Archiwa tagu: Reprezentacja Polski

Od ogórka do potęgi? W trzy lata do sukcesu polskiej piłki!

z20967277Q,Radosc-polskiej-druzyny-po-golu-strzelonym-Rumunii

Trzy lata – czy to krótko czy długo? Oczywiście, wszystko, jak zwykle zresztą, zależy od naszych oczekiwań i podejścia do sprawy. W sytuacjach czysto życiowych trzyletni okres to szmat czasu, podczas którego wszystko potrafi diametralnie się zmienić. W sporcie wcale nie jest inaczej. A wręcz przeciwnie. Czas jest bardzo ważnym czynnikiem w życiu każdego sportowca. W dużej mierze to właśnie on decyduje o sukcesach i porażkach. Nierzadko jest tym jedynym faktorem, który dzieli i rozdaje, a co za tym idzie potrafi napełnić nadzieją lub bez skrupułów z niej obedrzeć.
Jak się okazało, dla nas Polaków, czas ten, wbrew pozorom, okazał się bardzo krótki i łaskawy. Trzy ostatnie lata, jeśli można tak powiedzieć, przeleciały jak z bicza strzelił, dostarczając nam mnóstwa wspaniałych emocji i dając nadzieję na więcej…

Chyba wszyscy doskonale pamiętają lata łez i upokorzeń, których przez wiele ostatnich lat przysparzali nam nasi piłkarze. Zarówno Reprezentacja Polski jak i kluby nie rozpieszczały nas poziomem swojej gry, o sukcesach nie wspominając. W czasach kiedy kibice z różnych zakątków świata, szczególnie ci ze Starego Kontynentu, mogli zachwycać się sukcesami swoich drużyn czy to na arenie międzynarodowej, czy w europejskich pucharach, u nas wciąż przypominano o pojedynczych, wątpliwej konkurencyjności z dokonaniami rywali, wyczynami Polaków. Tak, chodzi o ten Widzew w LM, Wisłę z Schalke i Parmą czy Lecha z Manchesterem City albo Polskę pod batutą Benhakkera. Na prawdę, nie ma (i nie było) się czym chwalić. Ale wiadomo, przez te wszystkie lata upokorzeń, jakoś trzeba było sobie osłodzić życie.
Poza wspominaniem ciągle ‚legendarnych’ już pojedynków, kibicom pozostało marzyć o lepszym jutrze. Przecież jesteśmy narodem walczącym i niezwyciężonym. Tak łatwo się nie poddajemy a na pewno nie robią tego kibice. Oni nie. Nawet kiedy na murawie zawodzili piłkarze, fani wciąż wierzyli w swoich idoli. Było warto! Chyba nadszedł właśnie ten moment by uznać, iż (fanfary!) polska piłka wkroczyła na dużo, dużo wyższy poziom. Przestaliśmy być ogórkami! Futbol w Polsce się reaktywował! W trzy lata – bo mniej więcej tyle, odkąd trenerem kadry został Adam Nawałka, zajęło naszej Reprezentacji przeobrażenie się z drużyny piłkarsko upośledzonej i bitej przez każdego w prawdziwy dream team, którego boją się najlepsze reprezentacje świata.
Tak jest. Bez zbędnych ceregieli trzeba otwarcie powiedzieć, że stoimy dziś w miejscu, o którym jeszcze trzy lata temu mogliśmy jedynie pomarzyć a na stojących w nim piłkarzy, patrzeć z zazdrością. Dziś, kiedy takie reprezentacje jak Argentyna, Holandia czy Czechy przechodzą kryzys, Polacy grają jak z nut. W oficjalnych pojedynkach o punkty od wielu spotkań nie potrafią znaleźć pogromcy, mimo, że na swojej drodze stawali na przeciwko Mistrzów Świata czy późniejszych Mistrzów Europy. Nasi piłkarze coraz częściej decydują o jakości najlepszych klubów Europy, swoją postawą zachwycając ekspertów i zaskarbiając sobie sympatię kibiców. Wśród rywali budzą niesamowity respekt i zazdrość co nie rzadko widać w relacjach boiskowych i w tunelu prowadzącym na murawę. Polska stoi dziś w jednym szeregu obok takich ekip jak Niemcy czy Anglia co najlepiej świadczy o poprawie stanu polskiego futbolu. A nie można nam przecież zapomnieć o ogromnym sukcesie Legii Warszawa, która spełniła marzenia większości kibiców i dokonała, wydawać by się kiedyś mogło, rzeczy niemożliwej – a takim właśnie określa się jej awans do upragnionej Ligi Mistrzów, gdzie zremisowała nawet z Realem Madryt, strzelając mu aż trzy bramki.

To wszystko nie jest przypadkiem. To dorodne owoce pracy.
-Pracy piłkarzy – zapieprzania w klubach by wywalczyć sobie miejsce w składzie, rywalizując z podobnej klasy zawodnikiem zza granicy – kiedyś nie do pomyślenia by Polak takową rywalizację wygrał.
-Pracy trenera, Adama Nawałki – człowieka, który dokonał cudu! Jak on to zrobił?
-Zbigniewa Bońka – Bez wątpienia, gdyby nie było Zibiego na stanowisku prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej, nie byłoby tego sukcesu. Być może nie byłoby wtedy też Nawałki i tylu klasowych piłkarzy w tak dobrych klubach.

Trzy główne ogniwa, które w trzy lata diametralnie zmieniły obraz polskiej piłki. Z nędzy do pieniędzy, można by rzec bo historia naszego futbolu przypomina niejako piękną bajkę o kopciuszku…
I co najlepsze, odnosząc się do głośnego filmu kanału Łączy nas Piłka o naszej drużynie narodowej, wygląda na to, że: To dopiero początek!
Nasza drużyna wciąż się rozwija. Wygląda na to, że wciąż ma w sobie ogromne pokłady chęci, ambicji i możliwości. Bez wątpienia, do Mistrzostw Świata w Rosji naszym zawodnikom na pewno nie zabraknie zaangażowania a kto wie, może te trzy lata to nie wszystko, może śpiewane przez kibiców nieco życzeniowo i fantazyjnie jak co roku po nieudanych dla nas turniejach: „Już za cztery lata Polska będzie Mistrzem Świata!”, przeistoczy się w rzeczywistość? Czy po ostatnich dniach, miesiącach, latach ktoś jest w stanie z czystym sumieniem uznać to za marzenia ściętej głowy?

A gdyby tak… Reprezentacja przywdziała klubowe koszulki!

kadra

Jutro w Krakowie na stadionie Wisły, Reprezentacja Polski rozegra swój ostatni mecz kontrolny przed wyjazdem do Francji. Dziś, poza treningami, zawodników oraz sztab czekała sesja zdjęciowa, której efekty dostarczyły mnóstwa materiałów do powstania kolejnych memów i śmiesznych komentarzy w stylu: „Nowe nabytki Wisły”, „Ładnie się Wisła wzmacnia na nowy sezon”, itd., itp….
Niby to tylko internetowa zabawa ale… Daje do myślenia! W tym momencie warto więc zadać następujące pytanie: Czy polski klub złożony z zawodników obecnej reprezentacji, mógłby sięgnąć po Ligę Mistrzów? Po tą wspaniałą i tak upragnioną przez nas od lat LIGĘ MISTRZÓW.

Wyobraźmy sobie na chwilę, że to naprawdę była sesja piłkarzy Wisły a nie naszych Orłów. Jaką wartość mogłaby mieć ta drużyna w starciach z Realem czy Barceloną? Jak wyglądaliby ci sami zawodnicy, trenujący ze sobą na co dzień a nie tylko od wielkiego dzwonu? To chyba mogłoby wypalić…
W tym momencie, żaden klub Ekstraklasy nie może się pochwalić tak wartościowymi zawodnikami, jakich do dyspozycji ma Adam Nawałka. Nawet jeśli w którymś zespole uda się zbudować dosyć silny dream team, to albo nie był on dość dobry by otworzyć drzwi do Champions League, albo najsilniejsze ogniwa, przed decydującym testem, uciekały za granicę, co z góry przekreślało nasze szanse na sukces. Polska liga wciąż jest traktowana jako trampolina a nie punkt docelowy kariery, czemu oczywiście nie ma się co dziwić. Ani nie mamy tak ogromnych pieniędzy, jakimi w większości mogą pochwalić się kluby europejskich lig, ani nie mamy sukcesów, które mogłyby działać jak magnes na potencjalnych poszukiwaczy nowego pracodawcy.
Co więcej, pokładanie nadziei i obdarzenie zaufaniem piłkarzy zza granicy nigdy nie zapewni nam pewności co do tego, czy ów zawodnik, mimo zapewnień o chęci kontynuacji współpracy za chwilę nie wywinie jakiegoś numeru i nie ucieknie w pogoni za pieniędzmi, do którejś z silniejszych lig. Takie rzeczy zdarzały się przecież nie raz. A Polak to jednak Polak. Oprócz profesjonalizmu i swoich własnych pobudek, miałby dodatkowy powód by zostać na pokładzie i walczyć dla swojego kraju. Podobnie jak w reprezentacji. Ci jednak, gdy tylko ukażą swój talent w pełnej krasie, także wyjeżdżają za granicę. Nasze najsilniejsze ogniwa grają na co dzień w Niemczech, Hiszpanii czy Francji.  Ale czym my ich możemy przekonać do pozostania w kraju? Z pustego nawet Salamon salomon nie naleje…
Szkoda, że do tej pory nikt nie wpadł na pomysł, by wspomóc polskie kluby w walce o upragnioną Ligę Mistrzów właśnie w taki sposób. Przecież wszyscy, od lat, pragną tego samego.
Zapewne każdy z naszych kadrowiczów chciałby sięgnąć po zwycięstwo w tych prestiżowych rozgrywkach i na pewno większość, jeśli nie wszyscy, woleliby tego dokonać w barwach jakiegoś rodzimego klubu…

Szkoda, że realizacja tegoż planu wydaje się na dziś raczej niemożliwa. Żadnego z właścicieli klubów Ekstraklasy nie stać na sprowadzenie chociażby trzech piłkarzy pierwszej jedenastki naszych Orłów, nie mówiąc już o całej drużynie. A poza tym? Kontrakty, zapiski, kary, umowy, papierki, managerowie… Dużo tego. Niestety. Na dzień dzisiejszy możemy więc pomarzyć o polskim klubie w Champions League, chyba że… Bogaty Polski Związek Piłki Nożnej wyłoży pieniądze na wykup naszych reprezentantów a ci zgodzą się przez dwa sezony, w imię dobra polskiej piłki, pokopać trochę w Ekstraklasie… Ehh, marzenia…
Nieśmiało w tym miejscu warto chyba przypomnieć, że najwspanialsze chwile w europejskich pucharach polskie kluby przeżywały wtedy, kiedy o ich sile stanowili Reprezentanci Polski. Pamiętacie mecze z Schalke, Realem Saragossa, Lazio czy Parmą?

Od bohatera do zera…

Jeszcze kilka dni temu, Mateusz Klich był jednym z nielicznych, a może nawet jedynym piłkarzem w gronie reprezentantów kraju, którego kibice darzyli szacunkiem za serce wkładane w grę i za…charakter. Klich wnosił do drużyny świeżość i przede wszystkim, nie wymądrzał się poza boiskiem, co przecież wielu innym zawodnikom zdarzało się zbyt często. Słowem, związek idealny…

Tak było, aż do momentu, w którym piłkarz Zwolle postanowił wymierzyć ‚sprawiedliwość’…na Twitterze…

Wpis ten wywołał ogromną burzę w środowisku futbolowym i istną lawinę komentarzy, zarówno krytykujących Klicha jak i tych popierających go. Udział w tej narodowej dyskusji wzięli wszyscy od kibiców, przez dziennikarzy i byłych piłkarzy,na prezesie PZPN-u kończąc. I dobrze!
Dobrze, że w końcu temat relacji na linii piłkarze – kibice, ujrzał światło dzienne, wszak do tej pory był przez wszystkich zamiatany pod dywan i traktowany jako temat tabu. ‚Dzięki’ Klichowi, siłą rzeczy, trzeba o tym mówić. Ktoś zapyta po co? A no po to, by uświadomić jemu oraz jego kolegom po fachu na czym tak naprawdę opiera się wspomniana już relacja, aby żaden z nich nie wyskoczył już nigdy z podobnym ‚atakiem’.
Niech w końcu panowie piłkarze spojrzą prawdzie w oczy, jakkolwiek by ona nie była dla nich brutalna…

W sklepie, u fryzjera, u mechanika, wszędzie gdzie występuje zjawisko „usługi”, panuje jedna, jakże ważna zasada: ‚Klient nasz pan!”.  Klient płaci, klient wymaga i w końcu klient też ocenia. Jeśli nie jest zadowolony ma prawo wyrazić niepochlebną opinię a także zażądać zwrotu pieniędzy. Podobnie jest przecież w przypadku piłkarzy. Oni również zdecydowali się na zawód usługodawcy a ich usługobiorcami są oczywiście kibice. Oni płacą i oni wymagają. Skoro zawodnicy nie sprostują ich wymaganiom, na potęgę zaniżając poziom oferowanych usług, przy kosmicznych cenach, nie ma się co dziwić ich niezadowoleniu (toż to mega łagodne określenie). Przecież akurat w tym przypadku, inaczej niż przy innych usługach, nie mają szans na reklamację i zwrot gotówki. To jest dopiero oszustwo. I jeszcze, idąc tokiem rozumowania Klicha, mają siedzieć cicho? Kogoś chyba poniosło…

Gra polskiej reprezentacji woła o pomstę do nieba. Z każdym kolejnym meczem, jest coraz gorzej. A przecież miało być lepiej…
W takiej sytuacji, nie ma się więc co dziwić kibicom, że nie wytrzymują ciśnienia i puszczają im nerwy. Obrywa się wtedy zawodnikom ale, tak na zdrowy rozum, komu miałoby się oberwać jak nie im? Przecież to właśnie oni są odpowiedzialni za słabe wyniki. To oni biegają 90 minut po murawie i od ich indywidualnych decyzji zależy, jakim wynikiem zakończy się spotkanie.
Fani nie oczekują od nich samych zwycięstw, oczekują natomiast walki i serca, zaangażowania od pierwszej do ostatniej minuty i zwykłych, ludzkich chęci. A nawet tego nie dostają w zamian. Czy to jest sprawiedliwe?  Czy to nie piłkarze, za brak ambicji i lenistwo, powinni dostać zakazy stadionowe? Czy oni, przechodząc obok meczu, nie obrażają kibiców bardziej, niż ci, którzy z wysokości trybun rzucają wiązankami przekleństw?

Polskim zawodnikom, nikt chyba jeszcze nie uświadomił, że pieniądze, które przewróciły im w głowie, za które potrafią poświęcać, nie raz i nie dwa, swoje z drowie, od których uginają się dziś ich konta bankowe i sejfy, zarobili dzięki…kibicom. Dzięki nim, piłkarzom było dane zarobić i żyć godnie, dużo więcej i lepiej niż niejeden dziesięciokrotnie inteligentniejszy i wykształcony od nich człowiek. Przykre ale prawdziwe.
W ogóle, cała piłka nożna, cały sport, kręcą się w okół fanów. Gdyby ich nie było, piłkarze musieliby się przekwalifikować a z ich wykształceniem, o równie dobrze płatnej pracy, mogliby tylko  pomarzyć. Nie trzeba chyba rozwijać tego tematu, wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tego, iż to kibic jest głównym chlebodawcą wszystkich, którzy znajdują się dziś na początku i końcu łańcucha pokarmowego futbolowego.

Aż dziw bierze, że tak wiele osób, w tym stojący z Klichem po jednej stronie barykady, dziennikarz Michał Pol ( też żyjący przecież ‚z kibiców’), popierają wpis zawodnika Zwolle. Ich zdaniem, nie mają oni prawa krytykować ani gwizdać na reprezentantów Polski… Nic tylko usiąść i płakać. To jakaś nowa moda na równych i równiejszych?
Według wspomnianego dziennikarza, fani Irlandii, z którą jutro zmierzą się Polacy, powinni być dla nas wzorem. Oni stoją murem za swoją drużyną narodową bez względu na wyniki, czego przykład dali na Euro 1212.
To prawda, ich zachowanie było  godne podziwu ale na Boga, nie porównujmy dwóch, jakże innych sytuacji/drużyn.
Po pierwsze: Jakich piłkarzy, z jakim potencjałem i klasą, mamy my, a jakich Irlandia?
Po drugie: Czy piłkarze Irlandii również kompromitują się w każdym meczu, wykazując przy okazji kompletny brak zaangażowania?
Po trzecie: Czy tamtejsi kibice, stawiają przed swoją drużyną, podobne oczekiwania, jakie przed Reprezentacją Polski, stawiają nasi fani? Czy oni w ogóle mają jakieś podstawy, by wymagać awansu na najważniejsze imprezy?

Nie dajmy się zwariować. W zawodach narciarskich, największym dopingiem mogą poszczycić się ciemnoskórzy biegacze, zamykający stawkę z wielominutowymi stratami.

Wracając jednak do Mateusza Klicha… Jak sam wspomniał, najbardziej nie podobały mu się gwizdy skierowane w kierunku Waldemara Soboty, który tak wiele zrobił dla Śląska a tak źle został przyjęty we Wrocławiu. Hola, hola, czy to był mecz Reprezentacji Polski czy mecz przyjaźni Soboty i jego kolegów?
Jak długo mamy żyć mitem piłkarza klubowego? czy Polacy nie potrafią rozgraniczać dwóch równych rzeczy? Idealnie widać to na przykładzie Lewandowskiego, którego można wychwalać pod niebiosa za jego występy dla Borussii Dortmund ale jednocześnie, można by w takim samym stopniu ganić, za grę dla Reprezentacji.  Tak właśnie powinno być a jak jest, każdy widzi. Lewy, choć jest jednym z najsłabszych ogniw naszej kadry, wciąż ma pewne miejsce w składzie. Oczywiście, choć nikt tego nie powie głośno, za nazwisko…

Klich, jeśli jeszcze obstaje przy swoim, powinien jak najszybciej udać się do psychiatry. Prawdopodobnie, zdaje sobie sprawę z tego, iż w oczach kibiców stał się persona non grata i nienawiść jaka urosła u w ich sercach, o stokroć przewyższa tę skierowaną do Sebastiana Boenischa. Co tu w ogóle porównywać… Piłkarz Zwolle wypowiedział reprezentacyjnym fanom wojnę i chyba nieco się przeliczył…
Pierwszą bitwę przegrał z kretesem…

 

Polacy zdobyli Wembley!

Osiemnaście tysięcy polskich kibiców podbiło wczorajszego wieczoru „Świątynię futbolu”, bijąc jednocześnie rekord frekwencji przyjezdnych na tym obiekcie. To, że jeszcze długo nikt nie pobije tej liczy, jest raczej pewne, podobnie jak to, że prawdopodobnie nigdy nikt, nie wkurzy tak angielskich fanów  jak właśnie Polacy. I nie ma się im co dziwić, w końcu na ‚swoich śmieciach’ zostali kompletnie zmiażdżeni pod względem wokalno-wizualnym. Piłkarze Fornalika przez całe 90 minut rzeczywiście mogli myśleć, iż „Grają u siebie”, niestety, mimo tego, nie udało się im podbić murawy. Ale przecież…zrobili to za nich kibice. A w zasadzie jeden z nich. 60. minuta spotkania, kiedy polski fan wbiegł na murawę by przybić piątkę z Wojtkowiakiem, była dla wszystkich najciekawszym momentem w wykonaniu naszych rodaków na tej części obiektu.
Polscy kibice po raz kolejny udowodnili, że na nich zawsze można liczyć. Szkoda, że w cały ten polski nastrój na Wembley nie wpasowała się także Reprezentacja Polski ale z racji tego, iż temat MŚ w Brazylii już się dla nas zakończył, nie warto o nich wspominać…

Wśród całej tej grupy piłkarsko-trenerskiej, która skompromitowała nasz kraj na międzynarodowej arenie jest jednak jeden taki osobnik, któremu trzeba poświęcić kilka słów a jest nim nie kto inny jak – Robert Lewandowski. Napastnik Borussii Dortmund w meczu przeciw Anglii zaprezentował trzykrotnie wyższy poziom zaangażowania i ambicji aniżeli miało to miejsce w meczach poprzednich. Wbrew pozorom, zapominając już o całym tym Wembley, wcale to o nim dobrze nie świadczy. Gra Lewego tylko nam wszystkim potwierdziła tezę, jakoby kadra była mu kulą u nogi. No bo jak to tak? Przeciwko Mołdawii czy Czarnogórze się nie dało a już z wielką Anglią się da? Wtedy nawet brak wysokiej klasy partnerów obok nie jest mu potrzebny? Coś w tym jest. Może z nim jest tak jak z tymi wszystkimi trenerami, którzy nie nadają się do kadry ale do prowadzenia klubu już jak najbardziej? Trzeba chyba poważnie przemyśleć tę sprawę, zanim kolejny selekcjoner sparzy się na klubowej dyspozycji Lewandowskiego.

Ciekawie na temat Roberta wypowiedział się dziś na Facebooku Krzysztof Stanowski:

Nic dodać, nic ująć. A może nie, w miejsce Żurawskiego i jego zwodu, z podobnym skutkiem możemy włożyć także Frankowskiego ze swoją ‚podcinką’. Obaj ci panowie słynęli z pięknych i wartościowych bramek na wszystkich frontach. Nie ważne czy była to Ekstraklasa, Puchar Polski, europejskie puchary czy właśnie Reprezentacja Polski. Nie narzekali na partnerów, robili swoje i co najważniejsze, potrafili pociągnąć grę całego zespołu. Tej własnie cechy, odróżniającej go także od Ronaldo czy Messiego, brakuje właśnie Lewandowskiemu. Klasy sportowej odmówić mu nie można, także techniki mu nie brakuje a jednak nie jest on w pełni wartościowym ‚produktem piłkarskim’.
Wspomniani już Żurawski z Frankowskim, choć nigdy nie osiągnęli tak oszałamiających wyników, jakie na swoim koncie ma w wieku 25 lat Lewy, swoją grą dla reprezentacji i polskich klubów nakrywają Roberta czapką. Taka jest prawda. Idąc jeszcze dalej, dzięki tym wszystkim bramkom obaj zawodnicy zasłużyli sobie na szacunek u polskich kibiców w rozmiarach takich, na jakie napastnik Borussii może nie zasłużyć sobie nigdy. Oczywiście, żeby było jasne, wciąż jesteśmy w temacie czysto polskim – naszej reprezentacji i rodzimych klubów. Prawdopodobnie, gdyby dziś Żuraw i Franek graliby w piłkę i prezentowali poziom z najlepszych swoich lat, przy dosyć inteligentnym selekcjonerze, zabrakłoby powołania dla Lewandowskiego…

A propos tematu selekcjonera – mogło się wydawać, że po podaniu do wiadomości informacji o zwolnieniu z tej funkcji Waldemara Fornalika ( żegnamy bez żalu, szkoda, że zabrakło mu honoru i sam nie podał się do dymisji po zawaleniu roboty), poznamy nazwisko jego następcy. Tak się jednak nie stało. Zbigniew Boniek poinformował natomiast o terminie, w jakim związek przekaże Polakom tę informację. 2 długie tygodnie – tyle będziemy nękani kolejnymi doniesieniami dziennikarzy na temat ‚pewnych’ kandydatów na tę posadę. Może być ciężko przetrzymać ten czas oczekiwania. Żeby na koniec się nie okazało, że wybór został przyjęty nie z zachwytem czy nadziejami a zwykłą ulgą.
Fajnie, że Prezes, choć pewnie ma już nowego trenera ‚pod ręką’, dał wszystkim czas na oswojenie się z nową sytuacją i próbuje stwarzać pozory profesjonalnie przeprowadzonego procesu wyboru nowego selekcjonera. PZPN jasno chce pokazać, że nie działa na ‚hop-siup’ jak ich poprzednicy.
Według dziennikarzy, największe szanse na prowadzenie polskiej kadry ma na dzień dzisiejszy Adam Nawałka. Na dzień dzisiejszy. Jutro to wszystko może się już zmienić. Są tez inne kandydatury ale czy ludzie tacy jak Smuda czy Fornalik nie są dostatecznymi przestrogami w tej sprawie? Czy nie czas uczyć się na błędach? Kto jak kto ale Polska nie ma czasu na kolejne eksperymenty czy niepewne rozwiązania? Tak jak w przypadku wyżej wymienionej dwójki, tak samo w przypadku Adama Nawałki nie ma żadnej pewności co do sukcesu na arenie reprezentacyjnej. Klub to nie kadra. Kolejny raz możemy obudzić się z ręką w nocniku.
Potrzebujemy kogoś, kto będzie w stanie wywalczyć awans na ME, mając zawodników dla siebie tylko przez kilkanaście dni w roku. Z miejsca trzeba więc nie tylko zdobyć sobie pozycję ale też nauczyć zawodników taktyki i ambicji. Zadanie ciężkie, choć dla kogoś z doświadczeniem nie powinno stanowić problemu. Biorąc pod uwagę to wszystko a także fakt, że w pierwszej kolejności poszukujemy trenera-Polaka, oczywistym kandydatem staje się…Henryk Kasperczak. Weźmy go. Ma wszystko to, co powinien mieć nowy selekcjoner polskiej kadry…

Wiara, nadzieja, miłość… Optymiści, pesymiści i wariaci czyli Reprezentacja Polski vs. kibice.

Mogłoby się wydawać, że Reprezentacja Polski przewodzi dziś swojej grupie eliminacyjnej do Mistrzostw Świata albo w najgorszym razie zajmuje drugą pozycję z niewielką stratą do lidera, który jednocześnie wcale nie ma jakichś wielkich umiejętności piłkarskich. Do takich wniosków może przynajmniej dojść każdy, kto w ciągu ostatnich 24 godzin nasłuchał i naczytał się przeróżnych wywiadów i złotych myśli polskich piłkarzy, trenerów i o dziwo, dziennikarzy. Przekaz jest jasny: Trzeba wierzyć w awans! Piłkarze dumnie obnoszą się ze swoją wielką szansą i wiarą w zwycięstwo, przytaczając m.in. znaną wszystkim maksymę „do póki piłka w grze”. Inni, odważniejsi,  pytają nawet: „Dlaczego miałoby się nam nie udać?”. Waldemar Fornalik jest ponadto oburzony postawą kibiców, którzy według niego mają za mało zaufania i zbyt szybko przekreślili jego zespół. We wszystkim wtórują im dziennikarze, uparcie „pompując balonik” i podstępnie próbując wzbudzić u fanów poczucie winy. Z jakiego powodu? Z powodu braku wiary…

Czy Polska w drodze na Mundial w Brazylii rzeczywiście potrafiła pokonać tylko San Marino (x2) i Mołdawię, czy może był to tylko zły sen? W końcu z jakiegoś powodu u wspomnianych wyżej osobników pojawiło się przekonanie o wielkiej szansie na pokonanie Ukrainy i Anglii a na pewno bodźcem tym nie były dotychczasowe wyniki naszych orłów. Wśród wysuwanych powodów pojawiają się oczywiście cuda, karma, pełna mobilizacja ale od wczoraj, w zestawieniu przoduje…Artur Boruc.
Po fenomenalnej bramce, jaką udało mu się zdobyć w gierce treningowej, to właśnie w jego osobie zaczęto upatrywać zbawiciela. Nie wiadomo czy w większości umysłów pojawił się szatański plan przesunięcia golkipera Southampton na pozycję napastnika czy ma on po prostu, odwołując się do osoby Jana Tomaszewskiego, zatrzymać Anglię? W takim jednak razie, jeśli rzeczywiście w obu spotkaniach Artur zachowa czyste konto, kto zdobędzie zwycięskie bramki? Tego nie wiadomo. Przekaz jest jasny – Boruc ma nam załatwić awans. Niektórzy zaczynają już nawet wiwatować na jego cześć, ciesząc się z tego, że…Wrócił do kadry w odpowiednim czasie (WTF?).  Czyżby Boruc nie wrócił do łask reprezentacji już w styczniu?
Ciężko się w tym wszystkim odnaleźć. Natomiast pewne jest jedno: Na całym zamieszaniu w okół naszego bramkarza, przy bezmyślnym zrzucaniu na niego odpowiedzialności za wyniki, najwięcej może stracić sam Boruc.  Czy wytrzyma obciążenie psychiczne? Przekonamy się już w piątek.

Boruc Borucem a wiara wiarą. Przy całym szacunku do piłkarzy i trenerów, nie dali oni nam ani jednego powodu by w nich wierzyć. Nie potrafili pokonać obu tych rywali na własnych „śmieciach” więc dlaczego miałoby się im udać na ich terenie? „A dlaczego nie?” nie jest chyba najlepszą odpowiedzią. Sięgając pamięcią wstecz, Reprezentacji Polski nigdy nie udało się pokonać angielskich rywali w wyjazdowym pojedynku. Do dziś podniecamy się przecież „zatrzymaniem Anglii” przez wspomnianego już Tomaszewskiego. Kiedyś mieliśmy lepszych piłkarzy i lepszą drużynę a nie udało się wygrać, dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Z Ukrainą sprawa wygląda już nieco inaczej, bilans bezpośrednich spotkań mamy remisowy, ‚na wyjeździe’ jesteśmy nawet na plusie ale żadne statystyki nie zapewnią nam przecież trzech punktów, potrzebnych na przedłużenie nadziei. W obecnej sytuacji, patrząc na formę obu zespołów, naprawdę ciężko z pełnym sumieniem postawić na Polaków. Jedno z drugim się wyklucza i nawet najwięksi optymiści mogliby mieć z tym problem.
Czy wszyscy, którzy domagają się wiary w tę drużynę, zdają sobie sprawę z poprzeczki jaka stoi przed Reprezentacją Polski? Czy wypominanie im braku wsparcia czy zaufania jest konieczne? A jeśli się nie uda? Co wtedy? Kto wynagrodzi kibicom tę wiarę? Kto naprawi ich nadszarpnięte zaufanie? Wtedy zarówno piłkarze jak i trener a już na pewno dziennikarze umyją ręce. Być może nie usłyszymy nawet słowa ‚Przepraszam’, choć padną z ich ust zapewne dużo ostrzejsze, dające do zrozumienia jak to jest im źle…

Bez obaw. Wbrew wszystkiemu, wbrew temu o czym mówią wszyscy dokoła, kibice nigdy nie przestaną wierzyć. Nawet jeśli się z tym nie obnoszą, nawet jeśli to ukrywają – wierzą. Całym sercem. A trzeba przecież pamiętać, że za sprawą narodowej reprezentacji, przeszło ono już wiele. Nawet jeśli przeklinają piłkarzy czy wysyłają trenera do diabła, wciąż czekają na zwycięstwo, wciąż mają nadzieję na awans. W decydującym momencie, staną murem za swoją drużyną i jeśli zobaczą u zawodników odpowiednie zaangażowanie, będą nieść ich swoim dopingiem. Gdyby nie wierzyli, nie wybieraliby się w ślad za reprezentacją, nie traciliby pieniędzy na bilety. Nie trzeba się obawiać o kibiców, oni będą ostatnimi, którzy odwrócą się od tej drużyny.

A jeśli chodzi o wypowiedź jednego z dziennikarzy, tak, w przypadku Reprezentacji Polski w piłce nożnej, po tylu latach patrzenia na jej grę, lepiej mile się zaskoczyć, niż oczekiwać niemożliwego i niemiłosiernie się wkurw*ić. Nie pierwszy zresztą raz…

Smuda zapełnił Reymonta 22 do ostatniego miejsca!

Skoro przed sezonem, przyszłość w wykonaniu Wisły, w czarnych brawach rysowali sami piłkarze i trenerzy, nie ma się co dziwić, że udzieliło się to również kibicom. Nawet najwięksi optymiści nie przypuszczali chyba, że ich ulubieńcy po jedenastej kolejce pozostaną jedyną niepokonaną drużyną w lidze a ich dorobek punktowy pozwoli realnie spojrzeć w stronę mistrzowskiej patery. Franek Smuda czyni cuda! Wygląda na to, że nie jest to już pusty frazes a rzeczywistość, coraz bardziej docierająca do każdego z nas…

Franz potwierdził, że jest trenerem nietuzinkowym i niewielu kolegów po fachu może się z nim równać na poziomie ekstraklasowym. Już dziś, z czystym sumieniem można przyznać, że udało się Smudzie dokonać w Krakowie niemożliwego. Stworzył on bowiem na Reymonta coś z niczego. Wisła miała bić się o utrzymanie, Wisła miała być ‚chłopcem do bicia’ i dostarczycielem punktów jednak rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Biała Gwiazda znów świeci swoim dawnym blaskiem. Choć jeszcze nie do końca zachwyca swoją grą to pod względem czysto statystycznym – nie ma sobie równych. 5 zwycięstw, 6 remisów i 0(!) porażek. Tylko pięć straconych bramek przy piętnastu strzelonych. Warto jednak w tym miejscu nadmienić, że bilans ten mógłby być jeszcze lepszy, gdyby sędzia nie popełnił błędu w meczu z Jagiellonią Białystok, kiedy to w ostatniej minucie uznał nieprawidłowo strzeloną bramkę przez gości.
Wisła nie owija w bawełnę, nie bawi się w romantycznego kochanka a jest niesamowicie konkretna. Te ‚konkrety’ wywindowały krakowski zespół na trzecie miejsce w tabeli z niewielką stratą do Legii i Górnika. Biorąc jednak pod uwagę terminarz całej trójki, może się okazać, że to właśnie trzynastokrotny mistrz Polski zakończy rundę jesienną na fotelu lidera, wszak jego rywalami będą kolejno trzynasty, czternasty, dwunasty i szesnasty zespół Ekstraklasy. Całą ligową czołówkę, Biała Gwiazda ma więc już dawno za sobą. Oczywiście, nie zapeszając, piłka, szczególnie ta polska potrafi płatać figle a chyba każdy futbolowy kibic zdaje sobie sprawę z tego, iż z teoretycznie słabszymi rywalami gra się o wiele ciężej.
Nie jest też chyba dla nikogo tajemnicą, że piłkarzom z Krakowa lepiej gra się na własnym obiekcie. To na Reymonta Wisła wygrała cztery z pięciu zwycięskich spotkań, to właśnie w Krakowie wszystkie sześć bramek strzelił Paweł Brożek a Michał Miśkiewicz puścił tylko jedną, w dodatku nieprawidłowo zdobytą. Nie ma więc wątpliwości, że Franciszek Smuda odwołując się do historii, stworzył na Reymonta nową twierdzę. Jak za dawnych lat, kiedy przez kolejne długie miesiące kibice mogli śpiewać „Niepokonana…”.
Jeśli dodatkowo potwierdzą się informacje o planowanych wzmocnieniach w najbliższym okienku transferowym, ligowi rywale Wisły nie będą w stanie spać spokojnie. Wszystko wygląda na to, że Biała Gwiazda poważnie myśli o powrocie na szczyt i kolejnym podejściu do Ligi Mistrzów.

Bez wątpienia, osoba starego-nowego trenera ma zbawienny wpływ nie tylko na piłkarzy Białej Gwiazdy ale także jej kibiców. To w dużej mierze (choć nie bezpośrednio) dzięki Smudzie, bilety na prestiżowy mecz z Legią Warszawa zostały wyprzedane już na 24 godziny przed pierwszym gwizdkiem. Na tę chwilę Kraków czekał od momentu, kiedy do użytku została oddana ostatnia trybuna ‚nowo-powstałego’ stadionu czyli od 2011 roku. Z racji jednak tego, iż poprzednio objętość obiektu była dużo niższa, w Krakowie padł wczoraj rekord frekwencji. Kibice zarówno pod względem wokalnym jak i wizualnym zaprezentowali się znakomicie. Już dawno na tym stadionie w doping nie angażowały się wszystkie sektory, jeszcze nigdy tak wielu fanów nie brało udziału w tworzeniu efektownej oprawy. Bez wątpienia ten dzień dla ponad 33 tysięcy ludzi był wyjątkowy.

W kierunku Wisły, Brożka czy Głowackiego zewsząd płyną komplementy. W całą tę wiślacką gorączkę nie wpasował się jedynie selekcjoner Reprezentacji Polski, który okazał się największym przegranym tego weekendu. Waldemar Fornalik z uporem maniaka podejmuje złe wybory przy kompletowaniu drużyny narodowej. Najlepszy tego przykład dostaliśmy w niedzielę, kiedy dane nam było obejrzeć bezpośredni pojedynek powołanych przez selekcjonera legionistów z pominiętymi wiślakami. Wynik tej konfrontacji nie pozostawia złudzeń. Prawdopodobnie nasz selekcjoner nie ma najlepszej pamięci i umknęły mu ważne dla naszej narodowej drużyny fakty. Mianowicie: na Reprezentację Polski najlepiej patrzyło się wówczas, gdy jej trzon stanowili piłkarze Wisły. Być może od kilku dobrych lat, właśnie tego brakuje Biało-czerwonym. Być może kadrze brakuje siły Białej Gwiazdy. Może to właśnie Głowacki, Chrapek, Burliga, Garguła czy Brożek byliby lekiem na całe zło? Na pewno wprowadziliby to, co w polskiej drużynie jest największą bolączką – zrozumienie. Przecież właśnie o to chce walczyć Zbigniew Boniek, o mniejszą ilość obcokrajowców by wzorem Ukrainy, nasza reprezentacja tworzyła zgrany team. Do póki jednak selekcjoner będzie uparcie powoływał pojedyncze egzemplarze zza granicy czy kierował się jedynie nazwiskami, nie zobaczymy stuprocentowo zgranej ekipy.

Nie ważne ile chcesz dostać w łapę, ważne czy jesteś wariatem! Czyli kto trenerem Reprezentacji?

W jakiej obecnie sytuacji znajduje się Reprezentacja Polski – wie każdy. Szanse na awans na przyszłoroczny Mundial w Brazylii  mamy mniej więcej takie same jak Podbeskidzie na mistrzostwo Polski bądź Wayne Rooney na tytuł mistera roku czyli – prawie żadne. Iluzoryczne, matematyczne i pozostające raczej w sferze fantazji. Z tegoż właśnie powodu po 15-tym października znajdzie się wolny wakat na stanowisku trenera polskiej kadry. Fakt ten spowodował uaktywnienie się społecznych jasnowidzów, których ponadprzeciętne umiejętności, godne samego Krzysztofa Jackowskiego, pozwalają na przedwczesne poznanie personaliów następcy Waldemara Fornalika. Kandydatów na to zaszczytne stanowisko jest naprawdę wielu, w zasadzie wśród pojawiających się w fusach z kawy czy magicznej kuli postaci, pojawiają się dosyć znane i te mniej znane nazwiska. W wybór nowego selekcjonera oficjalnie bądź wręcz przeciwnie, włączyli się już wszyscy. Jedni na poważnie, próbując dołożyć cegiełkę do wybudowania nowej drużyny, inni dla frajdy czy zabicia czasu. Jedynym, który nie chce włączyć się do naszej narodowej zabawy jest sam Waldemar Fornalik, który swoim hojnym gestem wszem i wobec zakomunikował, że tanio to on skóry sprzedać nie zamierza i ostro zabrał się za misję ukraińsko-angielską, która ma na celu zgarnięcie pełnej puli punktów i uratowanie jeńców comiesięcznych wypłat. Tonący brzytwy się chwyta a pan Waldemar chwycił się… przeszłości.

Stara dobra akcja. Jak już nie ma się co wymyślić, trzeba zagrać na uczuciach kibiców: „Niech wiedzą, że ich głos się dla mnie liczy” – pomyślał prawdopodobnie Fornalik i nie (!) powołał Sebastiana Boenischa.

„Jestem otwarty na pomoc innych. Robię wszystko co mogę. Co złego to nie ja” – powołał więc poczciwego Mariusza (nie mylić z Robertem) Lewandowskiego. W końcu jak nikt inny zna Ukrainę, ukraińską mowę i ukraińskich zawodników. Prawie jak koń trojański (nie mylić z wirusem) tylko trochę inaczej.

„U mnie każdy ma czystą kartkę. Umiem wybaczać. Liczy się tylko forma sportowa” – Jest i Sławek Peszko. Taksówkarze zacierają ręce.

„Wasyla lubią, Wasyla pamiętają jako największego walczaka” – Wasyl czyli druga liga kontra największe gwiazdy Premier Ligue. Z motyką na słońce, tyle, że z Wasilewskim zamiast Marka Motyki.

Podobno chłopaki (piłkarze rzecz jasna) będą przygrywać trenerowi na zgrupowaniu. A co tam! Wierzymy i my! ;-).

Wracając jednak do realnego świata, wydawać by się mogło, że przy życiu (czytaj: na etacie) utrzymuje jeszcze Fornalika Zbigniew Boniek. Zibi nie daje pluć na selekcjonera i co by nie mówić, zachowanie to godne podziwu. Wiadomo, że nie on go mianował trenerem Reprezentacji i wybór jego poprzedników satysfakcjonować go raczej nie mógł, wiadomo także, że przez cały ten czas trzymał go na stanowisku z czystej uprzejmości i szacunku bo wyników to pan Waldek nie miał przecież żadnych. Jak przystało jednak na człowieka honorowego, Boniek dał mu dokończyć to co zaczął. W końcu on jak nikt inny kieruje się znaną nam wszystkim maksymą: „Do póki piłka w grze…” Po wszystkim, z czystym sumieniem, będzie mógł przystąpić do wyboru następcy. Tym razem, już w stu procentach trenera gotowego na wielkie wyzwania a właśnie takim jest prowadzenie polskich ciam…piłkarzy. Kto nim będzie?

PZPN jest jedną z tych organizacji, której kryzys w oczy nie zagląda. Ma się świetnie i będzie miał jeszcze wiele długich lat. Poprzednicy nie zdążyli wybrać wszystkiego więc Zbigniewa Bońka stać (fizycznie – bo kasa i psychicznie – bo kontakty) na każdego trenera chodzącego po tej planecie. Mourinho, Gaurdiola, Wenger, Blanc itd., do wyboru do koloru. Nie ważne. Stać nas! Mamy więc najważniejszą kartę w ręku ale z racji tego, że współpracą muszą być zainteresowane obie strony – zaczynają się schody.
Co najmniej połowa trenerów mających odpowiednie kwalifikacje nie chciałaby pracować z polskimi piłkarzami. Dlaczego? Strach by im na to nie pozwolił. To zrozumiałe. Potrzebujemy wariata bo tylko wariat zgodzi się wziąć na barki tak wielkie ryzyko i zagwarantować sukces. Z jednej strony wielkie nadzieje milionów kibiców, których zawieść nie można, z drugiej dżentelmeńska umowa ze znanym i szanowanym w futbolowym światku Bońkiem i w końcu także reputacja samego trenera. To wszystko, plus oczywiście słabiutki poziom polskich zawodników od razu dyskwalifikują większość kandydatów. W tym właśnie momencie, można dojść do wniosku, że żadna suma na koncie, żadna nawet renoma czy kunszt trenerski któregoś z delikwentów nie zagwarantują nam sukcesów. Jak pokazał przykład Smudy czy w mniejszym stopniu właśnie Fornalika,  nawet najlepszy trener klubowy, może okazać się bezzębną piranią w reprezentacyjnym morzu.  Warto więc na etapie rekrutacyjnym zachować tylko te CV, które w pozycji sukcesów rzeczywiście zawierają bogaty dorobek na płaszczyźnie reprezentacji. I oczywiście, aby te sukcesy nie pamiętały wynalezienia tabliczek świetlnych.
Warto także zastanowić się nad narodowością kandydatów. Czy trener zza granicy rzeczywiście byłby lepszy? Tak i nie. Pod względem czysto technicznym na pewno ale jeśli już o znajomość polskich graczy chodzi – mamy zupełnie odwrotną sytuację. W tym drugim przypadku, nie obyłoby się więc bez polskich pomocników, więc tak czy siak oglądalibyśmy na boisku pewną część ‚polskiej myśli szkoleniowej’, od której tak wielu się dziś wzbrania. Przykład Benhakera pokazuje, że należy zwrócić uwagę przede wszystkim na mentalność ów trenera. Nie potrzebujemy kolejnego idealisty, który zamiast naprawiać drużynę, zechce naprawić samych Polaków. O w połowie pełnej szklance i szałasach nikt już przecież nie chce słuchać. Holendrzy odpadają więc w przedbiegach. Ciężko tak naprawdę będzie w Polsce każdemu, kto nie będzie potrafił wymienić więcej niż trzech zawodników z polskim paszportem, oczywiście tych grających w Borussii Dortmund. Może więc warto rozejrzeć się także na rodzimym podwórku? Dlaczego jeszcze nigdy szansy na prowadzenie Reprezentacji nie otrzymał Henryk Kasperczak???
Ktokolwiek zasiądzie na trenerskiej ławce, możemy być spokojni. Boniek nie da skrzywdzić tej drużyny. Jemu możemy zaufać.

Upadły nasze orły… Bo skrzydła źle posklejane miały…

Jesteśmy sportowo upadłym narodem. Nie mamy żadnej liczącej się drużyny, która z powodzeniem mogłaby reprezentować nasz kraj na międzynarodowej arenie. Piłka nożna już dawno osiwiała i musi poruszać się o kulach, do tego boryka się z zaawansowanym alzheimerem, Szczypiorniak zachorował na nieuleczalną chorobę i żadna chemia już mu raczej nie pomoże, siatkówka właśnie złapała groźny wirus, który pozostawi po sobie bolesne skutki uboczne, natomiast ostatnia z wielkiej czwórki czyli koszykówka, już dawno wącha kwiatki od spodu.
Patrząc na nasze reprezentacje narodowe w każdej z ww dyscyplin, to właśnie obraz codzienności, schorowanych staruszków jest pierwszym, jakże trafnym skojarzeniem. Oczywiście, biegająca między nimi młodzież jest odpowiednikiem największych sportowych potęg świata. Warto jednak zadać sobie  pytanie, czy w obu tych przypadkach zawsze będziemy otrzymywać podobny efekt finalny?
W końcu w ekstremalnych sytuacjach ta zdrowa, wysportowana nastoletnia grupa ludzi może wyprzedzić na swojej drodze życia niejedną osobę w podeszłym wieku i tak samo, każda z potęg sportowych, w każdej chwili może zaliczyć niesamowity upadek, w efekcie którego, będą oglądać nawet nasze(!) plecy. Czy jednak możliwa jest sytuacja zupełnie odwrotna? Czy ten staruszek (czytaj: Polska) może cofnąć proces starzenia (czytaj:rozpadania się) i wyprzedzić uciekającą młodzież (czytaj: sportowe potęgi) bez jej aktywnego działania? Oto jest pytanie…

Niesamowicie ciężko jest patrzeć jak świat ucieka nam przez palce.  Ciężko jest także znaleźć receptę na eliksir młodości, który mógłby wskrzesić nasze upadłe anioły orły. Na dzień dzisiejszy, zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn nie mamy w ręku żadnych argumentów by wierzyć w nagły zwrot akcji. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że w przypadku dwóch z czterech dyscyplin, jeszcze nie tak dawno staliśmy po stronie tych najlepszych, po stronie zwycięzców z aspiracjami sięgającymi szczytów. W przypadku jednej, byliśmy tam do wczoraj. Dziś natomiast, szukamy najlepszych ofert pochówku, ubezpieczenia na wypadek nagłej śmierci i już wykręcamy numer telefonu…
I to jest dopiero katastrofa. Żadna z naszych narodowych drużyn nie zasłużyła swoją grą na słuchanie hymnu śpiewanego przez tysiące polskich kibiców czy artystów pokroju Marka Torzewskiego. Niech więc przyśpiewuje im Edyta Górniak. Niech cierpią tak samo jak i my cierpimy patrząc na ich kompromitującą grę.

W meczu z Bułgarią do reszty skompromitowali się siatkarze. Nie tyle samą porażką ale faktem, że prowadząc już 2-0 w setach, potrafili roztrwonić całą tę przewagę i dać się wykopać z najważniejszej imprezy tego roku. Potwierdziła się więc prawda znana jak świat, mówiąca o tym, że jeśli nie wygrywa się 3-0 to przegrywa się 2-3. Na własne życzenie. Szkoda, że tak często dotyczy to akurat naszego zespołu. I gdyby tak nieco pomyśleć, sięgnąć do szarych komórek to wyjdzie na to, że polska drużyna jest jedyną w swoim rodzaju tak niekonsekwentnie grającą, nie potrafiącą zadać decydującego ciosu, tak potrafiącą wszystko spieprzyć w ostatniej chwili jak mało który inny zespół na świecie…

Polsko powstań z kolan! Nie potrzeba Ci do tego ani niebieskiego izotonika ani dodającego skrzydeł  energetyka. Walcz jak na Polaków przystało!

Bundesliga a sprawa polska.

Robert Lewandowski zebrał świetne opinie po spotkaniu Borussii Dortmund z HSV, czemu akurat nie ma się co dziwić ponieważ strzelił on dwie bramki i zaliczył asystę przy golu Mkhitaryana. Niemiecka pasa komplementuje grę Polaka, który świetnie radził sobie w pojedynkach z Djourou a w całym meczu walczył, biegał i gryzł trawę…
O ile każdy kolejny sukces Lewego w barwach klubu z Westfalii niezmiernie cieszy o tyle, poza radością, nie sposób uciec od głębszych rozmyśleń. Od niewygodnych wniosków nie ucieknie zapewne sam Robert, który dopiero co z powodu kontuzji nie był w stanie pomóc polskiej reprezentacji w meczu z San Marino a teraz staje się bohaterem meczu Bundesligi.
Czy w ogóle piłkarz zmagający się z urazem uniemożliwiającym mu grę w jednym spotkaniu, którego występ w spotkaniu kolejnym stoi pod dużym znakiem zapytania, jest w stanie wyjść na boisko i walczyć na 120%? Jak widać to możliwe.
Podobnie ma się sprawa z Arturem Sobiechem, który z powodu kontuzji nie pojawił się w kadrze na Czarnogórę i San Marino. W meczu z Bayernem natomiast nie tylko wybiegł w podstawowym składzie ale i zagrał bardzo dobre spotkanie, był nawet bliski pokonania bramkarza rywali.
Skąd my to znamy… No tak, całkiem niedawno, kiedy Polska miała zmierzyć się z Danią, swój przyjazd na zgrupowanie odwołali Boenisch i Polański, którzy z powodów zdrowotnych nie byli w stanie zagrać dla Polski, jednak już do weekendowej rywalizacji w Bundeslidze przystąpili pełni sił.

Dziwne, że wszystkie te przypadki łączy Bundesliga. Albo Niemcy mają w swoich klubach magów zamiast lekarzy albo ktoś sobie robi z nas jaja.
Można by wytłumaczyć cudowne ozdrowienie jednego bądź dwóch zawodników bo i takie rzeczy się w życiu zdarzają ale czterech i to w okolicznościach, w jakich znalazła się Reprezentacja Polski? Coś tu śmierdzi na kilometr.
Gdyby tak jeszcze w grze Lewandowskiego, Sobiecha, Polańskiego i Boenischa dla Polski dało się zauważyć „walkę, bieganie i gryzienie trawy” czyli zaangażowanie i ambicję, wtedy być może wszyscy czterej byliby czyści od podejrzeń ale za dużo w tym wszystkim nieścisłości a za mało wspomnianego już zaangażowania w koszulce z orzełkiem na piersi by dać temu stuprocentową wiarę.
I poza tym wszystkim, także argument o lekarzach-cudotwórcach wziął w łeb kiedy nie udało się im przygotować do gry Jakuba Błaszczykowskiego. Kapitan naszej reprezentacji nabawił się kontuzji zostawiając na murawie serce w spotkaniu z…San Marino. Mógł przecież olać cały ten mecz, wrócić do Dortmundu i przygotowywać się do ligowego spotkania z HSV ale Kuba, jak przystało na prawdziwego lidera, udowodnił nie tylko swoją klasę piłkarską ale także życiową, wielkiego człowieka. W przypadku jego osoby, naprawdę nikt nie ma choćby najmniejszych podstaw by zarzucić mu brak zaangażowania w grę. Jakoś nie pojawiają się też argumenty o tym, że Błaszczu nie ma z kim grać a klasa naszego zespołu narodowego nijak się ma do tej, prezentowanej przez jego klub.
Gdybyśmy mięli w Polsce jeszcze dziesięciu takich jak Jakub Błaszczykowski, walczylibyśmy za rok w Brazylii o złote medale.

Warto jeszcze wspomnieć o Lewandowskim. Mamy ostatnio do czynienia ze sporami ludzi ze światka piłkarskiego na temat zachowania napastnika Borussii po strzelonym golu drużynie Czarnogóry. Otóż prawdą jest, że Robert nie powinien uciszać swoich kibiców ponieważ liczba minut, w których nie potrafił on wcześniej pokonać bramkarzy rywali urosła do kolosalnych rozmiarów i mięli oni pełne prawo do krytykowania napastnika.
Ponadto, gol ten był jedynie wyrównaniem stanu meczu i znaczenie, w końcowym rozrachunku miał raczej niewielkie. Reakcja Lewego natomiast, mogła świadczyć o tym, że strzelił właśnie bramkę na wagę awansu na MŚ. Takie to trochę nieeleganckie było.
Tym bardziej jeśli spojrzymy na wszystko z innej strony: Dużą zasługę w przełamaniu Lewandowskiego miały właśnie te gwizdy i wszechobecna krytyka. Chyba każdy się zgodzi z tym, że nic tak nie działa na sportowców jak właśnie uzasadniona krytyka. Chęć pokazania innym, że się mylili potrafi czasem zdziałać cuda…

Fornalik: Tajna broń na Czarnogórę czy niekompetencja?

Mecz z Czarnogórą – być albo nie być dla Reprezentacji Polski na przyszłorocznych mistrzostwach świata w Brazylii. Walka o przyszłość polskiego futbolu. Najważniejsze spotkanie w dotychczasowej trenerskiej karierze Waldemara Fornalika i…
Mamy do czynienia z wyraźnym brakiem profesjonalizmu a można rzec, że nawet olaniem obowiązków ze strony selekcjonera kadry. Bo jak inaczej można nazwać zachowanie, którym uraczył nas wszystkich w ten weekend?

Przypomnijmy: ostatni weekend sierpnia, ostatnie dni wakacji, ostatnie kolejka europejskich lig przed arcyważnymi meczami w eliminacjach do MŚ. Selekcjonerzy głowią się nad tym, kogo powołać, jaką jedenastkę desygnować do gry w podstawowym składzie czy jaką zastosować taktykę a przecież wszystko to zaczyna się od obserwacji potencjalnych kadrowiczów. Normalka? Nie w Polsce. Waldemar Fornalik wybija się ponad przyjęte konwenanse i zamiast na żywo, z trybun stadionów piłkarskich (albo chociaż w telewizji) oceniać przydatność piłkarzy do gry w Reprezentacji czy ich aktualną formę, komentuje piłkarski festyn.

W drużynie Borussii wystąpili Błaszczykowski i Lewandowski, w Londynie, w wielkim ligowym hicie bronił Szczęsny, w Bergamo grał Glik, w drugiej Bundeslidzie, w zespole Koln zagrał Sławomir Peszko, w Turcji wystąpił Mierzejewski a na boiskach w Poznaniu i Gliwicach kandydatów do gry w narodowej drużynie było aż nad to. Zamiast nich, Fornalik wolał oglądać pojedynek polskich polityków z celebrytami i dziennikarzami TVNu. Wstyd. Zero profesjonalizmu. I niech każdy kibic piłkarski zastanowi się nad tym, ile w ostatni weekend obejrzał spotkań. Może się okazać, że na temat aktualnej dyspozycji poszczególnych polskich piłkarzy wie więcej niż człowiek siedzący na najważniejszej ławce trenerskiej w tym kraju.

Nie broni Fornalika nawet fakt, że udział w pikniku TVNu wziął także Zbigniew Boniek i pełnił tam nawet rolę sędziego. Jest między oboma panami zasadnicza różnica a i obowiązki obu są zupełnie inne. Prezes PZPN-u jak na razie wykonuje swoje sumiennie. Atmosfera w okół związku jeszcze nigdy nie była tak czysta, jak za rządów Zibiego. W jego kompetencji, przeciwnie niż u selekcjonera,  nie leży wybór najlepszych piłkarzy do drużyny narodowej. Boniek więc może robić sobie co chce, jeśli tylko nie rzutuje to na jego obowiązki i nie wpływa niekorzystnie na polski futbol. A Fornalik? Też by mógł. Gdyby cały ten festyn odbył się po meczu z Czarnogórą. Wtedy nie byłoby nawet tego tematu…
Żeby jednak nie było nam głupio, że tak na pana Waldka najeżdżamy, w momencie gdy okaże się, że na meczu polityków z gwiazdami TVNu, selekcjoner wyszukiwał kolejne gwiazdy do naszej Reprezentacji. Może już szykuje powołanie dla Ryszarda Kalisza lub Tomasza Zubilewicza? To by się piłkarze Czarnogóry zdziwili ;-) .

Fornalik popełnił niewyobrażalny wielbłąd decydując się na wzięcie udziału w festynie organizowanym przez TVN, przekładając tym samym zabawę nad swoje obowiązki. Obowiązki, od których zależy przyszłość Reprezentacji Polski. Można by jednak ponarzekać, pozrzędzić a prędzej czy później i tak puścić ten incydent w niepamięć, przynajmniej do czasu, w którym Polska zawalczy na murawie z Czarnogórą o przedłużenie swoich szans na awans na mundial ale… nie pozwala na to sam Fornalik, fundując nam kolejnego kwiatka. Już odpuścił walkę o Brazylię?

Tomasz Rząsa, dyrektor reprezentacji ds. kontaktów z mediami właśnie uświadomił wszystkich, że Robert Lewandowski został jedynym napastnikiem, na jakiego selekcjoner będzie mógł liczyć podczas zgrupowania. Ani Milik ani Sobiech nie będą w stanie pomóc drużynie a innych klasycznych snajperów w kadrze brak. I tutaj znów jak bumerang wraca brak profesjonalizmu Fornalika. Nie oglądał w weekend potencjalnych kadrowiczów to i nie ma teraz nikogo w zanadrzu. Kim mamy atakować Czarnogórę? Skrzydłowymi? Siedzącym na ławce Wszołkiem, o którym wspomina Rząsa? Lewandowskim, który jak zwykle zapomni amunicji? Bez jaj. Niech teraz ten Lewandowski (odpukać!) złapie kontuzję a będziemy w czarnej dupie. Do reszty.
Dlaczego w wyborach Waldemara Fornalika tak bardzo bije po oczach wywyższanie piłkarzy zza granicy nad graczy z Ekstraklasy? Od kiedy to etatowy ogrzewacz europejskich ławek jest wyżej ceniony aniżeli systematycznie rozgrywający pełne spotkania piłkarz z polskiej ligi? To się kupy nie trzyma ale pana selekcjonera bardzo mocno.
W każdym normalnym kraju, powołuje się najlepszych piłkarzy na daną pozycję. Jeśli pierwszych dziesięciu jest kontuzjowanych, oczywistym jest, że sięga się po jedenastego. Pierwszy, drugi czy trzeci garnitur – siła wyższa. Zawsze lepiej mieć w zanadrzu starych Saganowskiego czy Brożka, dać szansę Piechowi czy Robakowi niż atakować Czarnogórę przekwalifikowanym na szybko Fabiańskim. W takim momencie warto nawet rozważyć kandydaturę Kalisza, istnieje bowiem możliwość, że rywale położą się na murawie ze śmiechu i nie będą w stanie grać. A co tam! ;-) .
Ciekawe czy po meczu, do śmiechu będzie Fornalikowi…