Archiwa tagu: real

Champions League w Królewskim wydaniu!

ramos

Gdyby dziś, dzień po emocjonującym finale Ligi Mistrzów, w którym Real po rzutach karnych pokonał Atletico Madryt, ktoś zapytał piłkarzy Królewskich czy w następnym sezonie woleliby odzyskać prymat na boiskach Primera Division, czy obronić tytuł Champions League – bez wątpienia wybraliby to drugie.
Real zdecydowanie jest zespołem lubującym się w tych rozgrywkach. Wygrał je już jedenaście razy,co czyni go najbardziej utytułowanym klubem Europy. No ale przecież przydomek do czegoś zobowiązuje…

W ogóle, wczorajszy triumf Realu, biorąc pod uwagę z jakimi problemami na przestrzenie całego sezonu musiała zmagać się ta drużyna oraz z ilu sytuacji podbramkowych musiała się wykaraskać, czyni go chyba jednym z najbardziej cennych w historii.
Mimo wszelkich przeciwności losu oraz swoich własnych słabości, Królewscy zaliczą ten sezon do bardzo udanych. Co prawda w La Liga zajęli ‚dopiero’ drugą pozycję ale patrząc na formę, jaką prezentowała przez prawie cały sezon Barcelona, tylko punkt straty do Dumy Katalonii na finiszu rozgrywek może być rozpatrywany bardziej w kategoriach sukcesu aniżeli porażki. I bez względu na wszystko, na słowa kibiców i piłkarzy Barcy, Bayernu i innych klubów – zwycięstwo w LM czyni Real Madryt największym wygranym tego sezonu, to im bowiem dane było wznieść w górę najbardziej pożądane wśród wszystkich piłkarzy świata trofeum. Zarzekanie się po czasie i lekceważenie finału oraz ujmowanie mu należytej rangi czy prestiżu, a co za tym wszystkim idzie wykazywanie braku szacunku wobec Królewskich jest najzwyczajniej w świecie niesmaczne…

Sam finał był dosyć wyrównany. Real przeważał w pierwszej połowie, Atletico – w drugiej. Remis, sprawiedliwy remis. Karne. Loteria? Nie – pokaz siły charakteru. Nie wytrzymał jej Juanfran, wytrzymał i zapewnił triumf swojemu klubowi – Ronaldo. Najmniej widoczny piłkarz meczu. Ale któż o tym będzie pamiętał za rok,dwa czy kilkanaście? Przecież zwycięzców się nie sądzi, tym bardziej takich zwycięzców!
Historia Cristiano w tym spotkaniu to zupełne przeciwieństwo Jana Oblaka. To właśnie ten ostatni, mimo porażki Atletico został największą gwiazdą finału. Jego spektakularnego występu podczas serii jedenastek nie przyćmili ani Ramos, ani Pepe, ani żaden z innych zawodników biegających tego wieczoru po stadionie San Siro. Jego postawa na linii bramkowej już dorobiła się rzeszy fanów. Chyba żaden inny goalkeeper na świecie nie stosuje podobnej taktyki. Wybicie przeciwników z rytmu na poziomie mistrzowskim. Zasłużył na specjalne wyróżnienie! Jakaś wycieczka do kopalni soli w Wieliczce? Świetnie by się wkomponował…

Buki świętują, mistrzowie fetują, spadkowicze walczą!

635983030921989150

We Francji – PSG, we Włoszech – Juventus, w Niemczech – Bayern, w Anglii – Leicester(!), w Holandii – Aj… PSV, w Hiszpanii – Barcelona (?) a w Polsce – Legia (?). Tak chyba wygląda kompletna lista krajowych mistrzów w największych (lub w przypadku polskiej, najbardziej dla nas interesujących ;-) ) ligach europejskich. ‚Chyba’, ponieważ po dzisiejszych wydarzeniach na boiskach holenderskich, wypadałoby zachować resztki ostrożności, przynajmniej do ostatnich minut decydujących spotkań sezonu 2015/2016, by później nie świecić oczami przed zdezorientowanymi i przede wszystkim zmartwionymi kibicami.
To prawda, ciężko przypuszczać by Legia, a tym bardziej Barca wypuściła z rąk mistrzowski tytuł ale… Czy ktoś spodziewał się, że Ajax na ostatniej prostej koncertowo przerżnie trofeum? No właśnie! Bukmacherzy na całym świecie chyba właśnie liczą zyski. Albo, co równie ciekawe, łatają dziury po niespodziewanym sukcesie nowych triumfatorów Premier League. Co by nie mówić – dzieje się!

O ile w przypadku takich zespołów jak Paris Saint Germain, Juventus czy Bayern, od początku sezonu można było się spodziewać, iż kolejka po kolejce, będą dumnie kroczyć w kierunku mistrzowskich tytułów, nie tracąc ani na chwilę rezonu, czy nie dostarczając swoim fanom niepotrzebnych pokładów wątpliwości, o tyle w przypadku całej reszty – można rzec, że historia pisała się po swojemu.
Barcelona, choć od początku również rozbijała swoich rywali i w pewnym momencie wydawało się nawet, iż na koniec sezonu, poza wszelkimi tytułami, jej piłkarze będą mogli świętować także różnorakie rekordy, to wszystko diametralnie zmieniło się już w ostatniej fazie rozgrywek. Duma Katalonii koncertowo roztrwoniła całą przewagę nad Atletico i Realem i jej kibice mogli zacząć drżeć o końcowy triumf. Blaugrana chyba w porę się otrząsnęła z piłkarskiej niedoli i znów wróciła na zwycięskie tory, ponownie mogąc się pochwalić mianem głównego faworyta do mistrzostwa. Forma, w jakiej na dzień dzisiejszy są jej zawodnicy, nie pozostawia złudzeń – tylko krok dzieli Barcelonę od odebrania medali za krajowy tytuł. Prawdopodobnie właśnie o tym przekonani byli także podczas swojego dzisiejszego spotkania, zawodnicy Atletico Madryt, którzy, podobnie zresztą jak wspomniany już Ajax Amsterdam, dali się pokonać spadkowiczowi, tracąc przy tym wszelkie nadzieje na triumf w Primera Division. Wiary w nie nie tracą za to jeszcze Królewscy, którzy w porę wrócili do gry o najwyższe cele i wciąż tracą do liderującej Barcy tylko jeden punkt. Czy jednak Real może się okazać równie wielkim szczęściarzem roku, jakim od dziś jest PSV Eindchoven? A czy Blaugrana stanie się frajerem większym od Ajaxu? To już chyba niewykonalne… A może?

Ajax, Ajax, Ajax… Cóż tu można powiedzieć. Stara prawda mówi, że czasem lepiej nie powiedzieć nic, jeśli jedynymi słowami przychodzącymi do głowy i na język są… przekleństwa. No tak, inaczej być nie może. Mistrzowski medal należy się temu, kto potrafiłby wytłumaczyć taktykę trenera Ajaxu na to spotkanie. Dlaczego, przy niekorzystnym wyniku, boisko opuścił najlepszy strzelec zespołu, a w jego miejsce, desygnowany do gry został nominalny pomocnik? Tego nie wie nikt, nie wie nikt! Chyba nawet sam de Boer…

W zupełnie innym humorze od Arkadiusza Milika znajduje się dziś inny nasz stranieri, który od wczoraj oficjalnie może nazywać się mistrzem Anglii, choć tamtejsze przepisy dobitnie próbowały mu tę fetę ograniczyć, nie honorując go symbolicznym medalem. Polak się jednak nie dał! Dumnie świętował tytuł a jego koledzy z drużyny dobitnie pokazali światu, jaką rolę w zespole pełni Wasilewski. Kto wie, może chociaż de Boer (?) czy bez Marcina, jego Leicester świętowałby dziś mistrzostwo? W chwili takich wątpliwości trzeba pamiętać, jak ważną postacią w szatni i na boisku był Wasyl w sezonach poprzednich, w których jego klub toczył boje o piłkarskie życie…
O tym człowieku powinno pisać się w samych superlatywach. Bez względu na wpadki, na słabsze mecze, jak ten z Arsenalem, to jest po prostu gość! Nie bez kozery wśród fanów Anderlechtu nosi się mianem klubowej legendy, nie bez powodu został właśnie Mistrzem Premier League!
Taka była wola nieba!

Podobnie jak w przypadku Legii, która w decydującym momencie pokazała klasę ogrywając vice-lidera aż 4-0. Jeśli nie wydarzy się jakaś katastrofa, nawet w przypadku porażki w Gdańsku, w ostatniej kolejce na Łazienkowskiej odbędzie się mistrzowska feta. Klub ze stolicy w idealny więc sposób będzie mógł świętować swoją rocznicę.  Mistrzostwo i krajowy puchar. Czy można chcieć czegoś więcej?
Zapewne tak. Zapytajcie Ajaksu, Piasta czy Anderlechtu – oni chcieliby sięgnąć po mistrzostwo, taki Lech Poznań chciałby wywalczyć chociaż Puchar Polski. Ale najlepsze jest to, że wszyscy mistrzowie, ww Juventus, Bayern, PSG czy Barca chcieliby mieć coś, czego mieć w tym sezonie nie mogą. Champions League – po najważniejszy skalp w tym roku mogą bowiem sięgnąć już tylko Real i Atletico i chyba żadne z nich nie zamieniłoby tego na mistrzowski tytuł. Futbol nie jest prosty, futbol jest skomplikowany!

Czy wśród rywali warto mieć wrogów i przyjaciół?

CS6fwwrXAAIv_RR

Kiedy w większości europejskich lig rywalizacja wkracza na ostatnią prostą, coraz częściej spoglądamy na tabelę i terminarz, szukając odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące końcowych triumfatorów rozgrywek. Studiujemy plany gier głównych faworytów, a jeśli sytuacja nie jest dosyć klarowna, szukamy spotkań, w których aspirujące do tytułu drużyny mogłyby się potknąć. Czy jednak zastanawialiście się kiedyś nad innymi, poza sportowymi czynnikami, zdecydowanie wymykającymi się spod szyldu fair play, które mogłyby okazać się decydujące w walce o najwyższe cele?

Do takich rozmyśleń, skłonić mógł ostatnio piłkarz Chelsea Londyn, Eden Hazard:

- Nie chcemy, żeby Tottenham wygrał Premier League – fani, klub i piłkarze. W przyszłym tygodniu czeka nas wielki mecz z Tottenhamem i dobrze by było, gdyby udało się nam z nimi wygrać.

Piłkarz The Blues jasno pokazał komu w walce o tytuł kibicować będzie zarówno on sam, jak i jego klubowi koledzy. Czy tylko kibicować? No właśnie. Słowa Hazarda nie przeszły bez echa, ba wywołały nawet sporo podejrzeń co do tego, czy Chelsea byłaby w stanie odpuścić spotkanie z Leicester City, jeśli warzyłoby ono na tytule dla piłkarzy Ranieriego? O to jest pytanie…

No właśnie, nawet jeśli doszłoby do takiej sytuacji, przynajmniej z punktu prawnego, Chelsea przechodząc obok meczu czy odpuszczając go bez walki, nie zrobiłaby nic złego. Oczywiście, biorąc pod uwagę, iż na taki obrót sprawy nie naciskałby główny zainteresowany, czyli Leicester.
Brak fair play w futbolu to niestety, bądź stety, nie przestępstwo a piłkarze The Blues nie raz już w tym sezonie ograniczyli swoje zaangażowanie w meczu (w taki przecież sposób pozbyli się z klubu Jose Mourinho) by tym razem, w sytuacji, w której i tak o nic już nie walczą, miałoby to na nich zrobić jakiekolwiek wrażenie. Na pewno nie nadszarpnęło to by ich sumienia, ciężko przypuszczać by w tym sezonie w ogóle je jeszcze mieli…

Na pewno, o wiele więcej interesującym dla nas od uczuć piłkarzy Chelsea, są uczucia jej kibiców. Choć w tym przypadku, kiedy ich klub rzeczywiście nie ma już szans na walkę o cokolwiek, a oni sami drużynę Tottenhamu darzą wielką nienawiścią, można przypuszczać, iż jako pierwsi będą zachęcać swoich podopiecznych do odpuszczenia spotkania z Leicester. A wtedy, dojdzie do niezwykłej sytuacji, w której zawodnicy The Blues koncertowo przerżną swój mecz a mimo tego, zejdą z murawy z uśmiechem na twarzy oraz poczuciem dobrze wykonanej roboty.
A czy w takim razie, mogliby liczyć na jakąś karę ze strony PL czy UEFA? Nie. Przecież nikomu nie udałoby się im czegokolwiek udowodnić. Life futbol is brutal.

Za chwilę może się więc okazać, iż jedynymi pokrzywdzonymi tego sezonu z Premier League będą piłkarze Tottenhamu oraz bukmacherzy, choć i w tym drugim przypadku, można spekulować, czy kursy na ostatnią kolejkę meczu Chelsea – Leicester, meczu decydującego o tytule, nie zostałyby zrównane z ziemią lub czy wydarzenie to, w ogóle będzie dostępne w ofercie. Oczywiście, to wszystko nie będzie miało większego sensu, jeśli lider tabeli wywiezie korzystny rezultat z Old Trafford a Kogutom nie uda się pokonać swoich, jak się okazało, największych wrogów. Wtedy wszelkie teorie spiskowe będzie można wrzucić do kosza i dołączyć do większości populacji europejskiej, szczerze cieszącej się i gratulującej tytułu Leicester City!

Podobną, pełną wątpliwości sytuację możemy za chwilę obejrzeć na boiskach Primera Division, gdzie na ostatniej prostej aż trzy drużyny mają szansę na tytuł, choć niestety dla boiskowych rywali, największe są po stronie tych, mających najmniejsze u nich poparcie, czyli Barcelony. W tej sytuacji jednak, inaczej niż w rywalizacji angielskich klubów, nikomu kto odpuściłby spotkanie  Realowi (mniej prawdopodobne) czy Atletico (bardziej prawdopodobne), nie gwarantowałoby to tytułu dla którejś z wymienionych drużyn. I tak samo, żadnemu z kolejnych rywali Barcelony nawet gra na 200% nie zagwarantuje  odebrania im punktów, a zarazem powstrzymania jej w marszu po mistrzowski tytuł. Na potknięcie Blaugrany, a więc dopuszczenie madryckiego peletonu do walki o mistrzowską paterę, musi złożyć się więcej czynników, aniżeli sama dobra gra jej kolejnych rywali. Słabszy mecz musi zaliczyć także Barca a uczestniczący w pościgu Atleti i Królewscy muszą zaliczać kolejne komplety punktów. Zadanie ciężkie, a czy wykonalne?
Jeśli, w którymś z kolejnych spotkań Blaugranie rzeczywiście powinęłaby się noga i przed ostatnią kolejką to Atletico czy Real startowali z pole position do tytułu, wielce prawdopodobnie, że szczególnie ci pierwsi mogliby liczyć na nieco lżejszą przeprawę. Dlaczego?
Fakty dla Barcy są nieubłagane. Ilość spotkań, w których sędziowie gwizdali na ich korzyść już dawno rozeszła się echem po boiskach La Liga oraz Champions League. Rekord rozgrywek pod względem podyktowanych rzutów karnych, duża rozbieżność w pokazywaniu żółtych i przede wszystkim czerwonych kartoników dla piłkarzy Blaugrany i jej rywali oraz okazała liczba goli strzelonych z pozycji spalonej na pewno nie przysporzyły jej fanów wśród boiskowych rywali. Coraz więcej słychać za to komentarzy o tym, iż tak dobrej drużynie jak Duma Katalonii, nie potrzebna jest dodatkowa pomoc w postaci sędziów. Kto wie bowiem, jak układałaby się dziś tabela Primera Division, gdyby zarówno Barcelonie, jak i Atletico oraz Realowi odliczyć wszystko co dostali za darmo w wyniku złego sędziowania?

Analogiczną sytuację, niechęci co do zespołu notorycznie faworyzowanemu przez wszystkich dookoła, włącznie a może i przede wszystkim z sędziami, mamy od jakiegoś czasu w polskiej Ekstraklasie. Zapewne, gdyby zrobić ankietę wśród piłkarzy i kibiców najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce, Legia zajęłaby pierwsze miejsce na najbardziej znienawidzony klub. I tak, jak w przypadku Barcelony, wcale nie chodzi o zazdrość, tym bardziej nie może być o niej mowy w przypadku Warszawiaków. Tutaj również, zdecydowanym argumentem jest fakt, iż Legia zbyt często może liczyć na przychylność ze strony sędziów i działaczy przeróżnych organów i instytucji. Nie bez powodu od kilku sezonów mówi się o Komisji Legii a sytuacje boiskowe, odgwizdywane na jej korzyść do dziś przypomina się w formie anegdot. Oliwy do ognia, podobnie jak w przypadku Blugrany, dolewają jej piłkarze i działacze, którzy w wywiadach i mediach społecznościowych wywyższają się, nierzadko pokazując brak szacunku dla rywali. Taktyka obrana przez m.in. Neymara, Suareza, Pique, Leśnodorskiego czy kilku zawodników Legii oraz jej trenera, na pewno nie przysporzą im nowych przyjaciół. Żadne z takich zachowań nigdy nie będą przystawać wielkiemu klubowi, aspirującemu do najwyższych trofeów, za to na pewno odbiją się czkawką, kiedy takiemu pyszałkowatemu klubowi powinie się noga. Świat futbolu, a tym bardziej internet takich zachowań nie zapomina.
Stąd też, nie trzeba chyba się zastanawiać, czy jeśli tytuł Mistrza Polski ważyłby swoje losy do ostatniej kolejki i jeśli szansę na wywalczenie go miałby Piast Gliwice, to czy wtedy jego rywal zagrałby w 100% fair, czy jednak zrobiłby wiele by odebrać go Legii Warszawa… To chyba pytania czysto retoryczne…
Na dzień dzisiejszy, tak jak w przypadku Barcelony, wszystko leży w nogach lidera, choć, wertując na szybko terminarz, znajdzie się w nim kilku punktów dla Legii zapalnych, czyli spotkań, w których o zwycięstwo może być niezwykle ciężko. Na początek wyjazdowe spotkanie z Zagłębiem, którego kibice na co dzień sympatyzują z poznańskim Lechem, później bezpośredni pojedynek z Piastem Gliwice, z którym w rundzie zasadniczej Warszawiakom nie udało się wygrać, a z Gliwic wracali nawet na tarczy. W przedostatniej kolejce, Legia uda się do Gdańska na mecz z bardzo dla siebie niewygodną Lechią, która jeszcze niedawno właśnie na Łazienkowskiej zapewniła sobie szansę na awans do grupy mistrzowskiej, a już na sam koniec rywalem aktualnego lidera tabeli będzie Pogoń, a więc były przyjaciel klubu ze stolicy oraz zespół, który w tym sezonie najczęściej dzieli się rywalami dorobkiem punktowym. Rywale niezwykle ciężcy ale i tacy, którzy przeciwko Legii wychodzą z dodatkowymi pokładami mobilizacji. Ostatnia prosta w naszej Ekstraklasie zapowiada się niezwykle ekscytująco a smaczku całej sprawie dodaje fakt, iż słabo grający do tej pory Piast Gliwice, wysoko ograł wczoraj rycerzy wiosny, Lechię Gdańsk. Czyżby scenariusz anty-warszawski wszedł już w życie ?

Jak widać, w świecie futbolu warto mieć przyjaciół i zarazem nie warto robić sobie wrogów gdyż życie szybko potrafi spłatać figla i nasz los przekazać w ręce tego, wobec którego nie zawsze zachowywaliśmy się fair. Co więcej, piłka, jak życie, toczy się swoimi prawami i wbrew pozorom nie zawsze gra w geście fair play toczy się pod salwą braw…

Barcelona obala swój własny mit! Blaugrana wcale nie taka wspaniała, jak ją malują…

barca

Ileż to razy w ciągu ostatnich kilku – kilkunastu miesięcy dane nam wszystkim było słuchać teorii o Barcelonie, jako najlepszej drużynie w historii wszech czasów? Drużynie, będącej maszyną do zabijania przeciwników i mającej być tą pierwszą, której dane będzie obronić tytuł najlepszego zespołu Europy?
‚Zbyt wiele’ – to chyba jedyna, właściwa odpowiedź.
Zbyt wiele słów i teorii w kontekście Blaugrany padło, by napompowany nimi balonik, w końcu nie wytrzymał ciśnienia i zwyczajnie pękł, rozpadając się na setki małych kawałeczków. Tysiące, jeśli nie miliony twierdzeń, dziś zamieniających się w wątpliwości, choć tak naprawdę, jedynym pytaniem, które dziś powinno nam się nasunąć na myśl, jest to, czy Luis Enrique ma wystarczająco mocny klej, by w krótkim czasie udało mu się na nowo posklejać te kawałeczki w jedną całość? Na Camp Nou nikt nie ma chyba wątpliwości, że ani trener, ani żaden z piłkarzy Barcelony nie mają czasu na żadne próby generalne i z marszu podejdą do testu, który ostatecznie da odpowiedź na to czy w kontekście tej drużyny będzie można kiedykolwiek użyć słów ‚NAJLEPSZA’, oraz czy jej szkoleniowca będzie można w ogóle brać pod uwagę w zestawieniach profesjonalistów.
Przecież Duma Katalonii jest właśnie na najlepszej drodze do koncertowego przerżnięcia sezonu 2015/16 i zyskania miana największych frajerów roku. A wiadomo, że jeśli tak się stanie, jeśli po odpadnięciu z rywalizacji Champions League, Blaugranie nie uda się wywalczyć także mistrzostwa kraju, winą za to, zostanie obarczony właśnie Enrique. Już widać te tytuły zrzucające karb odpowiedzialności za wyniki na słabe przygotowania i nieodpowiednie wymierzenie czasu osiągnięcia apogeum formy, które przypadło na sam… początek sezonu.

Właśnie tak. Barca od początku wskoczyła na poziom, który zarówno u kibiców jak i rywali wywoływał wielkie: ‚WOW’. Styl gry – niepowtarzalny i zapierający dech w piersiach. Kosmiczne posiadanie piłki, fantastyczna gra trio: Messi, Naymar i Suarez. Punkty nagromadzone przez drużynę Enrique oraz problemy największego jej rywala, Realu Madryt a także kolejne potknięcia Atletico, sprawiły, że Barca urosła do miana głównego faworyta wszelkich rozgrywek a jej kibice oraz media zaczęli spekulować, czy ta drużyna nie prezentuje poziomu, pozwalającego jej na zaszczytne miano najlepszej drużyny w historii futbolu.
Z każdym kolejnym spotkaniem, coraz więcej osób zaczynało wierzyć, iż w Europie nie ma dostatecznie dobrego rywala mogącego konkurować z Dumą Katalonii na jakimkolwiek polu. Już w styczniu ukoronowaną ją więc zarówno tytułem mistrza Hiszpanii, jak i Pucharem Króla oraz, przede wszystkim, zwycięstwem w elitarnych rozgrywkach Ligi Mistrzów. PRO-Barcelońska fala zachwytu urosła do ogromnych rozmiarów i zaczęła niekontrolowanie wymykać się poza dopuszczalny obszar. Cóż, dla niektórych, z różnych względów to okazało się zbyt wiele. A konsekwencje są niestety dla nich bolesne…

Fani Katalończyków niepotrzebnie dumnie prężyli się na wszelkich forach, naśmiewając z Realu Madryt, trapionego kolejnymi problemami. Wypominali im sprawę Benzemy, zakaz transferowy, wyrzucenie z Pucharu Króla, kompromitację w Grand Derbi, ogromną stratę punktową do ich klubu a nawet zatrudnienie na ławce trenerskiej niedoświadczonego Zidane’a. Jakby zapomnieli, że karma wraca i życie nie raz potrafi spłatać figle. Dziś sytuacja zmieniła się o 180 stopni i to Barcelona znalazła się na prześmiewczym świeczniku a jej kibice chowają swoje głowy w piasek. Jeśli chodzi o sprawę z zakazem transferowym, Real i Atletico na razie kary uniknęli, za to Barcelona już dawno musiała ją odcierpieć. O problemach z prawem Benzemy już raczej nikt nie pamięta, za to na czołówki gazet kryminalnych coraz częściej trafiają Messi i Neymar. Odpadnięcia z Pucharu Króla poprzez incydent z Czeryszewem, nawet nie sposób porównywać do odpadnięcia z Champions League na etapie ćwierćfinału a Zinedine Zidane, wbrew wszystkim swoim krytykom, jako szkoleniowiec Królewskich osiąga rezultaty lepsze niż jego bardziej doświadczeni poprzednicy. Kto mieczem wojuje – ten od miecza ginie?
W przypadku socios Barcelony, na pewno. Przede wszystkim dla nich, sytuacja w jakiej aktualnie znalazł się ich klub, powinna być lekcją na przyszłość i to bez względu na to, kto w końcowym rozrachunku zostanie Mistrzem La Liga. Ich zachowanie na pewno nie pomoże klubowi a całą otoczką jaką budują wokół niego, na pewno nie przysporzy jej kolejnych zwolenników. Włodarze Blaugrany nie powinni się więc dziwić, iż większość ligowych rywali, w walce o mistrzostwo kibicować będzie nie Barcelonie ale dwójce z Madrytu. I tutaj, biorąc pod uwagę podejście do rywalizacji w ostatnich kolejkach sezonu być może będzie to czynnik decydujący.

„Do póki piłka w grze…”, skąd my to znamy? Choć Katalończycy w pewnym momencie znaleźli się na królewskiej pozycji, z której wydawało się, iż będą tylko rządzić i dzielić, los okrutnie z nich zażartował. Pięć spotkań w lidze (z Villarealem, Realem Madryt, Realem Sociedad oraz Valencią) a także rewanżowy mecz z Atletico w LM wystarczyło by piłkarze Blaugrany zaprzepaścili wszystko co dotąd ugrali. Pięć spotkań! Właśnie o tyle, jak się okazało, Barca w przekroju całego sezonu(na pięć kolejek przed końcem) była lepsza od Atletico Madryt. To tyle co nic, a przecież swego czasu, wydawało się, że Barcelonę od całej reszty dzielą lata świetlne. Jakież to było naiwne… Sytuacja zmieniła się diametralnie i w wyścigu o mistrzostwo szanse wszystkich trzech zespołów stoją mniej więcej równo.
Mentalnie zarówno Atletico jak i Real biją dziś Barcę na głowę ale… Jak prezentuje się terminarz?

Barcelona: La Coruna (wyjazd), Gijon (dom), Betis (wyjazd), Espanyol (dom), Granada (wyjazd).
Atletico: Bilbao (wyjazd), Malaga (dom), Vallecano (dom), Levante (wyjazd), Celta (dom).
Real: Villareal (dom), Vallecano (wyjazd), Sociedad (wyjazd), Valencia (dom), La Coruna (wyjazd).

Najbardziej sprzyjający plan gier ma właśnie Duma Katalonii. Co więcej, tytuł w dalszym ciągu zależy tylko od nich i jeśli do końca rozgrywek uda im się uzbierać komplet punktów – będą mogli świętować. Real traci do swoich rywali jeden punkt, więc wciąż musi liczyć na ich potknięcie a Atletico, bez wątpienia, czeka najtrudniejsze zadanie.  Dodatkowo, zarówno Królewscy jak i Los Rojiblancos będą musieli skupić się nie tylko na walce o ligowe punkty ale także, a może przede wszystkim o finał Ligi Mistrzów, a jak wiadomo, gra na dwóch frontach nie raz dawała się we znaki.

Bez względu na wszystko, na to czy jednak to Barcelonie uda się obronić w walce o mistrzostwo Primera Division i wywalczyć Puchar Króla, i tak zostaną największymi przegranymi tego sezonu. Startując z nieosiągalnego dla wielu pułapu, na ostatniej prostej do piłkarskiego nieba, dali się ogolić na łyso. Koncertowo dali się ograć swojemu największemu rywalowi w Grand Derbi, jak dzieci pozwolili wyrzucić się z elity Europy Atletico, a także w mistrzowskim stylu roztrwonili całą przewagę nad tymi samymi rywalami w walce o mistrzostwo Hiszpanii. Barcelona właśnie osiągnęła dno. W kilka tygodni obaliła swój własny mit – najlepszej drużyny wszech czasów, notując przy tym najgorszą serię od ponad trzynastu lat. Całe wyobrażenie o tym zespole jako kwintesencji futbolu, właśnie zaczyna mijać. Kibice przecierają oczy ze zdumienia, uświadamiając sobie, że Barca wcale nie jest taka, jaką przez ostatnie miesiące wszędzie malowano. Jej wyobrażenie, zaczęło już uchodzić za piłkarską legendę. A krok dzieli ją od momentu, w którym teorię o jej wielkości włożymy między bajki.
Już teraz możemy być także pewni, iż w kolejnym plebiscycie Złotej Piłki, w czołowej trójce nie znajdzie się miejsce dla żadnego z piłkarzy Barcelony. Po raz pierwszy od dawna. Już teraz w wyścigu o miano najlepszego piłkarza w Europie trio MSN wyprzedzają półfinaliści Ligi Mistrzów, na czele z Cristiano Ronaldo, który szturmem podbija zarówno Champions League jak i La Ligę, a przecież przed nami Mistrzostwa Europy we Francji, na których zabraknie zarówno Messiego, jak i Suareza oraz Naymara. Możemy tylko przypuszczać, że po tym turnieju na głosy swoich rywali w większej mierze będą mogli liczyć chociażby Griezmann, Lewandowski, Vardy, czy kilku Niemców. I niech ten fakt mówi sam za siebie, bo choć echo odpadnięcia z LM jest nieco tonowane to jego skutki dla Blaugrany mogą być niezwykle bolesne. Jeśli Barca nie podniesie się z kolan, straci tytuł oraz da się ograć Sewilli w finale Pucharu Króla, sytuacja na Cam Nou będzie nie do pozazdroszczenia. Okazało się, że Katalończycy to nie nad-ludzie a styl naniesiony przez Enrique przestał robić wrażenie na rywalach, jak niegdyś dryblingi Ronaldinho. Co więcej, ostatnie porażki musiały zaboleć dużą grupę szkoleniowców, którzy odkąd stawiali swoje pierwsze kroki na kursie trenerskim, na którym uczeni byli jak ważnym elementem gry jest utrzymywanie się przy piłce. Ta teoria właśnie legła w gruzach, wraz z całym zespołem Barcelony.
Choć rzeczywiście, w jakimś stopniu piłkarze i trener piszą historię – chyba jeszcze nikomu nie udało się tak spartaczyć idealnej sytuacji. Kolejny raz zrobili coś spektakularnego ale tym razem nie słychać zewsząd braw ale gwizdy. Głośne buczenie obrazujące widok poległych. Życie, jak widać, jest niezwykle brutalne, a piłka nożna jeszcze bardziej. Jeśli ktoś jeszcze ma co do tego wątpliwości, niech zapyta fanów Dumy Katalonii. 

Liga Mistrzów a w tle Gran Derbi.

0a2967904c6e084c06d0d4ac2b47a96e

Przed nami najważniejszy z dotychczasowych etapów rywalizacji w Champions League. Osiem najlepszych klubów Europy rozpocznie batalię o awans do półfinałów, z których już tylko krok pozostanie do realizacji marzeń. Kto z kim? Gdzie warto zawiesić oko? Komu najbliżej do najlepszej czwórki Starego Kontynentu?

Co by nie mówić i jakby się nie boczyć na ostatnie wyniki Bayernu oraz grę samego Roberta Lewandowskiego, bez wątpienia to Mistrz Niemiec jest w tej chwili w najbardziej klarownej sytuacji. Benfika Lizbona – mocna drużyna, jednak z zupełnie innej półki aniżeli większość ćwierćfinalistów. Na pewno pod żadnym względem nie dorównuje ekipie Guardioli i choć piłka lubi być przewrotna i płatać figle, nic nie wskazuje na to by Bayern nie odprawił gości z bagażem co najmniej kilku bramek.

W drugim pojedynku, w którym nie trudno wskazać zdecydowanego faworyta znajdują się ekipy Wolfsburga i Realu Madryt. Ci pierwsi, bardziej niż do swojego ligowego rywala, równają do Benfiki. Real natomiast to ciągle Real. Jeden z najlepszych klubów świata, któremu nie w głowie jest pożegnanie z LM na tym właśnie etapie. Niesieni zwycięstwem w Grand Derbi, nie powinni mieć żadnego problemu z wywiezieniem wystarczającej zaliczki z terenu Wilków.

Dużo ciekawiej pod względem atrakcyjności i niepewności co do ostatecznego wyniku dwumeczu, zapowiada się potyczka PSG z Manchesterem City. Mistrzowie Francji, którzy szturmem podbili Ligue 1, będą chcieli potwierdzić dominację także na europejskiej arenie. Przeciwstawić im postara się The Citizens, choć patrząc w jakiej ostatnio formie znajduje się Zlatan Ibrahimovic, może być to zadanie niewykonalne. Francuzi, w ostatnich latach prezentują dużo bardziej dojrzałą piłkę. Ewidentnie, jeśli któryś z tych zespołów miałby szansę powalczyć o finał LM z zespołami takimi jak Baayern/Real/Barcelona/Atletico to byłoby to właśnie Paris Saint Germain. Faworyt, nie tak zdecydowany jak Bayern i Real ale ciągle faworyt.

I na koniec ostatnie spotkanie. Najsmakowitsze. Najbardziej elektryzujące. Deser z pod ręki wybitnego cukiernika. Dwumecz pomiędzy dwoma hiszpańskimi klubami – Barceloną a Atletico być może wyłoni nie tylko półfinalistę ale także finalistę Champions League. Kto jednak miałby nim być?
Do tej pory, zarówno patrząc trzeźwym okiem, czysto teoretycznie, na papierze ale także patrząc wszelkimi różnymi sposobami – faworytem zawsze była Barcelona. Do ostatniego weekendu. Duma Katalonii w fatalnym stylu przegrali wielkie Gran Derbi z Realem. Ze swoim największym rywalem, w najbardziej prestiżowym meczu nie tylko hiszpańskiej ale także europejskiej piłki klubowej. Dodatkowo, mecz, w którym zawodnicy Blaugrany mieli oddać hołd zmarłemu niedawno Johanowi Cryuffowi. Nie udało się. Barca zagrała niemrawie, bez wyrazu i zupełnie jak nie ona. Całkiem zawiodło trio MNS, z którego widoczny na murawie był jedynie Suarez, a i on, najbardziej pilnowany nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Pozostała dwójka – Messi i Neymar rywalizowali tamtego wieczoru raczej o tytuł antybohatera i trudno stwierdzić któremu z nich bardziej się on należał. W sumie gdyby na chwilę zniknęli z boiska, poszli na szybką kawę, prawdopodobnie kibice nie zauważyliby różnicy w grze swoich idoli. Dobrego dnia nie miał też Busquets i reszta zawodników z Camp Nou. W zasadzie jedynym, który tego wieczoru mógł zebrać pochwały za swój występ był Gerard Pique. Jedyny, który oddał hołd legendzie Barcelony i Ajaksu.
O słabości gospodarzy najlepiej niech świadczą statystyki meczowe, w których (oczywiście, poza posiadaniem piłki) górował Real Madryt. Nie do tego przyzwyczajeni są kibice. Zwykle sytuacja na boisku nie klaruje się tak korzystnie dla rywala Blaugrany, jak miało to miejsce podczas tego Gran Derbi. Ewidentnie, w Barcelonie coś pękło. Warto się zastanowić czy to jedynie chwilowe załamanie czy śladem piłkarzy Zinedine Zidane’a może pójść również Atletico? Skoro najlepsza ofensywa Europy przez 90 minut spotkania nie potrafiła przeforsować nie najlepszej przecież defensywy Realu, czy będą w stanie uporać się z najlepszą defensywą w całej Europie?
Na pewno będzie to inne spotkanie niż te, które mogliśmy podziwiać dotychczas w La Liga. To zupełnie inny poziom, Atletico nie ma nic do stracenia a Barca? W zasadzie wszystko. Po przegranych derbach Hiszpanii z Realem, atmosfera na Camp Nou nie zachwyca. Pojawiają się wątpliwości i tak, ciężko jasno i dosadnie przyznać dziś, że Barca jest murowanym pewniakiem. To może być zwyczajny bezbramkowy remis i w rewanżu wszystko będzie mogło się wydarzyć. Ale… równie dobrze Barcelona może zamknąć usta wszystkim, którzy wieszają na nich psy i odprawić swojego rywala z kwitkiem. Jak będzie?

Bayern, Real, PSG i? Okaże się, choć z każdym dniem szanse Atletico na korzystny rezultat rosną.

Madrycki finał, czyli po ‚trupach’ do Lizbony… [Część I].

bayern_barcelona_768x0_rozmiar-niestandardowy

Stało się! W finale Ligi Mistrzów zagrają nie tylko dwie hiszpańskie drużyny, o czym marzą przecież co roku liczni kibice z całego świata ale zagrają w nim aż dwie drużyny z Madrytu, a tego przed sezonem nie byli w stanie przewidzieć nawet najstarsi górale. By tak się stało, by doszło do ostatecznego pojedynku pomiędzy Realem a Atletico, w piłkarskim świecie musiało dojść do wielu zawirowań…

Wielki i ostateczny upadek Barcelony!
Kataloński klub od momentu, w którym pożegnał Pepa Guardiolę, walczył o życie podpięty do specjalistycznej aparatury. Niestety, z każdym dniem, jego stan się pogarszał, aż w końcu… doszło do najgorszego. Wielka Barca odeszła.
Ostatnie tygodnie, ba nawet miesiące nie były dla Blaugrany szczęśliwe, a można nawet powiedzieć, że klub zaczynał staczać się po równi pochyłej. Kłopoty prawne, finansowe, kadrowe, wszystko zebrało się w kupie. Głośne afery z Naymarem, Camp Nou, Messim czy w końcu zakaz transferowy nałożony przez FIFA, to wszystko odbiło się na i tak nie najlepszej już formie zespołu. Jeśli doliczymy do tego kolejne kontuzje i niedostatecznie gotowego do prowadzenia zespołu na takim poziomie trenera, nie ma się co dziwić, że tak a nie inaczej potoczyły losy tego piłkarskiego potentata. Dziś, śmiało już można stwierdzić, iż śmierć Tito Vilanovy była znamienna. Była ostatnim rozdziałem książki, którą Tito, wspólnie z Guardiolą i piłkarzami napisali na Camp Nou. Era wielkiej Barcelony odeszła, wraz z jej trenerem, ostatnim, który potrafił natchnąć obecną kadrę mistrzów Hiszpanii do zdobywania cennych trofeów…
Kiedy dokładnie rok temu wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na właśnie taki obraz przyszłości Katalończyków, zapatrzeni w nich kibice pukali się w czoło. Dziś, kiedy większość z tych ludzi albo przejrzała na oczy albo zmieniła obiekt westchnień (na Bayern oczywiście), można bez obaw przyznać: już nigdy nie zobaczymy tak grającej Barcelony, jak wtedy kiedy święciła ona wszelkie możliwe triumfy. Obecna drużyna a zapewne i każda kolejna, którą będą budować następne pokolenia wspaniałych piłkarzy, nie wzniesie się już na poziom, jaki prezentowała w latach chwały. W latach tak jeszcze nie odległych a jednak w świecie piłki należących już do zamierzchłej przeszłości.
Co więcej, zawodnicy, którzy obecnie tworzą trzon Dumy Katalonii, nie wyglądają na ludzi, którzy mogą temu klubowi cokolwiek jeszcze zaoferować a najlepiej niech świadczy o tym fakt, iż większość już zaciera ręce na myśl o przenosinach do innego kraju, ligi czy zespołu. Dodatkowo, warto zauważyć, iż najsłabszym ogniwem w zespole prowadzonym przez Gerardo Martino, już od kilku tygodni, jest sam Lionel Messi a skoro tak się dzieje, oznacza to, że mamy do czynienia ze zmęczeniem materiału i czas chyba na pewne poprawki. A może i nawet na coś więcej?

Upadek taktyki Guardioli!
Kiedy grała Barca Pepa aż dech zapierało w piersiach. Posiadanie piłki, podania i jeszcze raz podania, słowem tiki-taka. Cały świat tak chciał grać i oczywiście, naśladować najlepszych. Próbowała Cracovia i nawet Podbeskidzie ale… Wiadomo, idealnie wychodziło to tylko pomysłodawcom i to oni sięgali po najważniejsze trofea. Jak jednak wiadomo, nic nie trwa wiecznie. Z czasem, w dużej mierze poprzez znudzenie zawodników, trochę przez brak dalszej motywacji, ten ‚doskonały’ styl gry charakteryzujący rękę hiszpańskiego szkoleniowca przestał przynosić oczekiwane efekty. Wspólna przygoda Guradioli i Barcelony musiała więc dobiec końca ale sukcesy, jakie przez kilka sezonów osiągnął on na Camp Nou, wybudowały mu niezłą pozycję na rynku trenerskim. Szybko zaczęto mówić o nim, jak o najlepszym szkoleniowcu świata, mimo tego, że przecież nie miał on do tej pory okazji udowodnić swojej wartości gdzieś poza Barceloną.
Ludzie, którzy do reszty oszaleli na punkcie gry Dumy Katalonii, zapragnęli tego samego u siebie. Każdy chciał mieć Pepa w swoich szeregach, jednak stać na niego było tylko nielicznych. Swoją titi-takę miał od tej pory wykładać w szatni Bayernu Monachium co od początku wydawało się nieco chybionym pomysłem. Być może zgadzało się wszystko pod względem sportowym, tzn. jakość trenera i piłkarzy, klasa klubu i ambicje jakie przed sobą stawiały obie strony. Wątpliwości budziła natomiast mentalność Guardioli i jego nowych podopiecznych. Każdy bowiem wiedział jak poukładanym człowiekiem jest Hiszpan i jednocześnie każdy zdawał sobie sprawę z tego, z jakimi ludźmi przyjdzie mu pracować na Alianz Arenie. To miało prawo się nie udać i jak się okazało, do końca rzeczywiście się nie udało. Jeśli przyjmiemy, że planem na rok 2013/14 było dla Bayernu zdobycie wszystkich najważniejszych trofeów w Bundeslidze i Lidze Mistrzów, to można nawet stwierdzić, że udało się zrealizować go tylko w małej jego części. Zbyt małej jak na oczekiwania, jakie przed Guardiolą stawiali włodarze z Monachium i cały piłkarski świat.
Choć Bayern z cuglach zdobył mistrzostwo Niemiec, choć zdemolował swoich rywali ligowych to już w bezpośrednich pojedynkach z największym ligowym rywalem doznał bolesnych upokorzeń (ponosząc największą porażkę w karierze hiszpańskiego szkoleniowca (0-3 w meczu ligowym) oraz przegrywając walkę o Superpuchar Niemiec) a w najważniejszym teście, w walce o triumf w Champions League, został sponiewierany przez Real Madryt. A tego przecież nikt się nie spodziewał…
Tym bardziej, że przecież ci sami piłkarze, którzy właśnie doznali bolesnej porażki z Królewskimi, niecały rok temu z dumą podnosili puchar za zwycięstwo w tych elitarnych rozgrywkach. Szumnie zapowiadając wtedy powtórkę z rozrywki w roku następnym. Jeszcze wtedy nie wiedząc iż przyjdzie im pracować z Guardiolą a przecież kiedy tak się stało, ich zapowiedzi tylko wezbrały na sile…
Jak więc mogło się nie udać wykonać tego planu? Mając do dyspozycji najlepszych piłkarzy i najlepszego trenera? Wszystko wskazuje na to, że jedno z dwóch się nie zgadza i patrząc wstecz, nie zgadza się raczej to drugie. Styl gry Guardioli przechodzi powoli do lamusa. Tiki-taka została rozszyfrowana i już nie budzi tak wielkich emocji i przede wszystkim strachu u rywali. A sam Pep, jakby tego nie rozumiał, próbuje zwalić winę za odpadnięcie z pucharów na swoich piłkarzy. Zaraz, zaraz, ci sami piłkarze, którzy wygrali już te rozgrywki, nie są wystarczająco dobrzy by powtórzyć ten wyczyn? Coś tu nie gra. Guardiola próbuje zmyć z siebie odpowiedzialność, zrzucając ją na swoich zawodników? Hmm… Jeśli piłkarze Bayernu (a znając personalia tych ludzi…) wezmą do siebie oskarżenia trenera, na Alianz Arenie może być ciekawie. A nawet, może się okazać, że relacja między obiema stronami przestanie należeć do najzdrowszych a z czasem może doprowadzić do braku możliwości dalszej współpracy…
Kto pierwszy wypadnie z gry w Bayernie? Piłkarze czy trener? Włodarze obiecują Guardioli wielką kasę na jego transferowe zachcianki, jeśli jednak i z nimi tiki-taka nie wypali w stu procentach, legenda Pepa, wielkiego trenera upadnie szybciej, niż sam się tego spodziewał (jeśli w ogóle dopuszczał do siebie taką myśl…).

C.D.N…

Piłka nie jest sprawiedliwa! Ale jaka nieprzewidywalna…

Pierwsze opady śniegu w tym roku dały jasny sygnał piłkarzom: Czas kończyć rozgrywki! Czas na zimowy sen. Zaalarmowani zawodnicy nie dali się długo prosić, i tak, na początku tygodnia kibice musieli pożegnać się na dłuższy czas z Ligą Mistrzów a już w ten weekend, po raz ostatni dane im będzie ‚napawać się’ grą ulubionych ekstraklasowców ;-).

Szybko, bo już w grudniu z grą w europejskich pucharach pożegnać musiała się za to warszawska Legia (jej kibice akurat napawać nie mieli się czym). Jej występ w rozgrywkach Pucharu Europy można uznać za kompromitujący dla całego polskiego futbolu, stąd ‚euforia’ jaka zapanowała po ostatnim i jedynym wygranym (!) meczu fazy grupowej, nie tyle dziwi co boli. Nie wiadomo, skąd w Polakach takie skłonności do minimalizmu? Jeśli zawsze będziemy się zadowalać małymi sukcesikami, nigdy nie będzie nam dane fetować tych największych…

Nie Legii jednak a poważnej piłce, warto poświęcić kilka słów. A jeśli o futbolu w najlepszym wydaniu mowa to znak, że rozgrywki Champions Ligue wkroczyły w kolejną fazę, mianowicie, nadszedł czas hitowych pojedynków w 1/8 finału!

Co najciekawsze, jedynym reprezentantem Serie A, który pozostał na placu boju Ligi Mistrzów jest…AC Milan. Ten wyszydzany i wyśmiewany przez wszystkich Milan. Ten przyprawiający niekiedy swoich kibiców o ból głowy, dziewiąty zespół ligi. Milan. I to już najgorzej świadczy o sile włoskiej piłki.
Z batalii o najważniejsze trofeum w europejskim futbolu odpadli zarówno Juventus jak i Napoli. Ci pierwsi, na ostatniej prostej, w dwudniowym meczu dali się wypchnąć z walki o miejsce premiujące awansem tureckiej Galacie. I jeśli Milan możemy dziś nazywać największym farciarzem roku(gra z Ajaxem to kryminał), to miano największego przegranego wędruje właśnie do Starej Damy. Po tej samej stronie barykady, choć już z mianem największych pechowców stoją piłkarze Napoli. Dziś nikt się już z nich nie śmieje, wszyscy natomiast im współczują. Zgromadzić na swoim koncie dwanaście punktów, tyle samo co lider i wicelider tabeli i nie awansować dalej? Tego nie wymyśliłby chyba nawet najlepszy reżyser filmu akcji. Choć neapolitańczykom może się wydawać, iż ich życie napisało grono najlepszych autorów horrorów. Być może.
Champions Ligue kolejny już raz udowodniła, że nie należy do najbardziej sprawiedliwych. Czymże jest bowiem ‚marne’ sześć punkcików zgromadzonych przez Zenit przy tuzinie Napoli? I jaka różnica klas dzieli oba te zespoły?  Nieważne. To Rosjanie zagrają w 1/8 finału Ligi Mistrzów a Napoli, razem z Juventusem, Fiorentiną i Lazio będą mogli zaprezentować swoje wdzięki jedynie w Pucharze Europy, w przerwie, z nutką zazdrości, oglądając poczynania Rossonerich w tych ważniejszych rozgrywkach.

Równie dobre nastroje co w Mediolanie, panują dziś w Niemczech. Tamtejsze zespoły awansowały bowiem w komplecie do dalszej fazy Champions Ligue co nie pozostawia już złudzeń w temacie pozycji Bundesligi na tle innych europejskich lig. Na dzień dzisiejszy, biorąc pod uwagę także ubiegłorocznysezonowy skład finału, nasi sąsiedzi wyprzedzają w tym zestawieniu wszystkie inne Primery, Premiery i Serie.

Dwójka finalistów poprzedniej edycji Ligi Mistrzów sprawiła swoim kibicom prawdziwy rollercoaster. Borussia Dortmund w pojedynku z ostatnią w tabeli Marsylią miała pewnie przypieczętować awans a ledwo co, pociąg z napisem Champions Ligue odjechałby im sprzed nosa, w siną dal. Przez całe 73. minuty fani vicemistrza Niemiec przeżywali katorgi patrząc jak kolejne, idealne sytuacje marnują Robert Lewandowski i Marco Reus. Ten drugi nie pierwszy zresztą raz udowadnia, że pomimo wysokich umiejętności, nie jest jeszcze piłkarzem z najwyższej półki, na jakiego co rusz kreują go media. Wystarczy spojrzeć ileż więcej korzyści miałaby z niego Borussia, gdyby w decydujących momentach albo nie ładował piłki na chama w trybuny albo nie sępił jej swoim kolegom. Dziś, zarówno on jak i wspomniany już Lewandowski mogą bić pokłony przed Kevinem Grosskreutzem i…bramkarzem rywali. To właśnie oni na spółkę, na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry dali Dortmundczykom upragniony awans. Po tym spotkaniu, mając jednocześnie w pamięci mecz przeciwko Maladze w poprzedniej edycji rozgrywek, kibice Borussii mogli już przygotować się na kolejne piłkarskie horrory. Należy bowiem pamiętać iż człowiek przezorny/przyzwyczajony/przygotowany jest zawsze ubezpieczony. I od razu w Dortmundzie spadnie liczba ‚zawałów’ fundowanych przez piłkarzy Kloppa.
Tak jak Borussia przeszła drogę z piekła do nieba, tak Bayern również zafundował swoim fanom podniebno-podziemne transfery, jednak w ich przypadku, końcowy kierunek był zupełnie odwrotny. Najlepsza drużyna Europy poprzedniego sezonu spadła od razu sto metrów pod powierzchnię.
Mistrzowie Niemiec, pewni awansu do 1/8, walczyli z Manchesterem City już tylko (bądź aż) o pieniądze i prestiż. I już na ‚dzień dobry’ postanowili chyba pokazać przyjezdnym kto rządzi na europejskich boiskach i zapakowali im dwie bramki. Ciekawe, ilu w tym momencie kibiców Bayernu wyobrażało sobie festiwal strzelecki w wykonaniu swoich ulubieńców, rozmiarem podobny do tego, jaki urządzili sobie niedawno the Citizens w starciu z Tottenhamem? Nieważne, wszyscy krewni Andersena musieli się obejść smakiem. Po dziewięćdziesięciu minutach gry to właśnie gracze MC schodzili z murawy z podniesionymi głowami a… Bayern? Przegrał wygrany mecz.
Ktoś bardzo upierdliwy, ktoś podejrzliwy i nie mogący uwierzyć w taki obrót spraw w spotkaniu na takim poziomie mógłby nawet pomyśleć, że mecz ten jeszcze przed pierwszym gwizdkiem miał napisany scenariusz. Nie od dziś bowiem, w zakładach bukmacherskich kursy na prowadzenie gospodarza (faworyta meczu) do przerwy i końcowy triumf gości osiągają niebanalne rozmiary. No ale… Liga Mistrzów jest pod skrzydłami FIFA a czy ktoś śmie wątpić w czystość tej organizacji?…

Z drugich lokat do następnej ‚rundy’ Ligi Mistrzów awansowali Bayer Leverkusen (bez Sebastiana Boenischa w składzie, dlatego udało się im wygrać, nie tracąc przy tym bramki w wyjazdowym spotkaniu z Socidedadem) oraz Schalke, które pokonało ‚u siebie’ Basel 2-0 a mimo tego, głównymi gwiazdami wieczoru zamiast piłkarzy niemieckiego zespołu zostali… sędziowie. Po karygodnym błędzie, o którym lepiej nie pisać a zobaczyć:

https://www.youtube.com/watch?v=edPg_SD7hzY

Powinni nauczać na wszelkich kursach sędziowskich. Z cyklu: Błąd, za który arbiter powinien zakończyć profesjonalną karierę i trudnić się pracą na orlikach.
I to my, Polacy, tak narzekamy na poziom sędziowania w lidze a takie wałki kręcą w najbardziej prestiżowych rozgrywkach, gdzie błędy zdarzać się nie powinny wcale.
Niemców, pod względem ilości reprezentantów nie udało się dogonić drużynom z Primera Division. Hiszpanie, w sile trzech zespołów (odpadł Sociedad) awansowali do 1/8, fazę grupową kończąc na pierwszych pozycjach. Zarówno Real Madryt jak i Barcelona czy Atletico pokazali klasę i apetyt na zwycięstwo w całych rozgrywkach. Formą błysnął Naymar, który w meczu z Celticiem popisał się hat-trickiem jednak to Cristiano Ronaldo, bijąc kolejny rekord w swojej karierze znów stał się tematem numer jeden. Oczywiście mając na uwadze pewne trofeum, które kiedyś miało ogromną wartość…

Anglicy, podobnie jak Niemcy,  fetują awans wszystkich swoich reprezentantów do kolejnej fazy jednak w ich przypadku jest to radość połączona ze łzami. O ile City, mimo drugiego miejsca (prawdopodobnie właśnie to było ich celem) mogą być z siebie zadowoleni o tyle już Arsenal, przez porażkę z Napoli, mógł straszliwie skrócić sobie czas pobytu w tych elitarnych rozgrywkach. Rzutem na taśmę, Borussia Dortmund mogła nie tylko pozbawić ich liderowania w grupie ale i marzeń o triumfie w Lidze Mistrzów. Wśród potencjalnych rywali, na których Kanonierzy mogą trafić w kolejnej rundzie nie ma słabeuszy. Każdy, dosłownie każdy może ich odesłać do domu z kwitkiem a przyznać trzeba, że w porównaniu do początku sezonu, Arsenal strasznie obniżył loty.
Warto przy temacie drużyny Wengera zatrzymać się przy jednym nazwisku. Laurent Koscielny, Francuz polskiego pochodzenia to jedna, wielka tykająca bomba. Nie wiadomo kiedy wybuchnie, a że do tego dojdzie jest niemal pewne. Aż dziw bierze, że taki piłkarz tak długo utrzymał się w tym zespole. Przecież jeśli w grę wchodzą faule, rzuty karne bądź czerwone kartki, na 99,9% wiadomo, że sprawcą przewinienia jest Francuz. To prawdopodobnie większy pechowiec pod tym względem, niż swego czasu Arkadiusz Głowacki. Być może jego ‚problem’ tkwi właśnie w krwi. A my już nie musimy szukać usprawiedliwień na słabość polskiego futbolu. Nasi gracze już się z tym po prostu rodzą…
Wracając jednak do przedstawicieli wyspiarskiej piłki… Słabą formą poszczycić się mogą również ‚koledzy’ Szczęsnego z United i Chelsea, którzy co prawda wygrali swoje grupy ale poziom prezentowany przez ich rywali, szczególnie w przypadku tych drugich, nie zwalał z kolan. Manchester, z grą jaką prezentuje dziś w Premier League nie zajedzie za daleko a problemy może mu sprawić nawet beznadziejnie człapiący Milan. Możliwe, że wraz z Fergusonem, cały United stracił swoją wielkość. Czy odwracalnie?

Mając w wyobraźni hitowe starcia Manchesteru City, Galatasaray, Arsenalu i Milanu (plus Leverkusen, Zenit, Schalke) z United, Chelsea, Realem, Barcą, Borussią, Bayernem, PSG i Atletico Madryt aż robi się gorąco. I co kibice będą robić w przerwie zimowej? Gdyby nie Igrzyska Olimpijskie, gdyby nie spokojne weekendy w towarzystwie skoczków, biathlonistek i Justyny Kowalczyk, można by zapaść w zimowy sen…

Dla kogo Złota Piłka? Po raz piąty?…Nie tym razem!

Dotąd tylko nieoficjalnie, teraz już oficjalnie: poznaliśmy kandydatów do sięgnięcia po Złotą Piłkę, czyli nagrodę dla najlepszego piłkarza roku 2013. FIFA nominowała dwudziestu trzech graczy do walki o to trofeum:

Gareth Bale (Real Madryt)
Cristiano Ronaldo (Real Madryt)
Lionel Messi (Barcelona)
Xavi Hernandez (Barcelona)
Andres Iniesta (Barcelona)
Neymar (Barcelona)
Thiago Silva (PSG)
Edinson Cavani (PSG)
Zlatan Ibrahimović (PSG)
Radamel Falcao (AS Monaco)
Eden Hazard (Chelsea)
Robert Lewandowski (Borussia Dortmund)
Manuel Neuer (Bayern Monachium)
Philipp Lahm  (Bayern Monachium)
Bastian Schweinsteiger  (Bayern Monachium)
Thomas Mueller  (Bayern Monachium)
Arjen Robben  (Bayern Monachium)
Franck Ribery (Bayern Monachium)
Mesut Oezil (Arsenal)
Andrea Pirlo (Juventus Turyn)
Luis Suarez (Liverpool)
Yaya Toure (Manchester City),
Robin van Persie (Manchester United)

Patrząc na powyższą listę, od razu rzuca się w oczy zbyt duża liczba kandydatów. Nie ma się przecież co oszukiwać. Porównując ich dokonania i umiejętności, przynajmniej połowa nominacji wydaje się być mało śmiesznym żartem. Wystarczyłoby 5-6 nazwisk, nazwisk, o których usłyszał świat dzięki boiskowym dokonaniom ich właścicieli. W tym miejscu warto zaznaczyć, iż ugryzienie Suareza się nie liczy, choć oczywiście miało ono  miejsce na murawie. FIFA najwyraźniej poszła jednak  inną drogą…
Jako, że zabawa ta sprawiedliwa nie jest i raczej nie będzie nigdy (bo jak tu, w obecnych czasach, formacje defensywne, czyli obrona i bramkarz, mają rywalizować o miano najlepszego piłkarza z graczami ofensywnymi?), możemy zabawić się w statki i zatopić najsłabsze ogniwa od razu, nie czekając aż FIFA oficjalnie poda finałową trójkę. Bądźmy przez chwilę i my dziennikarzami, trenerami i piłkarzami, zastanówmy się komu warto oddać w ręce to cenne trofeum…

Na początek jednak, trzeba ustalić kryteria i odpowiedzieć sobie na proste pytanie: Co to jest Złota Piłka?

Najlepszy piłkarz 2013 roku! Brzmi dumnie. Tylko co przez to rozumiemy? Już sama nazwa jasno wskazuje na to, iż jest to nagroda dla jednostki, doceniająca osobiste dokonania a nie sukcesy całej drużyny i przy wyborze jednego z kandydatów, winniśmy się kierować właśnie tym tropem. Z drugiej jednak strony, nie da się uciec od wpływu reszty zespołu na te jednostki, jakkolwiek by one nie były uzdolnione. Przecież sukces całej drużyny, rodzi się z sukcesów poszczególnych piłkarzy i z tą prawdą nie warto się kłócić. Gdybyśmy odrzucili to kryterium w kąt, moglibyśmy nominować nawet kogoś z Ekstraklasy, np. Grzelczaka, który w bezpośrednim starciu z Messim pokazał mu jego miejsce ;-).
Wracając jednak do rzeczywistości… O Nagrodę powalczą prawdopodobnie Cristiano Ronaldo, Franck Ribery, Zlatan Ibrahimović i Lionel Messi.
W przypadku tego ostatniego, można by było rzec, że sam wypisał się z rywalizacji o Złotą Piłkę i jego szanse na wygraną zmalały do zera, gdybyśmy… nie znali historii. Historii, którą napisała FIFA w ciągu ostatnich kilku lat, i w której to właśnie Argentyńczyk jest pępkiem futbolowego świata i… jedynym zwycięzcą plebiscytu organizowanego przez piłkarską centralę oraz magazyn France Football. Wybór asa Barcelony już w roku poprzednim spotkał się z niemałym zaskoczeniem i chłodnym przyjęciem wielu kibiców oraz późniejszymi podejrzeniami napływającymi z różnych stron, jakoby wyniki głosowania miały być sfałszowane na korzyść argentyńskiego piłkarza. Gdyby i w tym roku, nagroda powędrowała do Messiego, jej prestiż zmalałby do poziomu zero, jednocześnie wybór ten, nie wzbudziłaby większego zaskoczenia. Miejmy jednak nadzieję, że zarówno u głosujących jak i rządzących FIFĄ zadziałają odpowiednie szare komórki i nie będziemy świadkami żadnej wtopy i gwiazdor Barcelony nie znajdzie się wśród trzech najlepszych zawodników mijającego roku.

Te trzy miejsca powinny być zarezerwowane dla Ronaldo, Ibrahimovicia i Ribery’ego. Cała trójka spisywała się znakomicie, pokonywała kolejne bariery i ani na chwilę nie spoczęła na laurach. Dzięki każdemu z nich, murawy największych europejskich stadionów wypełniały się po brzegi magią…

Franck Ribery jest obok Roberta Lewandowskiego najjaśniej świecącą gwiazdą Bundesligi. Prawdziwym sercem Bayernu Monachium i jednym z głównych autorów victorii w poprzedniej edycji Champions Ligue. Można by nawet rzec, iż to właśnie Francuz jest motorem napędowym mistrzów Niemiec i wszystko, czy to w LM czy rozgrywkach ligowych kręci się tam w okół niego. Czy Bayern poradziłby sobie bez wsparcia Ribery’ego?
Według naszych reprezentantów, Roberta Lewandowskiego i Grzegorza Krychowiaka, Złota Piłka powinna powędrować właśnie do francuskiego piłkarza. O ile w przypadku tego drugiego, taki pogląd nie powinien dziwić, o tyle Lewy wysunął z rękawa ‚ciekawy’ argument: „Ronaldo strzela bramki, ale Ribery gra dla drużyny. Wystarczy zobaczyć, ile asyst ma na koncie Francuz, a ile Portugalczyk”.
W ustach profesjonalnego piłkarza, również nominowanego do tej nagrody, słowa te brzmią najzwyczajniej w świecie – śmiesznie. Jeśli mamy porównywać obu za liczbę asyst, dlaczego nie robić tego samego w stosunku do strzelanych goli? Co Lewandowski miał na myśli, wie tylko on sam ale patrząc na jego ostatnie wywiady, gdzie próbuje uświadomić wszystkim dookoła ileż to on nie ma na koncie kluczowych podań i jak one są ważne, wszystko robi się jakieś takie… jaśniejsze  ;-)
Ribery zasłużył na miejsce w pierwszej trójce ale czy na Złotą Piłkę? Czy Francuz jest kimś, kto cały czas prze do przodu pod prąd, zdobywając kolejne szczyty? To prawda, gra dla drużyny, ma mnóstwo asyst i na dzień dzisiejszy, na swojej pozycji jest niekwestionowanym liderem ale zasady kierujące tą zabawą są nieubłagane. W grupie wszystkich piłkarzy świata znalazło się dwóch, którzy od Francuza są po prostu lepsi…

Zlatan Ibrahimović jest… Przecież nie trzeba nic pisać. W ciągu kilkunastu ostatnich dni ten człowiek nie schodził z pierwszych stron gazet na całym świecie. Ibra jest jedynym w swoim rodzaju i wszystko czego się tknie robi najlepiej. Fenomen. Nieważne do jakiego trafi kraju, do jakiej ligi i kogo będzie miał za partnerów – on sobie da radę. Zawsze na najwyższym poziomie. W zasadzie, FIFA dla samego Szweda powinna zorganizować oddzielne kategorie i rok w rok przyznawać mu kolejną statuetkę za…piłkarski geniusz. Te bramki, te podania, ten instynkt i ten charakter – wszystko czego można oczekiwać po piłkarskim wzorze ma w sobie Ibra.
Jedynym, czego można współczuć Ibrahimoviciovi, co jednocześnie uświadamia dlaczego jeszcze nigdy nie sięgnął po żadną nagrodę, to pecha co do gry w nieodpowiednich klubach, w nieodpowiednim czasie. Jakoś tak się złożyło, że jeszcze nigdy zespół szwedzkiego piłkarza nie odniósł zwycięstwa w rozgrywkach Champions Ligue a przecież w dzisiejszych czasach to główny wyznacznik sportowej klasy…
Może w tym roku? Przecież eksperci coraz głośniej zaczynają stawiać Paris Saint Germain w roli faworyta do gry…w finale. A wiadomo, gdyby nie było tam Zlatana, nie wysuwano by takich hipotez…

Ileż to już razy na pokonanym polu pozostawał Cristiano Ronaldo? odpowiedź jest jedna, mianowicie zbyt dużo. Od wielu lat sumiennie pracował na miano piłkarza wszech czasów i zawsze na ostatniej prostej, dosłownie o czubek nosa, znajdował się przed nim Leo Messi. Choć Portugalczyk w każdym kolejnym spotkaniu udowadnia swój piłkarski geniusz, wciąż gra rolę największego przegranego. Wiadomo przecież nie od dziś, że w sporcie liczą się tylko zwycięstwa. Zapewne i samego Ronaldo nie interesują inne miejsca na podium niż pierwsze. Wystarczy przecież na niego spojrzeć by wiedzieć jakim jest człowiekiem i do czego dąży.
Jeśli ktoś zapyta, dlaczego to właśnie CR7 zasłużył na miano piłkarza roku 2013, nie trzeba udzielać mu żadnej odpowiedzi. Prawdopodobnie człowiek ten, pierwszy raz w życiu widzi na oczy futbolówkę albo na jednej ze stron internetowych, kursor skierował jego wzrok na news związany z tym wydarzeniem. Człowieku! Włącz telewizor albo youtube’a, zobacz, co na boisku wyprawia ten piłkarz i bij pokłony. To prawdziwy magik futbolu, piłkarski czarodziej i fenomenalny wzór do naśladowania. Gdyby polscy piłkarze pracowali na swój sukces równie ciężko, jak Portugalczyk, mielibyśmy w kraju mistrzów świata.
Ten rok należał do Cristiano i to nie ulega żadnym wątpliwościom. Złota Piłka jest nagrodą indywidualną i sukcesy drużyny, choć mają duży wpływ na zawodnika, nie muszą o niczym świadczyć. Ronaldo ani z Realem ani z Reprezentacją Portugalii nie osiągnął w tym roku prawie nic, żadnego znaczącego trofeum a jednak, kolejny raz rzucił na kolana piłkarski świat. To się ma albo nie!
Ta nagroda po prostu mu się należy. Jak nikomu innemu. To prawda, że Ribery gra dla drużyny i ma mnóstwo asyst ale porównajmy ile goli na koncie ma Francuz a ile Portugalczyk… ;-).

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości co do kolejności owych trzech piłkarzy, niech ‚zabierze’ ich kolejno z Bayernu i Francji, PSG i Szwecji oraz Realu i Portugalii. Nie ma się co oszukiwać, najwięcej bo ponad 50 % swojej siły straciłyby zespoły Ronaldo i Ibrahimovicia. Real bez Cristiano, zamiast o mistrzostwo Primera Division, biłby się raczej o Puchar Europy i miejsca 4-6…

Skoro znamy już najpoważniejszych kandydatów do pierwszej trójki plebiscytu FIFA i France Football, warto poświęcić kilka słów Robertowi Lewandowskiemu, który również znalazł się gronie nominowanych. Polak, w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów wspiął się prawie na sam szczyt piłkarskiego raju z Borussią Dortmund a indywidualnie, strzelając cztery gole Królewskim, sięgnął gwiazd. W Bundeslidze również bił kolejne rekordy i urósł do miana największej ligowej gwiazdy. Jego nominacja do tej prestiżowej nagrody mogłaby się zamienić w coś więcej, gdyby Lewy do sukcesów klubowych dołożył również te reprezentacyjne. Gdyby Polacy wywalczyli awans na Mundial w dużą w tym rolę odegrał właśnie napastnik Borussii Dortmund, mógłby śmiało walczyć o pierwszą trójkę tego konkursu. Niestety, tym razem się nie udało. Może za dwa lata, jeśli Robert utrzyma wysoką formę strzelecką (i asystencką ;-) ) oraz poprawi grę w kadrze, będziemy mogli do ostatnich chwil niecierpliwić się przed ogłoszeniem wyników walki o Złotą Piłkę…

 

Komu półfinał, komu? Liga Mistrzów.

Wszystkie mecze ćwierćfinałowe Champions Ligue już za nami. Wśród pretendentów do tytułu najlepszej drużyny Europy pozostały trzy zespoły hiszpańskie, dwie niemieckie i po jednej włoskiej, francuskiej i tureckiej. Mimo kolejnych dowodów na to, że FIFA i UEFA aż nazbyt wtrącają się w sprawy natury i w dużym stopniu reżyserują scenariusz tych rozgrywek, nie straciły one w oczach wielu kibiców swojego prestiżu i wartości. Wciąż wywołuje wielkie emocje, niejednokrotnie jest powodem do euforii lub płaczu. To po prostu Liga Mistrzów. I czy kiedyś w ogóle się to zmieni?

Na pierwszy ogień do walki o trofeum przystąpili Bayern Monachium z Juventusem Turyn. Dwa silne ogniwa, teoretycznie najbardziej wymagający i najniebezpieczniejsi dla hiszpańskich potentatów, zostały skojarzone przez ‚los’ już w ćwierćfinale. Zawsze to jedna przeszkoda mniej na drodze i większa atrakcyjność spotkania na tym etapie rozgrywek ;-). Faworytem pierwszego meczu tych drużyn byli gospodarze, to także oni typowani są w opinii publicznej do miana jedynej przeszkody na drodze Barcelony i Realu to końcowego triumfu. Niespodzianki nie było i to właśnie vice-mistrz Niemiec zapisał zwycięstwo na swoim koncie. Być może całe spotkanie potoczyłoby się inaczej gdyby, Bianconeri nie zostali zaskoczeni już w pierwszej minucie, kiedy to na bramkę Buffona uderzył David Alaba i ta, ku zaskoczeniu samego Austriaka, wtoczyła się do bramki. Juventus grał słabo, nieporadnie i wyglądało to wszystko tak, jakby czekali na kolejny cios ze strony Monachijczyków. Dostali go wreszcie w 63. minucie i jedyne co można po tym meczu powiedzieć, to, że jest to ledwie 2-0. Jeśli lider Serie A nagle obudzi się w rewanżu, jeśli zapragnie rzucić wszystko na poczet tego meczu, zawalczyć jak Arsenal, to skromna wygrana Bayernu na własnym obiekcie, może po prostu nie wystarczyć. Nawet jeżeli na dzień dzisiejszy to Bayern jest w gazie, zarówno w Bundeslidze jak i w europejskich pucharach idzie po ścieżce zwycięstw, nie jest powiedziane, że nagle z niej nie zboczy, że dwubramkowa zaliczka nie odbije mu się czkawką. Wystarczy przytoczyć chociażby ostatnie spotkanie Barcelony z Milanem, czy wcześniejsze Bayernu z Kanonierami by zobaczyć jak szybko zaliczka z pierwszego spotkania może okazać się nic nie warta.

http://rutube.ru/video/6a906e8ae0a940045df98ef6ac4f2eb4/

Drugim wtorkowym meczem było starcie PSG i Barcelony. Ten zestaw elektryzował od początku kibiców na świecie. po pierwsze dlatego, że najniżej notowany ze wszystkich reprezentant Francji miał być łatwym celem dla Dumy Katalonii. Zwycięstwo Barcy w Paryżu miało wszystkim udowodnić, że powraca ona na wyżyny. Po drugie, wszyscy ostrzyli sobie zęby na bezpośredni pojedynek Ibrahimovicia z Messim. Początkowo Szwed miał nie zagrać w pierwszym spotkaniu za karę nałożoną po czerwonej kartce ale… nie wiadomo czy wpływ na decyzję piłkarskich władz miały korzyści wynikające z większego zainteresowania meczem w przypadku gry Ibry, czy może Szejkowie i ich bogate kieszenie ;-). Skoro już wiadomo było, że Zlatan zagra, wiadomo też było, że trafi on do siatki. Każdy kto przeczytał książkę napastnika PSG, doskonale poznał jego naturę i przede wszystkim ambicję. To, że Ibra strzeli gola Barcelonie było pewne bardziej niż wszystkie inne zakłady przyjmowane na to spotkanie. Barca mogła ten mecz wygrać, wygrać nawet różnicą kilku goli, ale Zlatan miał trafić do siatki. Tak się stało…
Sam mecz rozpoczął się trochę inaczej aniżeli wcześniej układał się w głowach kibiców. To gospodarze ruszali do ataków i gdyby nie słupek, mogli nawet prowadzić. Tak było przez dłuższą chwilę pierwszej połowy, wtedy do głosu doszli piłkarze Blaugrany i objęli prowadzenie za sprawą Messiego. Argentyńczyk w jednej chwili wlał w serca kibiców Barcy hektolitry serca, by dosłownie za chwilę wprawić ich w niepokój i smutek. Ku zaskoczeniu całego świata 8-O  okazało się bowiem, że Leo nie jest niezniszczalny i także jego dotykają kontuzje. Na drugą połowę Barca wyszła więc już bez Messiego w składzie ale wciąż z prowadzeniem. Początkowe wieści na temat stanu zdrowia mówiły o dłuższej przerwie Argentyńczyka (ok. 3 tygodni) i braku możliwości gry w rewanżu, później jednak czas absencji skrócił się do tego stopnia, że nie wiadomo kiedy Lionel zamelduje się na murawie. Może już w następnym spotkaniu? A może dopiero w rewanżu?. Barca bez swojego lidera, nie przestała atakować. Kolejne próby podwyższenia wyniku spełzły na niczym, co obudziło nieco zaspane PSG. Paryżanie poczuli szansę i zaatakowali. Poskutkowało to wyrównującą bramką. W 80. minucie gola strzelił Ibrahimovic. Bramka jednak nie powinna być uznana, gdyż Szwed znajdował się na pozycji spalonej. Sędzia jednak podtrzymał poziom swoich pracodawców i zaliczył gola Szwedowi. Było 1-1 i wydawało się, że takim właśnie wynikiem zakończy się mecz. Nic bardziej mylnego. Barca nie chciała dać za wygraną, dzięki temu uporowi dostała karnego, którego zamieniła na bramkę. Wydawało się, że dającą jej zwycięstwo ale wtedy znów, stało się coś niesamowitego (za dużo jak na jeden wieczór! ;-) ). W ostatniej akcji spotkania, Liderowi Ligue 1 udało się uratować remis. To dopiero był psikus dla wszystkich. W meczu więc remis, w starciu Ibry z Messim też (chociaż pomogły okoliczności) i stety/niestety (wedle uznania) Barca nie udowodniła jeszcze, że wraca na tron. 2-2 z PSG nie jest tym czego od niej oczekiwano. Chociaż zapewne awans do półfinału w kieszeni ma.

http://rutube.ru/video/7540279ceafa303cc1b02e3997cec272/

Po wtorkowych emocjach, oczekiwano, że podobnie będzie także w środę. Grał Real z Galatasaray i kibice szykowali się na ostrzeliwanie bramki gości. Królewskich nie trzeba dwa razy prosić o pokaz siły, tym bardziej jeśli w składzie jest Ronaldo. Portugalczyk potrzebował zaledwie 9 minut by wpisać się na listę strzelców i otworzyć worek z bramkami. Tureckiej ekipie na nic zdały się transfery Drogby i Sneijdera, wciąż bowiem nie widać w nich zespołu na miarę sukcesów w Europie. Jeszcze nie teraz. Real grający wcale nie rewelacyjnie, grał o klasę (a nawet dwie) lepiej niż Galata. I nawet niepodyktowany karny dla gości (gdyby zaowocował bramką) nie zmieniłby obrazu gry, a mógłby jeszcze bardziej rozwścieczyć Królewskich i mogłoby się to zakończyć jeszcze większymi cyframi. Real więc jest już nie jedną ale dwoma nogami, a nawet całym ciałem w półfinale.

http://rutube.ru/video/587e07ae156701a0114fb64973bb378f/

Ostatni i najciekawsze dla Polaków zarazem ćwierćfinałowy mecz odbył się w Maladze. Grały dwie rewelacje. Zwycięzca grupy,w  której był Milan i zwycięzca grupy z Realem, Ajaxem i City. Pogromcy Porto i Szachatara. nie trzeba było więcej mówić by zachęcić kibiców do obejrzenia tego spotkania. Miało być mnóstwo bramek i rywalizacja od pierwszej do ostatniej minuty. I chyba na ‚miało być’ warto zakończyć. Borussia była lepsza, kolejny raz udowodniła, że jest gotowa na sukces, że dojrzała do gry na najwyższym poziomie europejskim. Czy Począwszy od pierwszego spotkania w fazie grupowej aż do teraz, piłkarze Kloppa zagrali chociaż jedno słabe spotkanie? Czy zagrali bez wyrazu, bez pomysłu i wreszcie bez zaangażowania? Czy odpuścili jakiś mecz? Odpowiedź jest prosta: Nie. wszystkim innym się to zdarzyło, wszystkim poza Borussią. Za świetną grę w Lidze Mistrzów w Dortmundzie zapłacili wysoką cenę – mistrzostwa Niemiec. Tylko jaką wartość mogłoby mieć dla nich trzeci tytuł z rzędu, jeśli w LM mieliby odpaść w przedbiegach. Chyba każdy wolałby triumfować w Champions Ligue aniżeli kolejny rok smakować to co już poznane. Na ostry bój na obu frontach przyjdzie jeszcze czas, może w następnym sezonie?
Piłkarze Borussii, choć przez cały mecz byli bez wątpienia zespołem o klasę lepszym, nie znaleźli drogi do pokonania świetnie spisującego się Willy’ego Caballero. To właśnie bramkarz Malagi bezdyskusyjnie był MVP tego meczu.  Zaczarował bramkę i żaden z piłkarzy gości nie umiał jej odczarować, a okazji mieli bez liku. Postawa Caballero automatycznie sprawiła, że za najgorszych aktorów wieczornego widowiska zostali uznani ci, którzy nie potrafili wykorzystać 100% sytuacji. Bezdyskusyjnie, najgorszym graczem meczu został więc Goetze. Co ciekawe bliski odebrania mu tego miana był Robert Lewandowski, który otrzymał od dziennikarzy najniższą ocenę. Przeciwnie jednak ocenili go kibice, dla których Lewy był jednym z najlepszych na boisku. Dobrze spisał się także Piszczek, Błaszczykowskiego z powodu kontuzji zabrakło w składzie i… być może właśnie jego zabrakło do zwycięstwa Borussii w tym spotkaniu.

http://rutube.ru/video/bffcf6a68c493e6517d3797ac4084b4f/

Po czterech meczach można uznać, że w półfinałach zagrają dwie hiszpańskie ekipy (Barca, Real) oraz dwie niemieckie (Bayern, Borussia) i tylko niespodzianka zmieni skład ostatnich w tej edycji LM dwumeczy. Już teraz można więc zastanawiać się jak półfinałowe pary zestawi FIFA los. Czy zmierzy to w kierunku hiszpańskiego/niemieckiego finału, czy może… Gdyby podejrzenia wobec europejskiej centrali znalazły odzwierciedlenie także w kolejnym losowaniu, obejrzymy pewnie pojedynki : Barcelona – Borussia oraz Real – Bayern. Ale przecież nie warto wyprzedzać przyszłości…

Karma wraca a świat zwariował.

- To był niewiarygodny tydzień, wygraliśmy dwukrotnie El Clasico, a teraz przeszliśmy dalej w Champions League. Nasza forma jest dobra i wierzymy, że ją utrzymamy, ponieważ za cel stawiamy sobie wywalczenie Pucharu Europy – To słowa Cristiano Ronaldo.

O ile z pierwszą częścią zgodzić się trzeba bo jest to stwierdzenie faktów to już druga część wypowiedzi Portugalczyka daje powody do zastanowienia i zadania sobie pytania ‚Czy Real jest w wystarczająco wysokiej formie by wygrać Ligę Mistrzów?’.

Jeszcze kilka miesięcy temu fakt, że Real ograłby dwukrotnie Barcę i wyrzucił United z Ligi Mistrzów spowodowałby oddanie w ich ręce Pucharu Europy jeszcze zanim wywalczyliby go na boisku, kto inny bowiem miałby z nimi rywalizować w tej walce… Dziś jednak sytuacja jest zgoła odmienna bo sukcesy Realu nie do końca świadczą o jego sile. FC Barcelona jest kompletnie bez formy, straciła wszystkie swoje atuty i w obecnej chwili nie byłaby groźnym rywalem dla większości europejskich potęg bo w ciągu kilku tygodni stała się zwykłym średniakiem piłkarskim. Wciąż silnym kadrowo ale takim, który stracił sens życia, piłkarskiego życia. Dwa zwycięstwa nad słabą Barceloną nie były więc tak ciężkim do wykonania planem. Realowi było łatwo jak nigdy w ciągu ostatnich kilku sezonów i każdy kto dostrzegał u Dumy Katalonii jej nadciągający koniec, ten miał pewność, że w obu spotkaniach faworytem będą Królewscy. Real więc wykonał swój plan w 100%, dwukrotnie pokonał swojego największego rywala, czym jeszcze bardziej go zdołował. Odbębniono więc wielki sukces i powrót Królewskich do formy. Kolejnym dowodem miał być drugi mecz z Czerwonymi Diabłami, przecież wygrana z najlepszą drużyną świata, według wielu, daje prawo do tego, by wskoczyć na tron w miejsce pokonanego. Przyszedł więc mecz z Manchesterem, jednocześnie będący próbą dla Realu. Szansą na udowodnienie swojej wartości, formy i siły. Chociaż po pierwszym spotkaniu na Santiago Barnabeu wydawało się, że Real postawi wszystko na jedną kartę i znów będzie chciał przejechać się po United, wierząc w to, że tym razem piłka będzie sprawiedliwa i zwieńczeniem lepszej gry będą bramki i końcowy triumf. Mecz jednak ułożył się zupełnie inaczej niż oczekiwano bo to Manchester prowadził grę, był lepszy i bliższy zdobycia bramki. Czarne chmury zbierały się nad Realem a zwieńczeniem tego było ładne i sprytne trafienie…Ramosa. Widać było w grze piłkarzy Jose Mourinho, że nie potrafili grać swojej piłki, wyglądało to jakby chcieli ale nie mogli, jakby bili głową w mur, jakby niewidoczna siła zatrzymywała wszelkie ich ataki już w zarodku. Z pomocą przyszedł sędzia, który wyrzucił z boiska Naniego. Czy słusznie czy nie, nie warto się sprzeczać, gdyż na ten temat jest tyle opinii ile osób je wygłasza. Dla jednych faul był ewidentny i sędzia bez trudu wybroni się z takiej a nie innej decyzji, jeszcze inni eksperci twierdzą, że maksymalną karą za faul była kartka żółta. I rzeczywiście po wypowiedzi Arbeloi to właśnie żółtko było odpowiednim kolorem, obrońca Realu przyznał bowiem, iż Nani go nie zauważył. Decyzja sędziego była decydującym momentem dla dalszych losów spotkania. Nie chodzi jednak o stratę liczebną w ekipie gospodarzy i druzgocący wpływ na organizację gry Czerwonych Diabłów ale na podejście do meczu piłkarzy Realu. Po wspomnianej bowiem kontrowersji Królewscy, jak za odjęciem czarodziejskiej różdżki, zaczęli wierzyć w zwycięstwo i walczyć o to, zaczęli w końcu wykonywać plan z jakim przyjechali do Anglii. ManU w dalszym ciągu, nawet grając w osłabieniu, potrafili nawiązywać walkę z Realem i  mieli szanse na kolejne trafienia. Każdy znający się na piłce kibic doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że czerwona kartka nie jest wyrokiem skazującym na porażkę i klub taki jak United jest na tyle dojrzałym by w zaistniałej sytuacji sobie poradzić, by przy prowadzeniu 1-0 i mając w kieszeni awans, utrzymać taki stan rzeczy. Historia piłki nożnej zna masę przykładów, w których zespół silniejszy gra w przewadze a mimo to nie potrafi udokumentować swojej przewagi golem a nawet daje sobie odebrać trzy punkty (vide mecz Reims z PSG). Jak więc widać czerwona kartka nie jest wyrokiem a jedynie może być jednym (często najważniejszym) z kilku powodów do nagłej zmiany gry. Tym razem była bodźcem dla Królewskich, których otrzeźwiła decyzja sędziego i naniosła zmiany na ich grę. Prawdą więc jest,  że kartka zmieniła losy meczu, ale była powodem do lepszej gry u gości, niż gorszej u piłkarzy Fergusona. Mimo zwycięstwa i awansu do kolejnej fazy Ligi Mistrzów, mecz z Manchesterem zasiał kolejne ziarno wątpliwości co do formy Królewskich. Zwycięstwa nad Barceloną i Manchesterem nie dają powodu by koronować Real, nie wydaje się bowiem by piłkarze Jose Mourinho byli dziś silniejszym sportowo zespołem niż wtedy kiedy przegrywał z Borussią Dortmund czy remisował z Manchesterem City. Mistrzowie Hiszpanii mają takie same szanse na triumf w Champions Ligue jak pozostałe zespoły, aktualna edycja tych rozgrywek jest na tyle wyrównana, że nie ma w niej bezsprzecznych faworytów.

http://www.youtube.com/watch?v=XwgRFI7Dhb8

Trener Realu Madryt na pomeczowej konferencji zaszokował cały świat. Do tej pory tylko on nanosił czarne plamy na nieskazitelnie czystą katalońsko-madrycką opinię. W światku oba te zespoły, chociaż przede wszystkim Barca, uchodziły za niezwykle czyste i kulturalne, dalekie od wszystkich kontrowersyjnych, chamskich zachowań i skandali. Zachowanie Portugalczyka może świadczyć o tym, że świat zwariował. U niektórych zawodników Barcy słoma wychodzi z butów (vide Valdes i…)

a Mourinho pokazuje klasę. Obrót o 180 stopni i nie warto w tej chwili doszukiwać się drugiego dna w takich a nie innych słowach trenera Realu bo wszystko co powiedział było przecież prawdą. Chociaż Portugalczyk znany jest z narcystycznych zachowań, otwarcie przyznał, że mecz przegrał zespól lepszy. Wczorajszego wieczoru to United byli przez większą część spotkania drużyną lepszą ale… karma wraca!

W pierwszym spotkaniu Królewscy byli jak walec, który przejeżdżał po Manchesterze ale on ciągle się podnosił z kolan. Real był lepszy i mimo to meczu nie wygrał, wczoraj sytuacja się odmieniła i to co w pierwszym meczu natura zabrała piłkarzom z Madrytu, oddała w rewanżu. Real gra dalej i wciąż ma szanse na końcowe zwycięstwo, chociaż wcale nie większe niż reszta ekip.

***

Swój mecz wygrała też Borussia Dortmund. Szachtar Donieck nie był wczoraj żadnym przeciwnikiem dla piłkarzy z Dortmundu a prym u gospodarzy wiedli Polacy. Asystą przy drugim golu popisał się Lewandowski a trzecią, decydującą bramkę zdobył Błaszczykowski. Borussia potwierdziła, że walczy o zwycięstwo w Lidze Mistrzów i będzie silnym rywalem dla każdego zespołu. Dla nas to świetna informacja przed meczem Polski z Ukrainą, ci sami zawodnicy zagrają na przeciw siebie także w meczu Reprezentacji i dziwne by było gdyby nagle role dominacji na boisku miały się odmienić.

http://www.youtube.com/watch?v=LUpIZbomU2c