Archiwa tagu: ronaldo

Champions League w Królewskim wydaniu!

ramos

Gdyby dziś, dzień po emocjonującym finale Ligi Mistrzów, w którym Real po rzutach karnych pokonał Atletico Madryt, ktoś zapytał piłkarzy Królewskich czy w następnym sezonie woleliby odzyskać prymat na boiskach Primera Division, czy obronić tytuł Champions League – bez wątpienia wybraliby to drugie.
Real zdecydowanie jest zespołem lubującym się w tych rozgrywkach. Wygrał je już jedenaście razy,co czyni go najbardziej utytułowanym klubem Europy. No ale przecież przydomek do czegoś zobowiązuje…

W ogóle, wczorajszy triumf Realu, biorąc pod uwagę z jakimi problemami na przestrzenie całego sezonu musiała zmagać się ta drużyna oraz z ilu sytuacji podbramkowych musiała się wykaraskać, czyni go chyba jednym z najbardziej cennych w historii.
Mimo wszelkich przeciwności losu oraz swoich własnych słabości, Królewscy zaliczą ten sezon do bardzo udanych. Co prawda w La Liga zajęli ‚dopiero’ drugą pozycję ale patrząc na formę, jaką prezentowała przez prawie cały sezon Barcelona, tylko punkt straty do Dumy Katalonii na finiszu rozgrywek może być rozpatrywany bardziej w kategoriach sukcesu aniżeli porażki. I bez względu na wszystko, na słowa kibiców i piłkarzy Barcy, Bayernu i innych klubów – zwycięstwo w LM czyni Real Madryt największym wygranym tego sezonu, to im bowiem dane było wznieść w górę najbardziej pożądane wśród wszystkich piłkarzy świata trofeum. Zarzekanie się po czasie i lekceważenie finału oraz ujmowanie mu należytej rangi czy prestiżu, a co za tym wszystkim idzie wykazywanie braku szacunku wobec Królewskich jest najzwyczajniej w świecie niesmaczne…

Sam finał był dosyć wyrównany. Real przeważał w pierwszej połowie, Atletico – w drugiej. Remis, sprawiedliwy remis. Karne. Loteria? Nie – pokaz siły charakteru. Nie wytrzymał jej Juanfran, wytrzymał i zapewnił triumf swojemu klubowi – Ronaldo. Najmniej widoczny piłkarz meczu. Ale któż o tym będzie pamiętał za rok,dwa czy kilkanaście? Przecież zwycięzców się nie sądzi, tym bardziej takich zwycięzców!
Historia Cristiano w tym spotkaniu to zupełne przeciwieństwo Jana Oblaka. To właśnie ten ostatni, mimo porażki Atletico został największą gwiazdą finału. Jego spektakularnego występu podczas serii jedenastek nie przyćmili ani Ramos, ani Pepe, ani żaden z innych zawodników biegających tego wieczoru po stadionie San Siro. Jego postawa na linii bramkowej już dorobiła się rzeszy fanów. Chyba żaden inny goalkeeper na świecie nie stosuje podobnej taktyki. Wybicie przeciwników z rytmu na poziomie mistrzowskim. Zasłużył na specjalne wyróżnienie! Jakaś wycieczka do kopalni soli w Wieliczce? Świetnie by się wkomponował…

„Ronaldo” – dokument o oscarowym piłkarzu!

hqdefault

Długo wyczekiwany film o piłkarzu Realu Madryt w końcu doczekał się premiery. Ci, którym dane było go już obejrzeć, raczej mają podzielone zdania na jego temat, i zupełnie inaczej niż w przypadku normalnych filmów, wcale nie jest to spowodowane różnicą w gustach ale mniejszym bądź większym sympatyzowaniem z samym bohaterem tej produkcji…

Inaczej być nie mogło. Dokument podzielił kibiców podobnie jak dzieli ich sam Cristiano. I tak właśnie należy spojrzeć na tę produkcję. Trzeba spojrzeć na nią z perspektywy trzech różnych grup bo jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Wiadomo jak skrajne emocje w ludziach budzi osoba Portugalczyka, wiadomo jak reagują na niego jego zwolennicy, wiadomo też ilu ma przeciwników i pewne jest także to, że z czystej ciekawości do kin, czy chociażby w zaciszu swoich czterech ścian, film o Ronaldo obejrzy gro osób, które mają go tak po prostu głęboko w d… gdzieś. 

Ta ostatnia grupa nie powinna oczekiwać filmu pokroju superprodukcji czy pretendenta do Oscara, gdyż dokument ten to dosyć lekka historia o dążeniu do spełnienia marzeń poprzez niebotycznie ciężką pracę. Trochę zbliżony w tematyce do piłkarskiego hitu „Gol!” z 2005 roku. Ot, idealny na miły wieczór w gronie przyjaciół za to dosyć dyskusyjny, jeśli chodzi o wyświetlanie go na dużym ekranie. Możliwe, że bardziej nadawałoby się tam zekranizowanie historii Jakuba Błaszczykowskiego ale…rozumiemy potęgę zawodnika Realu Madryt i chęć złożenia mu w ten sposób niejako hołdu.
Oczywiście, fakt, że dokument ten znalazł się w kinach podyktowany jest chęcią dotarcia do jak największej grupy odbiorców na całym świecie, a przyznajmy, żadna telewizja zagwarantować by tego nie mogła. Trzeba także zrozumieć, że produkt ten powstał głównie po to by nieco przybliżyć sylwetkę głównego bohatera milionom jego fanów, znających do tej pory tylko jego piłkarską stronę, oraz… wrogom. Tym drugim, by zrozumieli, jak wielką i ciężką pracę każdego dnia musi wykonać Portugalczyk by stać w miejscu, w którym aktualnie się znajduje.

I wcale nie można się zgodzić z głosami, jakoby produkcja była przesiąknięta narcyzmem Cristiano i ukazywała jedynie jego samouwielbienie. To właśnie głosy zakompleksionych kibiców największego rywala Realu Madryt, którzy nie potrafią pogodzić się z oczywistą wielkością tego gościa. W żartach o swojej zajebistości, nie dostrzegają żartobliwego tonu, czy ironii a wszelkie przypomnienia o sukcesach, traktują jako denne przechwałki zakochanego w sobie Ronaldo…
Chyba zapomnieli, że Cristiano jest człowiekiem sukcesu i jeśli o czymś ma mówić jego biografia będą to właśnie jego sukcesy…

Wszystko co pokazano w filmie jest prawdą. Dlaczego miałoby się w nim nie znaleźć odniesienie do perfekcjonizmu tego zawodnika, skoro taki on właśnie jest? Dlaczego miałoby się nie mówić o jego wszystkich zaletach, skoro ma on ich bez liku? Czy lepsze, według niezliczonej liczby krytyków owej produkcji, byłoby zakłamanie rzeczywistości i pokazanie skromnego zawodnika, który czerwieniłby się słysząc pod swym adresem pochwały i mówił, że wcale nie jest najlepszy?
Przecież nie raz i nie dwa w omawianym obrazie, dało się dostrzec także zupełnie ludzkie i niekontrolowane słabości Cristiano. Nie bał się opowiedzieć o trapiących go wątpliwościach i obawach. Pokazał, że nie jest maszyną ale człowiekiem z krwi i kości, który wytrwale pracuje na osiągnięcie wyznaczonego celu. Czyż nie taki powinien być prawdziwy sportowiec? Żądny sukcesów i zwycięstw? Gardzący każdym innym miejscem, niż pierwsze? Czy bycie ambitnym a przy tym niebywale pewnym siebie i swoich mocnych stron, jest czymś za co powinno się portugalskiego piłkarza ganić? Bez jaj…

Oprócz wspaniałych piłkarskich momentów, jakie w ciągu swojej trwającej jeszcze kariery przyszło przeżyć CR7, mogliśmy zobaczyć także jakim na co dzień jest on człowiekiem. Sam nie ukrywa, że jest dosyć nieufny i wśród piłkarzy niewielu ma przyjaciół ale za to otacza go duże grono życzliwych mu osób mniej lub bardziej związanych z futbolem. Nie boi się przyznać, że nie byłoby go na szczycie gdyby nie największy rywal, w osobie Lionela Messiego i poza ogromną dozą respektu i szacunku, nie widać w tych słowach ani kropli kompleksu wobec Argentyńczyka.
Cristiano, jakiego możemy poznać dzięki tej historii, to Cristiano rodzinny i kochający. Dobry syn, brat, przyjaciel i przede wszystkim świetny ojciec. Widać, że swojego syna wychowuje według wartości miłości a nie pieniędzy a już ten fakt powinien wiele o Ronaldo, jako człowieku powiedzieć. Nam przecież wydaje się normalne, że ojciec odwozi i przywozi dziecko ze szkoły, bawi się z nim czy spędza każdą wolną chwilę ale nie zapominajmy, że u gwiazd, mogących sobie pozwolić na wiele, zwykle sytuacja wygląda zgoła odmiennie. Ronaldo to inteligentny facet. Doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożeń tego świata i w profesorski sposób dawkuje sobie i swoim bliskim kontakt z nimi. Po prostu, facet i piłkarz jak się patrzy – jedyny w swoim rodzaju.

Fajnie, że mimo kolejnych zer i sukcesów, nie wszystkim uderza woda sodowa do głowy, choć kibice Barcelony, czy jego anty-fani, abo jedno i drugie na raz i tak powiedzą, że dokument o nim ocieka narcyzmem na kilometr i od pochwał na temat Cristiano aż chce się rzygać. Proszę bardzo. Ciekawe czy sytuacja byłaby podobna, gdyby film opowiadał o Leo Messim, bo prawdopodobnie zarówno sens, jak i większość elementów całego projektu, niewiele by się różniła od tejże produkcji. Przecież obojga panów, pod względem piłkarskiej jakości nie różni od siebie prawie nic…

Reasumując, film z różnych względów wato obejrzeć, nie nastawiając się jednak na nie wiadomo jaką jakość. Nie oczekujcie fajerwerków, podejdźcie do tego raczej z ciekawością poznania Ronaldo od innej strony, niż ta z relacji meczowych i mediów Drogę jego kariery i tak zapewne znacie idealnie, poznajcie go więc jako człowieka…

Lewy i Złota Piłka. Jak jest naprawdę?

lewy_rakieta-640x416

Ostatnio ten temat przewija się nieustannie nie tylko w prywatnych rozmowach kibiców ale też we wszelakich mediach. a na pewno przewijał do dnia wczorajszego, do czasu aż Robert zakończył swój mecz z zerowym stanem konta goli i zaczęło się mówić o wielkim kryzysie polskiego snajpera ;-).
To oczywiste, że sytuacja, w której znalazł się Robert, zmusza nas wszystkich do wznoszenia fanfar na jego cześć i co za tym idzie… wystosowania jeszcze większych oczekiwań co do jego osoby. Chciałoby się by Lewy tylko strzelał i strzelał i świat, który dziś docenia jego niebywałą wartość i talent, by doceniał go jeszcze bardziej i dlatego właśnie, doszło do momentu, w którym te obustronne oczekiwania, na razie czysto życzeniowe, spotkały się w jednym miejscu. Robert dający z siebie 100% i świat, kibice, dziennikarze i koledzy po fachu, oddający mu to na co zasłużył. Wynagrodzenie jego pracy, szacunek i podziw. Czy ten sen może się ziścić? Czy te spekulacje, mają szansę się urzeczywistnić i Robert mógłby sięgnąć po Złotą Piłkę za rok 2015?

Przy okazji poprzednich tekstów, w których roiło się od zachwytów nad Lewandowskim, pisałam o Złotej Piłce. Naturalna kolej rzeczy i dojść do tego musiało. Pisałam jednak o tym, bardziej w kontekście roku przyszłego, zakładając jednocześnie, że Robert utrzyma dotychczasową formę i nie tylko on sięgnie po trofea indywidualne, takie jak król strzelców Bundesligi czy Champions League ale zrobi to także, przy dużym udziale naszego zawodnika, Bayern Monachium. Czytając jednak ostatnio tekst Krzysztofa Stanowskiego, w którym to mówi on dlaczego Robert Lewandowski już teraz nie dostąpi tego zaszczytu, coś mnie natchnęło, do lekkiej analizy…
Podobnie jak założyciel Weszło, tak i ja bardziej widzimy Lewego z tą nagrodą w roku następnym, no, na razie tylko spekulujemy, bo przecież nikt nie wie jak piłkarz niemieckiego potentata będzie się spisywał za kilka, czy kilkanaście miesięcy, więc jest to raczej luźne życzenie utrzymania aktualnego stanu formy ale… Zupełnie inaczej, zapatruję się na kwestię tego, czy Polak nie ma na nią szans już teraz i jak naprawdę jest z tym ‚zasłużeniem’ na tytuł piłkarza roku.

Lewandowski w ścisłej czołówce piłkarzy z najwyższej półki znajduje się od dawna. Czterema bramkami strzelonymi Realowi, zapisał się na kartach historii futbolu i w pamięci całego światka piłkarskiego. Teraz, ostatnimi dokonaniami, swoje nazwisko wyrył już wszędzie, głębiej, stał się niejako ikoną, dziewiątką z prawdziwego zdarzenia. Nie bez przyczyny, tak często przekręca się mu nazwisko na LewanGoalski. Czy ktoś kto wznosi się na wyżyny, dokonuje rzeczy, których zapewne zazdrościli mu sami Leo Messi i Cristiano Ronaldo, nie daje podstaw by myśleć o nim jako poważnym kandydacie do wygrania w tym prestiżowym konkursie? CR7, grający w silniejszym od nas zespole, nawet nie zbliżył się do Roberta w dorobku strzeleckim eliminacji ME, a Lionel Messi, uważany przecież za kosmitę, piłkarza jedynego w swoim rodzaju i najlepszego w historii, w ciągu wielu pięknych lat kariery, nie pokusił się o strzelenie pięciu bramek w ciągu dziewięciu minut gry z silnym rywalem, o czterech trafieniach Realowi, swojemu największemu wrogowi, w meczu na poziomie Ligi Mistrzów, nie wspominając. Myślicie, że by nie chcieli? Pewnie, że tak. Chcieli ale nie umieli, Robert umiał. Problem jest taki, że oni biją rekordy od wielu lat, robiąc sobie wyłączność na uwagę całego piłkarskiego, i nie tylko, świata. Lewy dopiero zaczyna te rekordy bić i o tę uwagę walczyć. Robi to naprawdę w świetnym stylu i co raz więcej osób, zaczyna to rozumieć. Stąd właśnie głosy o Złotej Piłce. Głosy, znudzonych już trochę ciągle widokiem wspomnianej wyżej dwójki. W końcu na planecie, na której zadomowiło się jedynie dwóch graczy, wylądował ktoś inny. Ze swoim, osobistym, jakże odmiennym wachlarzem talentów, osiągnięć i możliwości. Unikatowy i przede wszystkim świeży. Znudzony, może w kontekście gry piłkarzy Realu i Barcy, słowo to trochę za mocne, bo zarówno Argentyńczyk jak i Ronaldo, ciągle zachwycają swoją grą a ich kolejne bramki nie rzadko zapierają dech w piersiach, to trochę tak to wygląda. Wszystkim nam Lewandowski zapewnił nieco frajdy. Trochę namieszał w statystykach i skoro to one, tak często są wznoszone jako główne narzędzia i powody sukcesów to dlaczego w przypadku Polaka mają nic nie znaczyć?
Dlaczego to Messi ma dostać Złotą Piłkę tylko biorąc pod uwagę pierwszą połowę roku a nie może jej dostać Lewy za drugą jego połowę? Statystyki jasno mówią, że Robert od Lionela strzela częściej. Oby wyprzedza Portugalczyk, więc może to on powinien wygrać?

Rzeczywiście, na 99% to ktoś z dwójki Messi – Ronaldo sięgnie po tę nagrodę, nie oszukujmy się, nie bądźmy źli, że nie dostanie jej Robert. Może nie zasłużył jeszcze na to wyróżnienie ale na miejsce trzecie, już za sam fakt dołączenia do ścisłego grona najlepszych, w tym wypadku już nie dwóch, a trzech piłkarzy, na pewno.
Ale co by nie mówić, nie możemy powiedzieć, że Lewandowski jest całkowicie skreślony jako główny kandydat. Zwycięzca wyłaniany jest bowiem w głosowaniu. A głosują trenerzy i kapitanowie reprezentacji oraz dziennikarze. To ludzie. Być może Redaktor Stanowski, gdyby mógł głosować, postawiłby na Messiego (to akurat pewne) ale nie jest powiedziane, że kapitanowie Reprezentacji Włoch czy Francji, trenerzy Anglii czy Szwecji, nie postawią na Lewandowskiego. Być może selekcjonerzy zachwycili się ostatnimi popisami Polaka, być może jego gra, wywołała u nich nutkę podniecenia, która zaowocuje przy wypisywaniu jego nazwiska na karcie do głosowania. Tego nie wiemy. Piłkarze, którzy stoją dziś gdzieś w tyle za Messim i Ronaldo, patrząc na to, że peleton prowadzony przez Lewandowskiego wciąga powoli uciekającą od początku wyścigu dwójkę, poczują szansę na znalezienie się w tymże peletonie. Taki Robert może im dawać nadzieję, że i im będzie dane bić rekordy. Ta świeżość, może zadziałać jak magnes. A jeśli ktoś lubi jak życie się kręci, będzie chciał odejść od stanu rzeczy, w którym od kilku lat dzieje się aż tyle, że tak naprawdę…nic się nie dzieje. Można się tak pobawić w domysły, doliczyć glosy od Irlandczyków, Szkotów i oczywiście, Niemców. Dlaczego nie?
No właśnie, Złota Piłka to plebiscyt zależny od ludzi i jeśli ktoś ją wygra lub nie, stanie się tak, nie ze względu na to, czy ktoś na owe wyróżnienie zasłużył ale dlatego, że otrzymał określoną liczbę punktów. Gdyby rzeczywiście o zaszczytnym trofeum decydowała forma i osiągnięcia, kilka lat temu, powinna trafić ona podobno w ręce pewnego Holendra.
Co więcej, warto kolejny raz się zastanowić, czy rzeczywiście Złota Piłka jest nagrodą za indywidualne osiągnięcia czy jednak sukcesy drużyny danego piłkarza. Bo nazwa i rzeczywisty sens tej imprezy różnią się niebywale…
Reasumując, Lewy może nie wygrać w tym roku trofeum dla najlepszego piłkarza, zapewne tak się stanie ale nie dlatego, że nie zasłużył, to zależy od punktu, z którego spojrzymy na plebiscyt, ale dlatego, że zbyt mała liczba osób desygnowanych do głosowania, odda swój głos Reprezentantowi Polski. A jeśli uda mu się wygrać to też tylko dlatego, że zdecydowana większość, uzna, że w ich oczach Lewy na to zasłużył. Przecież nikt nie będzie pisał czy dzwonił do kapitanów i selekcjonerów reprezentacyjnych i mówił im, na kogo mają głosować. Skoro w latach poprzednich tak wielu z nich, oddało swoje głosy zawodnikom, którzy w ogóle wtedy nie mieli szans na tę nagrodę, być może teraz, oddadzą go na Roberta. Nic nie można wykluczyć. Więc nie skazujmy Polaka na przegraną z góry. Może i nie zasłużył ale czy nie wygra? Tego nie wie nikt. Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, jak w poprzednich dwóch latach dziwnym trafem FIFA mieszała nazwiskami na kartach do głosowania…

Madrycki finał, czyli po „trupach” do Lizbony… [część III]. Decima Realu!

10414554_274289479408966_3500511642423729784_n

A jednak! Nie Atletico a Real Madryt sięgnął w tym roku po najważniejsze trofeum w klubowym futbolu. Królewscy, choć dzieliło ich niespełna dwie minuty od bolesnej porażki, wracają z Lizbony z pucharem i w iście szampańskich nastrojach…

Kibice na całym świecie z niecierpliwością czekali na finałowe starcie Ligi Mistrzów. Starcie dwóch hiszpańskich klubów, wielkie derby Madrytu. Miało być pięknie i było. Miało być ciekawie i było. Miało być ostro, nieprzewidywalnie i emocjonalnie i oczywiście…tak było. Dodatkowo, a może i przede wszystkim, mogliśmy obejrzeć wspaniałe piłkarskie widowisko udekorowane aż pięcioma trafieniami. Czego chcieć więcej? Czy jakikolwiek fan piłki (nie licząc oczywiście sympatyków Atletico Madryt) mógł czuć niedosyt? Nie! Mecz ten był godny finału Champions League!
Zarówno Królewscy jak i Atletico Madryt, stanęli na wysokości zadania i zgotowali przybyłym do Lizbony kibicom widowisko, jakiego nie powstydziłby się najlepszy scenarzysta, i które na pewno na długo zagości w naszej pamięci.

I pomyśleć, że gdyby nie Sergio Ramos, gdyby nie fakt, że Hiszpan rozgrywa właśnie swój najlepszy sezon w karierze, o meczu tym można by się rozpisywać w zupełnie innych kategoriach jakości. Już nie tak entuzjastycznie, bez pięknych słów i z nutką rozczarowania. Nie, nie wynikiem bo przecież sukces Atletico, podwójna korona Los Rojiblancos to byłoby naprawdę coś wielkiego, coś co jeszcze niedawno nikomu nie przeszłoby nawet przez myśl i na co nikt przed sezonem nie postawiłby złamanego grosza. Ten niedosyt byłby raczej spowodowany prostotą, mało efektowną oprawą spotkania i brakiem…tego „czegoś”, brakiem przysłowiowej kropki nad „i”. Tym czymś okazała się właśnie bramka Ramosa. Obrońca Realu, dzięki trafieniu w 93. minucie gry nie tylko dał nadzieje sobie i swoim kolegom na końcowy triumf ale przede wszystkim odwrócił losy spotkania o sto osiemdziesiąt stopni. Dodał swojej drużynie wiary i pokazał, jak walczyć o wspólny cel, o spełnienie marzeń i nie roztrwonienie tego, co udało się zbudować przez ostatnich kilka ciężkich miesięcy. To właśnie on, nie Ronaldo i nie Bale, choć również dołożyli cegiełkę, ba cegły ogromniaste do ów sukcesu, zasłużył na miano bohatera Madrytu. A przynajmniej jego większej części… Gdyby nie Ramos, puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów, już po dziewięćdziesięciu pięciu minutach gry, wznieśliby w górę chłopcy Diego Simeone. 

Oczywiście, wyrównujący gol hiszpańskiego obrońcy był genialnym wstępem do widowiska, jakie chwilę potem zgotowali nam jego koledzy. Koncertem wysokich dźwięków i emocji sięgających zenitu. To była piękna dogrywka. Wspaniałe trzydzieści minut, które emanowały szczęściem Królewskich, co akurat warto odnotować. Cieszmy się, że Real zdobył to trofeum. Po tych chłopakach widać, jaką frajdę sprawia im gra w piłkę. Jak przeżywają porażki i jaką radość sprawiają im zwycięstwa. Momenty po każdym kolejnym golu, nawet wtedy kiedy już wszystko było przesądzone, były wymowne. To nie była zwykła celebracja bramki, to nie były żadne zwykłe uściski czy poklepywania po plecach, to był szał, euforia i wybuch szczęścia. To właśnie dzięki takim chwilom, futbol wciąż jest numerem jeden…

https://www.youtube.com/watch?v=HlwROQ7v11w

Real Madryt był w tym roku zdecydowanym faworytem do walki o trofeum Ligi Mistrzów i nie zawiódł oczekiwań swoich fanów. Od samego początku, przeciwko każdemu rywalowi, Królewscy heroicznie walczyli o każdy centymetr boiska. O każdą bramkę i każde zwycięstwo. Ich przewodnikiem był niezawodny Cristiano Ronaldo, król strzelców całej edycji, zdobywca aż siedemnastu trafień i kandydat numer jeden do zdobycia kolejnej Złotej Piłki. I choć trzeba przyznać, że w finale jego gwiazda wcale nie błyszczała najmocniej, nie sposób nawet nazwać go bohaterem spotkania a jedynie częścią całości, dopełnieniem maszyny, jednym z naboi płatnego mordercy, w jakiego Real zabawił się podczas dogrywki, to właśnie on może czuć się dziś najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Facet, bo przecież nie tylko piłkarz spełniony. Genialny zawodnik i człowiek o złotym sercu. Już chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości, kto jest najlepszym piłkarzem świata ostatnich lat. I patrząc na tempo w jakim rozwija się CR7, można śmiało założyć, iż Portugalczyk nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Wczoraj, na „swojej” ziemi odniósł najważniejsze zwycięstwo w karierze, pieczętując je golem z rzutu karnego. Gdyby nie fakt, iż w tym roku, już za kilkanaście dni, w Brazylii rozpoczynają się Mistrzostwa Świata (a wiadomo jak z nimi jest), można by zapytać, kto mógłby zagrozić Cristiano w sięgnięciu po Złotą Piłkę? Chyba tylko piłkarze, którzy wczoraj również zameldowali się na stadionie w Lizbonie. Real i Atletico, to właśnie ta dwója zdominowała cały europejski futbol. Wspomniany już Ramos, Bale, który finałowym golem spłacił się całkowicie  i heroiczny Costa. To oni wyznaczali granice i dyktowali warunki. Wydaje się, że jeśli żaden z zawodników, którzy ugrali cokolwiek w tym sezonie w Europie (mistrzostwo ligi, tytuł króla strzelców, półfinał LM), nie zawojuje w jakiś nadzwyczajny sposób brazylijskiej ziemi, nie powinien się włączyć do walki o tę indywidualną i prestiżową nagrodę. Sezon 2013/2014 należał do Madrytu. Stety, bądź niestety dla wielu kibiców, Barcelony, Bayerny, Borussie i inne Manchestery czy Chelsea mogą się schować. W Europie królują dziś…Królewscy!

Real w wielkim stylu wraca na tron. Wraca do gry i grona największych, z którego przez ostatnie ‚suche’ lata coraz bardziej był wypychany przez kolejnych dominatorów. Warto było w całości poświęcić się finałowej rozgrywce i rozkoszować grą, której głównym dyrygentem był Carlo Ancelotti. Trener jedyny w swoim rodzaju. Z bagażem doświadczeń i sukcesów, jakich może mu pozazdrościć każdy, a jeden szczególnie. Zwycięstwo Anelottiego stało się osobistą klęską wielkiego Mourinho. Przez kilka sezonów spędzonych na Santiago Bernabeu, z tymi samymi piłkarzami, których do dyspozycji miał Włoch, nie udało mu się dokonać tak wielkiej rzeczy. Buńczuczny szkoleniowiec, a raczej jego mit, podczas sobotniego wieczoru upadł z wysokości kilkunastu pięter i gdyby Carlo okazywał w jakiś widoczny sposób swoje emocje, mógłby stać i śmiać się do rozpuku…

Dobra…Tyle mówimy o Realu ale warto przecież poświęcić kilka słów także przegranym, czyli Atletico Madryt. Los Rojiblancos mieli już puchar w swoich rękach, od triumfu dzieliły ich dwie minuty doliczonego czasu gry. Dla nich te dwie minuty okazały się byt długie, co mógł chyba przeczuwać już wcześniej Diego Simeone, awanturujący się o liczbę minut, które sędzia postanowił dołożyć graczom obu drużyn. Atletico, tak zmęczone, nie dało już rady odpierać ataków swoich rywali i po dziewięćdziesięciu trzech minutach gry zupełnie odkryło się, czego drużyna pokroju Królewskich nie zwykła nie wykorzystywać. Mimo wszystko, mimo bolesnej porażki, piłkarzom z drugiej części Madrytu należą się ogromne brawa. Za walkę, za sukces (tak, finał jest ogromnym sukcesem), za cały sezon, w którym Atletico wprowadziło w świat futbolu świeżość i nową jakość. Tego brakowało nie tylko kibicom ale i samym zawodnikom. Cytując Macieja Skorżę, przynajmniej  liga (Mistrzów) była ciekawsza ;-).
Finał mógłby być dla obu ekip widowiskiem spełnionym, próbą, z której każdy mógł wyjść „z twarzą”, gdyby nie wypisał się z tego planu Diego Simeone… Trener Atletico, jako jedyny nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy i w pewnym momencie bliżej aniżeli do człowieka sukcesu, było mu do buraka… Smutna prawda, choć oczywiście, biorąc pod uwagę poziom emocji, jakie osiągnął finał, można człowiekowi wybaczyć. Następnym razem, a pewnie takowy będzie szybciej niż nam się wydaje, zachowa należyty spokój i nie odstawi już wiochy. Może wtedy, wynik spotkania będzie zupełnie inny… A na razie nie pozostaje nam nic innego, jak krzyknąć…

Brawo Real!

Tyle gwiazd w jednej drużynie?

W prawdziwym życiu to raczej nierealne ale już w reklamie, jak najbardziej!

https://www.youtube.com/watch?v=p5G9LEMNJ0A

Udział wzięli: Lionel Messi  (Barcelona), Cristiano Ronaldo (Real Madryt), Wayne Rooney (Manchester United), Stephan El Shaarawy (AC Milan), Iker Casillas (Real Madryt), Mario Goetze (Bayern Monachium), Oscar (Chelsea), Radamel Falcao (AS Monaco), Victor Moses (Liverpool), Landon Donavan (LA Galaxy), Wu Lei (Shanghai East Asia), Aleksandr Kerzhakov (Zenit St. Petersburg),  Lee Chung-Yong (Bolton Wanderers).
Piłka nożna ratuje świat… A gdzie Polacy? Ale, że Lewandowskiego nie wzięli…

Dla kogo Złota Piłka? Po raz piąty?…Nie tym razem!

Dotąd tylko nieoficjalnie, teraz już oficjalnie: poznaliśmy kandydatów do sięgnięcia po Złotą Piłkę, czyli nagrodę dla najlepszego piłkarza roku 2013. FIFA nominowała dwudziestu trzech graczy do walki o to trofeum:

Gareth Bale (Real Madryt)
Cristiano Ronaldo (Real Madryt)
Lionel Messi (Barcelona)
Xavi Hernandez (Barcelona)
Andres Iniesta (Barcelona)
Neymar (Barcelona)
Thiago Silva (PSG)
Edinson Cavani (PSG)
Zlatan Ibrahimović (PSG)
Radamel Falcao (AS Monaco)
Eden Hazard (Chelsea)
Robert Lewandowski (Borussia Dortmund)
Manuel Neuer (Bayern Monachium)
Philipp Lahm  (Bayern Monachium)
Bastian Schweinsteiger  (Bayern Monachium)
Thomas Mueller  (Bayern Monachium)
Arjen Robben  (Bayern Monachium)
Franck Ribery (Bayern Monachium)
Mesut Oezil (Arsenal)
Andrea Pirlo (Juventus Turyn)
Luis Suarez (Liverpool)
Yaya Toure (Manchester City),
Robin van Persie (Manchester United)

Patrząc na powyższą listę, od razu rzuca się w oczy zbyt duża liczba kandydatów. Nie ma się przecież co oszukiwać. Porównując ich dokonania i umiejętności, przynajmniej połowa nominacji wydaje się być mało śmiesznym żartem. Wystarczyłoby 5-6 nazwisk, nazwisk, o których usłyszał świat dzięki boiskowym dokonaniom ich właścicieli. W tym miejscu warto zaznaczyć, iż ugryzienie Suareza się nie liczy, choć oczywiście miało ono  miejsce na murawie. FIFA najwyraźniej poszła jednak  inną drogą…
Jako, że zabawa ta sprawiedliwa nie jest i raczej nie będzie nigdy (bo jak tu, w obecnych czasach, formacje defensywne, czyli obrona i bramkarz, mają rywalizować o miano najlepszego piłkarza z graczami ofensywnymi?), możemy zabawić się w statki i zatopić najsłabsze ogniwa od razu, nie czekając aż FIFA oficjalnie poda finałową trójkę. Bądźmy przez chwilę i my dziennikarzami, trenerami i piłkarzami, zastanówmy się komu warto oddać w ręce to cenne trofeum…

Na początek jednak, trzeba ustalić kryteria i odpowiedzieć sobie na proste pytanie: Co to jest Złota Piłka?

Najlepszy piłkarz 2013 roku! Brzmi dumnie. Tylko co przez to rozumiemy? Już sama nazwa jasno wskazuje na to, iż jest to nagroda dla jednostki, doceniająca osobiste dokonania a nie sukcesy całej drużyny i przy wyborze jednego z kandydatów, winniśmy się kierować właśnie tym tropem. Z drugiej jednak strony, nie da się uciec od wpływu reszty zespołu na te jednostki, jakkolwiek by one nie były uzdolnione. Przecież sukces całej drużyny, rodzi się z sukcesów poszczególnych piłkarzy i z tą prawdą nie warto się kłócić. Gdybyśmy odrzucili to kryterium w kąt, moglibyśmy nominować nawet kogoś z Ekstraklasy, np. Grzelczaka, który w bezpośrednim starciu z Messim pokazał mu jego miejsce ;-).
Wracając jednak do rzeczywistości… O Nagrodę powalczą prawdopodobnie Cristiano Ronaldo, Franck Ribery, Zlatan Ibrahimović i Lionel Messi.
W przypadku tego ostatniego, można by było rzec, że sam wypisał się z rywalizacji o Złotą Piłkę i jego szanse na wygraną zmalały do zera, gdybyśmy… nie znali historii. Historii, którą napisała FIFA w ciągu ostatnich kilku lat, i w której to właśnie Argentyńczyk jest pępkiem futbolowego świata i… jedynym zwycięzcą plebiscytu organizowanego przez piłkarską centralę oraz magazyn France Football. Wybór asa Barcelony już w roku poprzednim spotkał się z niemałym zaskoczeniem i chłodnym przyjęciem wielu kibiców oraz późniejszymi podejrzeniami napływającymi z różnych stron, jakoby wyniki głosowania miały być sfałszowane na korzyść argentyńskiego piłkarza. Gdyby i w tym roku, nagroda powędrowała do Messiego, jej prestiż zmalałby do poziomu zero, jednocześnie wybór ten, nie wzbudziłaby większego zaskoczenia. Miejmy jednak nadzieję, że zarówno u głosujących jak i rządzących FIFĄ zadziałają odpowiednie szare komórki i nie będziemy świadkami żadnej wtopy i gwiazdor Barcelony nie znajdzie się wśród trzech najlepszych zawodników mijającego roku.

Te trzy miejsca powinny być zarezerwowane dla Ronaldo, Ibrahimovicia i Ribery’ego. Cała trójka spisywała się znakomicie, pokonywała kolejne bariery i ani na chwilę nie spoczęła na laurach. Dzięki każdemu z nich, murawy największych europejskich stadionów wypełniały się po brzegi magią…

Franck Ribery jest obok Roberta Lewandowskiego najjaśniej świecącą gwiazdą Bundesligi. Prawdziwym sercem Bayernu Monachium i jednym z głównych autorów victorii w poprzedniej edycji Champions Ligue. Można by nawet rzec, iż to właśnie Francuz jest motorem napędowym mistrzów Niemiec i wszystko, czy to w LM czy rozgrywkach ligowych kręci się tam w okół niego. Czy Bayern poradziłby sobie bez wsparcia Ribery’ego?
Według naszych reprezentantów, Roberta Lewandowskiego i Grzegorza Krychowiaka, Złota Piłka powinna powędrować właśnie do francuskiego piłkarza. O ile w przypadku tego drugiego, taki pogląd nie powinien dziwić, o tyle Lewy wysunął z rękawa ‚ciekawy’ argument: „Ronaldo strzela bramki, ale Ribery gra dla drużyny. Wystarczy zobaczyć, ile asyst ma na koncie Francuz, a ile Portugalczyk”.
W ustach profesjonalnego piłkarza, również nominowanego do tej nagrody, słowa te brzmią najzwyczajniej w świecie – śmiesznie. Jeśli mamy porównywać obu za liczbę asyst, dlaczego nie robić tego samego w stosunku do strzelanych goli? Co Lewandowski miał na myśli, wie tylko on sam ale patrząc na jego ostatnie wywiady, gdzie próbuje uświadomić wszystkim dookoła ileż to on nie ma na koncie kluczowych podań i jak one są ważne, wszystko robi się jakieś takie… jaśniejsze  ;-)
Ribery zasłużył na miejsce w pierwszej trójce ale czy na Złotą Piłkę? Czy Francuz jest kimś, kto cały czas prze do przodu pod prąd, zdobywając kolejne szczyty? To prawda, gra dla drużyny, ma mnóstwo asyst i na dzień dzisiejszy, na swojej pozycji jest niekwestionowanym liderem ale zasady kierujące tą zabawą są nieubłagane. W grupie wszystkich piłkarzy świata znalazło się dwóch, którzy od Francuza są po prostu lepsi…

Zlatan Ibrahimović jest… Przecież nie trzeba nic pisać. W ciągu kilkunastu ostatnich dni ten człowiek nie schodził z pierwszych stron gazet na całym świecie. Ibra jest jedynym w swoim rodzaju i wszystko czego się tknie robi najlepiej. Fenomen. Nieważne do jakiego trafi kraju, do jakiej ligi i kogo będzie miał za partnerów – on sobie da radę. Zawsze na najwyższym poziomie. W zasadzie, FIFA dla samego Szweda powinna zorganizować oddzielne kategorie i rok w rok przyznawać mu kolejną statuetkę za…piłkarski geniusz. Te bramki, te podania, ten instynkt i ten charakter – wszystko czego można oczekiwać po piłkarskim wzorze ma w sobie Ibra.
Jedynym, czego można współczuć Ibrahimoviciovi, co jednocześnie uświadamia dlaczego jeszcze nigdy nie sięgnął po żadną nagrodę, to pecha co do gry w nieodpowiednich klubach, w nieodpowiednim czasie. Jakoś tak się złożyło, że jeszcze nigdy zespół szwedzkiego piłkarza nie odniósł zwycięstwa w rozgrywkach Champions Ligue a przecież w dzisiejszych czasach to główny wyznacznik sportowej klasy…
Może w tym roku? Przecież eksperci coraz głośniej zaczynają stawiać Paris Saint Germain w roli faworyta do gry…w finale. A wiadomo, gdyby nie było tam Zlatana, nie wysuwano by takich hipotez…

Ileż to już razy na pokonanym polu pozostawał Cristiano Ronaldo? odpowiedź jest jedna, mianowicie zbyt dużo. Od wielu lat sumiennie pracował na miano piłkarza wszech czasów i zawsze na ostatniej prostej, dosłownie o czubek nosa, znajdował się przed nim Leo Messi. Choć Portugalczyk w każdym kolejnym spotkaniu udowadnia swój piłkarski geniusz, wciąż gra rolę największego przegranego. Wiadomo przecież nie od dziś, że w sporcie liczą się tylko zwycięstwa. Zapewne i samego Ronaldo nie interesują inne miejsca na podium niż pierwsze. Wystarczy przecież na niego spojrzeć by wiedzieć jakim jest człowiekiem i do czego dąży.
Jeśli ktoś zapyta, dlaczego to właśnie CR7 zasłużył na miano piłkarza roku 2013, nie trzeba udzielać mu żadnej odpowiedzi. Prawdopodobnie człowiek ten, pierwszy raz w życiu widzi na oczy futbolówkę albo na jednej ze stron internetowych, kursor skierował jego wzrok na news związany z tym wydarzeniem. Człowieku! Włącz telewizor albo youtube’a, zobacz, co na boisku wyprawia ten piłkarz i bij pokłony. To prawdziwy magik futbolu, piłkarski czarodziej i fenomenalny wzór do naśladowania. Gdyby polscy piłkarze pracowali na swój sukces równie ciężko, jak Portugalczyk, mielibyśmy w kraju mistrzów świata.
Ten rok należał do Cristiano i to nie ulega żadnym wątpliwościom. Złota Piłka jest nagrodą indywidualną i sukcesy drużyny, choć mają duży wpływ na zawodnika, nie muszą o niczym świadczyć. Ronaldo ani z Realem ani z Reprezentacją Portugalii nie osiągnął w tym roku prawie nic, żadnego znaczącego trofeum a jednak, kolejny raz rzucił na kolana piłkarski świat. To się ma albo nie!
Ta nagroda po prostu mu się należy. Jak nikomu innemu. To prawda, że Ribery gra dla drużyny i ma mnóstwo asyst ale porównajmy ile goli na koncie ma Francuz a ile Portugalczyk… ;-).

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości co do kolejności owych trzech piłkarzy, niech ‚zabierze’ ich kolejno z Bayernu i Francji, PSG i Szwecji oraz Realu i Portugalii. Nie ma się co oszukiwać, najwięcej bo ponad 50 % swojej siły straciłyby zespoły Ronaldo i Ibrahimovicia. Real bez Cristiano, zamiast o mistrzostwo Primera Division, biłby się raczej o Puchar Europy i miejsca 4-6…

Skoro znamy już najpoważniejszych kandydatów do pierwszej trójki plebiscytu FIFA i France Football, warto poświęcić kilka słów Robertowi Lewandowskiemu, który również znalazł się gronie nominowanych. Polak, w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów wspiął się prawie na sam szczyt piłkarskiego raju z Borussią Dortmund a indywidualnie, strzelając cztery gole Królewskim, sięgnął gwiazd. W Bundeslidze również bił kolejne rekordy i urósł do miana największej ligowej gwiazdy. Jego nominacja do tej prestiżowej nagrody mogłaby się zamienić w coś więcej, gdyby Lewy do sukcesów klubowych dołożył również te reprezentacyjne. Gdyby Polacy wywalczyli awans na Mundial w dużą w tym rolę odegrał właśnie napastnik Borussii Dortmund, mógłby śmiało walczyć o pierwszą trójkę tego konkursu. Niestety, tym razem się nie udało. Może za dwa lata, jeśli Robert utrzyma wysoką formę strzelecką (i asystencką ;-) ) oraz poprawi grę w kadrze, będziemy mogli do ostatnich chwil niecierpliwić się przed ogłoszeniem wyników walki o Złotą Piłkę…

 

Borussia drugi rok z rzędu w grupie śmierci, Ribery piłkarzem sezonu.

Znamy już całe menu, jakim przez najbliższych kilka miesięcy będzie nas raczyła Liga Mistrzów. Po przekąskach w postaci rund eliminacyjnych, przyszedł czas na zupy i dania główne a tam, zapowiada się uczta smaków:

GRUPA A

Manchester United
Szachtar Donieck
Bayer Leverkusen
Real Sociedad

GRUPA B

Real Madryd
Juventus Turyn
Galatasaray Stambuł
FC København

GRUPA C

Benfica Lizbona
Paris Saint-Germain
Olympiakós Pireus
RSC Anderlecht

GRUPA D

Bayern Monachium
CSKA Moskwa
Manchester City
Viktoria Plzeň

GRUPA E

Chelsea FC
FC Schalke 04
FC Basel
Steaua Bukareszt

GRUPA F

Arsenal FC
Olympique de Marseille
Borussia Dortmund
SSC Napoli

GRUPA G

FC Porto
Club Atlético de Madrid
Zienit Sankt Petersburg
FK Austria Wiedeń

GRUPA H

FC Barcelona
AC Milan
AFC Ajax
Celtic FC

Wszyscy szykowali się na grupę śmierci i rzeczywiście, jest jedna, niezwykle (przynajmniej na papierze) wyrównana, w której o awans powalczą wszystkie cztery drużyny – grupa F, można rzec ‚polska grupa’. Arsenal, Borussia, Napoli i Marsylia – zestaw obiadowy z najwyższej półki. W innych natomiast łatwiej wytypować faworytów do awansu, choć trzeba przyznać, że chyba w żadnej z wylosowanych grup, nie będzie można narzekać na brak emocji. Kto okaże się zupą a kto drugim daniem? Kto zawalczy o miano deseru? Fala typowań opanowała już chyba całą Europę…

A – Manchester United, Real Sociedad
B – Real Madryt, Juventus
C – PSG, Benfica
D – Bayern Monachium, Manchester City
E – Chelsea Londyn, Basel
F – Borussia Dortmund, Napoli
G – Atletico Madryt, Zenit
H – Barcelona, Milan

***

Nagrodę dla najlepszego piłkarza Europy poprzedniego sezonu otrzymał, zasłużenie, Ribery. Dlaczego nie Messi? A no dlatego, że: głosujący poszli po rozum do głowy i nie dają się już ponieść legendzie. Bo niby dlaczego Leo ma być traktowany na innych zasadach? Być może był najlepszym piłkarzem ostatnich lat, zdobywał ze swoją drużyną wszelkie trofea, święcił triumfy ale poprzedni sezon nie należał do niego. Siła wyższa (albo geograficzna jak kto woli) spowodowała jego brak na drugim najważniejszym turnieju futbolowym na świecie (Lewy w chwili strzelenia Realowi czterech goli, będąc liderem strzelców Bundesligi miał nie mieć podstaw do nominacji do Złotej Piłki czy tytułu piłkarza sezonu bo a) Polska nie wyszła z grupy na ME i b) Polska nie zagra na MŚ – a w przypadku Argentyńczyka takie standardy w mik zanikają?), w Lidze Mistrzów nie błyszczał, w Primera Division robił to przez pół sezonu. W bezpośrednich starciach z największymi rywalami do tego tytułu, wypadał blado. I co najważniejsze: od osób takich jak Messi czy Ronaldo, mając podłoże ich wcześniejszych sukcesów, zawsze trzeba wymagać więcej lub chociaż tyle samo. Jeśli obniżają loty a inny piłkarz wznosi się na wyżyny swoich możliwości i jest głównym udziałowcem sukcesów swojego klubu to oczywistym staje się fakt, kto zasłużył na tytuł piłkarza sezonu…

Wszystko już wiemy… Brawo Polacy!

W Madrycie wszystko ułożyło się tak, jak myślała większość. Nie zdarzył się jednak cud, o który z całych sił modlili się Hiszpanie. Real od początku ruszył do ataków na bramkę strzeżoną przez Weidenfellera i… to chyba właśnie nazwisko niemieckiego goalkeepera będą przeklinać przez następne tygodnie. Jeśli trzeba wskazać zawodnika Borussii, któremu Dortmund może zawdzięczać awans po meczu w Madrycie, bez wątpienia jest nim właśnie Weidenfeller. Pierwszy kwadrans spotkania był w jego wykonaniu świetny. Hiszpański kibice łapali się za głowy kiedy futbolówka, kolejny raz, zamiast wylądować w siatce, lądowała w rękach Romana. Ale czy jest powód by dziwić się jego dyspozycji? Nie pierwszy raz w tym sezonie ratuje on skórę Borussii. Nie rzadko zdarzają mu się proste błędy, ale kim by był Weidenfeller gdyby mu się one nie przytrafiały? Po sukcesie, którego niewątpliwie jest wielkim ojcem, nikt chyba nie będzie mu wypominał nawet największych błędów, przy jego fantastycznych interwencjach w tej edycji Ligi Mistrzów, są one po prostu przeźroczyste.

http://www.youtube.com/watch?v=cVbFduIrEp4

Znamy też nazwisko najsłabszego piłkarza dwumeczu i niespodziewanie trzeba ten tytuł przyznać… Cristaino Ronaldo. Doczekaliśmy tej smutnej chwili, kiedy aspirujący to miana najlepszego piłkarza świata, zawodnik zawodzi w najważniejszym momencie. Oczywiście nie pierwszy raz w historii futbolu mamy do czynienia z taką sytuacją ale nikt chyba nie spodziewał się tego po CR7. Ile udziału w tym samego Ronaldo a ile Łukasza Piszczka wie tylko on sam ale to właśnie Polak zbiera po meczu pochwały. To właśnie Łukasz jest dziś na ustach Europy, jako ten, który zatrzymał Cristiano. Nie należy więc się z tym sprzeczać  ;-) Piszczek okazał się za dobry dla Ronaldo i to nie raz ale… cztery! Właśnie w tylu spotkaniach w tym sezonie to Piszczu był górą i jeśli do tej pory obrońca BVB zachwycał w ofensywie, to w meczach z Realem udowodnił także swoją klasę w defensywie. Brawo.

Można by oceniać wszystkie wady i zalety każdego piłkarza Borussii ale… to nie ma najmniejszego sensu. Od początku wiadome było, że przy prowadzeniu 4-1, mecz w Madrycie nie będzie najlepszy w wykonaniu formacji ofensywnej tego zespołu i tak właśnie było. W futbolu funkcjonuje jednak pewna zasada i jej należy się trzymać: Zwycięzców się nie sądzi. Pomimo przegranego 2-0 meczu rewanżowego z Realem, to BVB jest zwycięzcą.

Trzeba oczywiście wspomnieć o Lewandowskim. Na początku należy oddać jemu i Jose Mourinho szacunek. Zachowanie Portugalczyka w stosunku do Lewego świadczy o jego wielkości jako człowieka, jednocześnie pokazując wielkość Roberta jako napastnika. Nie sposób więc zrozumieć ludzi, którzy narzekają na zbyt dużą ilość Lewandowskiego w mediach. Najbardziej boli fakt, że wszystkie negatywne komentarze pod adresem napastnika Borussii płyną… z Polski. Doskonale wiadomo jacy są Polacy, wiadomo, że nie potrafią przełknąć sukcesu rodaka i zrobią wszystko by mu dokopać ale czasem trzeba znać umiar. Co przemawia przez tych ludzi? Zazdrość? Czy taką już mają naturę?
Do niedawna cały świat mówił o Messim, który wychodził z każdej lodówki, w każdym zakątku świata. Zasłużył na to, był przecież najlepszy. Dziś cały świat mówi o Lewandowskim bo to właśnie on teraz jest tym najlepszym. Został uznany najlepszym piłkarzem tygodnia, nie z przypadku, nie bez powodu. Po prostu był najlepszy. Jest na świeczniku i czy się to komuś podoba czy nie, trzeba o nim mówić i pisać. Nie sposób się nie zachwycać jeśli docenia się piękno futbolu. Lewandowski zagrał mecz życia, dokonał rzeczy niemożliwej, wręcz historycznej i nikt mu już tego nie odbierze, do końca życia będzie mógł wspominać o swoim dokonaniu i każdy jego rozmówca będzie słuchał z zapartym tchem jak Robert wpakował cztery bramki wielkiemu Realowi. Tak samo chętnie jak dziś ludzie słuchają opowieści byłych już zawodników a pewne jest, że jeśli powstanie kiedyś biografia Lewandowskiego, to te cztery gole znajdą się gdzieś w połowie, bo chyba półfinał Ligi Mistrzów w barwach Borussii jest dopiero pierwszą częścią jego wielkiej, piłkarskiej kariery.

Jad zgorzkniałych kibiców dosięga nie tylko Lewandowskiego ale i dwóch pozostałych polskich piłkarzy z Dortmundu. Oczywiście największym zgrzytem odbijają się pochwały dla „polskiego sukcesu w LM”. Anty fani Borussii (chyba właśnie tak należy nazywać tych, którzy w krytyce na tym polu są najbardziej aktywni) są przeciwni świętowaniu sukcesu polskiego futbolu, ironicznie argumentując, że owszem, Polacy zagrają na Wembley ale…w październiku na meczu Reprezentacji z kadrą Anglii. Jakim człowiekiem trzeba być by nie umieć docenić wielkiego sukcesu polskich piłkarzy? To nie jest jedna z tych sytuacji, kiedy w składzie zespołu gra jeden polski zawodnik, który jest częścią całej drużyny. Tutaj mamy do czynienia z sytuacją, w której w finale Ligi Mistrzów (tej Ligi Mistrzów!) zagra aż trzech polskich piłkarzy. I to nie byle jakich piłkarzy. Zarówno Piszczek, Lewandowski jak i Kuba Błaszczykowski są kreatorami gry Borussii Dortmund. Są niezastąpionymi punktami tego zespołu i niewątpliwie to także/przede wszystkim * (wedle uznania) dzięki nim Borussia jest finalistą Champions Ligue.  Trzeba więc głośno mówić o sukcesie Polaków, a biorąc pod uwagę wkład jaki włożyli w niego nasi reprezentanci, nie można nikomu zabronić mówić o „polskiej Borussii”. Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć, że być może już nigdy nie doczekamy momentu, w którym aż tylu Polaków zagra chociażby w półfinale najbardziej elitarnych rozgrywek w Europie, nie mówiąc już o klubie z Polski. Dziś wydaje się to mało śmiesznym żartem ale… właśnie dokonania naszej trójki z Dortmundu dają taką nadzieję. Finał Roberta, Łukasza i Kuby jest tak naprawdę zwieńczeniem ich dotychczasowej gry, przygody z Dortmundem. Czymś, dzięki czemu oczy całego świata zwróciły się ku nim, dostrzegły ich piłkarską klasę i zapytały: kto to? Dlaczego wcześniej o nim nie słyszałem? Jest świetnym piłkarzem. Właśnie tak. Właśnie teraz nazwiska Błaszczykowskiego, Piszczka i Lewandowskiego pojawiły się na szczytach list transferowych wielu klubów świata. Ich kariera właśnie teraz nabiera tempa ale jednocześnie to własnie oni otworzyli drzwi do kariery wielu innym polskim piłkarzom.
Każdy chyba zna realia panujące na świecie i stosunek klubów do polskich graczy. Do tej pory można było zaobserwować, że wielu prezesów bało się zainwestować w słabo wyszkolonych piłkarzy z Polski, którzy nie gwarantowali sukcesu. Ciężko było im zaufać. Polska piłka nożna a przede wszystkim szkolenie młodzieży kuleje na tyle, że nie sposób było tego nie zauważyć i za granicą. Dzięki klasie jaką prezentują Polacy w Dortmundzie, zagraniczne kluby zaczną uważniej lustrować polski rynek w poszukiwaniu kolejnych diamentów i co najważniejsze, sumy jakie będą dyktować za nich kluby/menadżerzy automatycznie wywindują się do góry. Gracze tacy jak Zieliński czy Glik w Serie A, tylko potwierdzają siłę polskich talentów a właśnie nie inaczej, niż na murawie, robi się najlepszą reklamę polskiemu futbolowi.

***
W drugim spotkaniu  także nie było ani cudu ani niespodzianki. Bayern udowodnił dwie rzeczy, jest w tym momencie najlepszą drużyną świata i kogokolwiek mieliby za przeciwnika, każdemu zaaplikowaliby podobną dawkę bramek oraz to, że nic już nie pozostało po Barcelonie Guardioli. Umarł król, niech żyje król a może nowe szaty cesarza?  ;-). Już przed rewanżem było pewne, że Bayern mimo wysokiego prowadzenia nie odpuści i że Barcy nie stać na zwycięstwo. Dziwne więc, że kolejny już raz tak bardzo mylą się bukmacherzy.

Finał Bayern – Borussia jest wielkim sukcesem obu drużyn, obu trenerów (największych ojców tego sukcesu) i przede wszystkim Bundesligi, która zdystansowała Primera Division w sposób niewyobrażalny. W rok. Faworytem do końcowego triumfu Ligi Mistrzów jest oczywiście Bayern ale nie sposób nie zauważyć, że jedynym zespołem, który może stawić mu opór, jedynym, który może mu ten puchar odebrać jest własnie Borussia Dortmund. Lepiej nie przyznawać piłkarzom z Monachium pucharu zanim sami po niego nie sięgną, może się bowiem okazać, że kolejny raz w tym sezonie, Borussia tak niedoceniona, znów wyskoczy zza pleców rywala i odbierze im victorię. Kto zawładnie Wembley? Odpowiedź poznamy 25 maja… Ale przedsmak już niedługo ;-)

LewanGoalski!

To był wieczór jednego aktora. Robert Lewandowski strzelając cztery bramki Realowi Madryt na zawsze wpisał się w historię futbolu. Dziś jego nazwisko jest na ustach całego świata, jeśli ktoś do tej pory nie słyszał o Robercie, zapewne właśnie teraz usłyszy z każdej możliwej strony. We wszystkich najsilniejszych ligach świata, ci najbogatsi rozpoczęli już pewnie szykowanie oferty transferowej dla polskiego napastnika. Lewym zachwycają się dosłownie wszyscy, od kibiców, przez ekspertów na piłkarzach z całego świata kończąc (wygrywa oczywiście komentarz Emanuela Eboue  ;-) ). Zdjęcia 25 letniego napastnika zdobią pierwsze strony gazet, są one tak wymowne, że doskonale odzwierciedlają przebieg spotkania. Polak dokonał rzeczy niebywałej. Jako pierwszy strzelił więcej niż dwie bramki Realowi Madryt, jest także pierwszym piłkarzem, który ustrzelił cztery gole w półfinale Ligi Mistrzów a także dziewiątym, któremu udało się to w ogóle w tych rozgrywkach. Staje także przed wielką szansą na wywalczenie tytułu króla strzelców Champions Ligue. Po tak fenomenalnym występie nie wypada już wypominać Lewandowskiemu jego nieudanych spotkań w Reprezentacji Polski, przez 90 minut zapracował na to by kibice puścili w niepamięć wszystkie zarzuty pod jego adresem i pozostawili mu czystą kartę na przyszłość. Przez 90 minut spotkania z Królewskimi, Robert Lewandowski wprowadził nas do nieba. Czapki z głów!

Bić pokłony należy nie tylko przed Robertem ale i całą Borussią. Dziś już mało kto wspomina o Bayernie Monachium. Borussia przecież skopała dupę Realowi, Realowi będącemu obecnie w dużo lepszej formie niż Barcelona. I ten wspaniały Real może dziękować Hummelsowi, że ten przedłużył nieco ich nadzieje na finał Ligi Mistrzów, chociaż wciąż są one raczej iluzoryczne…
Wielki był Jurgen Klopp, wielcy byli także Goetze, Reus i Piszczek. Cała Borussia była fenomenalna i gdyby nie wspomniany jeden błąd Matsa Hummelsa, po którym Cristiano zdobył gola na 1-1, można by rzec, że było wręcz idealnie. Znakomicie prezentował się Łukasz Piszczek. Polak zatrzymał samego Ronaldo, a zadanie to jest niezwykle trudne. Dobry mecz rozegrał Jakub Błaszczykowski, chociaż tym razem czarował w innej roli niż zwykle. To nie jego rajdy czy dośrodkowania zapamiętają kibice ale piękne odbiory i pracę w defensywie.

http://videa.hu/videok/sport/dortmund-vs-real-madrid-entree-www.shoootv.com-dTwJTWVr7TNhQcKq

http://videa.hu/videok/sport/dortmund-vs-real-madrid-4-1-borussia-goals-highlights-07XQQDwy6MwK0MBs?start=63.121

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że tegoroczny finał Ligi Mistrzów będzie pojedynkiem dwóch niemieckich zespołów i jednocześnie najlepszych trenerów tego roku. Na Wembley najprawdopodobniej okaże się czy to Bayern, czy może Borussia są nie tylko najlepszą drużyną w Niemczech ale i na świecie. Bez względu na wyniki rewanżowych spotkań, już dziś można śmiało stwierdzić, ze sezon 2012/13 należał do Bundesligi. Jeżeli po puchar sięgnie ekipa z Dortmundu przy dużym udziale Roberta Lewandowskiego, jeśli uda mu się zrównać, bądź wyprzedzić w klasyfikacji strzelców Cristiano Ronaldo, dodając do tego oczywiście koronę króla strzelców Bundesligi, to Złota Piłka powinna powędrować właśnie w jego ręce. To Robert od początku roku wybija się ponad przeciętność, indywidualnie pokonując kolejne swoje słabości i przeszkody. Dziś już bez obaw przed krytyką można głośno nazywać go najlepszym.

Zwycięstwa Bayernu i Borussii były potrzebne także kibicom hiszpańskich drużyn. Dostali oni mocnego kopa, który zapewne pomoże im spojrzeć chłodnym okiem na ich słowną bijatykę pt. „Barca-Real”. Od dziś to nie Gran Derbi będą wywoływać u kibiców emocje najwyższych lotów ale starcia dwóch gigantów z Niemiec. Już chyba wszyscy mieli dość słownych przepychanek między zwolennikami Messiego i Ronaldo o to, który z nich jest lepszy a także, który zespół Primera Division zgarnie Ligę Mistrzów ( i tak w kółko, rok po roku). Ich spór zażegnali piłkarze z Monachium i Dortmundu a Leo i Cristiano zostali nakryci czapką przez Lewego.

I tylko szkoda, że nieliczni przed wczorajszym meczem wierzyli w Borussię. To właśnie może cieszyć najbardziej. Wiara i osobista wygrana nad nieomylnymi bukmacherami.

Niemcy – Hiszpania 2-0 ( a w zasadzie 5-0, biorąc pod uwagę całą edycję LM i rywalizację Bayernu i Borussii z Barceloną, Realem, Valencią i Malagą).