Archiwa tagu: trener

Polska trenerami stoi… Czyli Nawałka wybrał szeroki skład na Euro!

adam-nawalka_25605732

Na chwilę dało się chyba zapomnieć, że nasz ukochany kraj zamieszkuje niezliczona ilość trenerskich talentów. Oczywiście, tylko garstka jak się okazuje, może poszczycić się papierami potwierdzającymi fach w ręku ale cała reszta, oj,  ta cała reszta ma niewyobrażalny… trenerski nos! Jakieś 80% polskiego społeczeństwa doskonale zna się na wszystkich tajnikach pracy szkoleniowca i choć w swoich CV nie mogą dopisać sobie żadnej notki potwierdzającej wykonywanie jakichkolwiek czynności w ów zawodzie, mają świadomość swojego talentu i przeznaczenia. Oj marnują się nam rodacy… Aż dziw bierze, że w całej historii futbolu, tylko dwóm szkoleniowcom udało się osiągnąć dobry wynik na arenie międzynarodowej. Niestety tylko jeden z nich prowadził naszą reprezentację…

Ale do rzeczy: Adam Nawałka ogłosił szeroką kadrę na zgrupowanie przed wyjazdem na Mistrzostwa Europy do Francji. Kadra ta liczy 28 zawodników:

Bramkarze: Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, Artur Boruc, Przemysław Tytoń

Obrońcy: Thiago Cionek, Paweł Dawidowicz, Kamil Glik, Artur Jędrzejczyk, Michał Pazdan, Łukasz Piszczek, Bartosz Salamon, Jakub Wawrzyniak

Pomocnicy: Jakub Błaszczykowski, Kamil Grosicki, Tomasz Jodłowiec, Bartosz Kapustka, Grzegorz Krychowiak, Karol Linetty, Krzysztof Mączyński, Sławomir Peszko, Maciej Rybus, Filip Starzyński, Paweł Wszołek, Piotr Zieliński

Napastnicy: Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik, Mariusz Stępiński, Artur Sobiech

Na turniej, nasz selekcjoner może zabrać jedynie (Ranieri pewnie powiedziałby w tym miejscu ‚aż’ ) dwudziestu trzech graczy i wiadomo, że nie dla wszystkich zbliżające się wielkimi krokami zgrupowanie, będzie miało szczęśliwe zakończenie. Pięciu graczy będzie bowiem musiało opuścić je ze skwaszonymi minami i poczuciem niewykorzystanej szansy.
Patrząc jednak na reakcję większości Polaków, Nawałka decydując się na taką a nie inną ekipę, wywołał burzę lamentów, jaką swego czasu udało się już wytworzyć Pawłowi Janasowi. Każdy to zna: Dlaczego ten a nie tamten? Co w kadrze robi ten, dlaczego nie ma tamtego? itd…
Naprawdę, komentarze kibiców polskich selekcjonerów (z zamiłowania, nie z wykształcenia) dają do myślenia. Niektóre wręcz prowokują do rzeczowego myślenia i chęci zadania wielu pytań. Np: Czy nie sensowniej było powołać 48-osobową kadrę i z bliska przyjrzeć się każdemu? Może jakieś dodatkowe testy? Frank de Boer będąc w tak klarownej sytuacji jaką ma Adam Nawałka, zapewne zdecydowałby się na wyścigi sprinterskie i na Euro pojechaliby ci najszybsi. Milik przynajmniej nie musiałby się przejmować jakimś turniejem we Francji i zamiast tego, przebierałby w wakacyjnych ofertach. Może podobnego problemu nie miałby też Lewandowski? Rzeczywiście, Nawałka słabo kombinuje. Ale zaraz, zaraz… Może po ostatnim spotkaniu Lechii z Legią, stwierdził, że pomysł na zaskoczenie rywala wystawieniem nawet sobie nieznanego składu, pożądanego efektu na pewno nie przyniesie? Dobrze, że mógł wyciągnąć wnioski z błędów Czerczesowa bo dla nas Polaków oznacza to mniej więcej tyle, iż na ten moment, turniej dla naszej reprezentacji jeszcze się nie zakończył.

Teraz na serio, czy przez cały okres swojej kadencji Nawałka dał komuś powody do wątpliwości na temat jego pracy czy jakichkolwiek podjętych decyzji? No właśnie! Nawet kiedy wydawało się, że jego wybory to są oderwane od rzeczywistości i większość z nas kręciła na nie nosem, zawsze wychodził z nich obronną ręką, ba prawie zawsze okazywało się, że po prostu miał rację. Najlepiej więc, dla nas i dla niego będzie, jeśli każdy Polak czujący się lepszym kandydatem od Nawałki na stanowisko selekcjonera, przynajmniej do zakończenia Euro 2016, najzwyklej w świecie – odpuści. Nawałka doskonale zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i konsekwencji swoich decyzji. Były one na pewno przemyślane i dokładnie analizowane. Do Francji pojedzie grupa zgrana i idealnie dopasowana. Z gotowym planem A, B i C. A pewnie i w zanadrzu Nawałka będzie miał kilka dodatkowych kart, by w decydującym momencie sięgnąć po jokera…
W tym momencie to w jego rękach spoczywa los naszej drużyny i jeśli w meczu przeciwko Niemcom chciałby wystawić Dawidowicza, albo jeśli w ataku na Ukrainę wyszedłby Boruc – powinniśmy to zaakceptować. Sąd ostateczny nad selekcjonerem będzie miał miejsce dopiero po finałach a jeśli wtedy, dane nam będzie świętować jakiś sukces, wszystkim niedowiarkom będzie po prostu wstyd. Ale czy wtedy ktoś się przyzna, że zwątpił?

Do szerokiej kadry nie udało się trafić Borysiukowi, Teodorczykowi, Mili, Wolskiemu czy Szukale. Wśród niezadowolonych, pojawiają się także głosy wspominające o Wasilewskim czy Małeckim. I owszem, wśród tych zawodników są tacy, którzy tej drużynie mogliby coś dać ale… jeśli nie zdaliby egzaminu, za ich powołanie oberwałby Nawałka, nie grupa wszechwiedzących treneiro (z zamiłowania, nie z wykształcenia). Fajnie, że o powołaniach decydowała aktualna forma i umiejętności oraz sto tysięcy innych argumentów, o których nie mamy nawet pojęcia a nie zasługi. Te szybko mogłyby wyjść nam bokiem w sytuacji zagrożenia, kiedy potrzebowalibyśmy wyjścia awaryjnego…

Dzień po jednej z ważniejszych decyzji ale jeszcze nie najważniejszej w wykonaniu Adama Nawałki, śmiało możemy przyznać, że dobrze, iż papierów trenerskich nie można od tak kupić sobie na czarnym rynku!

Wisła na dnie, czyli najbardziej utytułowany klub XXI w w walce o utrzymanie w lidze…

36967

Wisła Kraków doszczętnie straciła cały swój blask. Blask dzięki któremu przez wiele lat miała monopol na wygrywanie ligi oraz reprezentowanie Polski na arenie międzynarodowej. Dobrze pamiętamy mecze z Schalke, Parmą czy Barceloną ale także rozgrywane jeszcze przecież nie tak dawno spotkania z Tottenhamem czy Twente. Dziś to już jednak historia. Piękna, wywołująca mnóstwo emocji, a w wielu przypadkach także wzruszeń i łez ale jednak historia. Przeszłość, której powrotu ani widu, ani słychu.
Wisła z absolutnego hegemona ligi, dyktatora dzielącego i rządzącego najwyższą klasą rozgrywkową w naszym kraju, stała się obdartusem, zespołem z dna tabeli, któremu w oczy coraz bardziej zagląda widmo spadku do pierwszej ligi. To co jeszcze wczoraj wydawało się w przypadku krakowskiego klubu abstrakcją, właśnie zyskało niewyobrażalną wręcz liczbę na rachunku prawdopodobieństwa.

Co takiego stało się w grodzie Kraka w ciągu kilku-kilkunastu ostatnich lat, że swego czasu najlepszy i najbogatszy klub w kraju, 13-krotny mistrz Polski, zaliczył tak bolesny upadek? To wielka tajemnica, choć jeśli przyjrzeć się bliżej historii Wisły, znajdzie się trochę ‚punktów zapalnych’, które to  zdecydowanie przyczyniły się do aktualnej sytuacji Białej Gwiazdy:

Rok 2005, trenerem Jerzy Engel.
Po tłustych latach w europejskich pucharach, spotkaniach, które u każdego kibica w Polsce wywoływały dreszczyk podniecenia, a jednak pozostawiających równie ogromny niedosyt, Bogusław Cupiał zdecydował się zatrudnić na stanowisko trenera kogoś, kto miał w końcu spełnić marzenia i wprowadzić ich ukochany klub do upragnionej Ligi Mistrzów. Prawie się udało…
Engel, choć wśród fanów Białej Gwiazdy nie miał takiego poparcia i wiary, jak chociażby jego poprzednicy, radził sobie całkiem dobrze i dziś śmiało można przyznać, że był najbliżej dokonania wyznaczonego celu bodaj ze wszystkich aspirujących do tego dotąd szkoleniowców. Ba, niektórzy, ci wciąż mający w pamięci spotkanie z Panathinaikosem i sędziego, który nie uznał prawidłowo zdobytej bramki Marka Penksy, mają prawo uważać, że tamtego roku doszło do wielkiego oszustwa na polskiej piłce i gdyby nie to, losy nie tylko Białej Gwiazdy ale także wszystkich naszych ligowców mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej…
Wisła walczyła z Grekami jak równy z równym, u siebie pokonała ich przecież 3-1 i cała piłkarska Polska już zacierała ręce u bram najlepszych rozgrywek  Europy. Gdyby nie bramka Olisadebe ( w ogóle, krakowianie w pucharach europejskich mieli ‚pecha’ do starć z zespołami, mających w składzie piłkarzy z polskim paszportem) awans byłby już raczej przesądzony, a tak w rewanżu trzeba było utrzymać korzystny rezultat.
Wiśle, grającej przy wysokiej temperaturze i ogłuszającym dopingu i tak udawało się godnie prezentować. Bramka Radosława Sobolewskiego chyba w każdym polskim domu wywołała ogromny entuzjazm, by za chwilę sprowadzić na ziemię, po czerwonej kartce tegoż zawodnika. Podobnie było przy wspomnianym już trafieniu dającym Wiśle pewny awans i niezrozumiałej decyzji, nieuznania tego gola. istna sinusoida. Mnóstwo emocji z przykrym dla nas zakończeniem. Kolejna porażka w eliminacjach, czego skutkiem było odejście z Reymonta zarówno Engela, jak i Tomasza Frankowskiego a dodatkowo doprowadziło to do konfliktu zorganizowanych grup kibicowskich na Wiśle. Świat Białej Gwiazdy zaczął się obsuwać.

Rok 2006, trenerem Dan Petrescu. 
Po tym panu do dziś tęskno przy Reymonta. Tym bardziej patrząc na niektórych mało ambitnie grających piłkarzy krakowskiej drużyny. Rumun słynął z ostrych treningów i ciętego języka. Nie patyczkował się z piłkarzami, nawet tymi posiadającymi niezłe CV. Sam bowiem mógł poszczycić się lepszym, od każdego ze swych podopiecznych.
Metody pracy oraz styl bycia trenera doprowadzały do szału nie tylko rywali (na konferencjach przede wszystkim) ale także samych Wiślaków. Swego czasu, Radosław Majdan opowiadał nawet, iż szkoleniowiec kazał swoim piłkarzom ściągnąć i oddać zimowe czapki z napisem ‚Champions’, na których noszenie, swoją postawą nie zasłużyli. Niechęć zawodników do trenera zaczęła rosnąć na tyle, że odbiło się to na wynikach całego zespołu. Dziś już wiadomo, że nieprzyzwyczajeni do cięższych treningów piłkarze, wytoczyli przeciwko Petrescu ostre działa i wojnę tę wygrali. Cupiał pożegnał się z kolejnym trenerem.
Czas pokazał, że była to decyzja najgorsza z możliwych a wyrzucony z Wisły Dan, na ławce trenerskiej w kolejnych klubach dokonywał cudów. Być może, zamiast winić wtedy za słabą postawę drużyny samego trenera, wystarczyło przegonić z klubu leniwców, których to koledzy po fachu z kolejnych klubów prowadzonych przez Petrescu, zamiast narzekać na ciężkie treningi, zapieprzali aż miło. Aktualnie, Rumun, podobnie zresztą jak wiele piłkarskich sław przeniósł się do Chin, gdzie poza wielkimi przypływami pieniędzy będzie pewnie święcił kolejne triumfy, a niestety, jedyne co w tym momencie może świętować Wisła to 110 lecie klubu…

Rok 2007, zatrudnienie Jacka Bednarza.
1 czerwiec 2007 roku, czarna data w historii krakowskiego klubu. Długofalowa przygoda dyrektora sportowego i prezesa klubu przyniosła opłakany efekt. Praca, którą przez lata wykonywał przy Reymonta Bednarz do dziś odbija się wszystkim czkawką a w środowisku piłkarskim jego osoba porównywana jest nawet do konia trojańskiego (Bednarz jest przecież legionistą) wyniszczającego krakowski klub od środka. Kto wie, czy dziś Wisła walczyłaby o utrzymanie w Ekstraklasie a nie w ogóle o przeżycie na piłkarskiej mapie Polski, gdyby nie usilne starania kibiców Białej Gwiazdy, którzy poprzez konflikt oraz liczne protesty doprowadzili do zakończenia trwającej ponad 7(!) lat współpracy z Jackiem Bednarzem.

Rok 2010, trenerem Maciej Skorża. 
Prawdopodobnie to jego nazwisko padałoby najczęściej, gdyby kibiców Wisły zapytano, którego z trenerów znów chcieliby zobaczyć przy Reymonta. To właśnie dzięki niemu Biała Gwiazda po kilku słabszych latach wróciła na fotel Mistrza Polski, znów zachwycając swoją grą. W Krakowie sięgnął po mistrzostwo w sezonie 2007/2008 i również w kolejnym ten tytuł udało mu się obronić. Niestety, znany z braku cierpliwości do zatrudnionych przez siebie szkoleniowców właściciel Wisły, po nieudanym początku rundy rewanżowej sezonu 09/10 skreślił Skorżę z listy sztabu trenerskiego i na jego miejsce desygnował ponownie Henryka Kasperczaka. Na dzień dzisiejszy, można chyba żałować, że nie pozwolono sympatycznemu trenerowi wykonywać pracy do końca sezonu, gdyż jak się okazało potem, kolejne lata przy Reymonta, doprowadziły do spektakularnego upadku wielkiego klubu a Maciej Skorża potrafił w tym czasie święcić triumfy zarówno z Legią (Puchar Polski) jak i Lechem Poznań (Mistrzostwo Polski).

Rok 2009, Wisła żegna Baszczyńskiego i Zieńczuka.
Choć ówczesny trener, Maciej Skorża widział w swojej drużynie miejsce dla klubowej legendy Marcina Baszczyńskiego, oraz świetnie spisującego się wtedy Marka Zieńczuka, a obaj piłkarze wyrażali szczere chęci na pozostanie przy Reymonta na kolejne sezony, zarząd klubu nie przedłużył z nimi wygasających kontraktów. Pożegnanie z kibicami, szczególnie w przypadku tego pierwszego, przebiegało w towarzystwie wielu łez. Chyba każdy zdawał sobie sprawę, że w tamtym momencie kończy się pewna era w klubowych dziejach. Na pokładzie Wisły zostało wtedy niewielu, którzy chcieliby dać się za nią pokroić.

Rok 2010, Wisła traci sponsora.
Pięć lat – tyle trwa no-name’owa prezentacja koszulek Wisły. Piłkarze z przymusu grają na co dzień  z logiem Tele-Foniki na swoich piersiach i poza dodatkową reklamą kabli również należących do Cupiała, nie ma on zbyt dużych powodów do radości z tego powodu. Pięć chudych lat, podczas których co roku Biała Gwiazda traciła cztery miliony złotych (ok.10% swojego budżetu), które z tytułu sponsora tytularnego wypłacał na rzecz krakowskiego klubu bukmacher Bet-at-home. Niestety, współpraca tej dwójki została zakończona na mocy ustawy hazardowej, której pomysłodawcą był Donald Tusk, a którą bez problemu uchwalił Sejm.
Klubowym prawnikom nie udało się obejść przepisów i Wiśle z dnia na dzień zakręcono kurki z wielką kasą. Do dziś, chociaż co sezon mówi się o kolejnych rozmowach z potencjalnymi sponsorami, nie udało się znaleźć równie bogatego partnera, który mógłby pokaźnie podreperować klubowy budżet. Co raz częściej słychać o Coca-Coli czy Samsungu ale znając dotychczasowe wydarzenia, ciężko uwierzyć w cokolwiek. Przynajmniej do czasu aż oficjalna strona klubowa nie wyda komunikatu o nawiązaniu takowej współpracy.
Swoją drogą aż dziw bierze, że tak utytułowany klub jak Wisła przez tak długi okres nie może znaleźć następcy Bet-at-home. Dużo słabsze piłkarsko i nie posiadające nawet w 1/3 tylu fanów co Biała Gwiazda kluby, posiadają dobrych sponsorów a na Reymonta w tym temacie już od dłuższego czasu jest cicho. Patrząc na historię klubu i pozycje, jaką Wisła swego czasu zajmowała,  wydawało się normalnym, że bogate firmy będą toczyły boje o miejsce na koszulkach Wiślaków i bandach reklamowych na stadionie im. Henryka Reymana, a jednak, sytuacja wygląda zgoła odmiennie. W najgorszych momentach, klub nie mógł liczyć na wsparcie materialne ze strony bogatych koncernów, których właścicielom przez lata krakowianie dostarczali dużą dawkę sportowych emocji i radości, ani na nie cierpiących z powodu braku pieniędzy gwiazd sceny, jasno przecież deklarujących sympatię do trójkolorowych barw, ani też byłych piłkarzy, którzy niejednokrotnie zawdzięczali Wiśle bogate kariery (poza Kubą Błaszczykowskim). Nic z tych rzeczy, dziś, w roku 2016 Biała Gwiazda nadal nie ma sponsora. Poza kilkoma firmami, które trochę łatają dziury w budżecie, Cupiał radzi sobie sam. I jedyne na kogo może on liczyć to duża grupa kibiców, którzy kilka miesięcy temu dali temu dowód, odpowiadając pobiciem rekordu Polski w internetowej zbiórce na rzecz ukochanego klubu.

Lata 2010 – 2011, trenerem Robert Maaskant, prezesem Stan Valckx.
Prawdopodobnie tutaj jest… pies pogrzebany. Informacja o zatrudnieniu na Reymonta tych dwóch panów u kibiców Wisły wywołała nie tylko przypływ euforii ale też wielkie nadzieje na powrót do europejskich pucharów, przede wszystkim do walki o Champions League. Utytułowany i przecież nie-polski trener miał gwarantować wielkie sukcesy, osoba Valckxa i bogate doświadczenie na europejskim rynku, miały dodatkowo gwarantować Wiśle bogactwo i dobrą sytuację na każdym froncie.
Wszystko, włącznie z transferami, drogimi kontraktami i mistrzostwem kraju zwiastowały same sukcesy. Kibice dobrze pamiętają Maaskanta świętującego tytuł jeżdżąc po murawie stadionu im. Henryka Reymana, wiozącego na nim zadowolonego Patryka Małeckiego i… to ostatnie tak dobre wspomnienia jakie z krajowego podwórka przy Reymonta wynieśli od tamtego czasu fanatycy Wisły… Ba, gdyby nie spektakularny awans do Pucharu UEFA po pamiętnym meczu z Twente za kadencji Kazimierza Moskala, właśnie ten obrazek mógłby być swoistym symbolem wyjazdu Wisły nie tylko z europejskich pucharów ale też elity Ekstraklasy.
Duet Maaskant – Valckx, podobnie jak ich rodak Leo Benhakker, mimo początkowych sukcesów i oczarowania pięknymi słówkami i bajkami o lepszym świecie, zostawili po sobie obraz jak po wojnie. Zapalili ładunki wybuchowe z odmierzonym czasem, po którym pozostały zgliszcza. Reprezentacja odbudowała się jak feniks z popiołów, Wisła przegrywa każdego dnia walkę o życie. Dopiero po pięciu latach, udało się Białej Gwieździe nieco poprawić sytuację finansową klubu, zapłacić zaległości wobec piłkarzy i trenerów oraz wyjść na przysłowiową prostą. Sytuacja wygląda dziś stabilnie, bo słowa ‚dobrze’ wobec klubu z Reymonta, nie można na razie nadużywać ale można za to wyrokować, gdzie byłby dziś krakowski klub gdyby Jacek Bednarz nie sprowadził na Reymonta niszczycielskich Holendrów? Gdyby nie stracili pieniędzy, którymi niewłaściwie dysponowała ww trójka, być może na koncie Krakusów, byłoby więcej tytułów mistrzowskich niż pechowa trzynastka…
Jedno jest pewne, Valckx i Maaskant idealnie wpasowują się w znane wszystkim powiedzenie: „Miłe złego początki…” i jeśli ktoś szuka odpowiedzi na kulminacyjny moment tragicznego upadku klubu z Reymonta to był to właśnie dzień, w którym ta dwójka wspólnie ze wspomnianym już wcześniej Jackiem Bednarzem podjęli pierwsze decyzje odnośnie krakowskiego klubu…

Rok 2011, przegrany ostatni bój o LM…
Historia znów się powtórzyła. Wisła, tym razem grając ze słabszym rywalem niż przed sześciu laty, ale też w dużo słabszym składzie, znów powróciła do walki o upragnioną Champions League.
Biała Gwiazda prowadzona jeszcze przez Maaskanta rywalizowała z Apoelem Nikozja. Po wygraniu pierwszego spotkania przy Reymonta, Wisła ponownie udała się na niesprzyjający im teren. Choć w przekroju całego spotkania rewanżowego była zespołem wyraźnie słabszym, przez długi czas udawało jej się utrzymywać zadowalający, i co najważniejsze, dający awans do LM, rezultat.
I do dziś wielu piłkarzy i zapewne sam Holender opowiadają, że byli o trzy minuty od bram raju, bo do 87. minuty przegrywali 1-2, co skutkowało awansem Białej Gwiazdy do dalszej fazy rozgrywek. W samej końcówce meczu kolejna bramka dla Apoelu przerwała marzenia nas wszystkich. Cypryjczycy wygrali zasłużenie a Wisła poza smakiem porażki, musiała kolejny raz zmierzyć się ze stekiem wyzwisk i wyszydzających komentarzy kibiców i dziennikarzy. Trzy minuty, które jak się potem okazało, zdewastowały ten klub…

Rok 2013, Pozbycie się Radosława Sobolewskiego.
Kolejne łzy piłkarza odchodzącego z Reymonta i żegnających go kibiców. Kolejny raz z winy klubu i niechęci samego zawodnika do zmiany barw. Kolejna niezrozumiała i niosąca za sobą przykre konsekwencje decyzja. Szybko okazało się, że zwolennikiem pożegnania z Radkiem był ówczesny trener Białej Gwiazdy, Franciszek Smuda, który nie widział dla żywej legendy i największego, obok Arka Głowackiego, walczaka w drużynie miejsca w składzie. I oczywiście, podobnie jak w przypadku Baszcza i Zienia, także Sobol zachwycał później swoją grą, tyle że już na innym stadionie, innych trenerów i innych kibiców. W tym samym czasie, w Wiśle trzeba było przeboleć patrzenie na mało ambitnie grających parodystów, którzy niejednokrotnie ciągnęli z klubowej kasy ogromne pieniądze, nie dając jednocześnie jej niczego w zamian.
Sam Smuda, jak się okazało, nie zawsze czynił cuda i nie tylko nie doprowadził Białej Gwiazdy do mistrzostwa ale też wciąż ciągnie z niej wielkie pieniądze, z tytułu kontraktu, który podpisał na korzystnych dla siebie warunkach nie z kim innym, jak z Jackiem Bednarzem.

Rok 2015, zwolnienie z klubu Kazimierza Moskala, zatrudnienie Tadeusza Pawłowskiego.
I w końcu czas na ostatni rok. Jeszcze kilka miesięcy temu, Wisła borykająca się z ogromnymi problemami finansowymi pozostawionymi przez ww ludzi i niesprzyjające sytuacje, zajmowała nad wyraz dobre miejsce w tabeli, dające swego czasu nawet szanse na walkę o najwyższe cele. Na ławce trenerskiej zasiadał Wiślak z krwi i kości, Kazimierz Moskal. Wydawało się, że klub prowadzony przez ludzi, którym na nim zależy, wyjdzie w końcu na prostą. Gra Wisły niejednokrotnie zachwycała kibiców i dziennikarzy, jednak kiedy piłkarzy zaczęły nękać kontuzje, szczupła kadra coraz bardziej dawała się we znaki. Dodatkowo, w prawie każdym spotkaniu drużyna była ewidentnie krzywdzona przez sędziów. Wszystko jakby sprzysięgło się przeciw Białej Gwieździe i zaczęła ona notować dużo gorsze wyniki. Samego Moskala nazywano nawet królem remisów i szydzono, że zremisowałby on mecz siatkówki. Po czasie jednak, Wisła przestała nawet remisować i coraz częściej notowała same porażki. Niecierpliwość Cupiała znów dała o sobie znać a nagonka mediów doprowadziła do zwolnienia Kazimierza Moskala z funkcji trenera pierwszego zespołu. Jego miejsce zajął kolejny złotousty szkoleniowiec, który wizję przyszłości rysował słowami nawet bardziej okazale niż kiedyś Maaskant czy Smuda. Były trener Śląska dostał od Cupiała wszystko czego mógł oczekiwać – czyli aż 7 nowych nabytków, najwięcej od kilku lat przy Reymonta.  Od kibiców, Pawłowski dostał duży kredyt zaufania i miłe przyjęcie. Na co mógł liczyć więcej? Wszyscy uwierzyli w powrót Wisły na sam szczyt…
Po trzech tragicznych w wykonaniu graczy Białej Gwiazdy meczach, Pawłowskiemu nikt już jednak nie wierzy, a nawet więcej, nowy trener Wisły stał się już synonimem fantasty i nieudacznika. Mimo transferów, szerokiej kadry i słabych rywali, Wisła zaliczyła wielką klapę. W grze nie widać ani pomysłu, ani tym bardziej ambicji. Sam szkoleniowiec wygląda na zagubionego i nie umiejącego zareagować na wydarzenia na boisku. Wszystko wskazuje na to, iż z tej mąki, dobrego chleba nie będzie i prawdopodobnie każdy odlicza już tygodnie, a może i dni do pożegnania z byłym trenerem Śląska Wrocław.
Większość zadaje sobie na pewno pytanie: dlaczego, skoro Cupiał zdecydował się znów wyłożyć duże pieniądze na Wisłę, nie pozostawił w roli szkoleniowca Moskala? Dlaczego to nie jemu pozwolił przygotować do kolejnej rundy nowej, wzmocnionej kadry piłkarzy? Być może z nim na ławce, a to bardzo prawdopodobne, Biała Gwiazda miałaby dziś dziewięć punktów więcej? Możliwe. Z Pawłowskim właśnie spadła do strefy spadkowej i nie widać światełka w tunelu. A przecież jeszcze jedna porażka dzieli Wisłę od wyrównania najgorszej serii w 110 letniej historii klubu.
Największym paradoksem jest dziś fakt, że chyba pierwszy raz odkąd Cupiał pojawił się przy Reymonta, tak wielu kibiców zaczyna marzyć o tym by odezwała się jego niecierpliwość i pożegnał on nieudolnego szkoleniowca szybciej, niż zdecydował się go zatrudnić. Zamiast Pawłowskiego, na ławce powinien pojawić się ktoś, kto z dosyć silnej kadrowo Wisły, być może nawet drugiej w kolejności po Legii, ulepi równie silną drużynę, prawdziwy dream-team. Inaczej, to co w dalszym ciągu wydaje się niemożliwe, czyli spadek do pierwszej ligi, stanie się faktem.
Ale może w końcu karta Wisły się odwróci i za parę lat, demony przeszłości w osobach Maaskanta, Valckxa, Bednarza, Smudy, Cierzniaka i innych odejdą w zapomnienie a kibice wypełnią stadion przy Reymonta znów dopingując Białą Gwiazdę w walce o upragnioną Ligę Mistrzów? Dla dobra całej polskiej piłki, wierzymy w to!

Poleciała druga głowa… Zamieszanie z poplątaniem w Kielcach.

Ciekawa sytuacja w Kielcach. Korona zwolniła z funkcji trenera Leszka Ojrzyńskiego. Z tą decyzją nie mogą się jednak pogodzić piłkarze, którzy zapowiedzieli, że nie wrócą do treningów, do póki na ławkę nie powróci Ojrzyński.

Warto się głębiej zastanowić nad zachowaniem wszystkich zainteresowanych a także nad tym,  jak zakończy się cały ten dziwaczny problem, już na pierwszy rzut oka widać jednak, że jakąkolwiek decyzję podejmie zarząd, ktoś ucierpi.

Praca w Kielcach była dla Ojrzyńskiego pierwszą na tak wysokim szczeblu rozgrywek. Pod jego wodzą, Korona, z mało ciekawej drużyny, stała się prawdziwym postrachem kości ligowców. Można im było odmówić techniki, finezji czy wysokich umiejętności ale nigdy nikt nie zarzuciłby im braku zaangażowania, ambicji czy walki. Faceci z jajami, zupełnie jak ich trener. Ojrzyński nauczył swoich podopiecznych wartości, których w dzisiejszych czasach ze świecą szukać. Piłkarze, sztab trenerski i kibice, wszyscy tworzyli niemal jedną rodzinę. Wydawało się, że jeden za drugim skoczyłby w ogień, w dwóch słowach – team spirit. Właśnie takie zachowania wywoływały nutkę zazdrości u większości kibiców innych polskich klubów. Zbudował więc ów trener w Kielcach coś, czego gdzie indziej od dawien dawna nie widziano a co jednocześnie było niezwykle pożądane.
Za Leszkiem Ojrzyńskim nie przemawiały jednak jego wyniki. Nie ulega wątpliwości, że z piłkarzami, których miał do dyspozycji, można było osiągnąć nieco więcej niż 13 miejsce na koniec poprzedniego sezonu. Także i pierwsze trzy kolejki obecnego nie napawały optymizmem. Remis ze Śląskiem, porażki z Wisłą i Widzewem mogły zaniepokoić włodarzy kieleckiego klubu. Przy całym szacunku dla agresywnego stylu prezentowanego przez drużynę Ojrzyńskiego, nie można zaklinać rzeczywistości. Na samym zaangażowaniu a bez odpowiedniej taktyki i umiejętności daleko się nie zajedzie. Dodatkowo przecież, uczciwie trzeba przyznać, że nie tylko korzyści płynęły z takiej gry. Liczba czerwonych i żółtych kartek, fauli, kontuzji Kielczan czy rywali mówią same za siebie. Nie było więc tam mowy o fair play, nie było dobrze pod względem wyników. Było po prostu inaczej.

Stronę trenera trzymają jego podopieczni. Można wręcz rzec, że gracze Korony właśnie w tym momencie poszli za jednym ze swoich w ogień. Zachowanie godne podziwu. W ogóle, cała atmosfera w okół tej drużyny mogła fascynować najbardziej wymagających kibiców. W Kielcach na próżno było szukać tego, czego na pęczki było gdzie indziej. Sfochowane gwiazdeczki, kłótnie wewnątrz zespołu, olewanie kibiców. Zupełnie inna bajka. Zasadniczą jednak różnicą jest fakt, że w ostatnich czasach mieliśmy do czynienia z kilkoma przypadkami, kiedy to zawodnicy występowali przeciwko swoim trenerom w celu pozbawienia ich pracy. Tym razem jest o 180 stopni odwrotnie. Piłkarze Korony murem stanęli za swoim szkoleniowcem. Nie bacząc na własne problemy czy widmo surowych konsekwencji, zażądali powrotu Ojrzyńskiego na ławkę trenerską. Imponująca odwaga.

Warto jednak spojrzeć na całą tę sprawę oczami władz Korony czy Tomasza Chojnowskiego ponieważ zostali oni właśnie postawieni pod ścianą. Zacznijmy od tego, że cały czas rozmawiamy o profesjonalnym klubie piłkarskim. Dla właścicieli czy prezesów najważniejszą kwestią są bez wątpienia wyniki sportowe i…pieniądze. Tak przecież jest w każdej firmie. Normalną koleją rzeczy jest także to, że bez wyników nie może być mowy o pieniądzach. Kiedy w grę zaczynają wchodzić interesy, wtedy wartości takie jak przywiązanie do barw czy harmonia w szatni, schodzą na dalszy plan. Warto postawić się na miejscu szefostwa Korony Kielce i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ktokolwiek z nas, w podobnej sytuacji kierowałby się innymi pobudkami aniżeli dobro swoje i swojego klubu? Czy prowadząc własną firmę, trzymałoby się na stanowisku osobę nie przynoszącą finansowych korzyści, tylko ze względu na jej cechy charakteru czy oddziaływanie na współpracowników? Bez sensu…
I najważniejsze, dla nas kibiców, zachowanie piłkarzy, którzy żądają powrotu Ojrzyńskiego może wydawać się godne podziwu ale mając w pamięci fakt, że w dalszym ciągu rozchodzi się o klub piłkarski, dla ich zwierzchników jest to akt niesubordynacji. Próba zachwiania hierarchii panującej w każdej normalnej firmie. Zarówno trener Ojrzyński jak i wszyscy piłkarze Korony są tylko pracownikami zatrudnionymi na umowę i pobierającymi za to wynagrodzenie. Jeśli szef nie jest zadowolony ze swoich podwładnych, ma pełne prawo ich zwolnić, nie patrząc na inne okoliczności. Mówiąc wprost: może mieć w dupie zdanie innych, w tym wypadku, zdanie piłkarzy. Co więcej, w każdym profesjonalnym klubie, wszyscy którzy podważyli decyzję zwierzchników, zostaliby surowo ukarani odsunięciem od zespołu lub karą pieniężną. Przecież i oni powinni zrozumieć, że wszystko co wydarzyło się dziś w Kielcach, miało swój początek u każdego z nich. Gdyby nie grali tak słabo, do kolejnego spotkania w Ekstraklasie przygotowywaliby się pod okiem Leszka Ojrzyńskiego.

Jak zareagują władze Korony i jak zakończy się cała sprawa, jeszcze nie wiadomo. Najlepszym rozwiązaniem dla wszystkich byłaby chyba druga szansa dla zwolnionego właśnie szkoleniowca. Ale… powinna ona mieć swój haczyk – ultimatum. Trzy mecze – minimum sześć oczek. Byłoby sprawiedliwie. Szczęśliwi byliby piłkarze, zadowoleni kibice a dobro serca okazaliby włodarze Korony. I tylko pytanie, czy Leszek Ojrzyński, facet z jajami i zapewne mający swój honor, zgodziłby się na powrót…

Co jednak jeśli temat powrotu Ojrzyńskiego jest definitywnie zamknięty? Patrząc na zachowanie piłkarzy, ich szefowie mogą zacząć się obawiać o ich podejście do gry. Może się okazać, że nie wszyscy będą potrafili w dalszym ciągu utrzymywać idealne relacje ze wszystkim dookoła a na złość swemu pracodawcy, zaczną oni przechodzić obok meczów. Wtedy należałoby szykować im miejsce w ogonie Ekstraklasy…

To my ogórki!

„Nic się nie stało..” Stało się stało… Kto myślał, że gorzej być już nie może i polska Reprezentacja zacznie w końcu grać tak jak oczekują kibice czyli wygrywać (chociaż z przysłowiowymi ogórkami) może porzucić marzenia…

Przyjechały gwiazdki z Dortmundu, które zamiast grać i gryźć trawę, pokazywać poziom, który niewątpliwie w Niemczech prezentują wolą udzielać wywiadów i wpieprzać się trenerowi w taktykę. Oj brakuje w tej drużynie kogoś takiego jak Hajto, żeby wziąć ich za mordy i kazać  zapie**alać (kto widział MŚ w Korei ten wie), brakuje lidera. W tej drużynie same cioty bez jaj, bo kto ma krzyknąć na nich? Błaszczykowski? kapitan z niego jak z koziej dupy trąba… Chociaż go lubię to taka prawda, nie ma osobowości, trzeba takich ludzi jak właśnie Hajto, Świerczewski czy Kałużny…

Eliminacje za czasów Janasa, ostatnie mecze kiedy nasza drużyna grała fajną piłkę, dzięki Frankowskiemu i Żurawskiemu przede wszystkim goliliśmy leszczy, pokazaliśmy się także z dobrej strony w meczach z Anglią i wtedy przed Mistrzostwami budziliśmy pewną niepewność u rywali z górnej półki. Oczywiście, jak każdy trener Janas też musiał coś spier**lić i odebrał nadzieję już przy powołaniach, taki selekcjoner…

Tak więc, od czasu Janasa nasza drużyna narodowa już tylko spada.  Jeszcze wtedy aby grać w kadrze trzeba było być naprawdę dobrym piłkarzem i coś osiągnąć, przede wszystkim grać, był to zaszczyt dla zawodników, zakładać koszulkę z orzełkiem i każdy robił wszystko by się załapać.  Potem przyszedł czas na najmądrzejszego na świecie Leo, to on zniszczył wszystko, zaczął powoływać piłkarzy o których nikt nie słyszał, słabych bez wyników i klubów i tak coś co było tylko dla najlepszych stało się przystępne jak chleb w piekarni, dalej kontynuowali to następcy Benhakera i tak jest nadal, do póki  nie zmieni tego człowiek, który będzie miał autorytet i jaja.

Kiedyś śmialiśmy się z Azerów, Estonii, Armenii czy Cypru, teraz z nas śmieje się każdy bo to my jesteśmy te ogórki…