Archiwa tagu: Ukraina

Z Ukrainą o pełną pulę! Warto grać na Polskę…

bonusy-bukmacherow-nowe

Po dwóch kolejkach turnieju we Francji, nasza reprezentacja pod względem dorobku punktowego ustępuje miejsca jedynie gospodarzom, oraz zawsze wielkim drużynom Włoch i Hiszpanii. Podobnie jak my, cztery oczka na swoim koncie zgromadziły takie zespoły jak Niemcy, Szwajcaria oraz Chorwacja. Towarzystwo iście doborowe, nieprawdaż? Tym bardziej biorąc pod uwagę, iż nasze konto zasililiśmy w spotkaniach z dwoma najsilniejszymi (jak się okazało) rywalami w grupie C… a w ostatnim spotkaniu, o trzy punkty i pierwsze miejsce zagramy ze słabo spisującą i rozbitą od środka Ukrainą. Patrząc na formę oraz przygotowanie mentalne polskiego zespołu – Tego nie da się spieprzyć! Gramy o zwycięstwo, o wysokie zwycięstwo, dające nam pozycję lidera w grupie i… łatwiejszych rywali na drodze do tytułu Mistrza Europy!

Nie bójmy się takich stwierdzeń. Zatrzymaliśmy wielkich Niemców, którzy zupełnie nie radzili sobie z polską defensywą a jeśli udało się tego dokonać z drużyną typowaną jako pewnik do finału, dlaczego miałoby się nie udać z innymi? Na dzień dzisiejszy, prezentujemy naprawdę wysoki poziom a przygotowanie taktyczne Adama Nawałki idealnie wkomponowuje się w styl gry naszych kolejnych rywali. Drzwi do naprawdę dobrego wyniku w tym turnieju stoją przed nami otworem i dotychczas nawet nie zaskrzypiały. Przeciągu nie ma i być może jeszcze długo go nie będzie. Zarówno nasi piłkarze jak i kibice są pewni, że przed lipcem, czyli jeszcze przez dziesięć dni, do Polski wracać nie zamierzają. Miejmy nadzieję, że przygoda Reprezentacji Polski we Francji zakończy się dopiero dziesiątego lipca…

Patrząc na dotychczasowe wydarzenia boiskowe i poziom prezentowany przez uczestników, nikomu nie przyjdzie na myśl, skreślić nas przedwcześnie z listy zespołów aspirujących do końcowego triumfu. Przecież nikt nikomu nie odda punktów za darmo. Aż dziw bierze, że wszyscy tak łatwo typują Niemców do łatwej wygranej w starciu z Irlandią Północną. Przecież im, podobnie jak nam, może być ciężko przebić się przez mur zbudowany przez tak liczna grupę defensorów trzeciej obecnie drużyny grupy C. Milikowi raz się udało ale nie jest powiedziane, że uda się to Mullerowi. A nawet jeśli, nikt nie powinien liczyć na wysoką wygraną. Waleczni Irlandczycy postawią wszystko na jedną kartę. Napędzeni zwycięstwem z Ukrainą, mogą postawić Niemcom wysoko powieszoną poprzeczkę. Polsce w starciu z żółto-niebieską armią może być o tyle łatwiej, że nasi rywale, których podczas tego turnieju nie mieliśmy prawa zestawiać z przymiotnikami opisującymi zwycięzców, są już zapewne przyszykowani na drogę powrotną do swojej ojczyzny. Można więc uznać, że z Polską zagrają już na walizkach. Wszystko, co działo się w okół ukraińskiej kadry, nie napawa optymizmem ich fanów, za to nam stawia na drodze niezwykłą szansę, którą wykorzystamy tylko, ogrywając wysoko swojego rywala. Oczywiście, ciągle przyjmując, że Niemcom jednak uda się ograć Irlandię Północną. My w takim przypadku, albo musimy wygrać z Ukraińcami o jedną bramkę więcej i liczyć na to, iż drużyna Joachima Loewa w starciu z Irlandczykami będzie nagminnie karana żółtymi kartonikami, które przy równej ilości punktów Niemiec i Polski, pozwolą nam na wygranie pozycji lidera poprzez klasyfikację fair-play, albo… strzelić  dwie bramki więcej niż nasi sąsiedzi. Wtedy możemy być pewni swego… Być może uda nam się uniknąć rywalizacji z Hiszpanią na wcześniejszym etapie rozgrywek bo w tym momencie, to chyba jedyny rywal na tym turnieju, którego moglibyśmy się obawiać. Cała reszta, choć dużo od nas bogatsza i może silniejsza kadrowo, bardziej rozreklamowana i faworyzowana, mogłaby się na nas przejechać. Walczymy więc dalej!

Do tej pory, turniej we Francji układa nam się koncertowo. Nie bez przyczyny rywale coraz bardziej zaczynają się nas obawiać. Jesteśmy nieprzewidywalni i z każdą kolejną minutą gry, groźniejsi. Warto chyba więc na tej dobrej grze naszych reprezentantów trochę zarobić. Kursy na zwycięstwo Polski mogą podwoić stawkę. Jeszcze więcej można zyskać typując wygraną naszych Orłów różnicą więcej niż jednej bramki. Po spotkaniu z Niemcami, dobrym kierunkiem ulokowania swoich pieniędzy powinien być także typ na strzelca w osobie Arkadiusza Milika. Chyba nikt nie ma wątpliwości, iż napastnik (jeszcze) Ajaxu będzie chciał się zrehabilitować i zamknąć usta krytykom. O strzeleniu przez niego dwóch lub więcej goli w tym spotkaniu mówić chyba nie wypada ale… zaryzykować chyba warto!

Oprócz typów na Polskę, można się pokusić także na kursy na zwycięstwo Walii, Czech i Anglii. Jeśli ktoś nie jest pewny Niemców, można obstawić, że nie Irlandii nie uda im się pokonać więcej niż jedną bramką. Chociaż… Ile osób obstawiało wczoraj zwycięstwo Rumunii z Albanią, tyluż nie nazwie już żadnej z drużyn faworytem. Z cyklu: #Euroniespodzianki #przegraćzbukiem

To jak, plan minimum: awans do 1/16? a może coś więcej…

d22b59c65f774bf7833dc03aadac1875-d22b59c65f774bf7833dc03aadac1875-0-preview.1000

Łysy z UEFA wykonał swoją robotę dla nas, przyszedł więc czas abyśmy i my, a raczej nasi piłkarze wykonali swoją. A patrząc na drogę, jaką w początkowej fazie turnieju przyjdzie nam przebyć, oczekiwań możemy mieć wiele, w końcu kiedy jak nie teraz?

Na francuskich boiskach Reprezentacja Polski zmierzy się kolejno z Irlandią Północną, Niemcami i Ukrainą. Czyli prawdę mówiąc, nie trafiliśmy źle… Nie jest to oczywiście grupa z rodzaju ‚szybko, łatwo i przyjemnie’, jak chociażby ta, w której znalazła się Reprezentacja gospodarzy ale ewidentnie nie ma tu mowy o grupie śmierci (a tych na turnieju nie zabraknie), czy chociażby rywalach ‚nie do przejścia’, a mówiąc szczerze, z naszego punktu widzenia, bez udawanej tzw. poprawności politycznej, trafiliśmy wręcz idealnie.  Trzeba otwarcie powiedzieć, że wyniki losowania okazały się dla nas łaskawe. Mogliśmy trafić o wiele gorzej i modlić się już dziś o najniższy wymiar kary, za to wylosowanie grupy łatwiejszej było raczej mało realnym marzeniem, dlatego właśnie, przyjmijmy ten dar od losu jako szansę. Szansę, którą trzeba wykorzystać!

Patrząc na ranking FIFA, to my powinniśmy się obawiać wszystkich naszych wyżej notowanych rywali, jednak, jak wiadomo rankingi nie grają a więc wypada na wszystko spojrzeć realnym okiem i wtedy wyjdzie na to, że jednym z głównych faworytów do awansu będzie Reprezentacja… Polski.
Tak właśnie, Polska. Choć większość dziennikarzy i kibiców za pewniaka do zajęcia pierwszego miejsca i srogiego zlania reszty rywali, w tym także nas, uważa Niemców, notabene aktualnych Mistrzów Świata, to nie ulega wątpliwości, że w grupie C, to właśnie Polacy mogą wzbudzać największy respekt. I wcale nie chodzi o naszą siłę, która przy naszych bogatych sąsiadach wciąż prezentuje się raczej ubogo, ale o wielką niewiadomą, jaką dla całej reszty stawki turnieju we Francji stanowić będzie nasza drużyna narodowa. A my, kibice wiemy najlepiej, że bać się jest czego kogo.

Po raz kolejny warto podkreślić, że z pierwszego koszyka naszych potencjalnych rywali, to właśnie Niemcy obawiali się nas najbardziej. I pechowo dla nich, los znów skrzyżował nasze drogi. Bezpośrednie pojedynki tych drużyn w ostatnich czasach, dla obu tych stron do łatwych nie należały. Polska nauczyła się grać przeciw najlepszej drużynie świata, dzięki czemu odnieśli nad nimi pierwsze, jakże historyczne zwycięstwo w eliminacjach do Euro. Co prawda, w rewanżu to Niemcy sięgnęli po trzy punkty ale wcale nie jest powiedziane, że na obcym dla wszystkich terenie, gdzie na pewno trybuny odziane będą w biało-czerwone barwy, Orłom Adama Nawałki nie uda się powtórzyć sukcesu sprzed kilkunastu miesięcy lub chociażby ugrać, jakże cennego remisu.
Piłkarze Loewa, na pewno podejdą do spotkania z nami z dużym respektem, na pewno też zagrają ostrożnie, szukając wszelkich sposobów na wyłączenie z gry świetnie im znanego a przy tym stworzonego przez nich samych bramkostrzelnego potwora, Roberta Lewandowskiego. Prawdopodobnie, w momencie gdy otworzono kulkę z napisem ‚POLSKA’, Niemcy zaczęli żałować, iż przyłożyli rękę do oszlifowania naszego cennego diamentu. Oni jak nikt inny wiedzą, jakim potencjałem i siłą charakteryzuje się nasz napastnik. Zagadką pozostaje jedynie fakt, czy będą w stanie go powstrzymać, a jeśli nawet im się to uda, czy jednocześnie od gry odetną także naszych pozostałych piłkarzy? Zadanie ciężkie i miejmy nadzieję, że w czasie turnieju, dla Niemców okaże się zdaniem niewykonalnym…
Jesteśmy w stanie z tym zespołem wygrać, tym bardziej jesteśmy zdolni się im przeciwstawić i wywalczyć, czy też wygryźć zwycięski dla nas remis. Bo czemu nie?

Kolejnym po Niemcach rywalem, do którego musimy na baczność postawić wszystkie nasze armaty jest bez wątpienia Ukraina. Czyli zespół również nam dobrze znany, choć na naszą korzyść działa fakt, iż na dzień dzisiejszy oni nie mogą powiedzieć o nas tego samego. Od czasu, kiedy mierzyliśmy się po raz ostatni minęło sporo czasu, podczas którego Reprezentacja Polski przeszła istną metamorfozę i z tamtą drużyną niewiele ma ona wspólnego, a może nawet nic, poza oczywiście nazwą i emblematami. Polska z chłopca do bicia przeobraziła się w drużynę pretendującą do zespołu z wysokiej półki, być może kiedyś potentata światowej piłki. Być może. A Ukraina? To wciąż średniak. Do pokonania. Nie mają aż tylu mocnych stron, ile można doszukać się ich w naszym zespole. Skrzydła to za mało by nas straszyć. Kiedy my straszymy, nie mówimy tylko Lewandowskim, ale o całej podstawowej jedenastce, w której każdy piłkarz dokłada ogromną cegiełkę do sukcesu. A potem dokładamy jeszcze rezerwowych, którym jakości na pewno nie brakuje, a po których wejściu na murawę na pewno siła naszej drużyny nie ulega pomniejszeniu.
Być może na papierze Ukraina i Polska, pod względem potencjału i możliwości wyglądają podobnie ale nie oszukujmy się, mamy zespół mocny jak nigdy, powinniśmy zjeść Ukraińców na śniadanie bez większego wysiłku. W tunelu prowadzącym na murawę przed meczem, kiedy ich największa gwiazda, Jewhen Konoplanka, spojrzy w oczy Grzegorzowi Krychowiakowi, powinien już być przekonany o końcowym triumfatorze spotkania.

Naszym ostatnim i prawdopodobnie najsłabszym rywalem w grupie (bo od czegoś są niespodzianki i nikt nie wie, czy Irlandia czasem nie okaże się lepsza od Ukrainy) będzie Irlandia Północna. W wyniku losowania, nie spotkamy się w zaplanowanym wcześniej sparingu z tym zespołem, a co za tym idzie nie poznamy ich tak dobrze, jak chociażby dwóch pozostałych rywali ale o różnicy, jaka dzieli zespół Polski i Irlandii Północnej, najlepiej świadczą wywiady obu trenerów po ceremonii losowania.
Do meczów kontrolnych przed samym Euro, zostało około trzech miesięcy, w Poznaniu mieliśmy się spotkać właśnie z naszym turniejowym rywalem ale z wiadomych względów, do spotkania nie dojdzie. PZPN musi wybrać sobie nowego rywala, choć, mimo scenariusza, który był bardzo prawdopodobny, i który życie zdecydowało się narysować, i tak przygotowali już wszystkie materiały na temat Irlandii Północnej. To się nazywa profesjonalizm i prawidłowe podejście do sytuacji. Pytany o wspomnianego rywala Adam Nawałka, jakby czytał z otwartej książki wymienia wszystkie jego mocne strony i punkty, na które trzeba zwrócić uwagę. Natomiast, postawiony w tej samej sytuacji trener naszych rywali, asekuracyjnie mówi o tym, że kojarzy, iż dobry jest Błaszczykowski. Niech to najlepiej świadczy o tym, która z tych drużyn ale też federacji bardziej poważnie traktuje francuski turniej.

To wcale nie pompowanie balonika, i tak wszystko zweryfikuje boisko ale czas spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że mamy ogromną szansę na największy sukces naszej drużyny w ostatnich latach, a na pewno największy sukces w historii na Mistrzostwach Europy. Jeśli uda nam się wywalczyć tylko drugie miejsce w grupie, spotkamy się z drugim zespołem z najsłabiej obsadzonej grupy na tym turnieju. Czy los nam nie pofarcił? Kolejny raz. Ale teraz jest inaczej. Czuć w powietrzu tę magię, kiedy gra nasza drużyna narodowa. Nie ma wątpliwości co do jakości grającej w nich piłkarzy i przede wszystkim nie ma tylu pytajników co do prawidłowości zasiadania na miejscu selekcjonera Adama Nawałki.
I jeszcze jedno, co najlepiej zobrazuje przemianę tej drużyny, znów powołując się na tunel prowadzony na murawę i stojących w nim piłkarzy. Reprezentanci Ukrainy i Irlandii Północnej w większości będą spoglądać na stojące obok nich światowe gwiazdy, od których mogliby wziąć autograf. Połowa Niemców, przynajmniej od patrzenia na jednego z naszych piłkarzy będzie miała ciężko w spodenkach i będzie odczuwała pewien niepokój. Kiedyś, jeszcze przed metamorfozą, tak wyglądali nasi reprezentanci. Na Euro, jak i w Eliminacjach, Polacy będą stać dumnie prezentując Orła na piersi, przekonani o swojej sile i pewni swoich umiejętności. Naznaczeni by wygrywać, przygotowani na walkę do ostatnich minut… Po zwycięstwo!

Futbol, football, Fußball, футбол…

Do Anglii po…
Z czego znani są Polacy? Z zawiści, oj tak. Chyba każdy się zgodzi. Żeby tak komuś coś się przytrafiło, żeby powinęła się noga – taka już ta nasza narodowa mentalność i niby każdy na nią narzeka a zaraz się okazuje, że i jemu samemu nie jest ona obca. A jeśli już o temat piłki nożnej, czy ogólnie sportowej rywalizacji chodzi, szczególnie w potyczkach z największymi ‚historycznymi’ rywalami czy tak po ludzku lepszymi (a przecież o to aktualnie nietrudno), wtedy polska zawiść wzbiera na mocy. Trzykrotnie. Tym razem, na celowniku znalazła się Reprezentacja Anglii. Skoro sami już straciliśmy szansę na wywalczenie miejsca premiowanego awansem na Mundial do Brazylii, trzeba zrobić wszystko by i innym ta sztuka się nie udała, a przynajmniej nie na razie…
Jeśli Polska (!) zdoła (!) urwać punkty (!) Anglikom (!) na Wembley (!), wtedy bezpośredni awans do Rio wywalczy Ukraina. Wyspiarze natomiast, byliby zmuszeni powalczyć o MŚ w barażach, a tam, poprzeczka powędrowałaby przecież o wiele wyżej niż we wtorkowy wieczór.
Niby więc sprawy awansu wciąż leżą w rękach nogach naszej reprezentacji ale po pierwsze – już nie naszego awansu i po drugie – ta perspektywa wciąż bardziej przypomina mało śmieszny żart aniżeli rzeczywistość. No bo jak to? Nie potrafili pokonać teoretycznie słabszej Ukrainy a mają pokonać wielką Anglię? Do zwycięstwa nie zaprowadziły ich nawet własne pobudki a mają walczyć o trzy punkty, kiedy tak naprawdę nic im już to nie da? Gdyby w spotkaniu z Ukrainą, ważyły się losy ludzkości, której życie zależałoby od naszych orłów, dziś już by nas nie było. Smutna prawda. Z jakich więc powodów mamy prawo wierzyć w pokonanie Anglików? Jest jeden. A w zasadzie dwa:
1) wspomniana już polska zawiść, która i piłkarzom zapewne nie jest obca. Oni też są ludźmi, też chcą dopiec tym lepszym, bogatszym i bardziej znanym ‚Angolom’ mieszkańcom Wielkiej Brytanii…
2) Nasi wiecznie są do tyłu. To ‚spóźnienie’ (a może trema? ;-) ) objawia się zwykle tym, że wygrywamy wówczas, gdy nie musimy. Towarzysko lub kiedy wygrana już nam nic nie daje. A tak żeby się pokazać. Żeby udowodnić, że potrafią, że można za nich wyłożyć troszkę kasy a te mecze ‚o punkty’ były tylko wypadkiem przy pracy. A może po prostu w niewłaściwym momencie zapadają w zimowy sen? Może to spisek rywali, którzy dosypują im coś do posiłków i w najważniejszej fazie eliminacji/turnieju słodko sobie śpią? Ten temat zostawmy jednak odpowiednim komisjom śledczym…
Do Anglii jedziemy więc po odebranie awansu… Anglikom.

***

Oj leją nas Ci Ukraińcy, leją! Najpierw w Charkowie tamtejsza drużyna narodowa doprowadziła do łez cały naród polski, by dziś Metalist, nomen omen z Charkowa, choć już w Gdańsku mocno podziurawił drużynę Lechii. Chyba ten Charków będzie się nam po nocach śnił…
A Lechii, z trenerem Michałem Probierzem na czele, widmo strefy spadkowej coraz bardziej zaczyna zaglądać w oczy. Jeszcze niedawno, wydawało się, że ta drużyna będzie ‚czarnym koniem’ w rozgrywkach Ekstraklasy i raczej na pewno zajmie jedno z miejsc premiowanych grą w europejskich pucharach. Dziś, nikt już o tym nie myśli. A nie! Gdańszczanie, cofając się kilka lat wstecz do swoich dziecięcych wspomnień, postanowili zaatakować całą czołówkę z ostrej rury i sięgnęli po Tsubasę! I ta piłka lecąca w okienko przez dobre 90 minut… 8-O

***

A w Krakowie…

Zupełnie odmienne nastroje panują dziś w Krakowie, gdzie Wisła pokonała w towarzyskim meczu niemiecki VfL Wolfsburg.
Obie drużyny przystąpiły do spotkania w okrojonych składach. W większości, absencje wynikały z powołań do zespołów narodowych na trwające właśnie eliminacje do MŚ w Brazylii.
W zespole Białej Gwiazdy, w porównaniu do ligowego meczu z Legią, zabrakło Brożka, Chrapka, Stjepanovicia i Chaveza. W drużynie gości, w wyjściowej jedenastce nie pojawili się natomiast Banaglio, Knoche, Rodriguez, Gustavo, Koo i Olić.
Spotkanie, choć towarzyskie, stało na dobrym, ciekawym dla publiczności poziomie. Miało ono jednak dwie różne połowy. W pierwszej, wydawało się, że goście zmiotą Wiślaków z powierzchni ziemi szybciej, niż zdążymy się zorientować jaki dziś mamy dzień. Zapewne tak właśnie by się stało, gdyby mecz nie odbywał się przy Reymonta, przy linii bocznej nie stał Smuda a na murawie nie grała najlepsza defensywa w lidze. Bramka Miśkiewicza stała jak zaczarowana i do przerwy, mimo przygniatającej przewagi Wilków, był remis.
Drugie 45 minut, niosło za sobą wielkie zmiany, nie tylko w wyniku ale i samej gry obu drużyn. Tym razem to Wisła ruszyła z ofensywą i jeszcze zanim wszyscy kibice rozsiedli się na stadionie, prowadziła po strzale Donalda Gurriera. Za całą akcję, a w szczególności jednak za samego gola, Haitańczykowi należą się duże brawa. Obrońcom Wolfsburgu natomiast, wielka bura.
Biała Gwiazda prowadziła i jak to w takich przypadkach zwykle bywa (kiedy grają polskie kluby oczywiście), należało zapytać: Za ile rywal doprowadzi do wyrównania? Odpowiedź otrzymaliśmy po dokładnie 16 minutach, kiedy to do bramki byłego zawodnika AC Milan trafił Medojević. W tej chwili zapewne, większość kibiców liczyła na utrzymanie i tak już korzystnego rezultatu (biorąc pod uwagę dotychczasowe statystyki meczu) i dowiezienie go do końca. Tak się jednak nie stało. Rozgrywający tego dnia dosyć dobre spotkanie Sarki, huknął jak z armaty i Wisła ponownie wyszła na prowadzenie. Strzał Nigeryjczyka był na tyle fenomenalny, że komentator spotkania w trakcie transmisji zdążył powtórzyć czterdzieści pięć razy, iż trafienie to było ozdobą meczu. To fakt:

https://www.youtube.com/watch?v=hVNOvv74NLY

Wisła pokonała Wolfsburg 2-1 i prawdopodobnie… załatwiła sobie sponsora (Volkswagen) i współpracę z niemieckim klubem. Wygląda na to, że, mimo iż zbliża się zima, na Reymonta coraz mocniej świeci słońce.
Z informacji jakie przekazał trener Wiślaków wynika, iż dzisiejszy sparing załatwił Dieter Burdenski, prywatnie ojciec Fabiana i przyjaciel Smudy. I już wiadomo dlaczego młody Burdenski dostał angaż w Krakowie. Nie wiadomo natomiast dlaczego Franz nie wystawił go ani na minutę w meczu z VfL. Jakaś kontuzja?

***

Małek do domu! My nie powiemy nikomu!
To co wyprawia Pan Robert Małek na murawach polskich stadionów, woła o pomstę do nieba. Toż to kryminał! O ile pomyłki sędziowskie, mniejsze bądź większe, wliczone są w ten zawód, to już dyspozycja ów arbitra wychodzi poza wszelkie konwenanse.
Jeszcze nie tak dawno, Małek skrzywdził Polonię Warszawa i Flotę Świnoujście by dziś zrobić to samo z Wisłą Płock. Co zrobił? Zapomniał(?) pokazać czerwonej kartki! <śmiech>,<niedowierzanie>.
Małek Małkiem ale…co dalej? Jeśli wziąć pod uwagę wszelkie możliwości dalszych losów spotkania czyli innymi słowy ‚gdyby’…. Wisła Płock mogłaby tego meczu nie przegrać. Sędzia ponosi wielką odpowiedzialność ale nie mniejszą ponoszą Patrik Carnota (szczęśliwie ocalony) oraz sztab GKSu Tychy. Nikt nie zareagował. Jak widać, o zasadach fair-play w Tychach nie słyszeli. Teraz powinni ponieść konsekwencje. Kara pieniężna to jedno a drugie…albo walkower (w końcu, w pewnym sensie w spotkaniu wystąpił ‚nieuprawniony’ zawodnik) albo powtórzenie meczu (całego bądź od 74 minuty). Tylko w tym drugim przypadku, dlaczego z powodu nieudolności Małka, cierpieć ma płocka drużyna?

***

Do boju Polskooo!

Na koniec, najmilsza część piłkarskiego weekendu dla polskich kibiców czyli: Polska (prawdopodobnie) załapie się na jakieś mistrzostwa! Mianowicie: Europy do lat 21. Jesteśmy liderem grupy i właśnie zlaliśmy Szwecję. A dopiero co dziennikarze wyśmiewali się z trenera Dorny, że mediów unika jak ognia. Teraz to on się śmieje!
Niech jeszcze nasi chłopcy nie dadzą się pokonać Turcji i sami ograją Grecję oraz Maltę i możemy świętować. Skład mamy obiecujący i w tym akurat przypadku, inaczej niż dorosłej kadry, mamy prawo wierzyć. Jeszcze niech Fornalik przestanie wykazywać się wspomnianą wyżej polską cechą i puści Dornie Zielińskiego… Może być pięknie!
A pamiętacie jak Krychowiak walnął z wolnego Brazylijczykom? Młodzież to my mieliśmy już kiedyś, tylko potem się wszystko popsuło. Ciekawe czemu. Gdzie teraz my a gdzie Canarinhos…

Szczyt marzeń Reprezentacji Polski na dziś: przegrać trzy mecze na MŚ.

Co teraz Panie Fornalik, co teraz Panowie piłkarze, co teraz drodzy dziennikarze? Gdzie ten wasz cały awans? Jak teraz wynagrodzicie ludziom straty duchowe poniesione poprzez wasze wymuszone u kibiców poparcie? Co z utraconą wiarą i nadzieją? gdzie teraz jesteście?! I na co wam to wszystko było? Wypadało by chociaż przeprosić…

Nie ma awansu, nie pojedziemy do Brazylii a przecież jeszcze kilka lat temu, sytuacja, w której miałoby  nas zabraknąć na największej imprezie futbolowej świata, byłaby nie do pomyślenia. Euro? Ok, tam nasza absencja była czymś normalnym ale żeby nasi na Mundial nie jechali? Czy to zły sen? Nie, to rzeczywistość. To brak umiejętności zarówno tych piłkarskich jak i taktycznych.
Dziś wszyscy możemy czuć się idiotami. Tylko człowiek niespełna rozumu mógł bowiem uwierzyć w ten zespół w tych ludzi.
Nie mamy zespołu, nie mamy drużyny. Mamy za to zlepek indywidualistów, którym nie zawsze z kadrą jest po drodze. Nawet w wyjątkowych okolicznościach, walcząc o tzw. piłkarskie życie, nie potrafili stanąć na wysokości zadania. Mężczyźni…
Wszyscy zdawali sobie sprawę, że tak może wyglądać dzisiejszy wieczór. To było nawet bardziej niż pewne. Mimo tego, niesieni napompowanym balonikiem, zaślepieni piękną przemową reprezentantów kibice – uwierzyli. Bez sensu…

Z Fornalikiem na ławce to nie mogło się udać. Chyba każdy kibic w tym kraju przeklina dzień i godzinę, w których został on mianowany selekcjonerem. Nie było ku temu powodów i dziś wszyscy nad tym bolejemy. Można to było przerwać już na początku, niestety ówcześni pracodawcy pana Waldka zachowali się tak, jak dzisiaj Wojtkowiak. I żeby było jasne, to nie wina Fornalika, on podobnie jak jego poprzednik, Franciszek Smuda, nie nadają się na trenera reprezentacyjnego. Sprawę zawalił PZPN.
I pomyśleć tylko, że po przegranych imprezach, mocno po uszach obrywali Janas czy Engel. Dziś dalibyśmy wiele by nasza reprezentacja, chociaż w połowie grała tak, jak te prowadzone przez nich. Dziś, nie jesteśmy już nawet w stanie zakwalifikować się do jakiejkolwiek imprezy, nie mówiąc już o przegranych na niej spotkaniach. Przepaść.

Szczytem wszystkiego jest dywagowanie na temat najlepszego meczu biało-czerwonych w tym roku i/lub całych eliminacjach. Czy my właśnie przegraliśmy awans? Oczywiście, przegraliśmy go już dawno, w meczach z Czarnogórą i Mołdawią i pierwszym meczu z Ukrainą, dziś tylko dopełniliśmy dzieła. Mecz w wykonaniu naszych zawodników wcale nie był dobry. A i nasi rywale nie zagrali rewelacyjnie. Prawdą jest, że wizualnie byliśmy ciut lepsi. Czysto statystycznie – przegraliśmy 1-0 a tylko to się liczy. Zarówno Artur Boruc jak i Pyatov byli dziś bezrobotni a przez większą część meczu, na murawie wiało nudą. Teraz to jednak nieważne. Przegraliśmy tę wojnę.
Popatrzmy jednak na naszych orłów nasze gołębie:  Jeśli w przeciągu 90 minut meczu o wszystko, nie potrafią oni skonstruować ani jednej perfekcyjnej akcji, przemyślanej od A do Z, to o jakim dobrym meczu w ich wykonaniu możemy mówić? Bądźmy obiektywni.
Cała gra opierała się na znanym w Polsce schemacie „Albo się udo, albo się nie udo”. Piłki wbijane w pole karne na oślep, inne wrzucane gdzieś przed nogi Lewandowskiego z nadzieją, że „może coś ustrzeli”, choć on sam kopał się raczej po czole aniżeli celował w bramkę Ukraińców. Nasi są chyba jedynym na świecie profesjonalnym zespołem, którym piłka aż tak odskakuje. Obrona, jak w każdym spotkaniu, posklejana nawet nie na kropelce czy super glue ale na taśmie klejącej. To się udać nie mogło. Ponadto, Polakom zabrakło ognia w ofensywie. Tylko przez chwilę, w momencie gdy na bramkę rywali szarżował Jakub Błaszczykowski, dało się poznać, że nasi muszą ten mecz wygrać by pozostać w grze. Kuba był jednym reprezentantem Polski, który w całych eliminacjach na murawie zostawiał serce. W każdym meczu. Nie straszne mu były warunki pogodowe ani urazy, nawet koledzy w drużynie o słabszych umiejętnościach nie byli mu kulą u nogi. Z czystym sumieniem możemy odtrąbić, że jak przystało na kapitana z prawdziwego zdarzenia, Błaszczykowski ostatni zszedł z tonącego okrętu. O reszcie lepiej zapomnieć. Przynajmniej na razie.

Skoro kwestia wyjazdu do Brazylii, została już rozwiązana. Przy okazji zwycięstwa Ukrainy, warto na przyszłość wziąć sobie do serca lekcję futbolu od naszego pogromcy. Uczmy się od lepszych. Akurat w tym przypadku zachodzi pewien paradoks, którego pół Polski, w tym oczywiście najważniejszy trener w kraju, nie potrafi zrozumieć. To my mamy lepszych piłkarzy, grających w lepszych klubach i o bardziej znanych nazwiskach a jednak to my przegrywamy. To my bowiem nie mamy drużyny, którą ma Ukraina. Ot, cała różnica. Niby taka mała a jakie kolosalne robi wrażenie. Skoro naszym sąsiadom udało się zbudować silną reprezentację nie stawiając fundamentów na wartości pieniądza czy sławy, dlaczego ma się nie udać to Polakom?
Warto zaryzykować tezę, że drużyna złożona z najlepszych graczy Legii Warszawa, Wisły Kraków, Górnika Zabrze i Śląska Wrocław mogłaby dziś w Charkowie wywalczyć trzy punkty. Niby krytykujemy tę ligę ile wlezie, czepiamy się wszystkiego co z nią związane ale poziom spotkań naszych ekstraklasowiczów niejednokrotnie przewyższa ten w wykonaniu polskiej reprezentacji. Na dzień dzisiejszy jesteśmy zmuszani do oglądania zerowego zrozumienia kadrowiczów. Brakuje nam swego rodzaju pewności, wzajemnego zaufania, gry ‚na pamięć’. Bez tego nigdy nie osiągniemy sukcesu. Nie da nam go nawet dziesięciu Lewandowskich ani ośmiu Glików.
Wbrew temu co mówi Zbigniew Boniek, może to właśnie nam potrzebna jest taka Liga Narodów. Więcej meczów o stawkę w reprezentacyjnym składzie przyniosłoby oczekiwane rezultaty. Jak ci ludzie mają się zgrywać, jeśli każdy z nich na co dzień rozsiany jest w innym kraju, innej lidze i zupełnie innym środowisku?

Jeszcze jedno. Czy jest w ogóle sens jechać na Wembley? Warto przeanalizować tę sprawę, wszak walkowerem dostaniemy tylko trójkę, jeśli jednak przyszłoby nam rozegrać spotkanie z Anglikami, na trzech mogłoby się  nie skończyć a i wstydu chłopaki oszczędzą sobie i nam… ;-)

Co z tym Głową?

Spór o Głowackiego

Im lepiej na boisku radzi sobie jakiś piłkarz, tym bardziej wzbiera fala zainteresowania jego osobą w kontekście gry dla narodowej reprezentacji. Tym razem mamy do czynienia z podobną sytuacją bo na świeczniku ustawiono Arkadiusza Głowackiego, który przeżywa właśnie drugą młodość. I choć Głowa a raczej jego dyspozycja ligowa imponuje wszystkim dookoła to już sprawa powołania dla stopera Wisły Kraków na mecze z Ukrainą i Anglią nie każdego przekonuje.

Dlaczego warto postawić na Głowackiego? Czyli argumenty za powołaniem:

-”Im starszy tym lepszy” – i już wiadomo co łączy Arka z winem  ;-),
-  Forma w jakiej aktualnie znajduje się Wiślak jest pierwszym i zarazem najważniejszym argumentem w ręku samego piłkarza jak i selekcjonera.
-Gra dla reprezentacji narodowej jest nagrodą za dobrą dyspozycję w lidze a Głowacki prezentuje się na dzień dzisiejszy najlepiej ze wszystkich defensorów posiadających polski paszport.
-Krótka przygoda stopera w Turcji owocuje dziś większymi umiejętnościami, spokojem i pewnością siebie, które wpływają także na grę jego partnerów. W skrócie: Dobra postawa Głowy = dobra postawa całej linii defensywnej.
-Głowacki, jak nikt inny, posiada dar dowodzenia na murawie. Wielki charakter i prawdziwy wzór do naśladowania dla młodych zawodników. Kierują nim o wiele wyższe wartości niż pieniądze.
- Dla samej kadry i prowadzącego nią selekcjonera nie liczy się przeszłość danego zawodnika czy statystyki sprzed kilku lat, liczy się „tu i teraz” a teraz Głowacki jest na szczycie.
-Każdemu należy dać drugą szansę a obrońca krakowskiej Wisły zapracował na nią w ciągu ostatnich kilku tygodni jak nikt inny.
- Grając o pełną stawkę, z rywalami takimi jak Anglia i Ukraina, nie możemy sobie pozwolić na najmniejszy błąd czy potknięcie, a co za tym idzie powołanie dla piłkarzy nie będących w formie lub siedzących na co dzień na ławce rezerwowych.
-Skoro szanse na awans mamy i tak już tylko iluzoryczne to czemu nie dać mu szansy wykazania się?
-Zagramy z rywalami z najwyższej półki a Wiślak jako jeden z nielicznych może poszczycić się rywalizacją z napastnikami o podobnej klasie sportowej. Słowem: niezły bagaż doświadczenia.
-Dla reprezentacji gra się sercem a Głowackiemu serca na pewno nie brakuje. Obrońca Wisły znany jest z tego, że wkłada…głowę tam, gdzie inny piłkarz boi się włożyć nawet nogę.

Dlaczego Głowacki nie powinien grać w kadrze? Czyli argumenty przeciwko powołaniu:

-Najczęściej wysuwany: „Bo szans dostał już kilka i żadnej nie wykorzystał”.
-Głowacki jest prawdopodobnie największym pechowcem w historii polskiej kadry. Jak nie żółta karta to czerwona, jak nie samobójczy gol to… sprokurowany rzut karny.
-Dobra gra w klubie nie jest równoznaczna z równie wysoką dyspozycją na płaszczyźnie reprezentacyjnej.
-Styl i ustawienie jakie Głowacki wyrobił pod batutą Franka Smudy nie musi znaleźć odzwierciedlenia u Waldemara Fornalika.
-Brak zgrania i zrozumienia z pozostałymi kadrowiczami.
-Głowacki świetnie czuje się w roli dyrygenta, w kadrze musiałby dzielić tę rolę z przynajmniej pięcioma innymi piłkarzami.
- Wieczny argument krytyków piłkarskich mówi: „Za stary” czyli (uwaga: w rzeczywistości wcale nie musi to być prawdą) mniej zwinny, wolniejszy.
-Rywale, na tle których świetnie spisuje się Głowacki (Piast, Lech czy Pogoń) są o kilka klas gorsi niż rywale, z którymi w meczach eliminacyjnych ma spotkać się nasza kadra.
-Ryzyko. Mówi się, że kto nie ryzykuje ten nie pije szampana ale powołanie dla obrońcy Wisły Kraków, ze względu na jego poprzednie występy z orzełkiem na piersi, niesie za sobą duże ryzyko. Nie wiadomo czy Fornalik jak i cała drużyna są gotowi by postawić wszystko na jedną kartę.

Kto za a kto przeciw? 

Eksperci są za, nawet Orest Lenczyk nie widzi innej możliwości. Wspomniani już krytycy, w dużej liczbie kibiców, nie widzą dla Głowackiego miejsca wśród powołanych. Co ciekawe i nieco śmieszne zarazem, jest to, że dużą część przeciwników powołania Głowy do kadry stanowią…fani Wisły Kraków. Podobnie zresztą podchodzili do sytuacji Pawła Brożka.
*Ich zdaniem szansa gry Arka w drużynie narodowej (a nawet już same treningi na zgrupowaniu) niesie za sobą zagrożenie kontuzją i stratę ważnego ogniwa w rozgrywkach klubowych.
*Równie często zaznaczają, że Polska przegrała już eliminacje do MŚ/nie ma najmniejszych szans w starciach z Ukrainą i Anglią więc narażanie na uraz czy zmęczenie podróżami Głowackiego jest bez sensu i za bardzo ryzykowne dla samego zawodnika oraz jego klubu.
*Z góry zakładają także, że powołanie dla ich ulubieńca może go niepotrzebnie…rozproszyć. Straci dotychczasową formę i w razie popełnionego błędu w trakcie meczu reprezentacji, będzie mu to ‚siedziało w głowie’.

Wszystkie te argumenty można by nawet uznać za racjonalne, życiowe gdyby nie były… żałosne.
Po pierwsze: Ryzyko kontuzji jest wkalkulowane w karierę każdego piłkarza. I tak jak najwięcej wypadków zdarza się w domu, tak samo najwięcej kontuzji może przydarzyć się w klubie. Nieważne czy to zgrupowanie kadry, mecz ligowy czy nawet zabawa z dzieckiem w zaciszu domowym, wszędzie istnieje takie samo ryzyko odniesienia urazu. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Franciszka Smudy, który stwierdził, że kontuzji nabawiają się tylko lenie. Piłkarze zasuwający na treningach nie muszą się obawiać urazów a tak własnie jest z jego piłkarzami. I coś w tym jest. O ile w poprzednich sezonach Reymonta 22 dosyć często zamieniało się w szpital, o tyle w tym sezonie, odpukać, Wiślacy są okazami zdrowia.
Po drugie: „Zwycięży orzeł biały, zwycięży polski ród…” To się śpiewa na stadionie Wisły Kraków. Są koszulki patriotyczne, organizowane marsze, zdarza się też śpiewać hymn Polski. Patriotyzm pełną gębą aż tu nagle… niektórzy zaczynają wyśmiewać drużynę narodową i z czystym sumieniem planować jej potencjalne osłabienie w ważnych starciach z Anglią i Ukrainą. Czyż to nie hipokryzja? Ukochany klub reprezentuje nasze miasto ale kadra reprezentuje cały kraj i jako obywatele tegoż kraju powinniśmy działać na jego korzyść. Nie można jednemu odbierać by drugi miał więcej. Nie bierzmy przykładu z polityków.
* Po trzecie: Zakładając, że najgłośniej krzyczący o braku sensu w powołaniu Głowy ‚siedzą’ w futbolu dłużej niż 4-5 lat, trzeba przyznać, że kibice Wisły jak żadni inni powinni cieszyć się z napływających powołań dla zawodników ich klubu. Wystarczy sięgnąć pamięcią wstecz o kilka lat by przypomnieć sobie kolejne reprezentacje narodowe, których trzon stanowili własnie Wiślacy. W przeszłości od zawodników z Krakowa zaczynali selekcjonerzy ustalanie składu i wychodziło to i Reprezentacji i Białej Gwieździe na dobre. Wisła była na szczycie a kadra zamiast się kompromitować, potrafiła zachwycać. Czyż kryzys krakowskiej Wisły nie zbiegł się w czasie z upadkiem polskiej drużyny narodowej?
*Po czwarte: Czy Głowacki dzieląc grę w klubie i kadrze, może stracić na jakości? Oczywiście, wszystko się może zdarzyć ale… przypadek Radka Sobolewskiego jest najlepszym przykładem odwrotnego procesu. Do póki były kapitan Wisły grał w Reprezentacji Polski, do póty imponował także niesamowitą formą w klubie. Natomiast w momencie zakończenia reprezentacyjnej kariery, opadł nieco jego zapał na klubowej płaszczyźnie. Wciąż był zawodnikiem z wysokiej półki ale swego rodzaju ‚wypompowania’, kibicom spostrzegawczym nie dało się nie zauważyć.
*Po piąte: Gra z orzełkiem na piersi jest marzeniem dla każdego zawodnika. Nie oszukujmy się. Tu nie grają roli pieniądze ani inne przyziemne pobudki, to coś więcej. Nie można więc decydować za żadnego piłkarza czy ma on dostać szansę zaprezentowania się w kadrze, kosztem zmęczenia/ryzyka kontuzji itd.. Litości. Nie odbierajmy mu marzeń. Tym bardziej jeśli taki ktoś jak Głowacki ma coś do udowodnienia sobie i ludziom, którzy w niego zwątpili. Kiedy jak nie teraz? To może być jego ostatnia szansa na osiągnięcie celu wyznaczonego sobie gdzieś na początku kariery. Jeśli ktoś ma prawo mieć pretensje o potencjalne powołanie to ewentualnie tą osobą mógłby być Smuda.
Wyjeżdżają z Wisły na zgrupowania różni piłkarze, niektórzy za ocean, w kilkunastogodzinne podróże samolotem/pociągiem i raz na jakiś czas wracają z urazem. Normalka. W żadnym innym klubie, kibice nie stosują takich ruchów, jak czyni to w tym momencie garstka kibiców Wisły. Gra w drużynie narodowej to przecież powód do dumy. Nie inaczej.
Najlepszym przykładem na potwierdzenie powyższych wniosków jest Paweł Brożek. Miał być zmęczony po kadrze (profesjonalny piłkarz!), miał wrócić z kontuzją i ogólnie jego powołanie miało źle wpłynąć na wynik Wisły w starciu z Piastem. Jak było? Brożek strzelił dwie bramki i został uznany zawodnikiem meczu…

Powołać czy nie?

Jasne, że powołać. Argumenty na plus zdecydowanie wypychają te przeciwne. W obecnych okolicznościach, kiedy tak naprawdę nie mamy prawie nic do stracenia a możemy zyskać naprawdę wiele, warto postawić na najlepszych. Na dzień dzisiejszy grono najlepszych defensorów otwiera właśnie Głowacki.
Na koniec pozostaje jednak najważniejsza kwestia, przy której cały ten tekst może okazać się niepotrzebny. Spór o powołanie Głowackiego jak najbardziej jest żywo toczony i ludzie przekrzykują się w argumentowaniu swoich racji ale nikt jeszcze nie podał stanowiska samego zainteresowanego.  Czy Arek w ogóle myśli jeszcze o grze w Reprezentacji Polski? Czy chciałby jeszcze założyć koszulkę z orzełkiem i bronić barw narodowych? Może nie czuje się już na siłach i cała ta dyskusja nie ma najmniejszego sensu. A ponadto, powszechnie wiadomo, że do tanga trzeba dwojga, nawet jeśli Głowę w kadrze widzą kibice i on sam, powołanie musi mu najpierw wysłać Waldemar Fornalik.

Przed meczem z San Marino. O Puchar Weszło.

Nie ważne ile mamy lat, czy pamiętamy mecze Orłów Górskiego, czy Koreę czy może dopiero Niemcy, chyba nikt z nas nie spodziewał się, że znajdziemy się w takim miejscu i takiej sytuacji jak teraz. Nikt nie spodziewał się, że większość kibiców będzie drżeć o wynik spotkania z najsłabszą(!) drużyną na świecie. Wydaje się, że to nieśmieszny żart ale taka właśnie jest dla wielu rzeczywistość. Po ostatniej błazenadzie w wykonaniu naszych piłkarzy, każda bramka zdobyta przeciwko 207. Reprezentacji rankingu FIFA będzie dla fanów odetchnięciem z ulgą.

To wszystko pokazuje jak nisko ta drużyna upadła. Nie ma już chyba zespołu, przed którym Reprezentacja Polski budziłaby jakiś większy respekt. Nie dziś. Każdy kto pamięta eliminacje do MŚ w Niemczech w 2006, pamięta też jaki wtedy był dumny. Kiedy zespół Pawła Janasa wygrywał kolejne spotkania, ustępując jedynie Anglii (a byliśmy w stanie i z nią osiągnąć świetny rezultat), dostarczał nam mnóstwo emocji i wspaniałych chwil. Przede wszystkim siłą tej drużyny była piękna walka, nawet kiedy szło nie po naszej myśli, udawało się, piłkarze wręcz gryźli trawę. Po meczu było wiadomo, że dali z siebie wszystko. We wspomnianych EL MŚ Polacy zajęli drugie miejsce, zdobywając jeden punkt mniej od Reprezentacji Anglii. We wszystkich spotkaniach strzelili aż 27 bramek (o 10 więcej niż Anglicy!). Pokonali wtedy Walię, Irlandię Północną, Azerbejdżan i Austrię. Dziś, śmiało można stwierdzić, że każdy z tych rywali mógłby nas pokonać. Bardzo nisko upadliśmy. Wtedy byliśmy niemal na szczycie, dziś jesteśmy na dnie. Po tak rozegranych eliminacjach w oczach rywali Polska urosła do rangi cichego faworyta, a Janas do jednego z lepszych trenerów na tym turnieju. Pech chciał, że właśnie ten Janas wszystko co osiągnął z tym zespołem, zniszczył w jednej chwili, podczas powołań na Mistrzostwa. Właśnie wtedy ta drużyna umarła, straciła zęby trzonowe.

Jeszcze wcześniej, podczas Eliminacji do MŚ w Korei w 2002, fakty dają jeszcze bardziej po łapach dzisiejszej Reprezentacji. Wtedy wygraliśmy grupę mając za rywali Armenię, Walię, Norwegię, Białoruś i… Ukrainę. Z Ukrainą, z tą samą, od której właśnie dostaliśmy niemiłosierną lekcję, wygraliśmy na wyjeździe 3-1, u siebie remisując 1-1. Engel, podobnie jak później Janas, skompromitował się już na samej imprezie.

Za czasów obu tych trenerów mogliśmy bać się o wszystko ale na pewno nie o zaangażowanie takich ludzi jak Hajto, Kałużny, Żurawski, Szymkowiak, Żewłakow czy Świerczewski. Większość z piłkarzy grających wtedy w kadrach gryzło trawę i nie odpuszczało, Tomasz Hajto znany był z tego, że ‚Piłka przechodzi, zawodnik nie’, Szymkowiak, choć był kruchy jak żaden inny piłkarz, nigdy nie odstawiał nogi, Żurawski i Frankowski królowali w polu karnym, bez względu na wszystko. Można by o każdym z nich powiedzieć wiele złego ale na pewno nie to, że nie dawali z siebie 100%. Gra w Reprezentacji Polski była dla piłkarza honorem. Trzeba było się naprawdę natrudzić by zagrać z orłem na piersi.

Potem przyszedł czas na Leo Beenhakkera i jego świat. Holender chociaż wprowadził nasz zespół na ME to zrobił z tą Reprezentacją coś, czego do dziś ponosimy konsekwencje. Zrobił z niej twór, w którym każdy kto zechce może zagrać. Bez odpowiednich kwalifikacji, bez osiągnięć i bez umiejętności. Wystarczy by pasował trenerowi do koncepcji. Tą samą zasadą kierował się Smuda. Drzwi do Reprezentacji Polski były szeroko otwarte, raz na jakiś czas na klucz zamykał je sam selekcjoner, zwykle za występki, które z grą wspólnego miały niewiele.

Teraz w bój posłano Fornalika. Kiedy na początku wydawało się, że zrobi on porządek w tej Reprezentacji, że zbuduje od nowa zespół godny sukcesów, wszystko się posypało. Selekcjoner zaczyna udowadniać, że nie ma dostatecznej odwagi by prowadzić kadrę. Dziś większość piłkarzy, w obawie o zdrowie, unika walki, odstawia nogę, nie stara się, nie biega. O jakimkolwiek zaangażowaniu z ich strony kibice mogą zapomnieć. Bardziej niż o formę dbają o swój wygląd, zamiast za grę, zabierają się za wywiady, tak nietrafione, jak ich ostatnie spotkanie.

Doszliśmy więc do momentu kiedy Dariusz Szpakowski martwi się o wynik spotkania z San Marino. Tusk nie ukrywa, że zwycięstwo jest niepewne. Hajto jest pewny, że nie unikniemy straconej bramki, dodatkowo wyrzuca z niej Boenischa i Wasyla, Boniek przeprasza za występy i jasno daje sygnał, że to ostatnia szansa dla trenera. Nawet piłkarze San Marino liczą na wyrównany mecz i ‚niską’ porażkę. Nikt w tej chwili nie poważa tej drużyny. Nie ma postaw. Oliwy do ognia dodaje fakt, że nasi wspaniali reprezentanci, na czele z Lewandowskim, zamierzają w tym spotkaniu się… przełamać. Przełamać! W meczu z San Marino! To jest dopiero kabaret. Z całym szacunkiem dla naszych rywali, ale jeżeli poważni piłkarze, za jakich uchodzą Polacy, reprezentanci dobrych europejskich marek piłkarskich, traktują jak mecz na przełamanie, na udowodnienie swojej wartości. Jeśli po pokonaniu amatorów, na co dzień pracowników psychicznych i fizycznych, którzy grę dla swojego kraju traktują w kategorii dobrej zabawy i rozrywki, Polscy piłkarze ogłoszą sukces będzie to ewidentną oznaką, że potrzebny jest im psychiatra.

Doszło do tego, że polscy kibice, tak zmasakrowani podczas piątkowego spotkania, po kilku dniach od tego traumatycznego doznania, będą dziś kibicować piłkarzom San Marino. Bankowcom i księgowym, sympatycznym ludziom, którym gra w reprezentacji swojego kraju sprawia przyjemność.

To my mamy jakąś drużynę?

W samej końcówce spotkania z Ukrainą Andrzej Juskowiak wypowiedział mniej więcej takie zdanie: Nie mamy takiej drużyny by móc odrobić taką stratę. Bolesna prawda jest jednak taka, że nie mamy żadnej drużyny. Mamy solidnych indywidualistów, których stać na pojedyncze, przebojowe wejścia. W przypadku Błaszczykowskiego i Piszczka możemy nawet mówić o akcjach dwójkowych ale czy możemy oczekiwać czegoś więcej? Chyba nie, chyba nie z Fornalikiem na ławce. Nie jesteśmy zespołem, który może pozwolić sobie na oczekiwanie na lepsze jutro, na poprawę czy zrozumienie graczy. Musimy zdobywać punkty tu i teraz, zwycięstwa są nam potrzebne na już nie za miesiąc czy za dwa. Nie mamy czasu.

http://www.youtube.com/watch?v=IdNnmUIn3eg

Fornalik sam wykopał sobie dół. Będąc trenerem ligowym mógł sobie pozwolić na błędy w ustawieniu czy wyborze personalnym składu, w Reprezentacji nie ma takiej taryfy ulgowej. Trener kadry nie ma jaj. Kolejny raz zaczyna skład od Lewandowskiego, kolejny raz pozwala mu pozorowanie gry przez pełne 90 minut i kolejny raz Lewy okazuje się punktem najsłabszym, kompletnie bezproduktywnym. To właśnie jemu należy przyznać tytuł najgorszego aktora dzisiejszego widowiska, trzeba bowiem mierzyć siły na zamiary i oczekiwać właściwie do możliwości a przecież Robert rzekomo jest najlepszym piłkarzem w Polsce. Co po niektórzy stawiają go nawet wśród najlepszych na świecie. Kpina. W meczu Borussii z Szachtarem polski napastnik grać na najwyższych obrotach potrafił, dziś, kolejny zresztą raz, nie wykazał ani krzty zaangażowania, nie walczył o piłki, nie chciał. Ile jeszcze dostanie powołań, zanim wszyscy w okół zrozumieją, że nie warto czekać. Nie mamy na to czasu.

Drugą kompromitującą decyzją jest uporczywe stawianie na Wasilewskiego, który obecnie z grą ma wspólnego tyle co większość kibiców – czyli oglądanie (innych) piłkarzy w akcji. Kompletne dno i sto metrów mułu i nie warto zatrzymywać słów w kontekście gry tego zawodnika ze względu na jego karierę, sukcesy i nawet charakter. Czy Fornalik ma zamiar czekać na niego aż wywalczy miejsce w składzie lub zmieni klub? Nie mamy na to czasu.

Dużo mówiło się o Obraniaku. Wszyscy dookoła obwiniali go za słabe wyniki naszej drużyny narodowej. Murem za nim stał za to Fornalik i uparcie twierdził, że w niego wierzy. Dziś okazało się, ile warta jest jego wiara. Wystawienie Majewskiego w podstawowym składzie, bez względu na jego świetną formę, w kontekście wypowiedzi trenera, było ciosem dla Ludovica. Bez zawodnika Bordeaux w pierwszym składzie gra nie wyglądała lepiej, momentami wyglądała wręcz tragicznie. Nie możemy w decydujących meczach grać składem, w którym nikt z nikim się nie rozumie, nie rozumie bo ze sobą nie gra. Nie mamy na to czasu.

Boenisch i Łukasik to ci dwaj panowie do spółki z Wasylem i lekką pomocą Glika zawalili nam ten mecz. Ten pierwszy nie bronił kiedy powinien i atakował kiedy nie powinien. Kompletne nieporozumienie. Łukasik udowodnił, że nie zasłużył jeszcze na grę w pierwszym składzie, a na pewno nie w spotkaniu o taką stawkę, jeszcze nie teraz, Legia i kadra to dwa inne progi i dwie różne historie. Kamil Glik za swój występ powinien dostać naganę, ze względu na to, że doskonale wiemy na co go stać. Każde podejście Ukraińców na naszą połowę podnosiło ciśnienie i wywoływało strach, czy aby nie stracimy kolejnej bramki. Chciałoby się wymienić większość zawodników ale…nie mamy czasu.

Za stracone bramki nie można winić Boruca, nie obroniłby tych piłek ani Szczęsny ani pewnie i Buffon jeśli do pomocy miałby takich nieudolnych kolegów jak Boenisch, Wasilewski, Łukasik i Glik. Za dzisiejszy występ jedynymi, których można pochwalić byli Błaszczykowski i Piszczek. To już akurat standard, że tylko ci dwaj chcą grać i nic im nie przeszkadza, ani pogoda, ani murawa, ani nawet rywale.

http://www.youtube.com/watch?v=SSvubFmYCOw

Mądry Polak po szkodzie, liczyliśmy na zwycięstwo. Do tej pory Ukraina w EL do MŚ zdobyła łącznie jedną bramkę, w meczu dzisiejszym w ciągu 45 minut zdobyli aż trzy. To nie jest normalna sytuacja i tłumaczenia trenera, że Ukraina nas zaskoczyła szybko strzelonymi bramkami, można jedynie skwitować uśmiechem politowania. Mecz trwa 90+ minut, jeśli rywale byli w stanie w ciągu 6 strzelić dwie bramki to my w kolejnych 84 mogliśmy strzelić ‚chociaż’ trzy. Sytuacje były, owszem, ale jeśli polskie gwiazdeczki celują prosto w ręce bramkarza rywali to z czym do ludzi? Czasu było aż nad to. Zabrakło chęci.

Przed nami mecz z San Marino. Najsłabszy rywal z możliwych. Moglibyśmy licytować ile bramek im strzelimy, chociaż w obecnej sytuacji, może warto zapytać ile stracimy?Mrugnięcie okiem Po dzisiejszej kompromitacji wszystko jest możliwe. Polak potrafi. W takiej sytuacji nie wypada się chyba śmiać, trzeba płakać nad żałosnym losem polskich piłkarzy. Polska pewnie wygra wysoko i pewnie nawet Lewy strzeli hat-tricka (poniżej trzech goli w jego wykonaniu świadczyłoby o jego osobistej klęsce) i nagle media i oczywiście trener obwieszczą wielki sukces. To będzie najgorsze. Najgorsze jest to, że w kolejnym spotkaniu trener ustalanie składu rozpocznie prawdopodobnie od Lewandowskiego. Najlepsze jest to, że szansę dostaną pewnie Salomon i Celeban. Na pewno będą się bardziej starać. Na pewno będzie im się chciało i nie ważne, że na przeciw staną piłkarze San Marino a nie Ukrainy. Bez różnicy. Oni nie są zblazowanymi gwiazdeczkami, oni o swoją szansę będą walczyć.

Awans się oddalił na tyle, że już go raczej nie wywalczymy, bo kto wierzy, że wygramy wszystkie mecze do końca eliminacji? Chyba nikt. Reprezentacja Polski od momentu pojawienia się w niej Beenhakkera straciła wszystko. Straciła wartość i prestiż (kiedyś grali w niej tylko najlepsi, za czasów Holendra każdy mógł się w niej znaleźć) i co najważniejsze i jednocześnie najsmutniejsze straciła kibiców. Cóż z tego, że na meczach jest pełny stadion, wszyscy ubrani na Biało – Czerwono, kiedy dopingu jak na lekarstwo, zero wsparcia, gwizdy. A na koniec : ‚Nic się nie stało!”. Stało się, stało. Kibice są po to by od pierwszej do ostatniej minuty pomagać drużynie, kiedy jest dobrze i kiedy jest źle, kiedy jest najgorzej. A na gwizdy przychodzi czas po meczu, wtedy na miejscu jest wyrażanie swojej dezaprobaty na grę drużyny a zamiast tego, kolejny raz piłkarze otrzymują sygnał, że przegrali mecz ale… nic się przecież nie stało.

Platiniemu nigdy dość…

W Nothingham Radek Majewski w 22 minuty ustrzelił hat-tricka, kolejny występ Tomka Kuszczaka w Brighton został oceniony na „klasę światową”, zarówno koszykarki Polkowic i Wisły wygrały swoje pierwsze, wyjazdowe (!) mecze w Eurolidze, Bayern planowo zmiażdżył słaby Arsenal w LM, Porto pokonało Malagę, Williams została w poniedziałek nową liderką rankingu WTA – czyli kolejny powrót król(owej)a, afera z transferem Jodłowca rozkręciła się na dobre, Boniek jasno daje do zrozumienia Musze, co powinna uczynić w najbliższym czasie…

Można by o tych wszystkich wydarzeniach rozprawiać ale jeśli pojawia się kolejna perełka, wszystkie inne usuwają się w cień, nawet mecze Ligi Mistrzów, w których nie wydarzyło się nic  nadzwyczajnego. Bayern miał wygrać i wygrał a nawet się przejechał po Arsenalu i wygrać miało też Porto i plan swój wykonało. Dzisiaj tematem nr 1, mającym jednak powiązanie z Ligą Mistrzów, jest coś innego. Mianowicie: Bogaci ludzie z Rosji i Ukrainy wymyślili sobie, że stworzą Ligę WNP. Miałaby to być alternatywa dla Ligi Mistrzów czyli najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych w Europie a grać w niej miałyby drużyny złożone z  byłej Wspólnoty Niepodległych Państw. Cały pomysł stworzenia tego tworu opiera się oczywiście na kasie. Zwycięzca Ligi WNP zarobiłby aż o 12 mln więcej niż triumfator LM. Cały budżet ma wynieść podobno miliard dolarów.

Niby wszystko ok, i Rosjanie i Ukraińcy na brak pieniędzy nie narzekają a wręcz mają ich dostatek, mogą więc z nimi robić co chcą ale… szkopuł w całej tej sytuacji wychodzi trochę później. Na pomysł ten (co oczywiste) nieprzychylnie patrzy FIFA i jej szef Blatter, w końcu nowa Liga byłaby dużą konkurencją dla Champions Ligue i pewnie „wymusiłaby” siłą rzeczy podniesienie budżetu tych rozgrywek. Co jednak kontrowersyjne? A no to, że Michael Platini, szef UEFA jest za tym by pomysł na nowe rozgrywki wszedł w życie. Rosjanie i Ukraińcy otwarcie przyznają, iż poczekają z realizacją aż swą kadencję zakończy Sepp Blatter i będą wspierać kandydaturę Platiniego. Jak widać, Francuz nie ma umiaru. Afery korupcyjne nie nauczyły go niczego i wciąż jest żądny pieniądza. Jak długo będzie on stał na czele piłkarskiej federacji, skoro każdy kolejny gest tego pana kończy się smrodem i ewidentnymi znakami na działania korupcyjne?

Kończ waść, wstydu oszczędź!