Archiwa tagu: reprezentacja

Finlandia na odwagę i jedzie się do Francji!

11.10.2015 POLSKA - IRLANDIA ELIMINACJE MISTRZOSTW EUROPY UEFA EURO 2016 PILKA NOZNA

5-0 z Finlandią! Wow! Wynik, mimo fatalnej postawy rywala i tak zasługuje na uznanie. Tym bardziej jeśli spojrzymy na wyjściową jedenastkę Polaków, w której, w przeciwieństwie do meczu z Serbią, aż roiło się od wielkich znaków zapytania. W ogóle, już teraz śmiało chyba możemy przyznać, iż starcie z Finami było dla kilku naszych zawodników ‚ostatnią szansą na Euro’, której przynajmniej w większości nie zmarnowali.
Sam mecz z przeciętnymi dziś Skandynawami o przygotowaniu naszego zespołu do Mistrzostw Europy nie powiedział nam nic, bo powiedzieć nam nie mógł. Finlandia to zupełnie inna półka niż wszyscy uczestnicy turnieju we Francji, dlatego nawet po najlepszej grze polskiej drużyny, nie będziemy w stanie do końca ocenić ich możliwości. W tym miejscu, warto więc chyba zastanowić się nad słusznością wyboru naszych sparingpartnerów w przygotowaniach do Euro, gdyż żaden z zespołów, z którym mierzyliśmy się do tej pory, albo z którym przyjdzie nam stoczyć boje na chwilę przed wyjazdem do Francji, nie zakwalifikował się do tej imprezy. Co gorsze, poza Holandią, której jakości odmówić nie możemy, żaden z naszych rywali, ani Serbia, ani Litwa a już na pewno nie Finlandia, nie będzie dostatecznie dobrym by przetestować na nim rozwiązania, które później mogłyby zaowocować z dużo silniejszymi Niemcami, Ukraińcami czy nawet Irlandią Północną. Czy nie lepiej więc byłoby spotkać się z którymkolwiek uczestnikiem francuskiego turnieju? No cóż, na dywagacje już za późno a jak na razie, Adam Nawałka nie dał nam żadnych powodów do zmartwień czy nieufności.

Musimy wierzyć w słuszność jego decyzji i końcowego wyboru kadry na ME. Tym razem (prawdopodobnie) nie grozi nam sytuacja, do jakiej doprowadził niegdyś Paweł Janas i braku powołania dla np. Roberta Lewandowskiego raczej się nie doczekamy ;-).
No właśnie, spotkania z Serbami i Finami, choć nam kibicom i dziennikarzom niewiele dały w kontekście oceny jakości drużyny, to już samemu selekcjonerowi rozjaśniły sytuację kadrową. Jury w składzie: Agustin Egurrola, Michał Piróg i Adam Nawałka, właśnie zaczęło rozdawać bilety do Francji i chyba możemy uznać, że trzon, szkielet, korpus drużyny już się ukształtował a kolejne miesiące, aż do ostatecznej, oficjalnej decyzji selekcjonera będą zażartą walką o być może ostatnie dwa-trzy miejsca w samolocie, a oczy obserwatorów w tym czasie zwrócone będą na naszą Ekstraklasę.

Biletów na Euro jest tylko dwadzieścia trzy, a biorąc pod uwagę, że do Francji zabrać trzeba trójkę goalkeeperów, to liczba szczęśliwców zmaleje nam do dwudziestu.
Pewniakami do wyjazdu są na pewno Fabiański, Szczęsny i Boruc wśród bramkarzy, Lewandowski i Milik jako napastnicy, Błaszczykowski, Grosicki, Krychowiak wśród pomocników i Glik oraz Piszczek jako obrońcy. Tym panom, Euro może przejść koło nosa tylko z jednej przyczyny, o której lepiej na wszelki wypadek teraz nie wspominać, żeby czasem nie wykrakać.
Wszyscy inni zawodnicy, w niektórych przypadkach bardziej pewni, inni nieco mniej, muszą jeszcze walczyć o utrzymanie formy. Nikt przecież nie dostanie biletu za darmo albo za zasługi. I o ile w przypadku ww graczy, ciężko przypuszczać by którykolwiek z nich nagle zaczął bumelować, o tyle kariery całej reszty w każdej chwili mogą zaliczyć wpadkę, która skreśliłaby ich z listy powołanych.
Na dzień dzisiejszy, do Francji jadą więc też: Wszołek, Zieliński, Salamon, Pazdan, Rybus, Jodłowiec i Wawrzyniak. 17 wybrańców a wolnych miejsc jeszcze tylko sześć. Kto o nie zawalczy?
W obwodzie pozostają jeszcze: Teodorczyk, Jędrzejczyk, Kapustka, Starzyński, Lewczuk, Borysiuk, Mączyński, Mila, Peszko, Sobiech, Stępiński, Szukała i Olkowski, a pamiętać trzeba, że ktoś taki jak Adam Nawałka, w każdej chwili może sięgnąć po zawodnika, który nagle, swoją świetną grą, złapie go za serce.
Jeszcze nikt nie powiedział ostatniego słowa i bez wątpienia, możemy liczyć na ciekawą rywalizacje aż do ostatniego okresu przygotowawczego, podczas którego dwudziestu trzech zawodników otrzyma wiadomość, na którą każdy profesjonalny piłkarz czeka odkąd pierwszy raz kopnie futbolówkę. Tak więc, w bloki startowe, Finlandia na odwagę i jedziemy podbić Francję!

Gramy o pełną pulę! Szkocja i Irlandia na rozkładzie czyli wygrajmy marzenia!

ggg

Już za kilka dni czekają nas wielkie emocje i przede wszystkim ciężkie zadania. Arcyważny i arcytrudny test, którymi będą eliminacyjne mecze ze Szkocją (wyjazd) i Irlandią (dom). Zagramy o awans na Mistrzostwa Europy 2016 i przyszłość całej polskiej piłki nożnej. Tak, wbrew pozorom, nasi piłkarze nie grają tylko o bilety do Francji.
Jeśli w tych spotkaniach zdobędą odpowiednią liczbę punktów i załatwią sobie prawo gry na najważniejszej europejskiej imprezie futbolowej co będzie ogromnym sukcesem, w końcowym rozrachunku może się to okazać swoistym fundamentem pod naprawdę okazałą budowlę.

O co więc walczą jeszcze nasi reprezentanci? Łatwo odpowiedzieć – o przyszłość swoją i całej polskiej piłki.
Oczywiście, walczą już od dawna, nie tylko podczas eliminacyjnych meczów ale także w swoich klubach, codziennie od kilkunastu miesięcy.
Cofając się pamięcią wstecz co najmniej o kilka lat, kiedy o sile naszej kadry stanowili przede wszystkim Smolarek, Krzynówek czy Dudek, czyli piłkarze grający na co dzień w bardzo dobrych europejskich markach, można było zauważyć naszą dumę. Mieliśmy kilka powodów do uśmiechów co weekend. Z szarej rzeczywistości przenosiliśmy się na wyższy poziom, gdzie kilku wybrańcom dane było uczestniczyć w piłkarskich świętach, obok wielkich gwiazd, wielkich nazwisk. Kiedyś tak, a dziś? Dziś przecież tych radości mamy o wiele więcej. Wręcz ton kilka, od groma i jeszcze trochę. Już nie cieszymy się widząc Polaka obok nawet masy gwiazdorów ponieważ to Polacy aspirują do miana tychże gwiazd. To o naszych zawodnikach rozpisują się kibice, gazety, internety i całe grono kolegów po fachu. Z dumą w sercu możemy obserwować jak coraz większa ilość polskich piłkarzy staje się gorącym towarem na transferowym rynku, o których biją się najpotężniejsze kluby świata. Co więcej, a dla nas chyba najważniejsze, sukcesy i status Polaków przerodziły się w największą siłę Reprezentacji Polski od wielu lat. Prawie wszystko, czego od tej drużyny oczekiwaliśmy, jest już na swoim miejscu.
Lewandowski to w tej chwili piłkarz numer jeden ostatniego tygodnia. Mówią o nim wszyscy. Stoi w jednym szeregu obok Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo a chyba nawet o tej dwójce zapomniano na chwil kilka, kiedy Robert pakował kolejne gole w ostatnich trzech meczach.
Błaszczykowski, kiedy wydawało się, że kończy swoją wielką karierę na najwyższym poziomie, zrobił ruch, który zaskoczył nas wszystkich, a jak się okazało, rozbił tym bank. Dzięki transferowi do Fiorentiny, Kuba utrzymał się w topie i wciąż gra o najwyższe cele. Wystarczyły mu trzy mecze by przekonać do siebie fanów swojego nowego klubu oraz by umocnić się w gronie silnych ogniw naszej kadry.
Milik, mimo chwilowych problemów, wciąż trzyma poziom w Ajaxie a w parze z Lewym biją inne duety reprezentacyjne na głowę.
Krychowiak w dalszym ciągu stanowi o sile środka pola reprezentacji choć w swoim klubie, po zdobyciu pucharu LE,  przechodzi ogromny kryzys. Wydaje się jednak, że w końcu czarna seria musi się skończyć i jeśli wszystko pójdzie w dobrym kierunku Sewilla odblokuje się w meczu z najlepszym z rywali, czyli Barcą a Grzesiek odzyskując pewność gry, wróci z tą siłą na mecze ze Szkocją i Irlandią.
Glik i nie trzeba mówić więcej, czołowy piłkarz w całej Italii. Gwiazda i ostoja. Klasa sama w sobie.
O bramkarzach mówić nie trzeba, mamy na tym polu wielki urodzaj, jak żadna inna reprezentacja. Kogo byśmy tam nie wystawili, Szczęsnego, Boruca, Fabiańskiego, Kuszczaka czy ze dwóch, trzech goalkeeperów z Ekstraklasy, możemy być spokojni. Tylko co wśród powołanych notorycznie robi Tytoń, wciąż pozostaje tajemnicą selekcjonera… Ale tak czy siak, na grę szans on nie ma, więc nie ma się czym przejmować.
Dalej można wymieniać innych graczy, którzy co mecz mają swój duży udział w punktach, które do tej pory zgromadziliśmy na koncie, nie ważne czy to piłkarze na co dzień występujący za granicami kraju, czy ci z polskiej ligi. Każdy, dosłownie każdy dołożył swoją cegiełkę w dotychczasowy sukces. Największą jednak zapisujemy na konto Adama Nawałki, który całą zbieraninę indywidualności, często samolubnych do szczytu możliwości lub ociekających gwiazdorstwem na kilometr, zebrał w kupę i stworzył z niej świetnie rozumiejącą się maszynkę do wygrywania. Wznosimy się na szczyt, na razie nie wśród piłkarskich potęg, a solidnych europejskich drużyn ale… wszystko przed nami!
Mamy dobry zespół, który jeśli ma gorsze momenty, to ze względu na pojedyncze słabe ogniwa. Trzeba albo je wyeliminować albo dać im czas, którego jednak w tym momencie nie mamy. Szkoda, że nasz selekcjoner nie decydował się na pójście na całość i sięgnięcie po czarne konie, ludzi, którzy mogliby zasiąść na ławce i w ciężkim momencie spróbować pomóc drużynie. Bo o ile na bramce, czy w ataku mamy na ten moment zdecydowanych pewniaków to już w pozostałych dwóch strefach, obronie i pomocy, potrzebujemy dodatkowego ognia. Wydaje się nawet, że to odpowiednia chwila by wrócić do propozycji Ojgena Polańskiego, który jest przecież piłkarzem bardzo dobrym i przede wszystkim ma ogromne doświadczenie w meczach o stawkę na wysokim poziomie. Ewidentnie brakuje nam w reprezentacji kogoś takiego jak on. Tutaj jednak wszystko leży w rękach Nawałki.
Warto też rozważyć kandydatury defensorów z Ekstraklasy, którzy mogliby wspomóc drużynę narodową i nawiązać rywalizację z piłkarzami, takimi jak m.in. Szukała, któremu zdarzają się wręcz wielbłądy… Może Burliga? Golla?
No nic, bez selekcjonera i jego decyzji, możemy tylko gdybać, gadać i myśleć. Albo mu zaufać, wszak od kilkunastu miesięcy udowadnia nam, że jest człowiekiem odpowiednim na to stanowisko. Na pewno wie co robi. Oby tylko nie stało się jak z Janasem, za czasów którego też wydawało się, że to ten, że ma głowę na karku a potem jednym wyborem wszystko szlag trafił.
Wracając jednak do tematu szans na potęgę naszej piłki, którą zapoczątkować miałby awans na Euro,…
Wyobraźcie sobie, że Lewandowski w dalszym ciągu utrzymuje formę z ostatnich dni, że z każdym meczem co raz lepiej idzie Błaszczykowskiemu, Milikowi i całej reszcie. Media, szczególnie te zagraniczne, pieją z zachwytu. Oczy włodarzy największych klubów Europy zwracają się ku naszym gwiazdom. Ich myśli kierują się na Ekstraklasę, w której chcą znaleźć kolejne diamenty, podobne do wyżej wymienionych piłkarzy. Prosty schemat ludzkiej wyobraźni…
Jeśli więc Lewy i spółka nie spuszczą z tonu, a wręcz przeciwnie, ze swojej gry, będą czerpać pełnymi garściami, zaowocuje to świetną grą Reprezentacji Polski, awansem na Euro, popularnością i popytem na rynku transferowym ich samych ale też innych Polaków, tych już grających za granicą, oraz młodych zawodników z rodzimych lig. Co za tym idzie? Kasa, wielkie pieniądze na… transfery. Jeśli nasze kluby będą sprzedawać za grube pieniądze, będzie ich stać na zastąpienie dziur piłkarzami większego formatu niż dotychczas sprowadzany szrot z kartą w ręku. Biznes goni biznes. Jak widać w rękach nogach powołanych na spotkania ze Szkocją i Irlandią leży przyszłość całego polskiego futbolu. Więc… Do boju Polsko!

Stadion to nie wybieg dla modelek i księżniczek, Panie Adamie!

Transfer Adama Nawałki z Górnika do Reprezentacji Polski był największą porażką ostatnich lat dla obu stron tej transakcji. Wydawało się, że po owocnej współpracy z piłkarzami zabrzańskiego klubu, podobnie będzie w polskiej kadrze. Niestety, każdy kto tak myślał, właśnie się obudził. Z ręką w nocniku.

Nasi reprezentanci grają tak samo jak grali przed erą Nawałki, czyli tragicznie. A co po niektórzy mogą nawet stwierdzić, że teraz jest jeszcze gorzej. Wyniki mówią same za siebie, więc na próżno szukać obrońców naszego szkoleniowca. Sam trener nie daje przecież żadnych argumentów na swoją obronę a gadki-szmatki o potrzebie czasu na efekty pracy z kadrą, stają się w tym momencie po prostu śmieszne. Nawałka nie zbawił kadry i raczej jej już nie zbawi. Nie udało się mu zmienić poziomu zaangażowania zawodników, nie udało się także podwyższyć ich umiejętności. Jedyne co Nawałce się rzeczywiście udało… to poszerzyć grono zniesmaczonych grą Reprezentacji Polski. W tej konkurencji, selekcjoner zasłużył nawet na specjalne odznaczenie. Order za wybitne osiągnięcia…

Lata upokorzeń, kolejne dotkliwe porażki i wieczny lament – to wszystko doprowadziło do tego, że większość ludzi w Polsce, w tym także (NIESTETY) piłkarze, uwierzyli w słabość polskiej piłki. Uwierzyli na tyle, że słabość ta rzeczywiście się pojawiła. I dodatkowo ciężko ją już pokonać, ba ta słabość z każdym dniem coraz bardziej zabija polski futbol. A przecież wcale tak nie musiało być…

Przecież mamy zdolną młodzież, chłopaków, którzy potrafią z powodzeniem rywalizować z rówieśnikami największych piłkarskich potęg. A przecież nie jest to żadna nowość. Większość kibiców na pewno pamięta młodzieżowe MŚ, na których Polska, po fantastycznym golu Grzegorza Krychowiaka, ograła Brazylię. Jak widać po tamtym sukcesie ale także po aktualnych wynikach naszych ‚juniorów’, wcale nie jest tak jak się wszystkim dookoła wydaje. My mamy mąkę na naprawdę niezły chleb. Mamy ogromny potencjał i dobrych, przyszłościowych grajków. Mamy wiele by stać się solidną ekipą, przynajmniej z pierwszej trzydziestki rankingu.
Niby wszem i wobec mówi się, że szkolenie w Polsce kuleje ale nikt nie zauważa, że problem i to poważny, wcale nie zaczyna się w piłkarskich akademiach, ani nawet w juniorach młodszych czy starszych. Problem i efekt gnijącego jabłka dotyka piłkarzy już wkraczających w poważną piłkę. To właśnie wtedy zaczynają się pierwsze schody i większość delikwentów napotyka na swej drodze mur. Przynajmniej dla połowy z nich, okazuje się on nie do przekroczenia, co skutkuje piłkarskim upadkiem.
No dobra. W Polsce rzeczywiście istnieje problem ze szkoleniem, jeśli w ogóle można tak o tym powiedzieć, ale „szkolenie” to ma miejsce już na etapie klubowym. Poziom trenerów, czy to polskich czy tych zagranicznych, którzy biorą się za takich młodych graczy, doprowadza właśnie do zniszczenia ich jako potencjalnych zawodników klasy światowej. Innym odbija sodówka i futbol traktują już tylko jako źródło niezłego zarobku. Wybijają się tylko nieliczni, silni psychicznie, którzy tylko dzięki swojej ambicji i marzeniom, są w stanie przebić się nad całe to zepsute środowisko. Właśnie takimi przypadkami byli Lewandowski czy Błaszczykowski, którzy przez całą swoją karierę, aż do momentu podpisania kontraktu z Borussią, parli pod prąd. Udało się. Innym nie udało się bo nie byli zbyt ukształtowani pod względem psychicznym a z zewnątrz nie otrzymali dostatecznie dużej pomocy. Z piłką jest bowiem jak z życiem, jeśli nikt w Ciebie nie uwierzy, z czasem i ty sam przestaniesz…

Grupa, która detronizuje polską piłkę, właśnie poprzez niszczenie naszych zawodników, to nikt inny jak…trenerzy. I nie, nie dotyczy to tylko szkoleniowców klubowych ale także selekcjonera Reprezentacji. Choć w tym przypadku niewiele ma on już do powiedzenia na temat wyszkolenia poszczególnych graczy to w jego mocy (a raczej obowiązku) jest stworzenie odpowiedniego miejsca dla najlepszych piłkarzy i zbudowanie z nich prawdziwego dream teamu. Nauczenie ich rzeczy innych niż te, które powinny im być wpajane na płaszczyznach klubowych. Selekcjoner, w tym przypadku Nawałka, musi zrobić z nich drużynę. Zespół, który sobie ufa i, przede wszystkim, w siebie wierzy. W Reprezentacji nie ma miejsca na kłótnie i zepsutą atmosferę, nie ma miejsca na podziały. Z poszczególnych piłkarzy jak pomalowanych kwadratów, trzeba ułożyć jednolitą ścianę jak…kostkę Rubika. Jeśli trener nie potrafi czegoś takiego dokonać, znaczy to mniej więcej tyle, że nie nadaje się on na to stanowisko. Nawałka już dawno to udowodnił, będąc kolejnym trenerem, począwszy od Beenhakkera na Fornaliku kończąc, który niszczy całą wartość narodowej drużyny. Reprezentacja powinna bowiem być celem samym w sobie, nagrodą za dobrą grę a nie kółkiem dla fochujących się księżniczek. Miejscem dla piłkarzy grających za Polskę jak o życie.

Nawałka, razem ze swoim różowym szalikiem, powinien odejść z Reprezentacji. Wcale nie dlatego, że nie ma wyników. Inaczej, Nawałka musi odejść ponieważ nie umie zbudować prawdziwej drużyny, walczącej ‚jeden za wszystkich, wszyscy za jednego’ a przecież to pierwszy i najważniejszy krok do sukcesów. Do puki, każdy piłkarz, bez względu na poziom drużyny i klasy rozgrywkowej, w której występuje, będzie miał wstęp wolny do Reprezentacji, do póty nie będziemy cieszyć się z wygranych. To tyle…

 

PZPN robi zmiany? Świetnie!

Decyzją Polskiego Związku Piłki Nożnej, od sezonu 2015/16 w zespołach Ekstraklasy będzie mogło występować po trzech obcokrajowców spoza Unii Europejskiej a już sezon później tylko po dwóch takich piłkarzy. Wiadomo, że zza drzwi prezesów i dyrektorów sportowych klubów można będzie usłyszeć lament ale już polscy piłkarze, kibice i trenerzy powinni być z takiego obrotu spraw zadowoleni. Dlaczego?

Wiadomo, że największą liczbę obcokrajowców tworzą właśnie piłkarze spoza nie tylko samej Unii ale i w ogóle Europy. Za kopalnie talentów, najczęściej w naszym kraju uchodzą Afryka i Ameryka Południowa (a coraz częściej spogląda się na Azję), gdzie można znaleźć nie tylko młode, zdolne ale i przede wszystkim tanie piłkarskie kąski. W dzisiejszych czasach, kiedy w Polsce zamiast na osiedlowych boiskach, młodych chłopaków spotkać możesz najczęściej przed komputerem lub przed lustrem, tam, ich odpowiedniki wciąż biegają po betonie, ziemi czy trawie, kopiąc piłkę… Nie ma się więc co dziwić, biorąc pod uwagę oczywistą różnicę nabytych umiejętności i formy fizycznej, że kluby właśnie w tych rejonach szukają przyszłych gwiazd ligowych.
Teraz to wszystko ma się zmienić. W zespołach Ekstraklasy, a więc głównej hurtowni Reprezentacji Polski, grać mają przede wszystkim Polacy. Ma to podnieść poziom piłki prezentowany przez naszych rodaków na rodzimej i międzynarodowej arenie i być gwarancją miejsca w kadrze zespołu dla klubowych wychowanków.
PZPN postanowił zrobić kolejny krok w kierunku normalności i przy okazji uderzyć o kieszenie prezesów. Skończyły się już czasy, kiedy za piłkarzy pokroju Jakuba Błaszczykowskiego płacono gotówką z portfela i kilkoma piłkami. Dziś, z racji tego iż jest ich coraz mniej, za prawdziwe diamenty trzeba słono zapłacić i niestety, częściej i łatwiej przychodzi to klubom zagranicznym.
Trzeba jednak zaznaczyć, że same zmiany czy wprowadzane limity mogą się tak naprawdę na niewiele zdać. Przecież w innych ligach, także tych najsilniejszych, również obowiązują limity obcokrajowców a oni sami, aby je obejść i móc zarabiać na chleb na Starym Kontynencie, przyjmują jakiekolwiek europejskie obywatelstwo. Jak widać, wszystko da się zrobić by bez problemów nie tylko grać ale i podróżować po całym świecie. Przy okazji, jeśli na dłużej uda się zagrzać im miejsce w danej lidze, można załapać się i do kadry tego kraju…

Kibiców, fakt wprowadzenia limitów cieszy w zasadzie z jednego powodu. Pomijając już kwestię jakości polskiej reprezentacji, chodzi im o zażyłość piłkarzy z ich ukochanym klubem. Wiadomo, że obcokrajowców, którzy utożsamiali się z polskimi klubami, spędzali w nich długie lata, przyczyniając się do ich chwały, było niewielu. Rzadkością także było zrozumienie przez nich nie tylko klubowej historii ale i animozji między dwiema drużynami. Dlaczego w starciu z tym rywalem mają się starać bardziej a w starciu z tamtym grać jak o życie? Czym są derby a czym mecz przyjaźni? Dlaczego nie należy całować herbu na koszulce, jeśli rzeczywiście nie masz go wyrytego w sercu? Polak, nawet wychowany na drugim końcu kraju, od dziecka rozumie pewne sprawy, Nigeryjczycy czy Brazylijczycy, jakkolwiek by dobrze nie grali w piłkę, mogą nie zrozumieć tego nigdy. W wyjątkowych meczach, jak wspomniane już derby, może czasem zabraknąć im potrzebnej ambicji a wtedy nawet głos trybun nie będzie w stanie im pomóc. Z prostej przyczyny: Nie zrozumieją.

Żeby nie tłumaczyć dlaczego trenerzy w naszym kraju woleliby mieć swoich zawodników na miejscu, wystarczy podać idealny przykład z polskiej Ekstraklasy:
Osman Chavez, piłkarz Wisły Kraków i Hondurasu jest najbardziej wyczerpującą odpowiedzią na pytanie, dlaczego lepiej mieć w klubie Polaka/Europejczyka niż piłkarza spoza Unii. Częste wyjazdy na mecze eliminacyjne do MŚ czy o Puchar CONCACAF, częste zmiany strefy czasowej, długie loty, zmęczenie, kontuzje, długie nieobecności w klubie i na treningach. Bez względu na to, jakiej klasy piłkarzem byłby Chavez, jego gra dla reprezentacji, komplikuje mu życie na płaszczyźnie klubowej. Nie ma się dziwić trenerowi Smudzie, że nie widzi w składzie trzynastokrotnego Mistrza Polski miejsca dla Honduranina i jego ciągła nieobecność lub problemy fizyczne związane z męczącymi podróżami, doprowadzają go do szału. Jak widać, jednego z drugim, jeśli komuś rzeczywiście zależy na jakości polskiego zespołu, nie da się połączyć. I mimo, że Chavez będzie prawdopodobnie jedynym piłkarzem z polskiej Ekstraklasy, któremu dane będzie zagrać na Mundialu w Brazylii, prawdopodobnie zakończy on swoją ‚karierę’ na Reymonta 22 jeszcze w tym sezonie…

A może sprawa Obraniaka nie do końca jest taka prosta…

Wszystko wydawało się jasne. Nawałka poinformował, że Obraniak odmówił przyjazdu na kadrę, tłumacząc się brakiem gotowości i ‚swoimi sprawami’, co wydawało się dla wszystkich nie do przyjęcia. Olanie kadry Polski miało na zawsze zatrzasnąć mu drzwi do reprezentacyjnej szatni przed nosem. I kiedy tak się stało, kiedy wszyscy dookoła zdążyli już sobie wyrobić na temat Ludo odpowiednie zdanie, kiedy większość kibiców zaczęła go nienawidzić, okazuje się, że, mimo takiego samego zakończenia, przebieg sprawy nieco różnił się od wersji, która dzięki selekcjonerowi trafiła na łamy mediów.

To już kolejny raz, kiedy za zbyt pochopne podejście do pojawiającego się problemu, dostajemy po łapach. Nieważne czy to kibice czy dziennikarze, czasem za szybko wydajemy wyroki, zapominając, iż w każdej sprawie warto najpierw wysłuchać wyjaśnień obu stron. Tym bardziej jeśli po wszystkim okazuje się, że jedna z nich miała dostatecznie duże powody by w taki a nie inny sposób, skierować uwagę na tę drugą stronę. A może inaczej, aby odwrócić tę uwagę od siebie…

Wszystko wygląda bowiem na to, iż Adam Nawałka, po dwóch kompromitujących meczach kadry, kiedy fala krytyki spłynęła na niego i jego podwładnych, wystawił Obraniaka na pożarcie, by w pewnym sensie także na nim odbiły się negatywne emocje fanów. Oczywiście, nikogo nie powinno się oskarżać bez dowodów ale…Jeśli tak nie było, dlaczego selekcjoner nie opowiedział o wszystkim wtedy, kiedy Ludo odmówił mu przyjazdu do Polski, tylko kilkanaście dni później? Czy jeśli nasza drużyna odniosłaby dwa zwycięstwa, sprawa piłkarza Bordeaux w ogóle ujrzałaby światło dzienne?  Tego zapewne już się nie dowiemy ale, dzięki Januszowi Basałajowi i Ludovikowi Obraniakowi, wiemy przynajmniej jak było naprawdę…

To właśnie Basałaj, czyli szef Departamentu Mediów Polskiego Związku Piłki Nożnej, za prośbą Nawałki, rozmawiał telefonicznie z Obraniakiem. Wiadomo, że powodem tego była znajomość języka francuskiego bo tylko w takim komunikuje się…reprezentant Polski. Prawdą jest, że piłkarz odmówił przyjazdu na zgrupowanie kadry ale dokładnie wytłumaczył on swojemu rozmówcy powody takiej decyzji. A przyznać trzeba, że powody te, dla każdego człowieka powinny być wystarczające by tę decyzję nie tylko zrozumieć ale  i uszanować. W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi…
Obraniak zaznaczył także, że nie zamyka się na kadrę i jest zadowolony z zainteresowania nim nowego selekcjonera. Dlaczego więc, Adam Nawałka nie przedstawił tej sprawy jasno? Dlaczego zasiał w umyśle kibiców ziarno niepewności, nienawiści, goryczy i żalu? Gdyby od początku, wszyscy wiedzieli, z jakich powodów piłkarza Bordeaux zabraknie na pierwszym zgrupowaniu, nikomu nie przyszloby nawet na myśl, by budować na niego nagonkę i mieszać go z błotem. O ile z różnych powodów, w tym przede wszystkim braku znajomości języka polskiego, można Ludo zarzucić wiele, o tyle za zmasowany atak po tej sytuacji, należą mu się chyba przeprosiny. Nie dajmy się zwariować. Reprezentacja powinna być dla wszystkich ważna, powinna być dumą i nieść honory ale w tym momencie, po niezakwalifikowaniu się na Mundial, pełni ona raczej rolę drużyny…testowej. Selekcjoner szuka, sprawdza i właśnie testuje. Buduje drużynę na przyszłość i dla kibiców, fakt czy Ludo przyjechał na pierwsze zgrupowanie czy może, z powodów rodzinnych, zjawi się dopiero na drugim, nie miałoby najmniejszego znaczenia. Nie miałoby, gdyby Nawałka nie zbuntował kibiców przeciwko niemu. A gdyby się nad wszystkim głębiej zastanowić… Gdyby Obraniak rzeczywiście olał Reprezentację, czy wtedy jakikolwiek trener na miejscu byłego szkoleniowca Górnika Zabrze, dałby mu drugą szansę? Nie. A Adam Nawałka zamierza ponownie zaprosić piłkarza  francuskiego klubu na zgrupowanie…

Gdyby Ludviko był słabym grajkiem, nie byłoby w ogóle tematu, jednak klasa, jaką w drużynie Bordeaux pokazuje ten piłkarz, wywołuje w okół jego osoby kolejne zamieszanie. Ktoś taki jest nam potrzebny do podniesienia jakości gry całej drużyny ale ewidentnie widać, że zbyt wielu osobom, z powodów innych niż sportowe, Obraniak jest w kadrze nie na rękę.
Ludo nie czuje się Reprezentacji dobrze, a na pewno nie tak jak powinien czuć się jakikolwiek piłkarz w swojej narodowej drużynie. Widać to gołym okiem…
Wiadomo, że w pewnym stopniu, może nawet dość dużym, odpowiedzialność za to ponosi sam Obraniak (nieznajomość języka= brak zrozumienia z resztą drużyny) ale warto by ktoś, w tym momencie najlepiej by był to Adam Nawałka, znalazł innych winowajców takiego stanu rzeczy.  Pewne bowiem jest jedno: by sięgać po triumfy, trzeba uzdrowić atmosferę w okół zespołu. Jeśli każdy będzie wykonywał tylko swoje obowiązki, grał i angażował się w jednym celu, nawet problemy komunikacyjne przestaną być… problemem. Przecież gdzie jak gdzie ale w futbolu, akurat komunikacja werbalna jest rzadko eksploatowana. Częściej niż do kolegów na murawie, znajomość słów potrzebna jest w kłótniach z arbitrem. A w kontaktach z trenerem? Istnieje ktoś taki jak tłumacz, z którego usług korzystają największe kluby świata i jakoś nikt nie robi z tego problemu…

Dla dobra Reprezentacji Polski, Obraniak powinien otrzymać drugą szansę.

Żegnamy Obraniaka! Bez żalu? Z nutką goryczy…

Wypadałoby wygłosić pełną wzruszenia mowę pożegnalną dla Ludovika Obraniaka, który z dniem dzisiejszym, oficjalnie kończy swoją reprezentacyjną karierę ale najzwyczajniej w świecie, piłkarz Bordeaux na nią nie zasłużył…

Adam Nawałka, obejmując posadę selekcjonera Reprezentacji Polski, zapowiedział, iż szansę na grę w kadrze będą mieli wszyscy piłkarze posiadający polski paszport i tak jak powiedział, tak też uczynił. Wyciągnął rękę do banity z Ligue 1, zapraszając go na pierwsze zgrupowanie pod jego wodzą. Co z tym fantem zrobił Ludo? Odmówił przyjazdu do Polski… Swoją decyzję próbował jeszcze wytłumaczyć brakiem gotowości do gry w narodowej drużynie i jakimiś ‚swoimi sprawami’ ale  sytuacja wydaje się chyba dla każdego z nas jasna. Obraniak prawdopodobnie zatrzasnął sobie przed nosem drzwi do Reprezentacji i być może już nigdy nie uda mu się ich choćby uchylić, czy spojrzeć przez dziurkę od klucza. Temat gry Ludovika dla polskiej kadry, tak jak w przypadku Wojtka Pawłowskiego, powinien być już zamknięty. Na cztery spusty. Nie potrzebny jest bowiem tej drużynie piłkarz, który nie docenia jej wartości, dla którego gra z orzełkiem na piersi nie idzie w parze z dumą i honorem, który biało-czerwoną flagę ma w głębokim poważaniu a najważniejsze są pieniądze zarabiane w klubie. Nie tędy droga, panie Obraniak, nie tędy…

My, jako kibice, możemy nad tą sytuacją ubolewać. Pomijając już podejście piłkarza Bordeaux do Reprezentacji Polski, nie sposób nie docenić jego gry. Piłkarzem Obraniak jest bardzo dobrym, a na pewno plasującym się w pierwszej szóstce najlepszych zawodników z polskim paszportem, biegających po europejskich boiskach. Wraz z Ludo, tracimy więc wielki potencjał, szansę, umiejętności i specjalistę od stałych fragmentów gry. Tracimy bardzo dużo, w końcu nie jesteśmy Niemcami czy Hiszpanami by jedną dziurę w mgnieniu oka załatać kimś innym, o porównywalnych oczywiście  umiejętnościach. My bowiem, mamy po jednym solidnym (a i to nie zawsze) piłkarzu na każdą pozycję i musimy na niego chuchać i dmuchać by nie posypała się cała koncepcja gry. Ciężko jest a bez Obraniaka w zapasie, może być jeszcze ciężej…

Tak jak w każdym przypadku, tak i tutaj, nie tylko jedna ze stron może czuć się pokrzywdzona. Być może Ludo jeszcze tego nie czuje, być może ma w tym momencie to w dupie gdzieś ale przyjdzie taki dzień (potencjalny transfer, awans na ME), kiedy zawodnik Bordeaux zatęskni za Reprezentacją Polski. Wtedy sam zrobi wszystko by wrócić do gry. Będzie szukał pasującego do dziurki klucza, będzie się dobijał drzwiami i oknami ale wtedy, może być już dla niego za późno. Wtedy do Polska drużyna może mieć swoje sprawy lub może nie być gotowa na przyjęcie Obraniaka.

Nawałka – kierunek Euro 2016.

Pewnie wielu kibiców liczyło po cichu, iż mimo pojawiających się doniesień o Adamie Nawałce jako nowym selekcjonerze, w rzeczywistości będzie nim kto inny. Tak się nie stało. PZPN nie umiał, przez te wcześniej ustalone dwa tygodnie, trzymać języka za zębami i jeszcze zanim Zbigniew Boniek podał do wiadomości publicznej nazwisko następcy Waldemara Fornalika, znała je cała Polska.
Nie było więc dreszczyku emocji, niecierpliwego oczekiwania, niepewności i zaskoczenia. Spalone gary…
Oby kadra pod wodzą Adama Nawałki była mniej przewidywalna niż proces, w którym aktualny jeszcze trener Górnika Zabrze, otrzymał stanowisko selekcjonera Reprezentacji Polski.

Choć za wcześnie jeszcze by ferować wyroki czy czepiać się czegokolwiek, wszak były reprezentant kraju nie rozpoczął jeszcze pracy z drużyną narodową, to chyba można zaryzykować stwierdzenie, iż gorzej niż za Fornalika na pewno nie będzie.
Nawałka będzie jeździł, obserwował i rozmawiał. To ważne. Możemy ufać temu, że wszelkie powołania będą przemyślane.  O ile mogą zdarzyć się w nich jakieś pomyłki, o tyle nie będzie tam ludzi z przypadku. A to akurat u nas nowość.

Fajnie, że nowy trener naszych Orłów nie przekreślił tzw. „farbowanych lisów”. Przecież tak jak życie, tak i potencjał reprezentacji trzeba wycisnąć do ostatniej kropli. Nie mamy w kraju piętnastu Błaszczykowskich, więc trzeba sięgać w każdy kąt, w którym czai się klasowy piłkarz z polskim paszportem. O ile Boenisch czy Perquis nie stanowią na dzień dzisiejszy żadnej gwarancji sukcesu a ten pierwszy wzbudza ostatnio jedynie odruch wymiotny, o tyle Obraniak czy Polanski, pod batutą Nawałki, mogą wnieść do drużyny sporo dobrego.
Cała ta dyskusja na temat ‚obcokrajowców’ w naszym narodowym zespole powinna mieć swój początek i koniec w chwili, kiedy swój pierwszy oficjalny mecz zagrał w niej Emanuel Olisadebe. Później przewinął się jeszcze Roger i to własnie ta dwójka przetarła szlak piłkarzom, na których dziś się tak narzeka. Wobec nich, cała ta nagonka jest więc…niesprawiedliwa. Jasne, że lepiej by było, i dla nas kibiców, i dla całej drużyny, gdyby w składzie było jedenastu urodzonych w Polsce Polaków ale nie warto wybrzydzać. Najnormalniej w świecie, nie stać nas na to. Gdyby Niemcy i Francuzi tak wybrzydzali, zapewne kopaliby się dziś w dole rankingu… razem z nami.

Wracając do samego Nawałki i jego wyższości nad odchodzącym już w zapomnienie Fornalikiem – Polska będzie w końcu drużyną charakterną. Przecież mając na stołku kogoś takiego za trenera, kogoś z taką charyzmą i ‚twardą ręką’, inaczej być nie może. Czy ktoś wyobraża sobie Lewandowskiego gryzącego trawę w walce o każdą piłkę? Czas zacząć. To naprawdę może się udać.
Musimy także na nowo nauczyć się rzeczywistego układu/obrazu, jaki powinien panować w każdej narodowej drużynie, a który za czasów Pana Waldka, mocno został u nas zachwiany, mianowicie: to trener rządzi a nie ‚futbolowe gwiazdeczki’. O odpowiednią hierarchię, martwić się więc nie musimy. Chyba…

I już na dzień dobry, Adam Nawałka udowadnia nam, że mimo ważnych jeszcze obowiązków w klubie z Zabrza, poważnie podchodzi do nowej posady. Już myśli o zmianach, już chce robić porządki i na początek… chce zmienić kapitana. A przynajmniej tak można wywnioskować z jego wypowiedzi.
Fajnie, że Nawałka zamierza robić generalny remont ale czy akurat w tej kwestii, potrzebne są jakiekolwiek zmiany? Czy Błaszczykowski jest złym kapitanem? Któż inny bardziej zasłużył na opaskę od skrzydłowego Borussii Dortmund?
Pod względem czysto sportowym, żaden z pozostałych kadrowiczów nie zasłużył na ten zaszczyt bardziej od Kuby. Jeśli chodzi o charakter, jest jeden osobnik, który mógłby uchodzić za przywódcę z prawdziwego zdarzenia a jest nim oczywiście Artur Boruc. Pierwszy mógłby mobilizować i pokazywać przykład swoją grą i ambicją, drugi zaś słowami i gestami. Gdyby selekcjoner zdecydował się zamienić na tej funkcji właśnie tych panów, raczej nie byłoby problemu. Jeśli jednak ktoś inny zostałby ‚uhonorowany’ tym cennym tytułem, z powodów innych niż reprezentacyjna forma i charakter, na wizerunku Nawałki pojawiłaby się pierwsza zadra. To już także nie te czasy by mianować kapitanem najstarszego w drużynie. Dajmy przykład reszcie zawodników, niech równają do najlepszych i najtwardszych.

Co by jednak się nie działo – zaufajmy trenerowi i Bońkowi. Bądźmy cierpliwi, aż do pierwszego poważnego sprawdzianu. Jeśli pójdzie źle, będzie czas na krytykę. Bo właśnie tych największych krytykantów wybór Nawałki zabolał chyba najbardziej, wszak o ile trudniej jest dokopać komuś kto nie jest w stanie dać nam gwarancji na sukces, kto nie zaczyna jako obwieszony zwycięstwami super-szkoleniowiec z bogatą trenerską przeszłością, niż zwykłemu nowicjuszowi, który poza nadzieją, nie może nam dać nic. Wybór niezwykle ryzykowny ale i fascynujący.
Zadaniem, które PZPN postawił przed nowym selekcjonerem jest awans na Euro 2016. Uda się? Kto ma wierzyć, jeśli nie my kibice…
 

Co z tym Głową?

Spór o Głowackiego

Im lepiej na boisku radzi sobie jakiś piłkarz, tym bardziej wzbiera fala zainteresowania jego osobą w kontekście gry dla narodowej reprezentacji. Tym razem mamy do czynienia z podobną sytuacją bo na świeczniku ustawiono Arkadiusza Głowackiego, który przeżywa właśnie drugą młodość. I choć Głowa a raczej jego dyspozycja ligowa imponuje wszystkim dookoła to już sprawa powołania dla stopera Wisły Kraków na mecze z Ukrainą i Anglią nie każdego przekonuje.

Dlaczego warto postawić na Głowackiego? Czyli argumenty za powołaniem:

-”Im starszy tym lepszy” – i już wiadomo co łączy Arka z winem  ;-),
-  Forma w jakiej aktualnie znajduje się Wiślak jest pierwszym i zarazem najważniejszym argumentem w ręku samego piłkarza jak i selekcjonera.
-Gra dla reprezentacji narodowej jest nagrodą za dobrą dyspozycję w lidze a Głowacki prezentuje się na dzień dzisiejszy najlepiej ze wszystkich defensorów posiadających polski paszport.
-Krótka przygoda stopera w Turcji owocuje dziś większymi umiejętnościami, spokojem i pewnością siebie, które wpływają także na grę jego partnerów. W skrócie: Dobra postawa Głowy = dobra postawa całej linii defensywnej.
-Głowacki, jak nikt inny, posiada dar dowodzenia na murawie. Wielki charakter i prawdziwy wzór do naśladowania dla młodych zawodników. Kierują nim o wiele wyższe wartości niż pieniądze.
- Dla samej kadry i prowadzącego nią selekcjonera nie liczy się przeszłość danego zawodnika czy statystyki sprzed kilku lat, liczy się „tu i teraz” a teraz Głowacki jest na szczycie.
-Każdemu należy dać drugą szansę a obrońca krakowskiej Wisły zapracował na nią w ciągu ostatnich kilku tygodni jak nikt inny.
- Grając o pełną stawkę, z rywalami takimi jak Anglia i Ukraina, nie możemy sobie pozwolić na najmniejszy błąd czy potknięcie, a co za tym idzie powołanie dla piłkarzy nie będących w formie lub siedzących na co dzień na ławce rezerwowych.
-Skoro szanse na awans mamy i tak już tylko iluzoryczne to czemu nie dać mu szansy wykazania się?
-Zagramy z rywalami z najwyższej półki a Wiślak jako jeden z nielicznych może poszczycić się rywalizacją z napastnikami o podobnej klasie sportowej. Słowem: niezły bagaż doświadczenia.
-Dla reprezentacji gra się sercem a Głowackiemu serca na pewno nie brakuje. Obrońca Wisły znany jest z tego, że wkłada…głowę tam, gdzie inny piłkarz boi się włożyć nawet nogę.

Dlaczego Głowacki nie powinien grać w kadrze? Czyli argumenty przeciwko powołaniu:

-Najczęściej wysuwany: „Bo szans dostał już kilka i żadnej nie wykorzystał”.
-Głowacki jest prawdopodobnie największym pechowcem w historii polskiej kadry. Jak nie żółta karta to czerwona, jak nie samobójczy gol to… sprokurowany rzut karny.
-Dobra gra w klubie nie jest równoznaczna z równie wysoką dyspozycją na płaszczyźnie reprezentacyjnej.
-Styl i ustawienie jakie Głowacki wyrobił pod batutą Franka Smudy nie musi znaleźć odzwierciedlenia u Waldemara Fornalika.
-Brak zgrania i zrozumienia z pozostałymi kadrowiczami.
-Głowacki świetnie czuje się w roli dyrygenta, w kadrze musiałby dzielić tę rolę z przynajmniej pięcioma innymi piłkarzami.
- Wieczny argument krytyków piłkarskich mówi: „Za stary” czyli (uwaga: w rzeczywistości wcale nie musi to być prawdą) mniej zwinny, wolniejszy.
-Rywale, na tle których świetnie spisuje się Głowacki (Piast, Lech czy Pogoń) są o kilka klas gorsi niż rywale, z którymi w meczach eliminacyjnych ma spotkać się nasza kadra.
-Ryzyko. Mówi się, że kto nie ryzykuje ten nie pije szampana ale powołanie dla obrońcy Wisły Kraków, ze względu na jego poprzednie występy z orzełkiem na piersi, niesie za sobą duże ryzyko. Nie wiadomo czy Fornalik jak i cała drużyna są gotowi by postawić wszystko na jedną kartę.

Kto za a kto przeciw? 

Eksperci są za, nawet Orest Lenczyk nie widzi innej możliwości. Wspomniani już krytycy, w dużej liczbie kibiców, nie widzą dla Głowackiego miejsca wśród powołanych. Co ciekawe i nieco śmieszne zarazem, jest to, że dużą część przeciwników powołania Głowy do kadry stanowią…fani Wisły Kraków. Podobnie zresztą podchodzili do sytuacji Pawła Brożka.
*Ich zdaniem szansa gry Arka w drużynie narodowej (a nawet już same treningi na zgrupowaniu) niesie za sobą zagrożenie kontuzją i stratę ważnego ogniwa w rozgrywkach klubowych.
*Równie często zaznaczają, że Polska przegrała już eliminacje do MŚ/nie ma najmniejszych szans w starciach z Ukrainą i Anglią więc narażanie na uraz czy zmęczenie podróżami Głowackiego jest bez sensu i za bardzo ryzykowne dla samego zawodnika oraz jego klubu.
*Z góry zakładają także, że powołanie dla ich ulubieńca może go niepotrzebnie…rozproszyć. Straci dotychczasową formę i w razie popełnionego błędu w trakcie meczu reprezentacji, będzie mu to ‚siedziało w głowie’.

Wszystkie te argumenty można by nawet uznać za racjonalne, życiowe gdyby nie były… żałosne.
Po pierwsze: Ryzyko kontuzji jest wkalkulowane w karierę każdego piłkarza. I tak jak najwięcej wypadków zdarza się w domu, tak samo najwięcej kontuzji może przydarzyć się w klubie. Nieważne czy to zgrupowanie kadry, mecz ligowy czy nawet zabawa z dzieckiem w zaciszu domowym, wszędzie istnieje takie samo ryzyko odniesienia urazu. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Franciszka Smudy, który stwierdził, że kontuzji nabawiają się tylko lenie. Piłkarze zasuwający na treningach nie muszą się obawiać urazów a tak własnie jest z jego piłkarzami. I coś w tym jest. O ile w poprzednich sezonach Reymonta 22 dosyć często zamieniało się w szpital, o tyle w tym sezonie, odpukać, Wiślacy są okazami zdrowia.
Po drugie: „Zwycięży orzeł biały, zwycięży polski ród…” To się śpiewa na stadionie Wisły Kraków. Są koszulki patriotyczne, organizowane marsze, zdarza się też śpiewać hymn Polski. Patriotyzm pełną gębą aż tu nagle… niektórzy zaczynają wyśmiewać drużynę narodową i z czystym sumieniem planować jej potencjalne osłabienie w ważnych starciach z Anglią i Ukrainą. Czyż to nie hipokryzja? Ukochany klub reprezentuje nasze miasto ale kadra reprezentuje cały kraj i jako obywatele tegoż kraju powinniśmy działać na jego korzyść. Nie można jednemu odbierać by drugi miał więcej. Nie bierzmy przykładu z polityków.
* Po trzecie: Zakładając, że najgłośniej krzyczący o braku sensu w powołaniu Głowy ‚siedzą’ w futbolu dłużej niż 4-5 lat, trzeba przyznać, że kibice Wisły jak żadni inni powinni cieszyć się z napływających powołań dla zawodników ich klubu. Wystarczy sięgnąć pamięcią wstecz o kilka lat by przypomnieć sobie kolejne reprezentacje narodowe, których trzon stanowili własnie Wiślacy. W przeszłości od zawodników z Krakowa zaczynali selekcjonerzy ustalanie składu i wychodziło to i Reprezentacji i Białej Gwieździe na dobre. Wisła była na szczycie a kadra zamiast się kompromitować, potrafiła zachwycać. Czyż kryzys krakowskiej Wisły nie zbiegł się w czasie z upadkiem polskiej drużyny narodowej?
*Po czwarte: Czy Głowacki dzieląc grę w klubie i kadrze, może stracić na jakości? Oczywiście, wszystko się może zdarzyć ale… przypadek Radka Sobolewskiego jest najlepszym przykładem odwrotnego procesu. Do póki były kapitan Wisły grał w Reprezentacji Polski, do póty imponował także niesamowitą formą w klubie. Natomiast w momencie zakończenia reprezentacyjnej kariery, opadł nieco jego zapał na klubowej płaszczyźnie. Wciąż był zawodnikiem z wysokiej półki ale swego rodzaju ‚wypompowania’, kibicom spostrzegawczym nie dało się nie zauważyć.
*Po piąte: Gra z orzełkiem na piersi jest marzeniem dla każdego zawodnika. Nie oszukujmy się. Tu nie grają roli pieniądze ani inne przyziemne pobudki, to coś więcej. Nie można więc decydować za żadnego piłkarza czy ma on dostać szansę zaprezentowania się w kadrze, kosztem zmęczenia/ryzyka kontuzji itd.. Litości. Nie odbierajmy mu marzeń. Tym bardziej jeśli taki ktoś jak Głowacki ma coś do udowodnienia sobie i ludziom, którzy w niego zwątpili. Kiedy jak nie teraz? To może być jego ostatnia szansa na osiągnięcie celu wyznaczonego sobie gdzieś na początku kariery. Jeśli ktoś ma prawo mieć pretensje o potencjalne powołanie to ewentualnie tą osobą mógłby być Smuda.
Wyjeżdżają z Wisły na zgrupowania różni piłkarze, niektórzy za ocean, w kilkunastogodzinne podróże samolotem/pociągiem i raz na jakiś czas wracają z urazem. Normalka. W żadnym innym klubie, kibice nie stosują takich ruchów, jak czyni to w tym momencie garstka kibiców Wisły. Gra w drużynie narodowej to przecież powód do dumy. Nie inaczej.
Najlepszym przykładem na potwierdzenie powyższych wniosków jest Paweł Brożek. Miał być zmęczony po kadrze (profesjonalny piłkarz!), miał wrócić z kontuzją i ogólnie jego powołanie miało źle wpłynąć na wynik Wisły w starciu z Piastem. Jak było? Brożek strzelił dwie bramki i został uznany zawodnikiem meczu…

Powołać czy nie?

Jasne, że powołać. Argumenty na plus zdecydowanie wypychają te przeciwne. W obecnych okolicznościach, kiedy tak naprawdę nie mamy prawie nic do stracenia a możemy zyskać naprawdę wiele, warto postawić na najlepszych. Na dzień dzisiejszy grono najlepszych defensorów otwiera właśnie Głowacki.
Na koniec pozostaje jednak najważniejsza kwestia, przy której cały ten tekst może okazać się niepotrzebny. Spór o powołanie Głowackiego jak najbardziej jest żywo toczony i ludzie przekrzykują się w argumentowaniu swoich racji ale nikt jeszcze nie podał stanowiska samego zainteresowanego.  Czy Arek w ogóle myśli jeszcze o grze w Reprezentacji Polski? Czy chciałby jeszcze założyć koszulkę z orzełkiem i bronić barw narodowych? Może nie czuje się już na siłach i cała ta dyskusja nie ma najmniejszego sensu. A ponadto, powszechnie wiadomo, że do tanga trzeba dwojga, nawet jeśli Głowę w kadrze widzą kibice i on sam, powołanie musi mu najpierw wysłać Waldemar Fornalik.

Polskiej Reprezentacji droga do sukcesów…

W końcu, po wielu miesiącach, z przyjemnością oglądało się mecz Reprezentacji Polski. Zważywszy jednak na fakt, że spotkanie z Danią było tylko towarzyskim, nie czas jeszcze wpadać w hurraoptymizm, co jednak wcale nie oznacza, że nie ma powodów do małego świętowania.

Ciężko wyciągnąć z pamięci ostatnie spotkanie polskiej drużyny narodowej, w oficjalnym meczu, w której składzie byliby sami rodowici Polacy. Od czasu pojawienia się w jej szeregu Obraniaków, Pequisów czy Polańskich, wielu fanów przestało się z nią utożsamiać. W ich przekonaniu bowiem, kadra Polski została zbrukana, skażona czymś obcym. A właśnie w spotkaniu z Duńczykami, na skutek urazów lub poza sportowych sporów, w kadrze nie znalazł się żaden z ‚farbowanych lisów’. Wszyscy ci kibice, którzy mieli z tegoż powodu z kadrą ciche miesiące dni, mogli więc, choć na chwilę zawiesić broń i znów cieszyć się jej grą. I jak się okazało, poziom zaangażowania naszego zespołu bez wsparcia ów zawodników wskoczył na dwukrotnie (co najmniej) wyższy szczebel. Może to znak dla Waldemara Fornalika, z którego, miejmy nadzieję, będzie umiał skorzystać…

Szkoda natomiast, że to właśnie nie dyspozycyjność niektórych piłkarzy zmusiła naszego selekcjonera do zmian kadrowych bo efekt, jak na nasze warunki, był niesamowity. Wystarczy sobie wyobrazić, że kontuzje czy inne problemy omijają naszych zawodników i wśród powołanych na wczorajszy mecz na próżno byłoby szukać Soboty, Klicha czy Kaźmierczaka. Dopiero co przecież, sam Fornalik ględził coś o braku dostatecznie dobrych kandydatów do gry w kadrze w gronie polskich ligowców a i na tych grających w słabszych zagranicznych klubach nie zwracał zwykle większej uwagi. Tym razem jednak wspomniana już sytuacja ale także świetna gra niektórych Polaków nie pozostawiły selekcjonerowi wyboru i jak się okazało… Tędy prowadzi droga do sukcesu.

Nie trzeba mieć na karku osiemdziesięciu lat ani zmarszczek by pamiętać, że nasza drużyna narodowa najlepiej grała, kiedy o jej sile stanowili polscy ligowcy, wspomagani jedynie grającymi za granicą rodakami. Oczywiście, trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że niewielu mieliśmy wtedy Polaków w europejskich klubach ale koniec końców, do jednego to wszystko zmierza. Można mieć nadzieję, że linia tak skrupulatnie zamazywana przez Leo Beenhakkera, znów zaczyna się wyostrzać. Holender otworzył wrota kadry dla wszystkich a co za tym idzie, jej wartość w oczach piłkarzy zaczęła mocno spadać. Kiedyś, na powołanie trzeba było sobie zasłużyć a występy z orzełkiem na piersi były traktowane niezwykle honorowo, zawodnicy zostawiali na murawie kupę zdrowia, nawet jeśli przegrywali, ambicji odmówić im nie mógł nikt. Miejmy nadzieję, że Fornalik ponownie zamknie drzwi na klucz a otworzyć je będą mogli tylko najlepsi…Czy jednak selekcjoner będzie miał jaja by nie uchylić ich przed gwiazdorami?

Oczywiście, jedno nazwisko przychodzi teraz na myśl… Lewandowski. Czy ktoś potrafi wymienić chociaż jeden świetny mecz Roberta w drużynie narodowej? Nie trudźcie się, nie podnoście rąk, nie, nie San Marino, nie było takiego meczu. I nie, zadaniem Roberta na boisku nie jest odsuwanie uwagi od jego kolegów… Bądźmy szczerzy, Lewy jest napastnikiem i od napastników wymaga się strzelania bramek a jeśli tych bramek on nie strzela z wszelakich powodów, wtedy wymagamy chociaż zaangażowania, ambicji, chęci, woli walki itd. Wymieniać chyba dalej nie trzeba, każdy wie o co chodzi. Każdy poza Robertem.
Zarówno on jak i broniący go kibice muszą zrozumieć jedno, Polska to nie Niemcy a Reprezentacja nie jest Borussią. Jedno nie łączy się z drugim i kariera klubowa Lewandowskiego nie podlega ocenie jego gry na płaszczyźnie reprezentacyjnej. Żaden pracodawca przecież nie trzymałby w swojej firmie pracownika, który olewa swoje obowiązki, tylko z powodu świetnych wyników w jego drugiej pracy. To byłoby chore. Chora więc jest obecnie sytuacja w kadrze. Podobnie ma się sprawa z jego fochami. Może jest on gwiazdą w Niemczech, może być i nawet w całej Europie ale ale by zacząć gwiazdorzyć na polskim podwórku, musiałby on najpierw coś na nim osiągnąć. Nie bronią go jego wyniki ani nawet charakter, choć sprawy poza sportowe możemy odłożyć na bok. Tak czy siak, nawet wtedy Robert nie ma w rękawie ani jednego asa. Ile ma jeszcze dostać on szans od selekcjonerów by udowodnić, że zasługuje na powołania? Sto? Pięćset? Można go powoływać dożywotnio za cztery bramki strzelone Realowi w Lidze Mistrzów ale i to nie zagwarantuje nam chociaż jednego gola z gry w jego wykonaniu w polskiej kadrze. Spójrzmy na fakty. Robert jest powoływany na każde spotkanie i korzyści jakie niosą za sobą jego występy można przemilczeć. Natomiast, warto zauważyć, że pierwszą prawdziwą szansę od trenera dostali wczoraj Klich i Sobota – wystarczyło im niecałe 90 minut by wywalczyć sobie kolejne powołania. Porównując tych piłkarzy po meczu z Danią, nie sposób uciec od nasuwających się myśli, jakoby Lewandowski dostawał powołania na kredyt. Skoro już któryś tam raz udowadnia, że nie potrafi przenieść swojego poziomu z Borussii do Polski to ile można czekać na zmianę/poprawę?
Wiadomo, że pierwszym i najważniejszym bodźcem, który decyduje o powołaniu do kadry jest dyspozycja klubowa i tę Robert jak najbardziej posiada ale później, niewiele mniej ważna okazuje się weryfikacja umiejętności na zupełnie innej płaszczyźnie i tutaj, jak na razie, Lewy przegrywa z kretesem. Fornalik, jako selekcjoner powinien poważnie zastanowić się nad kolejnym powołaniem dla napastnika Borussii. W to, że go ominie podczas powołań, chyba nikt jednak nie wierzy bo i może to zbyt radykalne środki ale już posadzenie go na ławce byłoby posunięciem idealnym. Dla wszystkich. Dla drużyny, dla kibiców, dla trenera i przede wszystkim samego Lewandowskiego. Nie trzeba być bowiem profesjonalnym piłkarzem, fachowcem ani nawet sportowcem by zdawać sobie sprawę z tego, jakie czynniki najbardziej wpływają na ludzką psychikę. Istnieje duża możliwość, że urażona duma Roberta nie pozwoli mu na kolejne upokorzenie i w następnym meczu, kiedy tylko pojawi się na murawie będzie chciał udowodnić swoją klasę. Takie proste, może przynieść  tyle korzyści a jednak każdy boi się podjąć tych kroków…
Ciekawą dyskusję na ten temat (choć krótką) rozpoczynali wczoraj Roman Kołtoń z Bożydarem Iwanowem. Pierwszy nie wyobrażał sobie sytuacji, w której miałoby zabraknąć Lewego w gronie powołanych na zgrupowanie, drugi wręcz przeciwnie. Szkoda, że czas antenowy i sam Iwanow, nie pozwolili na rozszerzenie tego tematu bo mogłoby być ciekawie. Wszyscy już chyba poznali Kołtonia podczas jego kłótni w studiu Cafe Futbol ;-) .
Wielu zwolenników asa z Dortmundu próbuje posiłkować się porównaniami Roberta z Cristiano Ronaldo czy Leo Messim. Można by w tym miejscu przytoczyć mało elegancką wypowiedź Tomasza Hajto ale stosowniej będzie odnieść się do kulinariów. Lewy jest bowiem jak Magda Gessler a Ronaldo i Messi jak Gordon Ramsey, Robertowi bliżej do Marty Grycan a CR7 i Leo do Buddy’ego Valastro. Nie zapominajmy, że na prawdziwą wartość zawodnika, tę nie przeliczaną na pieniądze, nie składają się tylko występy klubowe ale całokształt.

Wczoraj, kiedy z boiska schodził Lewandowski żegnały go głośne gwizdy. Wszyscy wiedzą, że były one odpowiedzią kibiców na słabą grę i ostatnie haniebne zachowanie polskiego napastnika. Sam zainteresowany jednak udaje, że żadnych gwizdów nie słyszał, choć słyszeli je wszyscy, można przypuszczać, że nawet ci mający problemy ze słuchem. Dlaczego więc Robert próbuje zaklinać rzeczywistość? Nikt chyba nie uwierzy, że naprawdę wierzy on w wypowiadane przez siebie słowa. Lewy nie tylko nie słyszał gwizdów ale, uświadomiony przez dziennikarzy, próbuje wmówić sobie i innym, że nie dotyczyły one jego osoby ale całej, przegrywającej jeszcze wtedy, drużyny. Sprytna ucieczka przed prawdą. Robert nawołuje do cierpliwości wobec wyników drużyny? Spokojnie. Cierpliwości nikomu nie brakuje jeśli o wyniki chodzi ale w stosunku do samego Lewandowskiego, coraz częściej zaczyna nam jej brakować.
Od wczorajszego meczu, Fornalik ma w rękawie wysoką kartę, przecież Polska wygrała mecz z wymagającym przeciwnikiem zaraz po zejściu z murawy Roberta…
Zanim więc Lewy kolejny raz zacznie gwiazdorzyć i zechce otworzyć usta, niech spojrzy na Błaszczykowskiego. Stoją oni bowiem na podobnym pułapie w dokonaniach klubowych a ich gra w Reprezentacji Polski jest o 180 stopni odwrotna. Jeśli ktoś z tej dwójki może dochodzić swoich praw, unosić się lekko ponad ziemię czy zgrywać gwiazdę, to tą osobą na pewno nie jest Lewandowski.

Można kochać Roberta za jego grę czy postawę w Borussii Dortmund i jest to zrozumiałe i naturalne odczucie ale nikt nie powinien się dziwić osobom, które jednego dnia ubóstwiają i szanują polskiego napastnika by drugiego pałać do niego niechęcią. W tym jednym przypadku, nie ma mowy o byciu chorągiewką, wszak to nie kibice a sam Lewandowski przejawia takowe zachowania.

Wracając jednak do samej kadry i jej przyszłości, szans na sukcesy, nie pierwszy i nie ostatni raz, wszystko leży w rękach selekcjonera. Wnioski są jednokierunkowe…

  • Artur Boruc powinien bronić w pierwszym składzie. Może to jego wiek, może charyzma decydują o większej pewności gry defensywnej linii polskiej drużyny niż w momencie, gdy w bramce stoi inny zawodnik.
  • Nie potrzebni nam są zawodnicy sztucznie naturalizowani. Nawet jeśli mają wyższe umiejętności czysto piłkarskie przegrywają komunikacją i zaangażowaniem.
  • Polscy ligowcy starają się w kadrze dwa razy bardziej niż gwiazdorzy z zagranicznych klubów (są wyjątki).
  • Posadzenie Roberta Lewandowskiego na ławce na jedno ważne spotkanie jest warunkiem koniecznym by zmusić go do lepszej gry.
  • Jak pokazał mecz z Danią, by kadra zaczęła w końcu walczyć sercem, potrzebowała świeżości, którą przynieśli nowi zawodnicy, z innego środowiska ( np.Ekstraklasy).
  • Kadra u-21 tylko potwierdziła, że Polska może mieć bogatą przyszłość i że warto stawiać na młodych, głodnych sukcesów zawodników, którzy braki umiejętności i doświadczenia, z nawiązką nadrabiają walecznością. Z tej mąki będzie chleb.
  • Zarówno Anglia jak i Ukraina są do ogrania i nie można przestać wierzyć w awans do póki…piłka w grze. Jeśli trener da szansę najlepszym (co nie znaczy, że najbardziej medialnym) i ci zagrają z sercem – awans jest w zasięgu ręki.
  • Dobre decyzje trenera dodadzą wiary także kibicom a co za tym idzie, ich doping poniesie piłkarzy. Błędne koło ;-).

Tak niewiele trzeba nam wszystkim do szczęścia i pomyśleć, że los polskiej kadry leży w rękach jednego gościa. Panie Waldemarze, niech pan działa…

Amnezja receptą na sukces?

„Każdy to powie, nie chcemy Smudy w Krakowie!”, jeszcze niedawno śpiewano na trybunach Reymonta 22, kiedy pojawiały się informacje jakoby właśnie Franz miał zostać nowym trenerem Wisły. Do tej pory jednak, medialne pogłoski nie znajdowały odzwierciedlenia w życiu i fani krakowskiego zespołu mogli odetchnąć z ulgą. Smuda przyznał, że „skoro nie chcieli mnie kibice Wisły…” i znalazł zatrudnienie na zapleczu Bundesligi a wszyscy dookoła byli święcie przekonani, że na ławce Białej Gwiazdy, od nowego sezonu, zasiądzie Adam Nawałka. Sytuacja zmieniła się jednak diametralnie. Franciszek Smuda, po spadku swojego zespołu z 2 Bundesligi, ponownie znalazł się na rynku poszukujących pracy a kandydatura obecnego szkoleniowca Górnika Zabrze, ni stąd ni zowąd upadła. Dziś już wiadomo, że niedawny trener Reprezentacji Polski, po raz trzeci wejdzie do tej samej rzeki. Smuda poprowadzi bowiem drużynę Wisły w sezonie 2013/14.

Kibice nie najlepiej przyjęli informacje o powrocie Franza na trenerski stołek. Pomimo dawnych sukcesów jakie święcił na Reymonta i przede wszystkim tego, jakich udało mu się ściągnąć do Krakowa piłkarzy, jego przyszłość w Wiśle budzi wielkie obawy a on sam jako osoba, w ostatnich czasach, nie budzi sympatii. Smuda już raz nadepnął fanom na odcisk, kiedy po zakończeniu swojej pracy z zespołem Białej Gwiazdy, szybko znalazł zatrudnienie w warszawskiej Legii. Na trybunach przyjęto takie zachowanie trenera jak zdradę i wywieszono transparent ‚SMUDA JUDASZ’. Już jako selekcjoner Reprezentacji, dał się poznać jako człowiek niezwykle niesympatyczny i często prostacki. Nie broniły go także jego wyniki, które były katastrofalne. Pomimo tego, nie chciał słuchać otoczenia i w ciemno brnął w swoje, jakże mylne, przekonania. Przez wiele sezonów trzon polskiej kadry stanowili piłkarze Białej Gwiazdy, podczas swojej kadencji, Smuda wypiął się na Wisłę i nie powoływał żadnego z nich. Przy każdej okazji, trybuny na Reymonta domagały się szansy dla świetnie spisującego się wtedy Patryka Małeckiego. Po niezliczonej ilości usłyszanych „SMUDA! CO? MAŁECKI!”, zainteresowany w końcu się ugiął i chyba tylko dla świętego spokoju, powołał Małeckiego. Patryk nie dostał jednak prawdziwej szansy na zaprezentowanie swoich umiejętności i Franz odesłał go do domu. Z takim podejściem do pracy, skończyło się wielką klapą, kibice w całej Polsce, żegnali go bez żalu. Sam Smuda stał się obiektem kpin i nieufności oraz synonimem porażki. Hasło ‚Smuda czyni cuda’ straciło na wartości.

Jak to jednak mówią, ‚dupa zbita’, ‚mleko się rozlało’, Smuda będzie trenerem Wisły i nic w tej kwestii się nie zmieni. Może więc czas to przetrawić i znaleźć w tej sytuacji jakieś pozytywy…
Każdy doskonale zdaje sobie sprawę, jak bliskie relacje łączą Smudę z Bogusławem Cupiałem. W przeciwieństwie do innych szkoleniowców, Franz nie będzie miał problemów z bezpośrednim kontaktem z właścicielem Wisły. Nie powinien też napotkać ich w sprawach czysto finansowych, jako jeden z niewielu trenerów na polskim rynku a być może jedyny, budzi zaufanie u myślenickiego bossa. Kibice mogą więc przypuszczać, że Wisła znów będzie miała przyszłościowe plany, budżet na przyzwoitym poziomie i przede wszystkim polskich piłkarzy z wyższej półki. Wiadomo, że obu tych panów interesują tylko najwyższe cele a takim jest walka o mistrzostwo Polski i Ligę Mistrzów. Bez klasowych wzmocnień, o tych dwóch rzeczach mowy być nie może.
Śmiało można też przypuszczać, że rywale krakowian bardziej obawiać się będą Wisły z Franzem na ławce aniżeli Kulawikiem. W końcu ma on już wyrobioną pewną markę na boiskach Ekstraklasy. Największe sukcesy święcił przecież w Łodzi i… na Reymonta. Na pewno więc, ma on chrapkę na powtórkę z rozrywki.
Nie ma też większego sensu, patrzeć na pracę Smudy w kontekście jego przygody z Reprezentacją Polski. W obu przypadkach, sytuacja jest zupełnie inna. Nie można porównywać trenerów klubowych i reprezentacyjnych, gdyż warunki ich pracy są zgoła odmienne.  Smuda ewidentnie jest stworzony do pracy w klubie, co już nie raz w przeszłości udowadniał. Przed nim niezwykle ciężkie zadanie. Już teraz wiele musi udowodnić też kibicom. Na pewno ma świadomość, że stąpa po kruchym lodzie a każda wpadka może go kosztować zdecydowaną reakcję trybun. Najlepszym obecnie rozwiązaniem dla niego, byłoby wykonywanie swoich zadań bez zbędnego słowotoku. Nie od dziś wiadomo, że kto dużo gada, ten mało robi i na odwrót. Ostatnimi czasy, wypowiedzi Smudy przynosiły mu więcej problemów aniżeli korzystnych zdarzeń czy reakcji.
Przerwa między zakończeniem tego sezonu i rozpoczęciem kolejnego będzie idealna na ochłonięcie kibiców Białej Gwiazdy. Decyzję jaką podjął Bogusław Cupiał trzeba przyjąć na chłodno. Dla dobra ukochanego klubu, najlepszym posunięciem będzie w tej chwili puszczenie w niepamięć przeszłości i pozostawienie Franzowi czystej kartki, którą wypełni podczas swojej pracy na Reymonta. Życie nie raz już pokazało, że przedwczesne wyroki mogą się odbić czkawką. Może się okazać, że Smuda będzie lekiem na całe zło Wisły i to właśnie dzięki niemu nad Krakowem znów zaświeci słońce a Biała Gwiazda wróci na szczyt. Wtedy relacja między nim a kibicami zrobi się niezwykle dziwna. Współpraca obu stron na łatwą się nie zapowiada ale chyba dla dobra wszystkich czas zawiesić broń. Przynajmniej na jakiś czas…