Archiwa tagu: porażka

Arek Milik vs. Frank de Boer, kto wyjdzie z tego zwycięsko?

z19145839Q,Arkadiusz-Milik

Dzień po klęsce Ajaxu Amsterdam, choć emocje jeszcze na pewno nie opadły, przyszedł chyba odpowiedni moment by znaleźć winnego największej porażki tego sezonu w holenderskim futbolu na płaszczyźnie klubowej. Arek Milik? Mogłoby się tak wydawać, słuchając wypowiedzi Franka de Boera ale każdy znający się nieco na piłce kibic ma świadomość, że całą odpowiedzialność za stratę mistrzowskiego tytułu, na swoje barki winien wziąć właśnie szkoleniowiec Amsterdamczyków. Nie potrzeba bowiem wcielać się w Jacka Gmocha i rozrysowywać taktyki na spotkanie z zespołem zajmującym jedno z ostatnich miejsc w tabeli Eredivisie by być świadomym faktu, iż nie ściąga się z boiska najlepszego strzelca drużyny w momencie, w którym wynik nie klaruje się po naszej myśli. De Boer popełnił niewybaczalny błąd, jakiego żaden profesjonalny trener nie powinien nigdy w życiu popełnić. Jego obrona własna nie przeszłaby nawet na polskiej sali sądowej. Z jego wypowiedzi można wywnioskować, iż w jakimś stopniu chce zrzucić winę na słabą postawę polskiego reprezentanta. A to zwykła kpina.
Nawet jeśli Milik przez ponad sześćdziesiąt minut nie notowałby występu życia, nie należałoby decydować się na zdjęcie go z murawy. Mógłby tego dokonać ktoś nowy, dopiero zasiadający i poznający drużynę ale nie de Boer, nie człowiek trenujący Polaka przez tak długi okres. Doskonale znający jego umiejętności. Milik nie raz już ukąsił rywali w decydującym momencie, wcześniej nie wybijając się ponad kolegów z zespołu. Tak przecież grają najlepsi. I Messi i Ronaldo często nie błyszczą a potem opuszczają stadion z wypiętą piersią i mianem bohatera spotkania. A  Arek przecież potrafił zaskoczyć. Mógł zepsuć kilka sytuacji a potem wykorzystać podanie i otworzyć wynik. Sam potrafił wyklarować kolegom sytuację, uderzyć głową, czy wejść z piłką do bramki. Któż wie, czy w doliczonym czasie gry nie nadarzyłaby mu się okazja do oddania strzału jego lewą nogą? Tego nie dowiemy się już nigdy ale jeśli po porażce Ajaxu, ktoś z ww dwójki może czuć się winny czy rozgoryczony, to jest tą osobą właśnie de Boer.

Zachowanie szkoleniowca Amsterdamczyków, zarówno fatalna decyzja taktyczna, jak i późniejsze tłumaczenia porażki prawdopodobnie dyskwalifikują go jako dobrego trenera, o którego bić będą się największe kluby Europy. Brak rozumu i klasy, bezsprzecznie. A Milik? Wykręcił w sezonie świetny wynik strzelecki, a trzeba pamiętać, że przez długi czas nie szło mu po drodze z ww panem. Mimo przeciwności losu, chyba wygrał sobie karierę. Jego osobą już interesują się wielkie kluby, a jeśli na zbliżającym się Euro, wspólnie z Lewandowskim ponownie stworzą duet marzeń, otworzą się przed nim jeszcze większe wrota europejskiej piłki. Drugi Ibra? Wszystko przed nim. Miejmy nadzieję, że w następnym klubie dane mu będzie podnieść puchar za Mistrzostwo i żaden trener nie będzie podkładał mu pod nogi niepotrzebnych przeszkód.

Szybka piłka! Po ME pozostał tylko gniew.

27.01.2016 EHF EURO 2016 - POLSKA - CHORWACJA - PILKA RECZNA

Polscy piłkarze ręczni na ME organizowanych na własnym podwórku zajęli ‚aż’ siódme miejsce. Na własne życzenie…
Emocje już opadły, lecz próby zrozumienia postawy naszych zawodników w meczu z Chorwacją wciąż nie osiągnęły zaspokajających je argumentów. Porażka wciąż boli, tak samo jak bolała kilka dni temu, tak samo jak bolała tuż po ostatniej sekundzie meczu i boleć będzie pewnie jeszcze długo.
Jeśli ktokolwiek z nas myśli, że nie zna przysłowiowego uczucia, upadku z „deszczu pod rynnę”, zapewne się myli, uważam bowiem, że od jakiegoś czasu zna je doskonale. Idealnie bowiem opisuje je droga naszych szczypiornistów od spotkania z Norwegią do katastrofy z Chorwatami. A idąc krok dalej, licząc od rywalizacji z Francuzami, zaliczyliśmy swoisty upadek z samego szczytu na dno. Dno i sto metrów mułu…

Choć media w naszym kraju często pompują balonik, wspierają sportowców w chwilach sukcesu by potem ostrzelać ich krytyką w momentach kryzysu i zbyt często przesadzają z tym drugim przypadku, to bez wątpienia nie zrobiły tego tym razem. Oj nie. Po meczu z Chorwacją na usta każdego Polaka cisnęły się najgorsze słowa. Nie można więc dziwić się dziennikarzom, dziwić za to możemy się wszystkim oburzonym tym faktem, w tym take naszym reprezentantom… piłki nożnej. Tak, panowie Milik, Krychowiak i Lewandowski, a więc najlepsi obecnie piłkarze kadry postanowili wyrazić swoje oburzenie faktem krytyki wobec szczypiornistów. Miejmy nadzieję, że z ich strony to tylko zwykła kurtuazja i tzw. zmowa plemników polskich sportowców a nie przygotowywanie sobie pewnej podkładki pod swój słabszy występ, w którymś ze spotkań podczas ME. Choć znając naszą Reprezentację piłkarską w obecnych czasach, ciężko sobie wyobrazić, że panowie mieliby przejść obok jakiegoś meczu, odpuścić i po prostu nie walczyć. Chociaż, czyż nie tak do tej pory opisywało się się szczypiornistów? No tak… To oni byli tymi walczakami, oni byli tymi, którzy potrafili przyznać się do błędu, kiedy dali dupy i oni potrafili publicznie poddać się krytyce. Nagle, kiedy skompromitowali się jak nigdy wcześniej, potrzebują obrońców? Wolne żarty…

Mecz z Chorwatami do dziś wywołuje wśród kibiców skrajne emocje. Do dziś ciężko komukolwiek uwierzyć w to co wydarzyło się w krakowskiej Arenie i może właśnie tak trzeba do tego podejść. Być może jedynym wyjściem z sytuacji jest dokładne zbadanie ‚czystości’ tego spotkania? Przecież wszyscy byliśmy pewni awansu! Chorwacja i Francja już pewnie szykowały rezerwacje na samolot aż tu nagle sytuacja mieniła się diametralnie. Jak to możliwe, że jedyni sportowcy – mężczyźni w tym kraju, którym walki raczej się nie odmawiało, zupełnie bez niej oddali rywalom półfinał ME? Porażkę zrozumiałby każdy, naprawdę, ale nie w takim stylu! Tego wybaczyć nie można, po prostu się nie da…
Nie jest możliwe to by nagle kilkunastu zawodników oduczyło się grać, rzucać, podawać a nawet biegać… No tak się nie da. Można zrozumieć słabszy dzień jednego, dwóch, może trzech ale nie k… całej drużyny! Bez pomysłu, bez chęci bez ambicji i honoru. Tak zagrali. Nikt nie atakował, podstawowy bramkarz nie bronił, jak więc mieliśmy wygrać?
Jak wytłumaczyć tę katastrofę, bo na miano porażki, ta maskarada nawet nie zasługuje? Po walce to nasi przegrali z Norwegią, Chorwaci przeciwko nam nawet nie musieli się zbytnio starać. Z którego miejsca na boisku by nie uderzyli, bili nas boleśnie. Choć faktem tym przejęci wydawali się jedynie kibice. Ci w hali i ci przed telewizorami, miliony załamanych ludzi, wierzących do ostatnich minut w zmianę postawy Polaków. Naprawdę, nasi szczypiorniści powinni dziękować Bogu, że przyszło im reprezentować Polskę a nie taką Turcję czy inny kraj, w którym za słabe wyniki i brak walki, nie trzeba na klatę przyjmować jedynie krytyki…

Wstyd i hańba – to tak dotknęło naszych reprezentantów? To słabe określenie na nich grę. Dziwnym trafem, ludzie, którzy potrafili dokonywać niemożliwego kilka dni wcześniej, nagle zapomnieli jak trafić w światło bramki. Bramki, która nie była wcale rozmiarów tej, do której trafiać zwykli zawodnicy hokeja na trawie… Nikt naszych nie poinformował rodaków o żadnym wirusie, który zaatakował całą drużynę, więc nie mają nic na usprawiedliwienie swojej słabej gry. Dziwnym jednak trafem do półfinału nie awansowała Francja, która przy porażce (wyższej niż 4 bramki) Polski była najpoważniejszym kandydatem ale właśnie nasz ówczesny rywal, któremu potrzebne do tego było aż jedenaście bramek różnicy. To chyba jakiś kabaret. Przecież w całym turnieju żaden zespół, nawet najsłabszy, nie zaprezentował się tak karygodnie jak Polacy w starciu z Chorwacją. Czy po tym, jak na początku, pewni awansu, dali się zaskoczyć i przestali nagle wierzyć w awans, po prostu odpuścili, by awans nie wywalczyła też reprezentacja Trójkolorowych? To byłoby karygodne… Czy jakaś chorwacka mafia im groziła? Ktoś ich zmusił do poddania meczu? No bo jak inaczej to wytłumaczyć? Tak po prostu się nie da… Gdyby to był jeden sportowiec, można by uwierzyć w nagły spadek formy ale nie w to, że nagle wszyscy, jak jeden mąż, przechodzą obok meczu. Podają rywalom albo gubią piłki, trafiają w poprzeczki, słupki albo obok bramki… Zmęczenie? Rywalizacją z najsłabszą Białorusią dwa dni wcześniej? A może trudami całego turnieju? No ale ze Szwecją jakimś cudem wygrać się udało…
Coś tu jest nie tak. Zapewne sprawa i tak ucichnie i nie dowiemy się prawdy. Gdyby nie fakt, że na własnych śmieciach nasi siatkarze zostali Mistrzami Świata(!), patrząc na szczypiornistów teraz oraz piłkarzy podczas Euro 2012 moglibyśmy pomyśleć, że nie służy nam własne podwórko…

PS. Odnosząc się do wczorajszej sytuacji podczas wręczania medali, warto się zastanowić, kto bardziej przy okazji ME zasłużył na gwizdy…

Z Legii śmieje się cała Polska? Nie. Cała Europa.

My Polacy, przyzwyczailiśmy się już do słabych meczów naszych reprezentantów w europejskich pucharach ale dopiero ten sezon wprowadza nas w jeszcze większe pogrążenie. Legia Warszawa, ta sama, która jeszcze nie tak dawno z optymizmem, a wręcz w wielkim przekonaniu o swojej sile, patrzyła w kierunku Ligi Mistrzów, dziś dostaje wielkie bęcki od każdego rywala ze Starego Kontynentu, który akurat napatoczy się na ich drodze. Nie ważne czy to Cypryjczycy, czy czwarty garnitur włoskiego średniaka, każdy, dosłownie każdy leje aktualnego (jeszcze) Mistrza Polski po mordzie. Patrząc dodatkowo czy równo puchnie.
Gdyby Legia rzeczywiście, tak jak sobie wymarzyła, awansowała do Champions Ligue, dziś cała piłkarska Polska zamiast śmiać się, płakałaby. Ze wstydu…
Mając za rywali Chelsea, Schalke i Basel, ich bilans bramkowy wyglądałby o wiele gorzej niż 0-8. Przecież z grą, jaką piłkarze Jana Urbana prezentują w Lidze Europy, mogłoby się to wszystko skończyć dwucyfrowym wynikiem, z dwójką z przodu oczywiście. Sam fakt, że polski zespół nie zdobył jeszcze w fazie grupowej, czyli w rozegranych dotychczas pięciu meczach, ani jednej bramki, zasługuje na potępienie. Jeśli w ostatnim spotkaniu, legionistom również nie uda się podreperować ich dorobku strzeleckiego, włodarze warszawskiego klubu powinni poważnie zastanowić się nad dalszą współpracą z trenerem i przynajmniej kilkoma zawodnikami. Przecież nie o bicie TAKICH rekordów nam wszystkim chodziło…

Z tym jednak może być problem, jeśli Warszawiacy utrzymają pierwszą pozycję w tabeli Ekstraklasy, co szefostwu klubu z Łazienkowskiej skutecznie zaciemni obraz jakości tej drużyny. A w Polsce, jak to w Polsce…
Legia ma markę, która na jednych robi wielkie wrażenie, na drugich zaś nie robi wcale. Przeciwników warszawskiego klubu można w zasadzie podzielić na trzy grupy:

1) Tych, którzy jeszcze na długo przed pierwszym gwizdkiem trzęsą portkami widząc warszawską eLkę ( Piast, Zagłębie, Podbeskidzie, Pogoń, Śląsk, Widzew)
2) Tych, którzy są słabsi ale mają ambicję by powalczyć chociaż o punkt (Cracovia, Korona, Lechia, Zawisza)
3) Tych, którzy Legii się nie boją i grając przeciwko niej, walczą o pełną pulę (Lech, Wisła, Jagiellonia, Ruch, Górnik (?)).

Chyba właśnie tak trzeba sobie tłumaczyć fakt, że Legia wciąż pozostaje liderem Ekstraklasy, mimo że ich poziom wcale nie odbiega od większości ligowej stawki. Prawdę mówiąc, ciężko sobie przypomnieć ostatni mecz tej drużyny, w którym jasno i wyraźnie pokazałaby ona, że zasługuje na mistrzowskiego trofeum bardziej od innych. Brakuje w jej wykonaniu spotkań, po których kibice z pełnym przekonaniem mogliby powiedzieć: „Tak właśnie gra prawdziwy Mistrz Polski”.
Owszem, na Łazienkowskiej jest kilku naprawdę godnych uwagi piłkarzy, którzy na polskich boiskach potrafią zrobić różnicę (i skutecznie to udowadniają) ale już w kontekście europejskich pucharów czy nawet Reprezentacji, ich temat lepiej byłoby przemilczeć. A niestety, na dzień dzisiejszy, jesteśmy zmuszeni na obu tych frontach ich oglądać i siłą rzeczy, ponosić z tego tytułu konsekwencje w postaci przeżywania kolejnych kompromitacji i wpadek.

Legia, jak przystało na klub ze stolicy, to najbardziej pyszałkowata drużyna. Zbyt pewna siebie i zbyt przeceniana. Za mało w niej ambicji i poświęcenia by walczyć o wyższe cele niż krajowe tytuły, w których, umówmy się, za dużo dostają w prezencie. Tak się już przyjęło, że warszawska ekipa ma być na szczycie i większość Polaków, już się z tym pogodziła. Także sami piłkarze, którzy zapominają, że czasem trzeba o coś powalczyć na sto procent, i że nie wszyscy rywale uklękną przed nimi z prośbą o najniższy wymiar kary.
Program Kuby Wojewódzkiego, w którym wystąpił Jakub Kosecki dobitnie pokazał, iż ci piłkarze mają przeogromne ( i przerysowane) mniemanie o sobie, przez co teraz, po wielkiej europejskiej klapie, lamentują, że śmieje się z nich cała Polska. Tylko jak się nie śmiać, skoro kreowana na potężnego tygrysa drużyna, została właśnie obnażona i okazało się, że to mały, niegroźny kotek. I poprawka, z Legii nie śmieje się cała Polska, ale cała Europa. A na pewno Cypr, Włochy i Turcja ( Więc i troszkę Azji ;-)).