijać się w takim tempie, Wisła osiągnie więcej, niż zakładała. Być może mecz, który zostanie rozegrany na Reymonta już 10.10.2015 roku nie tylko będzie zwieńczeniem akcji ale wielką imprezą świętującą powrót Białej Gwiazdy na salony. Miejmy nadzieję, na zdrowie polskiej piłce!

Wojna w Krakowie! Kiedy swój ruch wykona Cupiał?

W ostatnich tygodniach świat piłki elektryzowały wielkie pojedynki hegemonów (m.in. Realu z Barceloną czy Manchesteru United z The Citizens)oraz informacja o planowanej rewolucji w futbolu reprezentacyjnym. Kibiców w Polsce natomiast, wciąż jeszcze rozgrzewa wojna pomiędzy Jackiem Bednarzem i fanami Wisły…

Kiedy wydawało się, że krakowski klub wraca na właściwe tory a na Reymonta znów zaświeci słońce, wybuchła prawdziwa bomba. Bomba, którą w podziemiach własnoręcznie skonstruował Jacek Bednarz, i która przyniosła ogromną liczbę ofiar.
Race… Z tego właśnie powodu, Prezes Wisły wytoczył w kierunku kibiców potężne działa. Co nim kierowało, kiedy obmyślał swój misterny plan? Nie wiadomo. Jedni uznają, że pójście na otwartą wymianę ciosów ze środowiskiem kiboli charakteryzuje się nie lada odwagą ale przecież w tym przypadku, o odwadze mowy być nie może. Nie, na usta i klawiaturę ciśnie się raczej słowo: ‚GŁUPOTA’…Trzeba być przecież niespełna rozumu aby rozpętać wojnę, której wygrać się nie ma prawa…

Stosunki pomiędzy Jackiem Bednarzem a kibicami Wisły od początku były napięte. Ci drudzy nie akceptowali go jeszcze na długo przed tym, zanim postawił on nogę na Reymonta. Nie bez przyczyny. Przecież Bednarz od zawsze był Legionistą i tego fani krakowskiego klubu zdzierżyć nie mogli. Ale nawet ci najbardziej przeciwni osobie prezesa nie przypuszczali chyba, że ich żarty o koniu trojańskim tak szybko znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości… I dziwić ich może tylko brak reakcji Bogusława Cupiała na karygodne zachowanie Bednarza. Po wszystkim, czego w ostatnich tygodniach dokonuje ten człowiek, niezrozumiałe jest to, dlaczego wciąż jest pracownikiem klubu. Przecież za działanie na szkodę pracodawcy, co niewątpliwie czyni właśnie J.B., już dawno powinien być zwolniony…

Bez względu na powody, jakimi w swoich działaniach kieruje się Prezes, front anty-kibicowski wychodzi mu dosyć słabo. Na dzień dzisiejszy, to wciąż on stoi na straconej pozycji. Prawdopodobnie nie dociera do niego, fakt, że nie tak łatwo jest złamać kibica, a kiedy próbuje się to zrobić z całą ich rzeszą, zadanie to urasta do rangi niemal niemożliwego.

Najgorsze w całej tej wojnie jest to, że najbardziej poszkodowani są ci, którzy nie powinni. I właśnie oni, powinni postąpić z Bednarzem, działając na jego zasadach. Czyli gdzie? W sądzie. Wiadomo, że żyjemy w Polsce, kraju absurdów i nie będzie to takie proste ale nie trzeba być prawnikiem, nie trzeba nawet studiować kodeksów prawnych by wiedzieć, że wyciąganie konsekwencji czy karanie osób niewinnych jest działaniem niezgodnym z prawem a pan Bednarz, jako prawnik, najlepiej powinien o tym wiedzieć.
Gdyby cała ta sytuacja miała miejsce w Stanach, Prezes nie wypłaciłby się do końca swoich dni…

Dla osoby, dla której Wisła Kraków jest sensem życia, stadion drugim domem a mecze działają jak tlen, odebranie możliwości przyjścia na stadion jest nie lada katorgą. Bez powodu? I jeszcze ten ktoś nie miał do czynienia z racą? Ktoś bardzo nerwowy, ktoś nieradzący sobie zbyt dobrze z zachowaniem równowagi psychicznej mógłby nawet nabawić się traumy. A oszkalowana opinia wśród znajomych i rodziny? Przecież ktoś, usłyszawszy, że dana osoba dostała zakaz stadionowy, może pomyśleć, iż ma do czynienia z bandytą (przecież taki obraz kibica maluje sam Bednarz)  i odwrócić się od niego, rozsiewając przy tym okropne plotki. Jak więc widać, niejednej osobie z grupy, która w trakcie meczu zasiadała w przy stadionowej restauracji, Prezes mógł zniszczyć życie. Załamanie psychiczne, zniszczona opinia na mieście i wiele innych, toż to dostatecznie dużo by odpowiedzieć Bednarzowi w jedyny sposób jaki on sam akceptuje…
Każdy kto przebywał w restauracji ‚U Wiślaków’ powinien spróbować zakupić bilet na kolejne spotkanie, w przypadku zablokowaniu konta, z odpowiednim potwierdzeniem pisemnym  takiego stanu rzeczy, powinien udać się do sądu. Prawie pięćset oskarżeń, nie mogłoby zostać zamiecionych pod dywan…

No dobra, Bednarz działa w imieniu klubu, a kibice, wiadomo, w przeciwieństwie do Prezesa, nie chcą działać na jego szkodę. Ale zaraz… Gdyby nawet mieli zawalczyć o odszkodowanie z kasy klubowej, dałoby się to załatwić na plus dla obu stron. Przecież cała kwota, mogłaby przejść z powrotem w ręce Wisły, z zaznaczeniem, iż jest to wkład w transfery. Czy ktoś by oponował?

Czas mija, stadion pustoszeje. Pieniędzy w kasie, zamiast przybywać, ubywa. Piłkarze bez wsparcia trybun, dostają łomot od każdego a Bednarz z uśmiechem na ustach przyjmuje powolny rozkład Wisły…

Amnezja? Hipokryzja? Głupota?

Patryk Małecki oficjalnie piłkarzem Pogoni Szczecin! Ten sam Patryk Małecki, który jeszcze kilka miesięcy temu, wszem i wobec komunikował całemu światu, iż nigdy nie zagra w innym polskim klubie niż Wisła, Lechia i Śląsk. Ten sam, dla którego miłość do Białej Gwiazdy była silniejsza niż wszystko inne a potencjalna niemożność gry w jej barwach jasno miała rozrysować zagraniczny kierunek jego dalszej piłkarskiej kariery. Kibice piali z zachwytu. W końcu ktoś z innego środowiska, Ktoś inny niż oni, zawodowy piłkarz, kierował się w życiu tymi samymi zasadami. W końcu ktoś rozumiał czym charakteryzuje się Wiślacka WIERNOŚĆ. Wszyscy mu uwierzyli, większa część, właśnie za to przywiązanie, pokochała. Trybuny skandowały „MAŁECKI”, trybuny właśnie w nim widziały serce Wisły. Jakże się jednak wszyscy pomylili.

Dziś, ten sam Patryk Małecki zamierza umierać za szczecińską Pogoń. Jeszcze niedawno byli dla niego paprykarzami, jeszcze niedawno oznaczali wroga, którego, podobnież jak ich, byłą już, zgodę – warszawską Legię, należało unicestwić. Od teraz natomiast, każdy mecz i każdy trening będzie dla Małeckiego walką o życie Portowców. Ciekawe czy i ono okaże się tak przewrotne jak indywidualna życiowa droga Małego.

Nie oszukujmy się, znając Małeckiego, można być pewnym, że to kolejny zabieg czysto marketingowy, w celu pozyskania przychylności szczecińskich kibiców. Wiadomo, że ‚umierać za Pogoń’ to Mały an pewno nie zamierza a słowa te były zwykłą metaforą. Miały przemówić dwukrotnie mocniej do kibiców niż przerabiane tysiące razy ‚poświęcenie’ czy ‚serce’. Jedno zdanie, które miało Patrykowi otworzyć drzwi do szczęścia, zrobiły z niego idiotę. W Szczecinie się śmieją. Nie ma głupich na tanie bajery. Jedni już się na nich przejechali i to właśnie oni próbują dziś po Małeckim nie płakać. Tłumaczą go, wciąż wierząc, że jest jednym z nich, że jego zawód wymaga od niego czegoś więcej, że nie miał innego wyjścia i musiał troszczyć się o swoją przyszłość. Ok. Każdy to rozumie. Każdy zdaje sobie sprawę z tego, że:

- Małecki jest bez formy.
- W Wiśle nie było dla niego miejsca. Musiał odejść.
- Nie dostał oferty ani z Gdańska, ani z Wrocławia.
- Nawet jakby wyjechał do zagranicznego klubu, raczej nie dałby sobie w nim rady.
- Polska to Polska, koledzy mówiący w szatni w ojczystym języku to dla kogoś takiego jak Mały największa zaleta.
- Piłkarz to piłkarz, grać gdzieś musi i co za tym idzie, zarabiać.

Ciężko tylko zrozumieć, dlaczego:

- Wiedząc, że mecz przeciwko Pogoni, jest jego ostatnim w barwach Wisły, należycie nie pożegnał się z jej kibicami. jedynymi ludźmi, którzy stali za nim murem, nawet kiedy na to nie zasługiwał?
- Dlaczego mamił wszystkich dennymi bajeczkami o wielkim przywiązaniu, które automatycznie wyklucza jego potencjalną grę w innych polskich klubach niż Wisła czy Lechia?
- Dlaczego nie zachował się honorowo i właśnie dla tych wiernych kibiców, nie wydał oświadczenia tłumacząc swoje postępowanie?
- Czy cały ten pro-wiślacki wizerunek był tylko ‚zarezerwowany’ dla poszczególnych grup kibicowskich działających na Reymonta a całą resztę i ich wsparcie, miał w głębokim poważaniu?
- Dlaczego, wiedząc na jaki poziom wkroczyły jego relacje z kibicami Wisły, już w pierwszym dniu w nowym klubie, śmiał powiedzieć, iż będzie umierał za Pogoń? Nawet jeśli była to tylko metafora, wielu osobom sprawiła ogromny ból.
- Dlaczego, ten sam Patryk, który przez cały okres pobytu na Reymonta wygłaszał slogany o wielkim poświęceniu i harowaniu na chwałę Wisły, w ostatnim czasie, kiedy dostawał jakąkolwiek szansę gry, nie wykazywał ani krzty zaangażowania i miał wszystko gdzieś?

Małecki na Reymonta pozostawił wiele niedokończonych spraw. Wiele niedomkniętych drzwi i niedopowiedzianych słów. Nie tak się odchodzi z miejsca, które rzekomo było dla Ciebie najważniejsze. Nie zostawia się na lodzie ludzi, którzy zawsze trzymają Twoją stronę i nie wypina się tyłka na kogoś, kto jako jedyny, wyciągnął do Ciebie rękę w potrzebie. Tak się nie postępuje.

Małecki mógł być legendą Wisły, przynajmniej w środowisku kibicowskim, mógł być na Reymonta witany owacją na stojąco a kolejne pokolenia mogły go wielbić za miłość do Białej Gwiazdy. Czy nagle zachorował na amnezję? Zapomniał o swoich własnych słowach? Czy okazał się zwykłym kłamcą i chorągiewką, której kierunek wytyczy wiatr a piękne banały torują drogę do przychylności odpowiednich osób? A może Mały, rzeczywiście nie grzeszy zbyt wysokim ilorazem inteligencji i właśnie to spowodowało, wygłoszenie tej durnej deklaracji na szczecińskiej ziemi? Bez względy na wszystko, nawet jeśli wciąż dla kibiców Wisły zostanie on ważną postacią, nie ucieknie od porównań do Radka Sobolewskiego. Bo właśnie Sobol, z fanami pożegnał się jak na legendę przystało. Do Zabrza natomiast, wkroczył w koszulce Wierności, aby nikt nie miał złudzeń dla kogo bije jego serce. I nie przeszkadza mu ono w poświęcaniu się harowaniu dla nowej drużyny, za co tamtejsi kibice okazują mu wielki szacunek. Tak to już jest, albo się ma honor albo nie. Sobol go ma, bez wątpliwości.

I jeszcze jedno, kiedy Małecki był piłkarzem Wisły, mógł zawalczyć o miejsce w składzie ale tego nie zrobił. Był słaby i wszyscy o tym wiedzą. Zarówno on, jak i Smuda nie zrobili jednak pierwszego kroku. Nie podjęli rozmów na temat przyszłości zawodnika w klubie. Trenera można zrozumieć, wszak miał w drużynie piłkarzy lepszych i bardziej angażujących się w walkę o prawo do gry. Trudno przypuszczać aby to właśnie on miał zabiegać o kogoś, kto nawet się nie stara. Chyba każdy na miejscu Franza oczekiwałby od Małeckiego jasnej deklaracji. Chęci i zaangażowania, pokazania, że Wisła jest dla niego wszystkim i zrobi wszystko by w niej zostać i grać. Przecież tak jak w każdej normalnej firmie to pracownik przychodzi do szefa a nie na odwrót. Taka jest rzeczywistość, której Małecki jakby nie rozumiał. W tym właśnie tkwi cały jego problem…
Zachowanie Patryka po podpisaniu kontraktu z Pogonią staje się za to jeszcze bardziej żałosne. Próbuje dziś zrzucić całą odpowiedzialność za swoje niepowodzenie na Franciszka Smudę, udzielając coraz to durniejszych wypowiedzi. Dziwnym trafem, wszyscy piłkarze Białej Gwiazdy w Smudzie widzą autorytet tylko nie on i równie dużym zaskoczeniem jest fakt, iż wszyscy pod jego wodzą wyszli na prostą, wrócili do formy sprzed lat, bądź przeżywają właśnie najlepszą rundę życia a biedny (M)ały Patryczek właśnie trenera obarcza winą za swoją słabą dyspozycję. Jak widać, obaj panowie za sobą nie przepadają ale jest coś, co ich łączy. Czasami lepiej aby nie otwierali oni ust. W przypadku Małeckiego, jeśli już musiało do tego dojść, miał na to czas przez kilka ostatnich miesięcy. Teraz już tylko się ośmiesza…

Wielki upadek Patryka M.

Mogłoby się wydawać, że nie dalej niż miesiąc temu, trybuny przy Reymonta 22 skandowały w kierunku ówczesnego selekcjonera Reprezentacji Polski:  ”Smuda! Co? Małecki!”, domagając się powołania swojego ulubieńca i lidera Białej Gwiazdy do kadry. Dziś już jednak, rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Franz Smuda jest trenerem krakowskiej Wisły, jej motorem napędowym są przede wszystkim Brożek, Głowacki i Garguła a Patryk Małecki być może kończy właśnie swoją przygodę z poważnym futbolem. Dodatkowo, jakby tego było mu mało, nastawił przeciwko sobie jedynych ludzi, którzy do tej pory wspierali go bez względu na jego formę czy boiskowe wygłupy, czyli kibiców. Oj, naraził się im Patryczek. Nie pierwszy zresztą raz. Do tej pory uchodziło mu to na sucho, kibice byli wyrozumiali i wybaczali mu wszelkie głupstwa. Tym razem jednak, Małecki nie ma już chyba co liczyć na taryfę ulgową z ich strony…

Skrzydłowy krakowskiej drużyny jest jednym z nielicznych zawodników całej Ekstraklasy, którzy aż tak identyfikowaliby się z klubem, którego barwy reprezentują. Tatuaż Henryka Reymana, prowadzenie dopingu, ‚przyjacielskie’ relacje z kibicami – Małecki w oczach wielu fanów mierzył w największe legendy i prawdopodobnie on sam wierzył, że któregoś pięknego dnia, zostanie jedną z nich. Tak się jednak nie stanie…

Jakim piłkarzem był Patryk? Na pewno zdolnym, nie wybitnym i nawet nie bardzo dobrym, był po prostu sobą. Swoją walecznością i zaangażowaniem wybijał się ponad przeciętność i słaby poziom ligowy, stąd jego umiejętności czysto techniczne nie miały większego znaczenia. Mały miał niewątpliwie silny charakter, nie czuł strachu przed nikim ani niczym, potrafił każdemu odpyskować, przez co zbyt często miewał problemy. Wydaje się, że właśnie ten jego charakterek, przypominający niekiedy sinusoidę był zarówno jego zbawieniem jak i przekleństwem. Jak się okazuje, na sam koniec, doprowadził go do upadku. Być może jednego z największych przy Reymonta…

Problemy Małeckiego zaczęły się już jakiś czas temu. Najpierw nie umiał utrzymać języka za zębami i wysyłał kibiców ‚pikników’ na ‚drugą stronę Błoń’, później odmówił wyjścia na murawę ówczesnemu trenerowi Białej Gwiazdy, Kaziowi Moskalowi czyli… żywej legendzie klubu z Krakowa. W międzyczasie zdążył zwyzywać kilku rywali a jego „Kim Ty kurwa jesteś pedale?!” urosło do rangi nowych najczęściej powtarzanych zwrotów. Po tym wszystkim, kiedy jego forma fizyczna i psychiczna mocno spuściły z tonu, stało się jasne, że nie ma dla niego miejsca przy Reymonta. Jako, że sam zawodnik zapowiedział już wcześniej, że na krajowym podwórku nie zagra w żadnym innym klubie niż Wisła i Lechia, musiał wyjechać do Turcji. Tam było jeszcze gorzej. Odizolowany od znajomych, samotny w obcym kraju, nieznający języka – Małecki stał się wrakiem piłkarza i na dobre przyrósł najpierw do ławki rezerwowych a później do trybun tureckiego klubu. W najgorszym dla niego momencie, kiedy wydawało się, że nic nie uratuje kariery tego świetnie zapowiadającego się kiedyś zawodnika, rękę ponownie wyciągnęła do niego Wisła, proponując mu powrót. Kibice przyjęli go z otwartymi rękami, wierząc z całego serca w odbudowanie Wielkiej Wisły, której Patryk znów miał liderować.
Choć połączenie Małeckiego i Smudy mogło budzić obawy, nikt nie sądził, że dwójka profesjonalistów będzie miała trudności w dojściu do kompromisu. W końcu w sercach obu panów, krakowski klub zajmuje szczególne miejsce. Niestety, obawy okazały się być słuszne. I co ciekawe, osobą, która pierwsza odpuściła, osobą, która olała Wisłę, był właśnie ten charakterny Małecki. Odkąd wrócił, nawet jeśli dostawał szansę na grę, nie angażował się w nią wystarczająco. Widzieli to wszyscy. Kibice, trenerzy i dziennikarze. Znany wszystkim do tej pory Patryk, jakby pozamieniał się z kimś na ciała. Jakby uszedł z niego cały zapał, chęć i sportowy duch. Każdy, kto kiedykolwiek widział mecz Małeckiego z jego najlepszych czasów przyzna, iż to nie mógł być ten sam piłkarz, którego mogliśmy obserwować chociażby w ostatnim spotkaniu z Pogonią. Najlepiej świadczyć może o tym zachowanie Małego w sytuacjach bezpośredniego kontaktu z rywalami. ‚Dawny’ Patryk, kiedy był faulowany od razu reagował gniewem i wyzwiskami i choć nie najlepiej to o nim świadczyło jako człowieku, to procentowało przy ocenie zaangażowania. ‚Dzisiejszy’ Małecki ma wszystko w dupie, żeby nie użyć popularnego tytułu jednej z piosenek Firmy. Nie interesowały go zbytnio losy spotkania, grał jakby z przymusu a po meczu… Swoje cztery litery pokazał także wiernym fanom. Na nic było skandowanie jego nazwiska, na nic wspieranie go i nadzieja na zatrzymanie przy Reymonta. Jeszcze przed samym spotkaniem ze Szczecinianami, nawet Smuda chciał wymóc na Patryku walkę o pozostanie w klubie. Dopingował go do mobilizacji i podniesienia z kolan. Jak się okazało po ostatnim gwizdku, bezskutecznie i…niepotrzebnie. Małecki nie tylko nie podniósł rękawicy, którą rzucił mu trener, nie tylko olał kibiców ale też…Bogusława Cupiała i swoich kolegów. Nie pojawił się na klubowej wigilii, na której obowiązek mieli zjawić się wszyscy.

Tak właśnie, smutno bo smutno ale prawdopodobnie w odpowiednim czasie, kończy się przygoda/kariera (jak kto uważa) Patryka Małeckiego z Wisłą Kraków i być może z profesjonalną piłką. Ciężko bowiem przypuszczać, że z takim podejściem do swoich obowiązków, zagrzeje on na dłużej gdzieś miejsce. Gdziekolwiek, bo na Reymonta jest już raczej spalony. Może się przechwalać ilością ofert z polskich i zagranicznych klubów, może wybrać tę najkorzystniejszą ale jeśli nie wykorzystał najlepszejj okazji w swoim życiu, jeśli nie potrafił odnaleźć się w miejscu, gdzie wszystkich miał po swojej stronie, to ciężko oczekiwać by udało mu się gdzie indziej. Nieważne co kierowało Patrykiem, kiedyb decydował się na taki krok,  swoją ostatnią grą i zachowaniem przed, w trakcie i po meczu z Portowcami, pokazał brak szacunku wobec klubowych barw i wszystkich, którym leży na sercu dobro Białej Gwiazdy.

Ligowcy! Patrzcie i harujcie!

Głośnym jeszcze nie tak dawno tematem były sportowe sylwetki polskich piłkarzy a raczej ich brak. Wystarczyło popatrzeć na zawodnika i już dało się dołożyć ideologię na temat jego sprawności fizycznej i przede wszystkim zaangażowania na treningach. Mogło się to wydawać niedorzeczne ale…kiedy patrzy się na Donalda Guerriera….

Chyba już nic nie trzeba dodawać. Rafał Murawski musiał się chyba spalić ze wstydu…

Rundę jesienną rozgrywek Ekstraklasy mamy już za sobą!

Czy ktoś przed sezonem trafnie wytypował całą szesnastkę? Nie ma szans!  Czy komuś udało się ustrzelić podium? Bez żartów…
To je amelinium Ekstraklasa, tego nie pomalujesz zrozumiesz…

1. Legia Warszawa, w bólach bo w bólach ale jednak, sięgnęła po małą koronę za mistrzostwo rundy. Kwestią gustu pozostanie, czy aby na pewno Legioniści swoją grą zasłużyli na trzypunktowe prowadzenie w tabeli ale z racji tego, iż jest to piłka nożna, tutaj o gustach się nie dyskutuje, tu liczą się punkty a tych zespół Jana Urbana uzbierał (to właściwe słowo) do tej pory najwięcej.
Mimo, że w przekroju całej rundy jesiennej, gra piłkarzy z Łazienkowskiej nie zachwycała, daleko było do wznoszenia ‚ochów’ i ‚achów’ to jednak, trzeba oddać im należny szacunek i pogratulować…wytrzymałości. Mało który bowiem klub (a polski tym bardziej), przy liczbie kontuzji jaka ich trapi, przy konieczności rywalizowania na trzech różnych frontach, utrzymałby tak w miarę regularny poziom by przewodzić ligowej stawce.
Co by jednak nie mówić, to właśnie Liga Europy stała się dla Legii istnym przekleństwem i raczej pewnym jest to, że zarówno Jan Urban jak i piłkarze odetchną z ulgą, kiedy przyjdzie im się pożegnać z europejskimi pucharami. Jeszcze tylko trzy mecze i…fajrant.

2. Wisła Kraków? Wisła Kraków! Największa niespodzianka tej rundy i zapewne całego sezonu, jeśli wierzyć w obietnice Smudy i Cupiała co do klasowych wzmocnień w zimowym okienku transferowym…
Biała Gwiazda była przez wszystkich(! – kibiców, fachowców, dziennikarzy, trenerów, piłkarzy itd…) skazywana na pożarcie. Miała być walka o utrzymanie, ciułanie punkcików i kolejne porażki. Wbrew wszystkim, w tym także samym sobie, Wisła walczy o mistrzowską paterę. To nie sen, to nie żart, to rzeczywistość.
Pod okiem Franciszka Smudy, zawodnicy krakowskiej drużyny przeobrazili się z niezdarnych poczwarek w piękne motyle. Odżyli, dorośli i zrozumieli na czym polega magia futbolu.
O ile w poprzednim sezonie na Wiślaków nie dało się patrzeć, o tyle teraz, w większości spotkań, patrzy się z przyjemnością. Tylko jedna porażka w piętnastu meczach i tylko osiem straconych bramek, mówi samo za siebie. Franek Smuda czyni cuda – to już nie jest zabawne hasło a rzeczywisty obraz wpływu szkoleniowca na krakowski klub i całą jego otoczkę, w tym także kibiców.
To prawda, że Wisła nie zawsze zachwyca swoją grą, czasami wręcz przeciwnie, z ust padają najgorsze określenia ale nie ma w tej lidze drugiej tak konkretnej ekipy, na jaką wyrasta, czy już wyrosła Biała Gwiazda. Nowy-stary trener zbudował na Reymonta świetnie spisującą się maszynkę. Znalazł swego rodzaju złoty środek, połączenie zgranego teamu i silnych jednostek, które potrafią wziąć na siebie ciężar gry i odegrać kluczową rolę, kiedy zawodzi reszta drużyny.
Jeśli Cupiał rzeczywiście solidnie wzmocni kadrę krakowskiego klubu a piłkarze sumiennie przepracują okres przygotowawczy, Wisła urośnie do rangi faworyta numer jeden w kontekście mistrzowskiego tytułu…

3. Górnik Zabrze czyli mogło być lepiej, jest dobrze a zanosi się na to, że będzie źle…
Fajnie patrzyło się na grę Zabrzan w większości rozegranych przez niego spotkań ale wciąż, zupełnie jak rok temu Borussia Dortmund w rozgrywkach Ligi Mistrzów, nie do końca przekonywał kibiców o swojej klasie. Coś w tym jest.
Górnicy grają efektownie i efektywnie zarazem, pewnie sięgając po kolejne punkty ale raz na jakiś czas, zdarza się im przespać mecz, czego konsekwencją były trzy ligowe porażki.
Przyglądając się dogłębniej tej drużynie, można by rzec, iż obok trenera, głównym udziałowcem tak wysokiej pozycji w tabeli stała się…Wisła Kraków. W końcu to właśnie krakowski klub, oddał za darmo w ręce rywala Radka Sobolewskiego. A Sobol w Zabrzu najzwyczajniej w świecie…narodził się na nowo. Były reprezentant Polski dzieli i rządzi dziś na Roosvelta, przypominając siebie z najlepszych lat kariery. Przynajmniej kilka punktów ze zdobytych 28, Sbolewski może zapisać na swoje konto.
Oczywiście, w Zabrzu nie byłoby prawdopodobnie takich sukcesów gdyby nie Adam Nawałka, który stworzył tam prawdziwy dream team. I właśnie w tym miejscu, kiedy kończy się pierwsza runda sezonu, można zapytać: Co dalej?
Nawałka porzucił Górnika na rzecz reprezentacji, być może w zimowym okienku transferowym z klubu odejdą najlepsi zawodnicy (w tym Prezes, po raz enty?…), nie ma więc żadnej gwarancji na kontynuowanie zwycięskiej passy. Istnieje za to bardzo duże ryzyko pojawienia się syndromu…Barcelony. Tak jak rozpadł się związek Dumy Katalonii i Pepa Guardioli, tak zakończyła się współpraca Nawałki z Górnikiem. W tym pierwszym przypadku, hiszpańska drużyna jeszcze przez dłuższy czas jechała na oparach wyuczonych schematów, jednak w tym drugim, porównując poziom obu zespołów i kunsztu szkoleniowców, może nie wystarczyć na zbyt długo. A na pewno nie na więcej niż cztery kolejki…
Nie spodziewajmy się więc na wiosnę fajerwerków w wykonaniu Górnika.

4. Pogoń Szczecin czyli druga wielka niespodzianka rundy. W zeszłym sezonie ledwo uratowali się przed spadkiem, w tym natomiast  mają chrapkę na mis… europejskie puchary. Receptą na całe zło Portowców okazał się powracający na trenerską ławkę Dariusz Wdowczyk. Co było to było, przeszłość zbrukana korupcyjnym procederem ale mimo wszystko, trzeba przyznać, iż Wdowczyk na ‚trenerce’ zna się bardzo dobrze. Efekty jego pracy są oszałamiające, przecież piłkarze grający na co dzień w Pogoni, nie należą do artystów z najwyższej półki a jednak wszyscy razem tworzą zupełnie nową jakość. Właśnie tę ‚nieprawidłowość’ widać w wynikach Portowców. Raz idzie im lepiej, raz gorzej, raz pokonują Lecha czy Jagiellonię, by nagle wtopić z Łódzkim Widzewem. Mimo wszystko, na dzień dzisiejszy Pogoń jest na dużym plusie a wybiegając w daleką przyszłość, nabiera ona kolorów… granatowo – bordowych.

5. Lech Poznań. Sinudoida. Klub mający o wiele większe aspiracje niż wskazywałaby na to jego pozycja, jednocześnie zajmujący w ligowej tabeli miejsce o wiele wyższe niż mogłaby wskazywać na to gra Kolejorza…
Przeszłość i przyszłość Poznaniaków stoi pod znakiem Mariusza Rumaka. To własnie szkoleniowiec Lecha jest dziś na świeczniku, zarówno u władz jak i (a może przede wszystkim) kibiców. Wydaje się, że z każdym dniem liczba zwolenników tego pana maleje a on sam bezmyślnie prze pod prąd.
Patrząc na grę jego podopiecznych, może się wydawać, że w zupełnie innym kierunku chcą oni dziś podążać niż ich szkoleniowiec i jeśli w przerwie zimowej, na stanowisku trenera nie zajdą żadne zmiany, to właśnie oni mogą zmienić otoczenie.
Szansa na sięgnięcie po mistrzowskie trofeum w przypadku Poznaniaków nie jest zbyta duża, choć oczywiście, wszystko zależy od włodarzy klubu z Bułgarskiej…

6. Cracovia czyli tiki taka po krakowsku. Wrócił Stawowy, wróciły sukcesy.
Patrząc na tę drużynę, wydaje się, że nic się tam nie klei, nie ma prawa się kleić a jednak trzyma jak po Super glue. Cholernie mocno, choć z małymi dziurkami, w które podczas sklejania, ktoś po prostu nie trafił. I stąd właśnie wynikają wpadki Pasów.
W składzie nie ma nadzwyczajnych piłkarzy a nawet wręcz przeciwnie, większość nie załapałaby się prawdopodobnie do kadry żadnego z klubów Ekstraklasy. A przynajmniej nie tych z pierwszej ósemki (nie licząc Cracovii oczywiście).
Skoro do tej pory, Pasom udało się dzielnie walczyć i wywalczyć tym samym 23 punkty, nie ma żadnych przeciwwskazań by kontynuowali tę passę na wiosnę. A nie, jednak są. Kontuzje. Kto już odlicza dni do urazu Dawida Nowaka? No właśnie…

7. Ruch Chorzów czyli niby jest dobrze ale na wspomnienie Waldemara Fornalika zaczyna się lament. Chorzowianie są w tym sezonie tak nieprzewidywalni jak…cała Ekstraklasa. To własnie oni, z tegoż właśnie względu, powinni ją reklamować. Byłoby idealnie: Poziom nie za wysoki a emocji dostarcza co niemiara.
Jakie prognozy na wiosnę? Z Janem Kocianem na ławce, możemy spodziewać się wielu deszczowych dni i grzmotów.

8. Śląsk Wrocław. Największy przegrany tego sezonu. Patrząc dziś na postawę byłego Mistrza Polski, tęskni się za grą Chorzowian z Sewillą, kiedy aż pięciokrotnie dane im było wyciągać piłkę z siatki. Wtedy, mimo masakry, wszystko wyglądało o niebo lepiej.
Odejście Waldemara Soboty zadało Wrocławianom decydujący cios, po którym padli na deski. Drugi, równie mocny nadszedł ze strony Sebastiana Mili. Nie idzie Śląskowi, choć potencjał ten zespół ma ogromny. Czy będzie lepiej? Potrzebne są solidne wzmocnienia a wtedy, europejskie puchary będą na wyciągnięcie ręki.

9. Zawisza Bydgoszcz. U siebie, z teoretycznie silniejszym rywalem potrafią się spiąć i zachwycić, przez co całościowy obraz tego zespołu może być trochę mylny. Na wyjazdach nie jest już tak kolorowo ale tak czy siak, biorąc pod uwagę, iż Zawisza jest beniaminkiem, trzeba im pogratulować dotychczasowych dokonań. Patrząc na rosnącą siłę zespołu, można zaryzykować i postawić na nich, jako kandydatów do zajęcia miejsca w grupie mistrzowskiej. Tylko czyje miejsce mieliby w niej zająć?

10. Lechia Gdańsk. Zaczęło się świetnie a kończy się fatalnie. Nie tak to miało wyglądać w wyobrażeniach działaczy, trenerów, piłkarzy i kibiców. Lechitom nie pomaga ani nowy stadion ani nawet przybysz z kraju Kwitnącej Wiśni.
Po fenomenalnym meczu z Barceloną, wszystko miało się ułożyć a jest zupełnie na odwrót. Jeśli w ciągu najbliższych czterech kolejek, Gdańszczanie nie zaczną konkretnie punktować, Michał Probierz będzie mógł szukać nowej posady. Pozostaje tylko zapytać, kto pierwszy zakończy współpracę, on czy Lechia?

11. Jagiellonia Białystok. Wydaje się, że w Białymstoku mają wszystko, co jest potrzebne do sięgnięcia po znaczące sukcesy a na dzień dzisiejszy, dla tego zespołu byłoby nim miejsce w pierwszej szóstce. Są w miarę dobrzy piłkarze, jest obiecujący szkoleniowiec, jest nowy stadion i są kibice. Sukcesów natomiast jak nie było tak nadal nie ma. Są za to przebłyski, które każą ufać w happy end w wykonaniu graczy Jagiellonii. Walka o utrzymanie? Jakoś nie chce się w to wierzyć…

12. Piast Gliwice. Jeszcze nie tak dawno urósł w swej wielkości ale niepostrzeżenie ktoś wbił mu szpileczkę pod udo i całe powietrze uszło. Dziś Gliwiczanie, zamiast europejskich pucharów, modlą się o spokojne utrzymanie. Łatwo na pewno nie będzie i prawdopodobnie sporo krwi napsują sobie kibice Piasta, zanim ich ukochana drużyna znów powróci na właściwe tory.

13. Korona Kielce. Pechowo pod trzynastym numerem choć standardowo na dole tabeli. Gdyby jeszcze piłkarze grali na boisku tak, jak grają w przed i po kolejkowych filmikach, walczyliby o najwyższe cele. Przecież już nie raz i nie dwa udowadniali, że nogi nie służą im tylko do poruszania po mieście a pojęcie o grze w piłkę mają niemałe, więc co z nimi jest nie tak?
Możliwe, że na treningach, zamiast wpajać sobie do głowy taktykę na kolejne spotkanie, uczą się nowych kroków od tłumacza swojego trenera. W sumie, jakby pomyśleć, to by wszystko wyjaśniało…
Spadek? Nie może być…

14. Widzew Łódź. Co by tu powiedzieć? Chyba tylko: młodzi, gniewni i przegrani. Raz na jakiś czas uda się sięgnąć po jakieś punkty ale ogólnie wieje nudą. Nie ma co oszukiwać przeznaczenia, łatwiej wydostać się z zatrzaśniętego solarium czy pędzącej kolejki aniżeli strefy spadkowej będąc piłkarzem łódzkiego klubu. Pierwszy, obok Podbeskidzia, kandydat do powitania pierwszej ligi.

15. Zagłębie Lubin. Ale, że Miedziowym tak słabo idzie? W tamtym sezonie źle nie było a po bardzo dobrych wzmocnieniach wydawało się, że w tym powalczą o coś więcej niż środek tabeli. Co poszło nie tak? tego nawet najstarsi górale nie wiedzą a piłkarze i trenerzy Zagłębia prawdopodobnie nie wiedzą podwójnie. Mimo wszystko, zespół ten stać na wydostanie się w ciągu najbliższych czterech kolejek na bezpieczne miejsce. Zanim wszyscy zapadną w zimowy sen…

16. Podbeskidzie Bielsko Biała. Ale to już było. I nie wróci więcej. I choć tyle się zdarzyło to do tyłu wciąż wyrywa Podbeskidzie…
Drugi rok z rzędu może się nie udać. Nie ma głupich. Chociaż jak się popatrzy na ostatni mecz z Wisłą Kraków… Grać potrafią, więc czemu nie robią tego co kolejkę?
A co, gdyby tak Bielszczanom udało się zrobić powtórkę z rozrywki? Czy kibice zaczęliby a)wierzyć  b) wątpić *(niepotrzebne skreślić) w futbol?

Jak będzie na wiosnę? Tego nie wie nikt… Jeśli przed podziałem na grupy zespoły będą dzieliły bardzo małe różnice, zarówno sprawa mistrzostwa Polski jak i spadku do pierwszej ligi, mogą być dziełem przypadku. Ale…Liga będzie ciekawsza!

 

Futbolowe orły i…piłkarskie jaja.

Artur Boruc nie zgarnął niestety nagrody dla najlepszego gracza miesiąca Premier League ale przecież wszystko jeszcze przed nim. Jeśli Southampton w dalszym ciągu będzie piąć się ku górze to…kto wie! A jeśli Artur poza świetnymi paradami będzie się popisywał podobnymi strzałami jak na zgrupowaniu Reprezentacji Polski, zgarnie nie tylko tytuł piłkarza miesiąca ale i całego sezonu.

Tym razem po tę prestiżową nagrodę sięgnął Aaron Ramsey. Walijski pomocnik Arsenalu Londyn, zresztą jak cała jego drużyna, prezentuje się w tym sezonie znakomicie. W pełni zasłużył sobie na miano piłkarza miesiąca a nam Polakom pozostaje jedynie satysfakcja z powodu tego, iż dla niektórych zwycięzcą powinien zostać…Boruc.
„Ramsey był doskonały, ale to Boruc miał większy wpływ na świetną postawę drużyny” – tak całą sytuację skomentował dziennikarz Daily Mail Adrian Durham.

***

Tottenham pękł i to konkretnie. Oba kluby z Manchesteru oraz Chelsea zaliczyły poważny falstart. W takiej sytuacji największym faworytem do sięgnięcia po mistrzowski tytuł pozostaje wspomniany już Arsenal. Od wielu sezonów to właśnie Kanonierzy byli piątym kołem u wozu. Klubem z wielkimi aspiracjami i w zasadzie tylko aspiracjami. Po najważniejsze trofea sięgali inni. Taki stan rzeczy musiał w końcu za bardzo obciążyć psychikę Arsena Wengera gdyż Francuz jeszcze przed pierwszą kolejką zakomunikował wszem i wobec, że jeśli jego zespół nie zdobędzie w tym sezonie ani jednego trofeum, odejdzie on z Emirates Stadium. Jak widać po postawie Arsenalu, słowa trenera zadziałały niezwykle motywująco na piłkarzy. Szczęsny i jego koledzy liderują w tabeli i na dzień dzisiejszy prezentują się chyba najbardziej obiecująco. Czy transfer Ozila był przepustką do mistrzowskiej korony?

***

Temat Waldemara Fornalika zaczyna chyba bardziej przynudzać aniżeli plotki na temat transferu Roberta Lewandowskiego wyskakujące jeszcze do niedawna nawet z lodówki. Różnica w obu tych przypadkach jest jednak zasadnicza – tematu selekcjonera nie można zamieść pod dywan ani obejść dookoła. Z tym trzeba walczyć.
Pomijając już kwestię dziwnych powołań, trzeba zwrócić uwagę na postępujące stadium choroby u naszego trenera. Czy słyszy głosy? Być może. W końcu, kto jak kto ale akurat pan Fornalik nie powinien wychodzić przed szereg i posuwać się do zarzucania kibicom braku wsparcia. Jego zdaniem, nie ma chyba drugiego kraju, w którym reprezentacja narodowa miała jeszcze szanse na awans a nie otrzymywałaby wsparcia. Po pierwsze – bzdura. Po drugie – też bzdura.
Pan Fornalik powinien zmienić front i dziękować za to, że przy grze jaką serwują nam jego podopieczni, aż tylu wiernych fanów wciąż tę kadrę wspiera. Prawda jest taka, że kibice wspierają i będą wspierać zawsze, bez względu na wyniki, co wcale nie wyklucza lawiny krytyki, którą z brakiem wsparcia pomylił właśnie selekcjoner. Te dwie rzeczy warto rozgraniczyć.
Być może warto się zgodzić w jednej sprawie, a raczej w połowie zdania. Polska jest chyba jedynym krajem, który ma jeszcze szansę na awans…i tak kaleczy grę. Zwycięstwa z San Marino i Mołdawią nie są raczej powodem do radości. O innych wynikach, w trosce o swoje zdrowie lepiej nie wspominać.
Pan Waldek ma raczej zagwarantowane, że w przypadku awansu na Mundial w Brazylii otrzyma tyle wsparcia, że będzie się mógł w nim pławić jeszcze wiele długich lat.

***

Nie milkną jeszcze echa spotkania na szczycie Ekstraklasy pomiędzy Wisłą Kraków a Legią Warszawa. Wszystko za sprawą dziennikarza Przeglądu Sportowego, którego albo za bardzo poniosła fantazja albo jeszcze do teraz zabija smutki spowodowane porażką mistrzów Polski w napojach alkoholowych. Ów człowiek postanowił chyba wystartować w konkursie na największego suchara bo inaczej tego żenującego artykułu nie sposób skomentować.
Wygląda na to, że autor tych bzdur jest mocno związany z warszawskim klubem i nie mogąc się pogodzić z porażką swojego ulubionego zespołu, postanowił uderzyć w najłatwiejszy do ustrzelenia cel w Krakowie czyli Patryka Małeckiego. Skrzydłowy Wisły tyle już w swoim życiu nawywijał, że bardzo łatwo zrobić z niego kozła ofiarnego. Nie trzeba się nawet zbytnio natrudzić by cała Polska wytykała go placami. Tak przynajmniej myślał pan MM, kiedy spod jego ‚pióra” wychodziło to…’zgłoszenie naruszenia dobrego imienia Legii adresowane do Komisji Ligii’. Dziennikarz nie spodziewał się chyba tego, że po ukazaniu się artykułu, jedyną osobą wytykaną palcami przez Polaków będzie nie Patryk a on sam.
O co ta cała afera? 33 tysiące ludzi a wraz z nimi Małecki, zaśpiewali dumnie: „Legła Warszawa”. Coś w tym złego? Czyż warszawski klub chwilę wcześniej nie poległ w boiskowej batalii? Czy czyjekolwiek dobre imię zostało w tym momencie naruszone? Bez jaj. Oburzenie z powodu ‚znajomości słów’ przez Patryka dolało oliwy do ognia. Śmiać się czy płakać? Wszyscy ludzie w tym kraju, którzy choć trochę ogarniają futbolowy temat doskonale znają te słowa. Najlepiej znają jednak sami Legioniści, którym dane było je usłyszeć chyba na każdym obiekcie w Polsce.
Sprawą Małeckiego zajmie się teraz Komisja Ligi, która rozważy nawet…ukaranie go. Inaczej niż parodią nazwać tego nie można. Jeśli karę dostanie Mały, trzeba będzie ukarać także Smoka Wawelskiego, który stworzył z Patrykiem tego dnia duet.
Niektórym przydałoby się wylać wiadro zimnej wody na łeb. Dla otrzeźwienia.

***