Archiwa tagu: pzpn

Cierzniakiem dziś Polska żyje… Będzie sławny jak niegdyś Pinokio?

12768404_1106140572776198_4159318251269393215_o

Afera, batalia, wojna… Od dobrych kilku tygodni cała piłkarska Polska żyła konfliktem na linii Wisła – Cierzniak – Legia ale od dwóch dni, temat ten jeszcze bardziej rozgrzewa do czerwoności ze względu na nowo powstałe fakty…
Kto w całej sprawie ma racje? Co mówią przepisy a co zwykłe ludzkie zasady? Kto mówi prawdę, a kto łże jak pies? Jaki udział we wszystkim mają dziennikarze i gdzie w tym wszystkim miejsce mają regulamin i przepisy prawne?

Radosław Cierzniak został sprowadzony do Wisły Kraków kiedy w jednym czasie, z powodu kontuzji, straciła ona swoich dwóch podstawowych goalkeeperów – Michałów Miśkiewicza i Buchalika. Z powodzeniem udało mu się załatać dziurę powstałą między słupkami bramki krakowian i co raz częściej dało się słyszeć o zainteresowaniu jego osobą innych klubów.

Kibice Wisły, którzy przyjęli Radka na Reymonta z otwartymi ramionami, mimo jego przeszłości w Cracovii oraz Lechu Poznań, oczywiście liczyli na przedłużenie obowiązującego do czerwca kontraktu bramkarza z ich ukochanym klubem. A przecież w mediach co rusz pojawiały się plotki o jego rzekomym transferze do warszawskiej Legii. Cierzniak uspokoił jednak zaniepokojonych kibiców i jeszcze na chwilę przed ujawnieniem faktu złożenia podpisu pod umową z klubem ze stolicy, wszystkiemu zaprzeczał. Sama Wisła zapewniała przecież swoich fanów o trwających rozmowach i chęci przedłużenia umowy z Cierzniakiem.
Wszyscy byli w  wielkim szoku, kiedy okazało się, że bramkarz mijał się z prawdą i rzeczywiście, za plecami wszystkich podpisał kontrakt z nowym klubem. Czemu więc do ostatniej chwili próbował zataić prawdę? Czemu nie potwierdził krążących plotek i domysłów? Czemu nie zagrał fair i nie zachował się jak prawdziwy facet?

Wisła do dziś zapewnia, że cały czas oferowała Cierzniakowi nowy kontrakt a on sam nigdy nie powiedział definitywnego ‚NIE’, wręcz przeciwnie, podobno wraz ze swoim menadżerem, obiecali kontynuację rozmów o jego przyszłości na Reymonta.
Kiedy dziennikarze wyjawili opinii publicznej tajemnicę goalkeepera, ww dwójka obrała ustalony wcześniej kurs na Warszawę i przedstawiła zupełnie inne stanowisko. Mianowicie, że zawodnika nie satysfakcjonowała już gra w Krakowie i rozmowy już dawno zostały zerwane. Cierzniak  nie był zainteresowany dalszym reprezentowaniem Wisły i żadna siła nie zdołała go przekonać.

Zarówno Wisła, jak i jej kibice byli oburzeni faktem, że nie wyznał prawdy, że do końca kłamał i w końcu, że Legia. Że Legia drugi raz w ostatnim czasie, w ten sam zresztą sposób, za plecami Białej Gwiazdy podbiera jej zawodnika (Handzik).
Cierzniak nie grał w sparingach kiedy jeszcze wszyscy byli przekonani, że minimum najbliższe pół roku spędzi na Reymonta i nie zagra w niej już raczej nigdy. Kiedy okazało się, że piłkarz nie wiąże swojej przyszłości z Wisłą, ta mając przecież w kadrze równie dobrych i zdrowych już Miśkiewicza i Buchalika, zdecydowała się zesłać go do drużyny rezerw. Co prawda, warszawski klub przesłał do Krakowa ofertę kupna Cierzniaka ale… O transferze na linii Wisła – Legia, pod Wawelem nawet nie chcą słyszeć i za kadencji Bogusława Cupiała taka sytuacja byłaby raczej swoistym kuriozum.
Decyzja krakowskiego klubu oprócz oczywiście rywalizacji na tle sportowym z Legią a także jej postępowania, nie zawsze w gestach fair play, podyktowana była beznadziejnym, w stosunku do samej Wisły, jak i jej kibiców, zachowaniem Cierzniaka, wielce prawdopodobnym popsuciem atmosfery wśród reszty zawodników oraz, co w kontekście prawnym całej sytuacji ma znaczenie chyba największe, wypowiedzią jego menadżera, w której to przyznaje, że jego podopieczny nie będzie w stanie już grać i dawać Wiśle tej samej jakości jak do tej pory. Wydawało się, że sprawa za chwilę ucichnie i wszyscy dookoła zrozumieją postępowanie z niewdzięcznym pracownikiem ale nie…

Krakowski klub znalazł się pod obstrzałem mediów, głównie tych z Warszawy, którzy w setkach podobnych artykułów oczerniali nie piłkarza ale właśnie Wisłę. Wisłę, która została wyrolowana na cacy. Aż dziw bierze, że nie przyjmowali oni takiej samej postawy wobec podobnych spraw Paixao, Modelskiego czy Vrdoljaka… No tak, pierwsze dwie sprawy nie dotyczyły przecież klubu ze stolicy, a w przypadku ostatniej, klubem, który zesłał do rezerw swojego piłkarza, była właśnie Legia.

Po kolejnych dniach dręczenia tematu, notabene, dręczenia Wisły za dręczenie Cierzniaka, wszyscy czuli się już zadręczeni. I kiedy wydawało się, że sprawa jest na finiszu a goalkeeper przynajmniej do czerwca nie założy koszulki nowego pracodawcy, ten zdecydował się rozwiązać umowę z winy klubu przed Izbą ds. Rozwiązywania Sporów.
W środę, na ww posiedzeniu doszło do mega sensacji ponieważ Cierzniak, jako pierwszy w historii piłkarz wygrał tego typu sprawę i jego kontrakt z Wisłą przestał obowiązywać.
To jednak nie koniec sprawy a zawodnik, mimo zadowalającego werdyktu, wcale nie może czuć się spokojnie. Krakowski klub wydał oświadczenie, w którym poddał pod wątpliwość sprawiedliwe i niejednostronne przeprowadzenie sprawy. Izbie zarzucono działanie na rzecz warszawskiej Legii i podano kilka elementów, które wciąż pozostawiły sporo niejasności.
I rzeczywiście, można się zastanowić, dlaczego Izba, wydając wyrok, kierowała się jedynie słowami Radosława Cierzniaka, nie biorąc pod uwagę stanowiska Wisły Kraków? Dlaczego w tym jednym, jedynym przypadku przychyliła się ku wnioskowi piłkarza, mimo że wcześniej, podobne sprawy zawsze rozwiązywała na korzyść klubu a ostatnim przykładem na to jest przecież niedawna sprawa Filipa Modelskiego? Dlaczego wzięto pod uwagę kłamstwa na temat braku bezpieczeństwa Cierzniaka w Krakowie, za to nie zwrócono uwagi na wspomniane już wcześniej słowa menadżera piłkarza? Dlaczego Izba, swoją decyzją zdecydowała się poprzeć zachowania, które przecież w futbolu, głównie przez największe organy, takie jak FIFA czy UEFA jest tępione, za to kładzie się ogromny nacisk na fair play? Czy udział w tym wszystkim miała ferowana wszędzie Legia i napierający z każdej strony dziennikarze?

Wisła nie zgadza się z decyzją Izby i wciąż uznaje Cierzniaka za swojego zawodnika. Sprawa oczywiście trafi przed oblicze innych organów. Zapewne także PZPN-u, Światowej Federacji oraz sądu. I co najlepsze, może się okazać, że w tym momencie to właśnie Biała Gwiazda znajduje się w najlepszej sytuacji. Dlaczego?
Zachwycony zakończeniem sprawy Cierzniak, udzielał wywiadów na lewo i prawo i chyba sam pogubił się w tym, kiedy i komu można mówić prawdę, a kiedy trzeba troszkę podkoloryzować historię by rzeczywiście móc spojrzeć bez wstydu w lustro. W rozmowie z redaktorem Robertem Błońskim, piłkarz przyznał dał do zrozumienia, że Legia kontaktowała się z nim w sprawie kontraktu jeszcze wtedy, kiedy nie mieli do tego prawa, czyli w okresie dłuższym niż sześć miesięcy. Co więcej, piłkarz mógłby się wyprzeć swoich słów, i pewnie sam dziennikarz, dla dobra Cierzniaka przyznałby się do sfałszowania wywiadu, gdyby nie fakt, iż tekst, zaraz po dostrzeżeniu wyjawienia w nim złamania przepisów, został aż trzykrotnie edytowany, tak by wybielić obie strony. Niestety dla nich, za późno. Szybciej od redaktora Przeglądu Sportowego zareagowali kibice Wisły, którzy cały proces edycji skopiowali i dziś już żyje on swoim życiem. Niestety, dla niektórych oczywiście, w internecie nic nie ginie.

Czy teraz wreszcie, wszyscy, którzy do tej pory bronili Cierzniaka będą potrafili spojrzeć prawdzie w oczy? Czy ludzie, którzy to Wiśle zarzucali zachowanie nie fair play, będą potrafili przyznać jej rację?
Bo któż wobec nielojalności i chamstwa byłby w stanie traktować swojego pracownika na normalnych zasadach i nie wyciągać wobec niego żadnych konsekwencji?
Przecież Dyrektor Departamentu Rozgrywek Krajowych PZPN, Łukasz Wachowski dopiero co tłumaczył przyczyny porażki krakowskiego klubu na posiedzeniu Izby brakiem wiarygodności i częstą zmieniania stanowiska. Czyż nie właśnie tym charakteryzuje się właśnie Radosław Cierzniak?
Właśnie wyszło szydło z worka…  Być może szanowni sędziowie orzekający na posiedzeniu wspomnianej Izby, zamiast kierować się dobrem Legii i zdaniem opinii publicznej, jak widać, w niektórych przypadkach równie zakłamanym, jak sam piłkarz, powinni zbadać sprawę, przesłuchując wszystkich zainteresowanych i przyjrzeć się bliżej prawdomówności obu stron. A w przypadku Radka Cierzniaka, wystarczyło sięgnąć po jego wypowiedzi, kierowane pod adresem każdego z nienawidzących się przez siebie klubów, w którym przyszło mu występować (cytaty na zdjęciu powyżej). Jak widać, zdanie zmienia tak często, jak akurat wiatr zawieje, więc opieranie tak ważnej sprawy, w jakiej przyszło orzekać Izbie, tylko na samym jego przesłuchaniu, oraz rzekomo wypowiedziach byłego już trenera Wisły, który również słynął z bogatych zasobów historii fantastycznych, było chyba z lekka nieprofesjonalne i niedorzeczne.

Po kilku tygodniach ciągnącej się afery, kiedy wszyscy już wieszali psy na Wiśle, oskarżając ją i nie rozumiejąc jej decyzji, okazało się, że nie wszystko jest czarne i białe a świat składa się z tysięcy różnych barw. Dziś już cała Polska zna prawdę a każdy normalny kibic w tym kraju ma nadzieję, że klub oraz piłkarz, którzy rzeczywiście złamali prawo, zostaną surowo ukarane. Przepisy to przecież przepisy a prawa, mieniąc się ludźmi honoru, łamać podobno nie wypada. Oszukiwać wszystkich dookoła tym bardziej. Wszyscy, z nadziejami patrzą teraz w stronę PZPN i chyba też mediów, które równie usilnie jak do tej pory ganiły Wisłę, winny zmienić swój front. Może jest jeszcze mała iskierka nadziei, że w Polsce nie ma równych i równiejszych i nie będzie przyzwolenia na podwójne standardy…

Wojewodo! Nie idź tą drogą…

Na Łazienkowskiej zimno, śnieżnie i cicho. I tylko okrzyki piłkarzy i trenerów przenikają ciężko przez tę ciszę…
Taki obraz piłki nożnej, bez kibiców i prawdziwej atmosfery chcą zgotować nam wojewodowie zamykając kolejne stadiony. Dziś padło na Legię, jutro może paść na każdy inny klub. Być może i Tobie nie będzie dane zawitać na trybunach swojej ukochanej drużyny bo komuś(niespełna rozumu) u góry wydało się to… zbyt niebezpieczne.

Jak to jest, że w całej Europie, na stadionach najlepszych lig Starego Kontynentu, odpalane są race, ba niekiedy całe trybuny ‚płoną’ od czerwoności  i nikomu ani przez myśl nie przejdzie by którykolwiek obiekt zamknąć na cztery spusty? Tam, jak widać, odpowiednie stanowiska zajmują odpowiedni ludzie (dosyć inteligentni), którzy zanim podejmą jakąś pochopną decyzję, trzy razy przemyślą sprawę. W Polsce, jak nigdzie indziej, wszystko musi być jednak na opak…

Pan Wojewoda, Jacek Kozłowski poza skompromitowaniem się samą decyzją o zamknięciu stadionu, poszedł o krok dalej i skompromitował się raz kolejny, kiedy nie mógł zrozumieć postawy Ekstraklasy i PZPN. Oba te organy sprzeciwiły się oczywiście takiemu obrotowi spraw, ganiąc jednocześnie Wojewodę za „część politycznej, wyrafinowanej gry”.
I właśnie w tym miejscu, kiedy wszyscy już zauważyli, że polityka za bardzo wkroczyła w sport, warto zapytać: Dlaczego kibice tak często są karani za oprawy, których hasła są powiązane z polityką? To jak to w końcu jest w tym temacie? Znów jednym wolno a innym nie?

Cały proces zamykania trybun przez wojewodów zakrawa na kpinę. Ciężko to wytłumaczyć w jakikolwiek sensowny sposób, w końcu takie sytuacje są fenomenem na skalę światową i u takich Anglików czy Włochów, rzeczywiście mogłyby wywołać atak śmiechu. Po co i na co to komu? Nie wiadomo. Nawet jeśli zamkną wszystkie stadiony, w kolejnych spotkaniach race i tak powrócą. To część stadionowej atmosfery i żaden polityk tego nie zmieni. No, chyba, że cała pirotechnika zniknie z powierzchni ziemi ale takiej mocy, na nasze szczęście, polski rząd nie posiada.

Niby tacy inteligentni, próbują przewidzieć przyszłość a nie pomyśleli, że ci sami kibice, którym dziś na każdym kroku utrudniają życie, są zwykłymi ludźmi. Tymi samymi, którzy mają decydujący głos o… życiu polityków. Dodatkowo, duża ich grupa, jeśli tylko chciałaby się zjednoczyć, stworzyłaby ogromną armię, której nie zatrzymaliby już żadni wojewodowie. Na całe ich szczęście, Polacy są niezwykle cierpliwi. Jak bardzo, okaże się na najbliższych wyborach…

 

PZPN robi zmiany? Świetnie!

Decyzją Polskiego Związku Piłki Nożnej, od sezonu 2015/16 w zespołach Ekstraklasy będzie mogło występować po trzech obcokrajowców spoza Unii Europejskiej a już sezon później tylko po dwóch takich piłkarzy. Wiadomo, że zza drzwi prezesów i dyrektorów sportowych klubów można będzie usłyszeć lament ale już polscy piłkarze, kibice i trenerzy powinni być z takiego obrotu spraw zadowoleni. Dlaczego?

Wiadomo, że największą liczbę obcokrajowców tworzą właśnie piłkarze spoza nie tylko samej Unii ale i w ogóle Europy. Za kopalnie talentów, najczęściej w naszym kraju uchodzą Afryka i Ameryka Południowa (a coraz częściej spogląda się na Azję), gdzie można znaleźć nie tylko młode, zdolne ale i przede wszystkim tanie piłkarskie kąski. W dzisiejszych czasach, kiedy w Polsce zamiast na osiedlowych boiskach, młodych chłopaków spotkać możesz najczęściej przed komputerem lub przed lustrem, tam, ich odpowiedniki wciąż biegają po betonie, ziemi czy trawie, kopiąc piłkę… Nie ma się więc co dziwić, biorąc pod uwagę oczywistą różnicę nabytych umiejętności i formy fizycznej, że kluby właśnie w tych rejonach szukają przyszłych gwiazd ligowych.
Teraz to wszystko ma się zmienić. W zespołach Ekstraklasy, a więc głównej hurtowni Reprezentacji Polski, grać mają przede wszystkim Polacy. Ma to podnieść poziom piłki prezentowany przez naszych rodaków na rodzimej i międzynarodowej arenie i być gwarancją miejsca w kadrze zespołu dla klubowych wychowanków.
PZPN postanowił zrobić kolejny krok w kierunku normalności i przy okazji uderzyć o kieszenie prezesów. Skończyły się już czasy, kiedy za piłkarzy pokroju Jakuba Błaszczykowskiego płacono gotówką z portfela i kilkoma piłkami. Dziś, z racji tego iż jest ich coraz mniej, za prawdziwe diamenty trzeba słono zapłacić i niestety, częściej i łatwiej przychodzi to klubom zagranicznym.
Trzeba jednak zaznaczyć, że same zmiany czy wprowadzane limity mogą się tak naprawdę na niewiele zdać. Przecież w innych ligach, także tych najsilniejszych, również obowiązują limity obcokrajowców a oni sami, aby je obejść i móc zarabiać na chleb na Starym Kontynencie, przyjmują jakiekolwiek europejskie obywatelstwo. Jak widać, wszystko da się zrobić by bez problemów nie tylko grać ale i podróżować po całym świecie. Przy okazji, jeśli na dłużej uda się zagrzać im miejsce w danej lidze, można załapać się i do kadry tego kraju…

Kibiców, fakt wprowadzenia limitów cieszy w zasadzie z jednego powodu. Pomijając już kwestię jakości polskiej reprezentacji, chodzi im o zażyłość piłkarzy z ich ukochanym klubem. Wiadomo, że obcokrajowców, którzy utożsamiali się z polskimi klubami, spędzali w nich długie lata, przyczyniając się do ich chwały, było niewielu. Rzadkością także było zrozumienie przez nich nie tylko klubowej historii ale i animozji między dwiema drużynami. Dlaczego w starciu z tym rywalem mają się starać bardziej a w starciu z tamtym grać jak o życie? Czym są derby a czym mecz przyjaźni? Dlaczego nie należy całować herbu na koszulce, jeśli rzeczywiście nie masz go wyrytego w sercu? Polak, nawet wychowany na drugim końcu kraju, od dziecka rozumie pewne sprawy, Nigeryjczycy czy Brazylijczycy, jakkolwiek by dobrze nie grali w piłkę, mogą nie zrozumieć tego nigdy. W wyjątkowych meczach, jak wspomniane już derby, może czasem zabraknąć im potrzebnej ambicji a wtedy nawet głos trybun nie będzie w stanie im pomóc. Z prostej przyczyny: Nie zrozumieją.

Żeby nie tłumaczyć dlaczego trenerzy w naszym kraju woleliby mieć swoich zawodników na miejscu, wystarczy podać idealny przykład z polskiej Ekstraklasy:
Osman Chavez, piłkarz Wisły Kraków i Hondurasu jest najbardziej wyczerpującą odpowiedzią na pytanie, dlaczego lepiej mieć w klubie Polaka/Europejczyka niż piłkarza spoza Unii. Częste wyjazdy na mecze eliminacyjne do MŚ czy o Puchar CONCACAF, częste zmiany strefy czasowej, długie loty, zmęczenie, kontuzje, długie nieobecności w klubie i na treningach. Bez względu na to, jakiej klasy piłkarzem byłby Chavez, jego gra dla reprezentacji, komplikuje mu życie na płaszczyźnie klubowej. Nie ma się dziwić trenerowi Smudzie, że nie widzi w składzie trzynastokrotnego Mistrza Polski miejsca dla Honduranina i jego ciągła nieobecność lub problemy fizyczne związane z męczącymi podróżami, doprowadzają go do szału. Jak widać, jednego z drugim, jeśli komuś rzeczywiście zależy na jakości polskiego zespołu, nie da się połączyć. I mimo, że Chavez będzie prawdopodobnie jedynym piłkarzem z polskiej Ekstraklasy, któremu dane będzie zagrać na Mundialu w Brazylii, prawdopodobnie zakończy on swoją ‚karierę’ na Reymonta 22 jeszcze w tym sezonie…

Nawałka – kierunek Euro 2016.

Pewnie wielu kibiców liczyło po cichu, iż mimo pojawiających się doniesień o Adamie Nawałce jako nowym selekcjonerze, w rzeczywistości będzie nim kto inny. Tak się nie stało. PZPN nie umiał, przez te wcześniej ustalone dwa tygodnie, trzymać języka za zębami i jeszcze zanim Zbigniew Boniek podał do wiadomości publicznej nazwisko następcy Waldemara Fornalika, znała je cała Polska.
Nie było więc dreszczyku emocji, niecierpliwego oczekiwania, niepewności i zaskoczenia. Spalone gary…
Oby kadra pod wodzą Adama Nawałki była mniej przewidywalna niż proces, w którym aktualny jeszcze trener Górnika Zabrze, otrzymał stanowisko selekcjonera Reprezentacji Polski.

Choć za wcześnie jeszcze by ferować wyroki czy czepiać się czegokolwiek, wszak były reprezentant kraju nie rozpoczął jeszcze pracy z drużyną narodową, to chyba można zaryzykować stwierdzenie, iż gorzej niż za Fornalika na pewno nie będzie.
Nawałka będzie jeździł, obserwował i rozmawiał. To ważne. Możemy ufać temu, że wszelkie powołania będą przemyślane.  O ile mogą zdarzyć się w nich jakieś pomyłki, o tyle nie będzie tam ludzi z przypadku. A to akurat u nas nowość.

Fajnie, że nowy trener naszych Orłów nie przekreślił tzw. „farbowanych lisów”. Przecież tak jak życie, tak i potencjał reprezentacji trzeba wycisnąć do ostatniej kropli. Nie mamy w kraju piętnastu Błaszczykowskich, więc trzeba sięgać w każdy kąt, w którym czai się klasowy piłkarz z polskim paszportem. O ile Boenisch czy Perquis nie stanowią na dzień dzisiejszy żadnej gwarancji sukcesu a ten pierwszy wzbudza ostatnio jedynie odruch wymiotny, o tyle Obraniak czy Polanski, pod batutą Nawałki, mogą wnieść do drużyny sporo dobrego.
Cała ta dyskusja na temat ‚obcokrajowców’ w naszym narodowym zespole powinna mieć swój początek i koniec w chwili, kiedy swój pierwszy oficjalny mecz zagrał w niej Emanuel Olisadebe. Później przewinął się jeszcze Roger i to własnie ta dwójka przetarła szlak piłkarzom, na których dziś się tak narzeka. Wobec nich, cała ta nagonka jest więc…niesprawiedliwa. Jasne, że lepiej by było, i dla nas kibiców, i dla całej drużyny, gdyby w składzie było jedenastu urodzonych w Polsce Polaków ale nie warto wybrzydzać. Najnormalniej w świecie, nie stać nas na to. Gdyby Niemcy i Francuzi tak wybrzydzali, zapewne kopaliby się dziś w dole rankingu… razem z nami.

Wracając do samego Nawałki i jego wyższości nad odchodzącym już w zapomnienie Fornalikiem – Polska będzie w końcu drużyną charakterną. Przecież mając na stołku kogoś takiego za trenera, kogoś z taką charyzmą i ‚twardą ręką’, inaczej być nie może. Czy ktoś wyobraża sobie Lewandowskiego gryzącego trawę w walce o każdą piłkę? Czas zacząć. To naprawdę może się udać.
Musimy także na nowo nauczyć się rzeczywistego układu/obrazu, jaki powinien panować w każdej narodowej drużynie, a który za czasów Pana Waldka, mocno został u nas zachwiany, mianowicie: to trener rządzi a nie ‚futbolowe gwiazdeczki’. O odpowiednią hierarchię, martwić się więc nie musimy. Chyba…

I już na dzień dobry, Adam Nawałka udowadnia nam, że mimo ważnych jeszcze obowiązków w klubie z Zabrza, poważnie podchodzi do nowej posady. Już myśli o zmianach, już chce robić porządki i na początek… chce zmienić kapitana. A przynajmniej tak można wywnioskować z jego wypowiedzi.
Fajnie, że Nawałka zamierza robić generalny remont ale czy akurat w tej kwestii, potrzebne są jakiekolwiek zmiany? Czy Błaszczykowski jest złym kapitanem? Któż inny bardziej zasłużył na opaskę od skrzydłowego Borussii Dortmund?
Pod względem czysto sportowym, żaden z pozostałych kadrowiczów nie zasłużył na ten zaszczyt bardziej od Kuby. Jeśli chodzi o charakter, jest jeden osobnik, który mógłby uchodzić za przywódcę z prawdziwego zdarzenia a jest nim oczywiście Artur Boruc. Pierwszy mógłby mobilizować i pokazywać przykład swoją grą i ambicją, drugi zaś słowami i gestami. Gdyby selekcjoner zdecydował się zamienić na tej funkcji właśnie tych panów, raczej nie byłoby problemu. Jeśli jednak ktoś inny zostałby ‚uhonorowany’ tym cennym tytułem, z powodów innych niż reprezentacyjna forma i charakter, na wizerunku Nawałki pojawiłaby się pierwsza zadra. To już także nie te czasy by mianować kapitanem najstarszego w drużynie. Dajmy przykład reszcie zawodników, niech równają do najlepszych i najtwardszych.

Co by jednak się nie działo – zaufajmy trenerowi i Bońkowi. Bądźmy cierpliwi, aż do pierwszego poważnego sprawdzianu. Jeśli pójdzie źle, będzie czas na krytykę. Bo właśnie tych największych krytykantów wybór Nawałki zabolał chyba najbardziej, wszak o ile trudniej jest dokopać komuś kto nie jest w stanie dać nam gwarancji na sukces, kto nie zaczyna jako obwieszony zwycięstwami super-szkoleniowiec z bogatą trenerską przeszłością, niż zwykłemu nowicjuszowi, który poza nadzieją, nie może nam dać nic. Wybór niezwykle ryzykowny ale i fascynujący.
Zadaniem, które PZPN postawił przed nowym selekcjonerem jest awans na Euro 2016. Uda się? Kto ma wierzyć, jeśli nie my kibice…
 

Trochę o…

Lewandowskim, Był kiedyś taki film: „Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi”. Może nie do końca jego fabuła ale na pewno tytuł a przynajmniej jego druga część, idealnie odwzorowuje życie Roberta Lewandowskiego. Napastnik Borussii Dortmund zdążył już bowiem zrazić do siebie naprawdę sporą grupę ludzi. Może to sodóweczka uderzyła mu do głowy albo słońce za bardzo w nią przyświeciło bo w ostatnich tygodniach, częściej niż o jego bramkach, dokonaniach czy przyszłości, mówi się o kolejnych absurdalnych wojnach między jego obozem a resztą świata. Najpierw dostało się jego pracodawcom, których oskarżył o oszustwo, później w kiepskim stylu dopiekł Zbigniewowi Bońkowi a na sam koniec olał PZPN, głównego sponsora kadry i pokazał środkowy palec swoim ‚kolegom’ z Reprezentacji Polski. W międzyczasie, przez swoje zachowanie stracił uwielbienie i szacunek milionów kibiców, zarówno tych polskich jak i niemieckich. Lewy nie zgodził się wystąpić w reklamówce Orange (w towarzystwie Błaszczykowskiego i Szczęsnego), jeśli nie otrzyma za to indywidualnego, wysokiego wynagrodzenia ponieważ, jak stwierdził on lub jego agent, jego wizerunek jest więcej warty niż całej polskiej reprezentacji. Nie ma się co dziwić, że słowa Roberta wywołały burzę w środowisku piłkarskim i rozważa się nawet opcję z wykluczeniem jego osoby z grona reprezentantów kraju. Prawdę mówiąc, nie ma się nad czym zastanawiać. Jak to mówi Tomaszewski, jego nie można wykluczyć, „trzeba go wypierdolić dyscyplinarnie”. Już sama jego gra i poziom zaangażowania na zgrupowaniach kadry powinny być powodem do głębokich przemyśleń na temat dalszego powoływania go do narodowej drużyny a ostatnie, jakże bezczelne i prymitywne zachowanie, nie powinno pozostawiać złudzeń. Dziwić może za to zachowanie firmy Orange. Wiadomo, że Lewy wybudował sobie niezłą markę a jego nazwisko samo w sobie jest niezłą reklamą ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Jedyną grupą, u której Robert Lewandowski ubrany w koszulkę z orzełkiem na piersi wzbudza wiarygodność i zainteresowanie, są w tym momencie dzieci – 13 lat. Napalone na swojego idola dziewczynki i młodociani fani wielkiej piłki, którzy jeszcze nie za bardzo rozumieją wartość gry w reprezentacji narodowej. A chyba nie oni są docelowymi odbiorcami produktów tej firmy… Jeśli ktoś rzeczywiście ma przyciągnąć uwagę kibiców do polskiej kadry i jednocześnie jej sponsora, tą osobą na pewno nie jest w tym momencie Robert. Błaszczykowski – kapitan, ok. Szczęsny, podstawowy bramkarz, też ok. Ale Lewy? Bliżej mu przecież do grona najsłabszych reprezentantów Polski aniżeli jej zbawców. Może gdyby jeszcze ta reklamówka miała być eksploatowana poza granicami naszego kraju, można by zrozumieć ten wybór ale tutaj? Tutaj już każdy poznał się na Lewandowskim. Właśnie on, podobnie jak wspomniane wcześniej dzieciaki, ma problem z oceną wartości reprezentowania swojego kraju w międzynarodowych rozgrywkach. Dziwne, że jego menago Cezary Kucharski, nie pomógł mu w tak ważnej a jednocześnie prostej sprawie. On, jako poseł RP, jak nikt inny powinien u swoich podopiecznych wykreować odpowiedni stosunek do ojczyzny. No ale niestety, ww wartość nie jest przeliczana ani na złotówki ani na euro…

Smudzie… Ciekawa sytuacja w Krakowie, o której trzeba głośno mówić, zanim kolejny raz ktoś będzie chciał poużywać sobie na Franzu. Otóż dziennikarze i kibice nie zostawili suchej nitki na trenerze Białej Gwiazdy, kiedy ten zdecydował się  na testowanie Ramona Machado. Śmiechu (ze Smudy oczywiście) było co niemiara ponieważ chciał on przyglądać się piłkarzowi, który był jego podopiecznym przez ostatnie pół roku w zespole SSV Jahn Regensburg. Ha ha ha Smuda przez kilka miesięcy nie potrafił ocenić umiejętności swojego zawodnika… Ramon Machado opuścił już Kraków, odnowiła mu się kontuzja i z tego powodu nie wzmocni on drużyny Białej Gwiazdy.  Gdyby Smuda nie zwlekał z podjęciem decyzji, dziś pewnie Wisła została by z ręką w nocniku i… z kontuzjowanym piłkarzem na kontrakcie.  Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni… ;-).

Radwańskiej… Kto nie czekał do pierwszej w nocy, niech żałuje. Co to był za mecz! Wspaniale się oglądało grę Agnieszki Radwańskiej w starciu z Sereną Williams a jeszcze milej się robiło, kiedy patrzyło się po jakie nakłady sił musi sięgać Amerykanka by wydrzeć naszej tenisistce zwycięstwo. Aga jeszcze nigdy nie była tak bliska pokonania Williams, jak wczorajszej nocy.

Trzeba jednak zaznaczyć, że coś w grze Polki się zmieniło i być może to zrobiło różnicę. Mianowicie: Od dłuższego czasu mniej w jej wykonaniu widujemy skrótów, lobów czy innych niekonwencjonalnych zagrań, z których Radwańska jest najbardziej znana. Jeśli już do nich dochodzi, nie przynoszą aż tylu punktów co kiedyś. Ponadto, Aga zaczęła popełniać większą liczbę niewymuszonych błędów niż miało to miejsce dotychczas. Jej gra, choć nadal opiera się na defensywie, jakby zyskała siły, odwagi, większej ilości ataków. Efekty tych zmian są takie, że czwarta rakieta świata zaczęła lepiej radzić sobie z rywalkami siłowymi i/lub tymi, które dotychczas jej nie leżały (Williams, Li) oraz przegrywać z tenisistkami, które kiedyś nie miałyby z nią najmniejszych szans (Cibulkova).
Oczywiście, na dzień dzisiejszy są to tylko domysły ale już za kilka dni, podczas turnieju w Cincinnati, przekonamy się czy znajdą one potwierdzenie w rzeczywistości. Agnieszka znów znajduje się bowiem w połówce drabinki z Sereną. Aż chciałoby się dziś zobaczyć grę Polki na tle Azarenki czy Szarapowej. Może podczas US Open?

Kosecki odgrywa swój autorski dramat…

Dziś już śmiało można wskazać największy błąd , jaki za swojej kadencji na stołku prezesa PZPN popełnił Zbigniew Boniek. Jest nim oczywiście, zatrudnienie na stanowisku wiceprezesa Związku Romana Koseckiego. Chyba nawet sam „Zibi” nie przypuszczał, że tak szybko przyjdzie mu pożałować swojej decyzji.
To właśnie Kosecki, wedle opinii publicznej, był największym rywalem Bońka w walce o prezesurę, jednak rzeczywistość okazała się dla niego brutalna. Wybory przegrał z kretesem. „Kosy” nie byłoby więc dziś w Związku, gdyby nie…Boniek. To właśnie on wyciągnął rękę do swojego kontrkandydata i dał posadę. Czy zrobił to z litości, czy może rzeczywiście imponowały mu pomysły Koseckiego? Dziś, to już nieważne.
Ewidentnie widać, że drogi obu panów rozeszły się a ich relacje mocno się ochłodziły.
Fakty są takie, że RK na oczach wszystkich zaczyna kąsać rękę, która go karmi. Wszystko, co robi i o czym mówi, jasno daje do zrozumienia, że nie ugnie się przed niczym by osiągnąć swój cel. A wygląda na to, że jest nim udowodnienie wszystkim, że to on a nie Boniek, powinien rządzić polską piłką.
O ich konflikcie zrobiło się głośno, kiedy Kosecki po raz pierwszy publicznie sprzeciwił się Bońkowi na posiedzeniu PZPN-u. „Zibi” słusznie skrytykował wtedy swojego podwładnego za ‘wywlekanie brudów’ na światło dzienne. W odwecie, „Kosa” rozpoczął medialną nagonkę na Prezesa. Nagle zaczęło mu przeszkadzać, że Boniek swoją twarzą firmuje jednego z Bukmacherów, choć wcześniej, kiedy ten temat nie schodził z pierwszych stron gazet, Kosecki milczał. Na łamach prasy wylewa żale, wbijając kolejne szpilki w Bońka, kreując jego postać niemal na demonicznego dyktatora.
Mogłoby się wydawać, że, tylko naprawdę odważny człowiek wdaje się w otwartą wojnę z kimś takim jak ZB, choć w jego przypadku, to chyba zwykła bezmyślność, wszak w ostatnim czasie nie raz już się nią wykazał.
Najbardziej jednak w zachowaniu Koseckiego razi jego brak wdzięczności i lojalności wobec osoby, dzięki której dziś w ogóle ma możliwość decydowania o losach polskiego futbolu. Sam jakby o tym zapomniał, w wywiadach daje bowiem do zrozumienia, że posadę w PZPN zyskał dzięki głosowaniu jego członków a przecież każdy wie, jak było naprawdę.
„Kosa” nie przypuszczał chyba, że w niedługim czasie, on sam wskoczy pod nastawiony przez siebie topór a tak właśnie się stało. Odwrócili się od niego już kibice, nie wiadomo jednak, jak długo zachowanie swojego podwładnego, tolerować będzie sam Boniek…

Okładka Faktu wciąż aktualna…

Dziś chyba nawet bardziej odpowiednia aniżeli w roku 2006, kiedy to pojawiła się na łamach tej gazety.  Można by jeszcze dodać kilka-kilkanaście kolejnych, cierpkich słów pod adresem polskiej kadry, które idealnie zobrazują odczucia kibiców. Mimo tego…ciężko cokolwiek z siebie wydusić. Czy to rzeczywiście są reprezentanci naszego kraju? Może to tylko zły sen, może zaraz się obudzimy i wszyscy ci parodyści po prostu znikną? Reprezentacja Polski – brzmi tak dumnie. A jak bardzo odbiega od tej oczywistości. Nie można pozwalać tym ludziom na ośmieszanie naszego kraju, będąc zawodnikami drużyny narodowej, stają się przecież jej wizytówką, jej przedstawicielami na arenie międzynarodowej i do ich obowiązków należy godne reprezentowanie biało-czerwonych barw i nas wszystkich. Piłkarze dobitnie pokazują jednak, gdzie mają to wszystko…

Nie zagramy na Mistrzostwach Świata w Brazylii, chociaż mało kto chyba wierzył w awans, jeszcze zanim Polacy wyszli na murawę stadionu w Kiszyniowie. Wielka przepaść dzieli ich od drużyn Anglii, Ukrainy a może nawet i Czarnogóry. Skoro nie potrafią nawet pokonać Mołdawii a ledwo co udało się im ustrzelić Liechtenstein, z czym więc do ludzi?…
To powinien być ostatni dzień pracy z kadrą Waldemara Fornalika. Może i spisał się on w Chorzowie, może i nominacja dla niego była w tamtym momencie dosyć zrozumiała to dziś śmiało można stwierdzić, że nie wypełnił nawet w małym stopniu pokładanych w nich nadziei. Pożegnamy go więc bez żalu, z nadzieją na lepsze jutro. Fornalik, choć sympatyczniejsze sprawiał wrażenie od swojego poprzednika to okazał się kolejną porażką na stanowisku selekcjonera. Najbardziej odpowiednim przymiotnikiem, opisującym Fornalika jest: Posłuszny. Właśnie tak. Fornalik był niesamowicie posłuszny. Kibicom i dziennikarzom, gdy powoływał z marszu wszystkich, o których dopominali się fani reprezentacji oraz media. I o ile to działało na jego korzyść, miał w rękawie asa na swoją obronę to już posłuszeństwo wobec piłkarzy, w całości go pogrążyło. Zabrakło mu cech niezbędnych do wyników: asertywności, pewności siebie, odwagi, ambicji, bezkompromisowości. Bez posiadania powyższych cech, być może można prowadzić zespół w słabej lidze ale nie Reprezentację, której celem jest awans na największą imprezę piłkarską na świecie.
Nie ważne, z jakiego kraju powinien być następca byłego trenera Ruchu Chorzów, ważne by posiadał on odpowiednie predyspozycje i cechy, które na wstępie uświadomią piłkarzom, kto w tej relacji jest szefem. Bez znaczenia będzie to, gdzie i z kim ów trener w przeszłości pracował. Zawodnicy mają szanować go i wykonywać jego polecenia ze względu na to jakim jest człowiekiem i trenerem oraz jak pracuje. Wiadomo, że osoba Zbigniewa Bońka i budżet jakim dysponuje PZPN, mogłyby na ławkę Polski sprowadzić naprawdę głośne nazwisko. Ucząc się jednak na błędach, warto zatrudnić kogoś, kto w ostatnich latach, odnosił sukcesy właśnie na płaszczyźnie reprezentacyjnej. Dobitnie się przekonaliśmy, że nawet najlepszy trener klubowy, może być słabiutki w roli selekcjonera. Co by nie mówić…wszystko w rękach Zbigniewa Bońka. Skoro sam selekcjoner zadaje pytania, czemu ma się podać do dymisji, to właśnie prezes PZPN, jest w tym momencie osobą, która powinna mu to umiejętnie wytłumaczyć.

Ile by nie mówić na temat katastrofy jaką było połączenie Fornalika z kadrą, już zawsze będzie on wspominany jako ten, który otworzył jej drzwi przed Zielińskim, Salamonem czy (ponownie) Borucem. Ironią losu jest to, że właśnie dwaj pierwsi (młodziak i debiutant oraz piłkarz z długą przerwą od gry w klubie) byli najlepszymi piłkarzami na boisku. To już podwójny powód do wstydu dla reszty drużyny, w szczególności tych,w których pokładano największe nadzieje. No właśnie. Wszystkie tłumaczenia i gadki o tym, że nie jesteśmy mocarstwem i nie mamy prawa porównywać się z Anglią czy Niemcami, są głupie. My naprawdę mamy dobrych piłkarzy, przecież nie przypadkiem znaleźli się w dobrych, europejskich zespołach, w których kilku gra nawet pierwsze skrzypce. Mamy potencjał na bycie drużyną na dobrym poziomie i ewidentnie, na dzień dzisiejszy brakuje właśnie lidera z prawdziwego zdarzenia, który potrząsnąłby szatnią i ułożył tę kostkę Rubika.
Europa co raz częściej sięga po młodych polskich piłkarzy i można mieć pewność, że z tej mąki będzie chleb. Skoro do Brazylii nasi piłkarze pojadą już tylko w roli obserwatorów lub turystów, to czas chyba zacząć budować nowy zespół już od najbliższych spotkań eliminacyjnych. Tym razem jednak, bardziej efektywnie aniżeli przed eliminacjami do zbliżającego się właśnie Mundialu, kolejnego, na którym nas zabraknie…

 

Katastrofa razy trzy.

Wszystko to, co od jakiegoś czasu dzieje się w okół Reprezentacji Polski jest bardzo niepokojącym objawem. Nie ma drużyny – choć piłkarze są. Nie ma wyników, nie ma dobrej gry i w końcu nie ma też, niestety, kibiców. Jeszcze jakiś czas temu byliśmy dumni z pełnych trybun, ubranych w biało-czerwone barwy, dopingujących żwawo od pierwszej do ostatniej minuty. Na dzień dzisiejszy, trzeba to przyznać otwarcie, kibice polskiej drużyny narodowej dopasowali się do drużyny idealnie.

Piłka nożna to nasz narodowy sport a mecze kadry, od zawsze, wywoływały duże emocje, przyciągając na trybuny i przed telewizory wszystkich, bez wyjątku. Bez względu na pogodę, na ulubiony program, serial, czy ważne sprawy osobiste. Na stadionie była świetna atmosfera, głośny doping i nawet te nieszczęsne wuwuzele dodawały magii. Reprezentacja niesamowicie jednoczyła kibiców. Codzienne animozje klubowe nie miały znaczenia, kiedy grała drużyna narodowa. Podczas meczu w Warszawie, w większości Legioniści, na stojąco oklaskiwali dwóch wielkich Wiślaków – Żurawskiego i Frankowskiego, a przecież gdyby to był mecz ligowy…wiadomo. I był jeszcze Szpakowski. Potrafił wprowadzić napięcie, a gdy krzyczał ‚Goool’, wtedy aż ciarki przechodziły po ciele. Co jednak najważniejsze dla kibiców, była gra na poziomie. Mieliśmy jakiś tam zespół, który może nie był nadzwyczajny, nie grał w piłkę na najwyższym światowym poziomie ale nie przynosił nam wstydu. Drużyny określane mianem ‚ogórków’, Polacy połykali w całości, pamiętny Azerbejdżan przyjął na klatę 8 sztuk. Oczywiście, ten zespół miał lepsze i gorsze momenty ale mieliśmy naprawdę zgraną paczkę, która walczyła i aż chciało się ją oglądać. Dziś to wszystko należy już do przeszłości.

Teraz, już od dłuższego czasu, mecze Reprezentacji nie przyciągają kibiców. Na trybunach zasiada coraz mniejsza liczba osób, niekiedy stadiony aż rażą pustką jaka na nich panuje. Nie inaczej jest przed telewizorami. Ludzie zamiast meczu wybierają inne programy, w przerwie których, przełączają by zobaczyć jaki jest wynik, wolą wyjść gdzieś na miasto i się zabawić, lub zająć się internetem, co jakiś czas spoglądając na livescore’a. Oglądanie meczów kadry, szczególnie jeśli za rywali ma ona słabeuszy o nieznanych nazwiskach, stało się, w niektórych przypadkach, wstydem. Niestety. Sprawa podobna do disco polo, niby prawie wszyscy słuchają, ale jak przyjdzie co do czego to nikt się nie przyznaje… Ludzie, którzy jednak wciąż trwają swoją obecnością przy tej drużynie, ograniczają się w zasadzie tylko do tego. Gdzieś zniknęła atmosfera piłkarskiego święta, dopingu w zasadzie nie ma w ogóle, jeśli już do wznoszony jest on kilkukrotnie w ciągu 90 minut i raczej stoi na bardzo słabym poziomie. Dodatkowo, można usłyszeć ligowy anty-doping, jak wczoraj podczas spotkania z Liechtensteinem. Jak widać, nie każdy stadion w tym kraju i nie wszyscy kibice, są przygotowani na goszczenie drużyny narodowej…Nadeszły czasy, w których jedynymi kibicami polskich zespołów narodowych,z których można być dumnym, są ci wspierający siatkarzy i szczypiornistów… W stronę słońca kompromitacji, wraz ze wszystkimi, podążył też Szpakowski. Komentator, nie dość, że stracił cały swój urok i przede wszystkim umiejętność podnoszenia u kibiców tego pozytywnego ciśnienia, poweru, to jeszcze na każdym kroku pokazuje swoją niekompetencję i nierzetelność. Podawanie nieprawdziwych faktów i nieznajomość nawet polskich (!) nazwisk piłkarzy, z jego strony jest przejawem braku szacunku do widza. Oczywiście, do kompletu trzeba dodać jeszcze polską drużynę. Nieudolność z ich strony jest normą. Tak, ludzie już zdążyli się przyzwyczaić, co wcale nie znaczy, że nie przynosi im to bólu. Boli cholernie. Za każdym razem tak samo. Boli dlatego, że każdy ma świadomość tego, że mamy dobrych piłkarzy, w których drzemie potencjał. Niestety do dziś nikt nie potrafił zrobić z tych zawodników zagranej drużyny. Atmosfera w okół jest okropna i w dużym stopniu, tworzą ją sami piłkarze swoim gwiazdorskim zachowaniem. Na dzień dzisiejszy, Polska jest właśnie takim ‚ogórkiem’, którego nikt się nie boi, częściej budzi politowanie i szyderczy uśmiech aniżeli strach. Nie mamy z czego być dumni…

Być może dla Dariusza Szpakowskiego, być może dla piłkarzy i trenera, 2-0 z Liechtensteinem jest powodem do radości. Plus bo wygraliśmy. Nie dla kibiców. Oni czekają na dobrą grę i wysokie zwycięstwa z anonimowymi rywalami, oscylujące w granicach 4-5 (a nawet tych 8) bramek. Przed spotkaniem chyba każdy oczekiwał wysokiej wygranej, nawet bukmacherzy (1.10!) nie dawali szans rywalom ale boisko szybko zweryfikowało rzeczywistość… Różnica klas obu drużyn wyniosła tylko dwa gole. Gra, mówiąc delikatnie, nie napawa optymizmem. Krótko mówiąc: KATASTROFA. Do póki ktoś nie potrząśnie tymi piłkarzami, do póki nie zbuduje z pojedynczych ogniw zgranego zespołu, do póty kibice, jak ognia, będą unikać serwowanych przez kadrę niestrawnych potraw w postaci ich karykaturalnych występów. W obawie (a raczej w przekonaniu) o kolejne porażki Reprezentacji, kibice dwa razy pomyślą zanim wydadzą pieniądze na bilet, tańsze i pewniejsze zarazem, będzie dla nich zakupienie biletu do kina czy teatru a przecież pod względem finansowym, Polska nie rozpieszcza swoich obywateli, więc każdy wydatek jest teraz wnikliwie prześwietlany pod wieloma względami, zanim się na niego zdecydują. Tym bardziej więc, ceny biletów na spotkanie z rywalem takim jak Liechtenstein, wydają się śmieszne. Za brak przyjemności, nikt przecież nie chce płacić a polscy piłkarze nie dostarczają tej przyjemności za wiele. Jeśli w ogóle… Liechtenstein nie jest rywalem z półki takiej, jak chociażby Ukraina czy Bułgaria, a co dopiero Hiszpania czy Włochy, bilety na to spotkanie powinny więc być dwa razy tańsze niż były w rzeczywistości. Już sam fakt rozgrywania sparingu z rywalem takiego kalibru nie jest najlepszym pomysłem na przyciągnięcie kibiców i przede wszystkim, na poprawę gry polskiej drużyny. Przed arcyważnymi meczami eliminacyjnymi, zamiast mierzyć się z najlepszymi, uczyć od nich, wybieramy tych najsłabszych, dodatkowo się dołując. Daleko nam do światowych potęg, one rozgrywają sparingi między sobą, nie grają z nami, nie potrzebują starć z ‚ogórkami’…
Słaba gra to na pewno najważniejszy powód ‚odwrócenia się’ kibiców od kadry ale swoje zrobiły też polskie władze. Wojna pomiędzy rządem a kibicami, wszystkie zakazy i napiętnowania piłkarskich fanów zrobiły swoje. Bez udziału kibiców, futbol nie ma szans na przetrwanie. Na początek zaczyna umierać Reprezentacja Polski…

Król jest nagi. Polonia zaliczyła bolesny upadek.

Wszystko już wiadomo. Polonia Warszawa nie otrzymała licencji na grę w Ekstraklasie w sezonie 2013/14 z powodu problemów finansowych. Z tych samych powodów nie zagra też w pierwszej lidze a wciąż nie jest pewne, że załapie się i na trzecią. Upadek. Tylko tak można określić sytuację w jakiej znalazł się warszawski klub. Jeszcze trzynaście lat temu, z dumą podnosili paterę za mistrzostwo i Puchar Polski, rok później sięgnęli także po Superpuchar. Nikt chyba wtedy nie przypuszczał, że w niedługim czasie, na Konwiktorskiej zapanuje żałobny nastrój.

Destrukcję Czarnych Koszul rozpoczął już Józef Wojciechowski, który ewidentnie nie jest stworzony do prowadzenia piłkarskiego klubu. Biznesmen niszczycielski proces rozpoczął od szatni. Nie było mu po drodze z piłkarzami, nie zachowywał normalnej hierarchii, jaka zwykła panować między prezesem a drużyną. Gdzieś, pomiędzy nimi zatracił się autorytet trenera, który powinien być swoistym łącznikiem tych dwóch stron. W Polonii było inaczej. Wojciechowski chciał być prezesem, lekarzem, trenerem i jedynym autorytetem. Cała otoczka w okół Czarnych Koszul sprawiła, że klub stał się pośmiewiskiem w całej Polsce a problemy przeniosły się także na boisko. Wojciechowski nie wytrzymał ciśnienia i odszedł. Jeszcze wtedy, kibice żegnali go bez żalu…

100% akcji Polonii kosztowały Ireneusza Króla 5 milionów złotych. Początkowo, w planach miał połączenie jej z GKSem Katowice ale plan ten mu nie wypalił. Z wielkich nadziei na sukcesy i przede wszystkim ‚normalność’, kibice Czarnych Koszul szybko musieli się otrząsnąć. Król okazał się nagi. Bez pieniędzy i przyszłości. Niewypłacalny, niesłowny, nieodpowiedzialny i zakłamany. Już po pierwszej rundzie pod panowaniem nowego szefa, grupa piłkarzy, przeczuwających, co może się stać, opuściła tonący okręt i zacumowała na bezpiecznej powierzchni. Inni, zapewne każdego dnia przeklinają dzień, kiedy postanowili kontynuować swoją przygodę na Konwiktorskiej. Nie otrzymują wynagrodzenia za swoją grę, niejednokrotnie stają się utrzymankami, niektórzy nie mają co włożyć do garnka. Średnio kilka razy w miesiącu mamieni byli rychłymi przelewami, których i tak nikt nie widział na oczy. Ciężko dziś przypuszczać, kiedy, jeśli w ogóle, Król zwróci należne im pieniądze. Polonia z pośmiewiska stała się klubem budzącym litość, piłkarze natomiast- szacunek. Pomimo problemów z właścicielem, cała ta sytuacja nie odbiła się, aż nad to wyraźnie, na grze zawodników. Drużyna Piotra Stokowca, po odejściu najlepszych graczy, pomimo wszystkich poza sportowych problemów, które niewątpliwie miały wpływ na psychikę tych ludzi, walczy. Piłkarze pokazują niezwykle silną wolę walki i mocne charaktery, wciąż pozostają przecież w walce o miejsce premiowane awansem do europejskich pucharów, w których, tak czy siak, zagrać by nie mogli…

Najstarszy obecnie warszawski klub rękami Ireneusza Króla, został doprowadzony do ruiny. Z jednej strony, jako kibice żądni normalności w polskim futbolu, mamy powody do radości. Zbigniew Boniek i jego świta dążą do tej normalności na każdym kroku, uczą nas wszystkich, jak powinien funkcjonować świat futbolu w poważnej lidze, jakie standardy panują obecnie w Europie i przede wszystkim, zaczynają przestrzegać reguł i zasad. Nie było tego podczas panowania poprzedniej władzy. Dziś możemy mieć nadzieję na lepsze jutro. Właśnie takie decyzje, jak nieprzyznane licencje, kary za istotne zaniechania w prowadzeniu klubu są potężnymi krokami w zbudowaniu w Polsce piłki na prawdziwym poziomie. Brak licencji dla Polonii, jest jasnym sygnałem, że PZPN pożegnał się już kolesiostwem. Blisko związani z Czarnymi Koszulami, Listkiewicz czy Engel, nic nie wskórali w centrali. Dziś zasady są jasne i nie ma odstępstw, każdy musi się przyzwyczaić i ich przestrzegać. Profesjonalizm bez wątpienia jest fundamentem do ozdrowienia futbolu w Polsce.

Z drugiej jednak strony, bez względu na klubowe animozje, niezwykle przykro patrzeć na upadek kolejnego, wielkiego klubu. Po GKS Katowice, Łódzkim Klubie Sportowym czy Pogoni Szczecin przyszedł czas na Polonię Warszawa. Najbardziej żal oczywiście kibiców, którzy, w żadnym wypadku, nie zasłużyli by oglądać, jak umiera ich ukochany klub. Dziś, nawet jeśli na co dzień, nie po drodze było kibicom innych klubów z fanami Czarnych Koszul, wspierają ich, trzymają kciuki za rychły powrót Polonii do najwyższej klasy rozgrywkowej. Niektórym ta sztuka się udała, udać może się więc także warszawskiemu klubowi…

Jak będzie bez Obraniaka?

Nawet Richard Gasquet nie pozwalał wczoraj zapomnieć o sprawie Ludovika Obraniaka. Czy to jakaś rodzina?  ;-)
Zdania na temat decyzji pomocnika Bordeaux są podzielone. Jedni mają powody do świętowania, wszak już od dawna mieli dość Obraniaka w Reprezentacji Polski i tylko czekali na taki obrót spraw. Inni natomiast żałują tego, że kadra Polski straci wartościowego piłkarza i rugają Waldemara Fornalika za taki obrót spraw.

Bez wątpienia w każdym ziarenku jest trochę prawdy. Prawdą jest, że Obraniak swoim zachowaniem nie okazywał wdzięczności za wyciągniętą do niego rękę, w momencie gdy starał się o grę dla naszej reprezentacji. Na każdym kroku dalo się odczuć olewkę z jego strony. Na początku chciał przecież nauczyć się polskości, poznać kraj a kiedy dostał już to na czym mu zależało, głęboko w d… miał nasz rodzimy język. Nie poczuwał się nawet trochę do tego by zawalczyć o jak najlepszy kontakt z kolegami z drużyny. Na boisku, w dużej mierze właśnie z powodu bariery językowej, nie było chemii między nim a resztą zespołu. Z czasem odwrócili się od niego sami piłkarze, na czele z kapitanem. Do krytyki dołączył się także Zbigniew Boniek i, stojący do tej pory murem za Ludovikiem Fornalik, zadał mu decydujący cios. W momencie kiedy akurat do Obraniaka nie można było mieć pretensji, trener go odsunął. Dał jasny sygnał, że nie ma dla niego miejsca w drużynie, zamiast niego postawił na wielką niewiadomą i każdy widział, jak się to skończyło. Prawdą jest, że tak doświadczony piłkarz, jakim jest Ludo, nie powinien reagować jak rozkapryszone dziecko a tak właśnie zareagował i obraził się ale chyba każdy z nas jest w stanie w tym momencie postawić się na jego miejscu i wyobrazić sobie, że to my jesteśmy zaszczuci, traktowani jak piąte koło u wozu, czujemy się oszukani. Ci, którzy mają mocną psychikę, wyjdą na boisko i zrobią wszystko by udowodnić, że wszyscy się mylili, ci, którzy takowej nie mają, zrobią dokładnie to, co zrobił Obraniak.
Na pewno duży błąd popełnił Waldemar Fornalik, który za bardzo w tej sytuacji przypominał swojego poprzednika. Jeśli dochodzi do takich sytuacji i ewidentnie widać, że szatnia nie jest scalona a to skutkuje słabą postawą na murawie to wtedy działać musi trener. Fornalik nie ma chyba dostatecznie dużego poważania by to wszystko scementować i przez to ukazują się nam małe elementy kolejnych konfliktów w kadrze. Tak, elementy. Nikt kto na co dzień nie przebywa z tą drużyną, nie wie co się dzieje i jaka panuje tam atmosfera, możemy bazować jedynie na tym co do nas dociera za pośrednictwem mediów.
Ciężko powiedzieć już dziś, czy możemy sobie pozwolić na stratę Obraniaka. Nie powinniśmy za to cieszyć się, że już go w niej nie ma, z powodu jego słabej postawy. Przecież w porównaniu z Robertem Lewandowskim, wniósł trochę więcej do tej drużyny, a przecież napastnik z Dortmundu problemu z komunikacją nie ma żadnego. Być może jego odejście uzdrowi chociaż szatnię, być może nic się nie zmieni ale do póki nie poznamy prawdziwych kulis konfliktu na linii Obraniak – Fornalik, lepiej nie wyrokować i nie osądzać. Bo to, że konflikt między tymi panami istniał, nie ulega wątpliwości, Ludo jasno dał do zrozumienia, że tylko osoba trenera stoi mu na przeszkodzie do gry.
Cieszy postawa Zbigniewa Bońka, który wstrzymał się od komentowania, można przypuszczać, że gdyby się na niego zdecydował to Ludovikowi poszłoby w pięty. Prezes zamierza najpierw porozmawiać z Obraniakiem i dopiero potem wyciągnąć z tego wnioski.
Jaka będzie kadra bez Obraniaka? Okaże się w praniu. Oby tylko Fornalik nie strzelił sobie w stopę…