Archiwa tagu: piłka nożna

Czarna eminencja sportu…

00000000250511001

Nie rzadko pod ich adresem pada stek przekleństw, często dochodzi do wyzwisk a przecież bywało i gorzej, kiedy co po niektórzy kibice sięgali nawet po groźby i… próby rękoczynów. Nienawiść – to chyba najbardziej odpowiednie słowa, opisujące stosunek do nich nie tylko wspomnianych już kibiców ale często też samych sportowców. Ich decyzje, co niezrozumiałe, rzadziej niż sprawiedliwe są kontrowersyjne i krzywdzące. Gdyby kogoś zapytać, z czym kojarzyć się może ta grupa, prawdopodobnie najczęstszymi odpowiedziami byłyby: oszustwo, niekompetencja i wypaczanie wyników. Mimo tego, mimo całego zła jakie wprowadzają w świat sportu wciąż w nim są. I co najgorsze, ich pozycja jest na tyle mocna, że ciężko spodziewać się by ktokolwiek zdecydował się na ich usunięcie. O kim mowa? Oczywiście o sędziach, choć chyba każdy już po pierwszym zdaniu wiedział, kim są główni bohaterowie tego wpisu. Sędziowie, arbitrzy czyli czarna eminencja sportu, bez których może było by mniej emocji ale na pewno byłoby czyściej!

Jeżeli przyjmiemy bardzo prawdziwą tezę, iż w każdym temacie, można mieć przynajmniej dwa różne zdania, najczęściej kierowane gustami, z którymi jak wiadomo się nie dyskutuje to w tym przypadku, w przypadku destrukcyjnego wpływu sędziów na większość dyscyplin sportowych, spierać się nie sposób. Każdy widzi jak jest. Przeciętny Kowalski, dzieciak z podstawówki, który dopiero liznął prawdziwego sportu oraz pani Stasia z warzywniaka też widzą a ich wiedza na temat kolejnych sędziowskich skandali jest na tyle wielka, że nawet najlepszym adwokatom nie udałoby się przedstawić wystarczająco mocnej linii obrony…

Nie trzeba sięgać do archiwów, nie trzeba szperać w Googlach ani też odkurzać starych gazet, wystarczy w każdy weekend, w którym mamy akurat do czynienia z nasileniem relacji sportowych włączyć telewizor. Kręcą wszędzie, gdzie się tylko da. Piłka nożna, ręczna, boks, skoki narciarskie a nawet tenis. Wszędzie, gdzie ich rola odgrywa większe znaczenie w wyniku czy nocie sportowca potrafią błysnąć na tyle, by w relacjach spotkania głośniej niż o czysto sportowych wydarzeniach  było o…nich samych.

Wiadomo, że nasilenie złych emocji i ich odbiór u kibiców jest różny. Elastycznie dopasowujący się do popularności dyscypliny i tego jak duży wpływ na wynik miały błędne decyzje arbitrów. I tak najgorzej sprawa ma się zdecydowanie w przypadku Piłki nożnej i Skoków narciarskich. W obu przypadkach, co tydzień, jeśli akurat mamy zawody, kibice, na widok poczynań ów panów (bo najczęściej to akurat panowie*) dostają ciśnienia, powodującego u nich wzrost agresji, słowem, krew ich zalewa. Wspomniani więc sędziowie, Prowadząc mecz, potrafią doprowadzić do szału nawet największe piłkarskie oazy spokoju. Nieważne czy sędziują akurat mecz Ligi Mistrzów, angielską Premier League czy polską Ekstraklasę, liczba błędów, które wypaczają wynik jest zatrważająca. No, może w przypadku naszej rodzimej piłki, należałoby zająć osobne stanowisko, gdyż poziom polskich sędziów jest wręcz niewyobrażalnie niski w stosunku do ich zagranicznych odpowiedników i to porównanie może tych drugich nieco ranić, to problem wciąż jednak istnieje.
Niesprawiedliwe czerwone kartki lub ich brak, rzuty karne, których nie było lub ewidentne jedenastki, przy których gwizdek milczał, nieodgwizdanie/odgwizdane faule to zmora wszystkich piłkarzy świata. Człowiek, który powinien pilnować by gra toczyła się według zasad fair play, człowiek, który powinien zachować czystość meczu, najczęściej jest tym, którego jedna błędna decyzja potrafi pozbawić drużynę zwycięstwa. Przez takich ludzi, nawet dzieci oglądające zmagania sportowców, tracą wiarę w sprawiedliwość i uczą się jak oszukiwać. I co najgorsze, często za swoje występki nie ponoszą większej odpowiedzialności. Ba, co ich tam obchodzi jakaś reprymenda, słabsza ocena obserwatora czy zawieszenie. Najczęściej taki delikwent ma inną pracę a jego sędziowanie to jedynie hobbystyczna zajawka. A jak zrobi błąd? Przecież najczęściej zajmował złą pozycję, w której ciężko było mu ocenić boiskową sytuację albo po prostu był za daleko. Jego koledzy, tzw. boczni arbitrzy także byli źle ustawieni. Z każdej kontrowersji da się wytłumaczyć, o każdej kibice kiedyś zapomną, przecież to się zdarza… No właśnie zdarza się zbyt często. Notorycznie! Ale co tam sędziowie biegający po murawie, w ich przypadku można sięgnąć po domniemanie niewinności, porzucić myśli o korupcji i winę zrzucić na karb niedostatecznego wyszkolenia ale to co wyprawiają sędziowie zasiadający w jury Skoków narciarskich to już po prostu SKANDAL! Jawnie, na oczach wszystkich, rzucają notami oderwanymi od rzeczywistości na prawo i lewo. Niby powinni oceniać skok zawodnika, wyjście z progu, lot, długość i lądowanie czyli znany wszystkim telemark a z każdym kolejnym konkursem możemy się dowiedzieć, że przy ocenach kierują się jedynie nazwiskiem i narodowością skoczka. Jeśli dodamy do tego często zadziwiające punkty za wiatr, wyjdzie na to, że sama długość skoku zaczyna mieć najmniejsze znaczenie. I to już podchodzi pod paranoje. W tym przypadku winę to można zrzucić ale na masową ślepotę lub po prostu fakt, iż sędziowie zostali wybrani na dorocznym konkursie w piciu piwa. Może to procenty we krwi wpływają na te dziwaczne, nie mające często nic wspólnego z prawdą, oceny. Choć czasem wydaje się, że nawet Ferdek Kiepski byłby w swych ocenach bardziej sprawiedliwy…

Takie dyscypliny jak tenis czy piłka ręczna, coraz częściej też siatkówka, coraz bardziej narzekają na pracę rozjemców. Problemu nie ma w zasadzie tylko tam, gdzie sędziowie pilnują jedynie tego, by wszystko obeszło się bez większych kłopotów, czyli np. tego by żaden sporowiec nie wykonał falstartu.
Wiadomo, że mylić się jest rzeczą ludzką, wiadomo, że nikt z nas nie jest nieomylny ale ktoś kto decyduje się wykonywać taki zawód, co jednocześnie sprawia, że staje się odpowiedzialny za tyle ważnych kwestii, powinien być nieskazitelny. Nie może być tak, że decyzję przez niego podejmowane będą poddawać pod wątpliwość jego prawość. Nie tędy droga.
Problem jest na tyle duży, że nic z nim nie robiąc, robi się krzywdę sportowcom, kibicom i działaczom, wszystkim, którzy w wierze zasadom fair play, oddają dla sportu swoje zdrowie i pieniądze. Ale cóż zrobić, jeśli jedyni ludzie, którzy zrobić coś mogą, uczynić tego nie chcą? W przypadku wspomnianych już, najbardziej skażonych dyscyplin, czyli futbolu i skoków, zarówno FIFA jak i Międzynarodowa Federacja Narciarska nie wykazują żadnej inicjatywy w kierunku poprawy a każde próby czy pomysły, zdecydowanie zbywają. Widocznie to im pasuje. By żyło się im lepiej!

Czy dałoby się jednak żyć bez sędziów? W przypadku piłki może byłoby i ciężko ale, gdyby na boisku rzeczywiście znajdowali się arbiter główny, dwóch bocznych plus kolejni bramkowi a do tego wprowadzono by powtórki, które sprawdzają się np. w Tenisie, futbol stałby się o wiele czystszy. Piłkarze, tzw. boiskowi oszuści, nurkowie, karani po meczu wysokimi karami pieniężnymi i zawieszeniami, raz na zawsze oduczyliby się takich zabiegów. Tylko kto zdecyduje się wprowadzić ten system do gry?
W przypadku skoków, z całkowitym usunięciem sędziowskich not mogłoby być łatwiej. Albo zminimalizować ich liczbę jedynie do jednego, który skok oceniałby według ściśle określonych wytycznych, czyli od oceny 20, odejmował kolejne punkty, odpowiednio za: brak telemarku, słabą odległość, nierówny lot, podpórkę i upadek. Da się? Da. Jeśli tylko się chce da się wszystko…

Gra niedziela, więc…typujemy!

Niedziela, mnóstwo spotkań i mnóstwo okazji do zarobienia kasy albo… jej stracenia. Jak będzie? To się jeszcze okaże ale jedno jest pewne – typuje kobieta, czyli… czasem aktualna forma może mieć najmniejsze znaczenie…Ale tylko czasem ;-) .Zaczynamy!

1. Saint Etienne-Nice – Gospodarze przystąpią do spotkania w roli wielkiego faworyta i rzeczywiście, biorąc pod uwagę wszystkie ‚za’ i ‚przeciw’, Nicea nie powinna mieć zbyt wiele do powiedzenia w starciu z czwartą drużyną Ligue 1, co więcej, drużyną, która przy odrobinie szczęścia może jeszcze zawalczyć o eliminacje Champions Ligue…

TYP: 1 KURS: 1,50

2. Atalanta-Sassuolo – Najdłuższa aktualnie seria zwycięstw w lidze? Atalanta! Tego nie spodziewali się chyba nawet w Bergamo. Wiadomo, że każda seria kiedyś się kończy, a szczególnie wiedzą o tym bukmacherzy, ale… Chyba nikt nie wyobraża sobie, że w tak fenomenalnej formie, w jakiej znajdują się dziś gospodarze, zagrożeniem dla nich mogliby się okazać piłkarze znajdującego się na pozycji spadkowej, Sassuolo. Mało realne…

TYP: Atalanta H (0-1,5) 1 KURS: 2,90

3. Basel-Thun – Gospodarze przystąpią do meczu z dorobkiem 52 punktów, tylu samo, ile na swoim koncie zgromadził Grasshoppers. Ci drudzy rozegrali jednak o jedno spotkanie więcej i własnie w tym warto upatrywać najlepszej motywacji dla szwajcarskiego mistrza. Samotny lider? Zaraz po rozjechaniu Valencii w Pucharze Europy, piłkarze Bazylei będą zapewne chcieli tego samego dokonać także w lidze. Fc Thun wydaje się być idealnym do tego kandydatem a i jako worek treningowy przed rewanżem w europejskich pucharach może spisać się nad wyraz dobrze ;-).

TYP: 1 KURS: 1,55

4. West Ham-Liverpool – Seria sześciu zwycięstw, wysokie wygrane m.in. nad Tottenhamem, Southampton czy Manchesterem United, wszystkie bez straty bramki – Liverpool udowadnia, że poważne myśli nad sięgnięciem po najważniejsze trofeum w Premier League, jednak… Aby tak się stało, The Reds muszą zdobywać kolejne komplety punktów i liczyć na potknięcie Manchesteru City i o ile o drugą kwestię może być ciężko, o tyle w przypadku wygranej Liverpoolu, nie ma się raczej o co martwić. Suarez i wszystko jasne!

TYP: Liverpool H (1,5-0) 2 KURS: 1,90

 

Tyle gwiazd w jednej drużynie?

W prawdziwym życiu to raczej nierealne ale już w reklamie, jak najbardziej!

https://www.youtube.com/watch?v=p5G9LEMNJ0A

Udział wzięli: Lionel Messi  (Barcelona), Cristiano Ronaldo (Real Madryt), Wayne Rooney (Manchester United), Stephan El Shaarawy (AC Milan), Iker Casillas (Real Madryt), Mario Goetze (Bayern Monachium), Oscar (Chelsea), Radamel Falcao (AS Monaco), Victor Moses (Liverpool), Landon Donavan (LA Galaxy), Wu Lei (Shanghai East Asia), Aleksandr Kerzhakov (Zenit St. Petersburg),  Lee Chung-Yong (Bolton Wanderers).
Piłka nożna ratuje świat… A gdzie Polacy? Ale, że Lewandowskiego nie wzięli…

Upadły nasze orły… Bo skrzydła źle posklejane miały…

Jesteśmy sportowo upadłym narodem. Nie mamy żadnej liczącej się drużyny, która z powodzeniem mogłaby reprezentować nasz kraj na międzynarodowej arenie. Piłka nożna już dawno osiwiała i musi poruszać się o kulach, do tego boryka się z zaawansowanym alzheimerem, Szczypiorniak zachorował na nieuleczalną chorobę i żadna chemia już mu raczej nie pomoże, siatkówka właśnie złapała groźny wirus, który pozostawi po sobie bolesne skutki uboczne, natomiast ostatnia z wielkiej czwórki czyli koszykówka, już dawno wącha kwiatki od spodu.
Patrząc na nasze reprezentacje narodowe w każdej z ww dyscyplin, to właśnie obraz codzienności, schorowanych staruszków jest pierwszym, jakże trafnym skojarzeniem. Oczywiście, biegająca między nimi młodzież jest odpowiednikiem największych sportowych potęg świata. Warto jednak zadać sobie  pytanie, czy w obu tych przypadkach zawsze będziemy otrzymywać podobny efekt finalny?
W końcu w ekstremalnych sytuacjach ta zdrowa, wysportowana nastoletnia grupa ludzi może wyprzedzić na swojej drodze życia niejedną osobę w podeszłym wieku i tak samo, każda z potęg sportowych, w każdej chwili może zaliczyć niesamowity upadek, w efekcie którego, będą oglądać nawet nasze(!) plecy. Czy jednak możliwa jest sytuacja zupełnie odwrotna? Czy ten staruszek (czytaj: Polska) może cofnąć proces starzenia (czytaj:rozpadania się) i wyprzedzić uciekającą młodzież (czytaj: sportowe potęgi) bez jej aktywnego działania? Oto jest pytanie…

Niesamowicie ciężko jest patrzeć jak świat ucieka nam przez palce.  Ciężko jest także znaleźć receptę na eliksir młodości, który mógłby wskrzesić nasze upadłe anioły orły. Na dzień dzisiejszy, zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn nie mamy w ręku żadnych argumentów by wierzyć w nagły zwrot akcji. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że w przypadku dwóch z czterech dyscyplin, jeszcze nie tak dawno staliśmy po stronie tych najlepszych, po stronie zwycięzców z aspiracjami sięgającymi szczytów. W przypadku jednej, byliśmy tam do wczoraj. Dziś natomiast, szukamy najlepszych ofert pochówku, ubezpieczenia na wypadek nagłej śmierci i już wykręcamy numer telefonu…
I to jest dopiero katastrofa. Żadna z naszych narodowych drużyn nie zasłużyła swoją grą na słuchanie hymnu śpiewanego przez tysiące polskich kibiców czy artystów pokroju Marka Torzewskiego. Niech więc przyśpiewuje im Edyta Górniak. Niech cierpią tak samo jak i my cierpimy patrząc na ich kompromitującą grę.

W meczu z Bułgarią do reszty skompromitowali się siatkarze. Nie tyle samą porażką ale faktem, że prowadząc już 2-0 w setach, potrafili roztrwonić całą tę przewagę i dać się wykopać z najważniejszej imprezy tego roku. Potwierdziła się więc prawda znana jak świat, mówiąca o tym, że jeśli nie wygrywa się 3-0 to przegrywa się 2-3. Na własne życzenie. Szkoda, że tak często dotyczy to akurat naszego zespołu. I gdyby tak nieco pomyśleć, sięgnąć do szarych komórek to wyjdzie na to, że polska drużyna jest jedyną w swoim rodzaju tak niekonsekwentnie grającą, nie potrafiącą zadać decydującego ciosu, tak potrafiącą wszystko spieprzyć w ostatniej chwili jak mało który inny zespół na świecie…

Polsko powstań z kolan! Nie potrzeba Ci do tego ani niebieskiego izotonika ani dodającego skrzydeł  energetyka. Walcz jak na Polaków przystało!

Kosecki odgrywa swój autorski dramat…

Dziś już śmiało można wskazać największy błąd , jaki za swojej kadencji na stołku prezesa PZPN popełnił Zbigniew Boniek. Jest nim oczywiście, zatrudnienie na stanowisku wiceprezesa Związku Romana Koseckiego. Chyba nawet sam „Zibi” nie przypuszczał, że tak szybko przyjdzie mu pożałować swojej decyzji.
To właśnie Kosecki, wedle opinii publicznej, był największym rywalem Bońka w walce o prezesurę, jednak rzeczywistość okazała się dla niego brutalna. Wybory przegrał z kretesem. „Kosy” nie byłoby więc dziś w Związku, gdyby nie…Boniek. To właśnie on wyciągnął rękę do swojego kontrkandydata i dał posadę. Czy zrobił to z litości, czy może rzeczywiście imponowały mu pomysły Koseckiego? Dziś, to już nieważne.
Ewidentnie widać, że drogi obu panów rozeszły się a ich relacje mocno się ochłodziły.
Fakty są takie, że RK na oczach wszystkich zaczyna kąsać rękę, która go karmi. Wszystko, co robi i o czym mówi, jasno daje do zrozumienia, że nie ugnie się przed niczym by osiągnąć swój cel. A wygląda na to, że jest nim udowodnienie wszystkim, że to on a nie Boniek, powinien rządzić polską piłką.
O ich konflikcie zrobiło się głośno, kiedy Kosecki po raz pierwszy publicznie sprzeciwił się Bońkowi na posiedzeniu PZPN-u. „Zibi” słusznie skrytykował wtedy swojego podwładnego za ‘wywlekanie brudów’ na światło dzienne. W odwecie, „Kosa” rozpoczął medialną nagonkę na Prezesa. Nagle zaczęło mu przeszkadzać, że Boniek swoją twarzą firmuje jednego z Bukmacherów, choć wcześniej, kiedy ten temat nie schodził z pierwszych stron gazet, Kosecki milczał. Na łamach prasy wylewa żale, wbijając kolejne szpilki w Bońka, kreując jego postać niemal na demonicznego dyktatora.
Mogłoby się wydawać, że, tylko naprawdę odważny człowiek wdaje się w otwartą wojnę z kimś takim jak ZB, choć w jego przypadku, to chyba zwykła bezmyślność, wszak w ostatnim czasie nie raz już się nią wykazał.
Najbardziej jednak w zachowaniu Koseckiego razi jego brak wdzięczności i lojalności wobec osoby, dzięki której dziś w ogóle ma możliwość decydowania o losach polskiego futbolu. Sam jakby o tym zapomniał, w wywiadach daje bowiem do zrozumienia, że posadę w PZPN zyskał dzięki głosowaniu jego członków a przecież każdy wie, jak było naprawdę.
„Kosa” nie przypuszczał chyba, że w niedługim czasie, on sam wskoczy pod nastawiony przez siebie topór a tak właśnie się stało. Odwrócili się od niego już kibice, nie wiadomo jednak, jak długo zachowanie swojego podwładnego, tolerować będzie sam Boniek…

Polska piłka wciąż jest skażona…

Wydawało się, że po wielkiej aferze korupcyjnej, która kilka lat temu wywołała trzęsienie ziemi w polskim futbolu, nie ma już śladu a poza czysto sportową słabością, polska piłka jest w dosyć dobrej kondycji. Minęło dobrych kilka lat, zanim kibice znów zaczęli wierzyć w jej czystość. Wszyscy mieli nadzieję, że demony przeszłości już nie wrócą. Nic bardziej mylnego…
Pierwsze znamiona powrotu tego wyniszczającego procederu, dały o sobie znać pod koniec poprzedniego sezonu, kiedy to gruchnęła wieść o planowanym ustawieniu spotkania pomiędzy Zawiszą i Arką. PZPN powiadomiony o całej sprawie przez Bukmachera, udaremnił ten plan, lecz szybko dało się zauważyć, że cała akcja była świetnie zaplanowana a rozdmuchanie balonika wokół tego właśnie meczu, miało na celu odwrócenie uwagi od rzeczywistego celu, którym okazało się starcie Jagielloni z Pogonią. Spotkanie tych dwóch drużyn zapewne przeszłoby bez większego echa, gdyby chwilę przed pierwszym gwizdkiem, na jednym z forów internetowych, ktoś nie umieścił wpisu zachęcającego na obstawienie dwóch zdarzeń z tego meczu. Kursy na rzut karny lub czerwoną kartkę są zachęcające ale wiadomo, jest to zwykła loteria. Tym razem jednak, autor wpisu był pewny, że w regulaminowym czasie gry, sędzia podyktuje jedenastkę i wyrzuci z boiska jednego z graczy. Tak też się stało, czarne chmury znów zawisły nad polskim futbolem ale nie wiedzieć czemu, temat szybko ucichł.
Teraz, kiedy w Polsce mamy sezon ogórkowy, deficyt piłki ‚wynagrodzili’ nam sędziowie. Jeden z lepszych arbitrów biegających po polskich boiskach, zakpił z kibiców, swoich pracodawców i kolegów po fachu, udając się do Bukmachera, łamiąc tym samym przepis, na podpisanym przez siebie kontrakcie. Chyba nie przypuszczał, że zostanie rozpoznany i nagrany na telefon komórkowy przez jednego z kibiców a nagranie szybko ujrzy światło dzienne. Ciężko zrozumieć, co miał w głowie Hubert Siejewicz, kiedy decydował się na taki krok ale dziś już wiadomo, że nie był to jednorazowy wyskok z jego strony. Szybko rozniosła się wieść, że ów arbiter jest uzależniony od hazardu. Za swoją głupotę, Siejewicz zapłacił wysoką cenę, nie zobaczymy go już bowiem na polskich boiskach, a przynajmniej nie jako sędziego. W światku piłkarskim aż huczy od plotek. Podobno nie on jeden z tamtego grona ma problemy z hazardem.
Kiedy środowisko sędziowskie znalazło się pod lupą na jaw zaczęły wychodzić także inne ciemne fakty.
Rafał Greń, syn Kazimierza jest kolejnym arbitrem, który złamał przepisy i wymierzył policzek wszystkim, którym na sercu leży dobro polskiej piłki. Wraz z dwoma innymi sędziami i delegatami, na zaproszenie działaczy Jedności Niechobrz, zjawił się na bankiecie, na którym świętowano zakończenie sezonu. Jak można się domyślić, kontakty pozasportowe między arbitrami a klubowymi działaczami są surowo zabronione. Miejmy nadzieję, że Kazimierz Greń nie będzie próbował za wszelką cenę uchronić syna przed surowymi konsekwencjami, co na dziś wydaje się raczej pewne. Niestety…
Jak widać polski futbol wciąż jest nękany przez ciemne interesy, które wyniszczają go od środka. Problemy się nie skończyły i wszystko wskazuje na to, że do póki w piłce będą obecni ludzie, którzy ‘rządzili’ nią w najczarniejszym okresie, nie doczekamy się ich zakończenia.
I pomyśleć, że gdyby nie kibice, dziś wszyscy myślelibyśmy, że polska piłka ma się świetnie i jej największym problemem są słabe wyniki sportowe…

Sukcesy i porażki Panie Zimoch, to jest różnica.

Chyba wszyscy kibice w tym kraju znają (nawet jeśli nie twarz) to przynajmniej głos Tomasza Zimocha. Świetny komentator a dzięki temu:



na zawsze przejdzie do historii nie tylko komentowania ale i całego polskiego futbolu. Pan Zimoch jest jednym z najlepszych w swoim fachu, inteligentny, znający się na rzeczy dziennikarz, ulubieniec kibiców, ten, który sprawił, że pół Polski wyłączyło głos Szpakowskiego by móc połączyć obraz z komentarzem w wykonaniu właśnie pana Tomka. To jeden z nielicznych dziennikarzy sportowych, którzy świetnie poruszają się między różnymi dyscyplinami ale pojawiła się właśnie rysa na szkle…

Wczoraj Tomasz Zimoch na swoim Facebooku umieścił wpis dotyczący polskich siatkarzy…

Panie Tomku, skasuj Pan ten tekst… chyba tak byłoby lepiej…

Pan Zimoch chyba nie do końca przemyślał tę sprawę zanim przelał swoje myśli na klawiaturę i wcisnął ‚Opublikuj’. Właśnie na to wygląda bo ciężko się z nim w tej kwestii zgodzić.
Po pierwsze trzeba rozgraniczyć jedno od drugiego. Piłka nożna nie jest siatkówką a siatkówka nie jest piłką nożną. Dwie inne dyscypliny, inne zasady, cele i możliwości.
W futbolu: Reprezentacja Polski jest w tym momencie chłopcem do bicia, ogórkiem na tle nie tylko Europy ale i całego świata. Mamy naprawdę dobrych piłkarzy, na co dzień reprezentujących wielkie europejskie firmy bądź bardzo solidne, ocierające się o sukces zespoły. Kibice mają prawo wymagać od nich by nie tylko formę ale przede wszystkim zaangażowanie ze swoich klubów przenosili także na grę w kadrze. Nie robią tego od kilku ładnych lat. Przecież nie jesteśmy San Marino, kiedyś byliśmy jedną z potęg. Zbigniew Boniek, nie tak stary jeszcze, jest najlepszym ‚przypominaczem’ czasu jaki minął od największych sukcesów polskiej drużyny narodowej do momentu, w którym znajdujemy się dziś. Dziś jesteśmy na dnie. Skoro do tanga trzeba dwojga to idealnie ze słabością kadry współgra polska piłka klubowa. Z małymi wyjątkami, obraz polskiego futbolu wygląda tragicznie, jak jedna wielka katastrofa.
W siatkówce: Reprezentacja Polski jest obecnie jedną z największych potęg na świecie, liczą się z nią wszyscy rywale i nawet ostatnie porażki tego nie zmienią.  Na najważniejszych imprezach Polacy zdobywają medale, walczą o każdy punkt, nie można im odmówić zaangażowania, widać to gołym okiem. W roku poprzednim, pierwszy raz w historii, sięgnęli po Ligę Światową deklasując resztę stawki. Myśląc o sukcesach polskich siatkarzy nie musimy się cofać pamięcią wstecz i zapewne wybiegać w daleką aż nadto przyszłość. Mamy drużynę o którą nie musimy się bać, na miejsce odchodzących na emeryturę przychodzą młodzi, równie dobrzy. Podświadomie czujemy się pewni, że nawet po słabszym okresie, znów wejdą na szczyt i właśnie to jest powodem zaufania, jakim kibice obdarzyli siatkarzy. Polska liga siatkówki jest jedną z najsilniejszych na świecie, nie bez powodu na jej boiskach grają największe gwiazdy tej dyscypliny a polskie kluby świetnie sobie radzą w rozgrywkach europejskich.

W piłce nożnej Mistrzostwa Świata i Europy są jedynymi imprezami, na jakich Reprezentacja Polski może cokolwiek zdobyć, przecież o Pucharze Konfederacji wstyd nawet w tym momencie pomarzyć (jedno automatycznie wyklucza drugie) a IO w futbolu to jednak inna bajka, młodsza. Na dzień dzisiejszy jesteśmy na tyle ‚silni’, że (najprawdopodobniej/wszystkie znaki na ziemi i niebie na to wskazują..etc.) nie potrafimy nawet na ww turnieje się zakwalifikować. Nie ma mistrzostw – nie ma sukcesów, nie ma sukcesów – …wiadomo. Siatkarze nie walczą o najwyższe trofea co 2 lub kilka lat (jak nasi piłkarze) ale dwa razy do roku. Mierzą się bowiem na MŚ, ME, IO i LŚ. W ostatnich latach z trzech spośród czterech wymienionych sięgali po medale. Jeśli ktoś uparcie chce porównywać te dwie drużyny to dobrze, Siatkarze są jak Włochy w piłce nożnej a naszym piłkarzom najbliżej chyba do siatkarzy… Czy San Marino ma swoją reprezentację?

To właśnie sukcesy i zaangażowanie są tymi różnicami, których nie dostrzega pan Tomasz Zimoch. Siatkarze wraz z trenerami przez ostatnie lata zasłużyli sobie na szacunek, kolejne szanse i właśnie wybaczenie po wpadce, w oczach kibiców. Kiedy nasza drużyna wybierała się do Londynu na Igrzyska, oczekiwania były ogromne ale były to tylko oczekiwania kibiców i dziennikarzy. Sami zainteresowani nie zapowiadali przywiezienia jakiegokolwiek medalu a wręcz zastrzegali, że jadą walczyć ale obiecać nic nie mogą. Wszyscy wiemy jak się skończyła ich przygoda z olimpijskim turniejem i mając jeszcze w pamięci ich sukces w Lidze Światowej, zasłużyli wtedy na kilka słów krytyki. Dla nich była to porażka, tak jak porażką teraz są cztery przegrane spotkania w tegorocznej Lidze Światowej. Nikt przecież nie roztacza nad nimi muru ochronnego w obawie przed krytyką. Oni sami wiedzą, że zawalili sprawę a fakt, że na ich głowy nie spada teraz fala pomyj, jaką spuszczają kibice na głowy piłkarzy po każdym ostatnio meczu, świadczy tylko o jednym: Wciąż wierzą w tych chłopaków. Bo co jest bardziej prawdopodobne? To, że wszystkie swoje mecze do końca eliminacji wygrają piłkarze, czy to, że o sześć zwycięstw pokuszą się nasi siatkarze?

Tomasz Zimoch ws(y)pomina słowa Andrei Anastasiego i daje jasno do zrozumienia, że nie powinny ujść one trenerowi na sucho. Sugeruje nawet, że nie dzieje się tak dlatego, że Anastasi nie jest Polakiem. Dziwne nie są słowa Włocha ale właśnie Pana Zimocha. Na stołku trenerskim zasiada facet, który otwarcie potrafi mówić jak jest, zdaje sobie sprawę z rzeczywistości i zamierza działać w kierunku polepszenia obecnej sytuacji. Coś w tym jest nie tak? Według dziennikarza, gdyby takie słowa wypowiedział Fornalik zmiotłoby go z powierzchni od nadmiaru krytyki ale prawdopodobnie, kibice nabraliby do niego większego zaufania. Kiedy doszliśmy do chwili, w której stawianie sprawy jasno jest przyjmowane gorzej od zakłamywania rzeczywistości i kibiców? Patrząc na kolejnych selekcjonerów naszej piłkarskiej kadry ma się dość właśnie tego typu sytuacji. Zarówno trenerzy jak i piłkarze do perfekcji opanowali sztukę odwrócenia od nich uwagi, drążenia, szukania wszystkiego, co choć troszkę zamaskuje ich nieudolność i akurat kwestia narodowości nie ma tu nic do rzeczy. Waldemar Fornalik od początku swojej kadencji aż po dzień dzisiejszy nie daje żadnej gwarancji sukcesu, Andrea Anastasi dał ją nam już nie raz, nie po to aby nagle przestać wierzyć w metody jego pracy i atakować go na każdym kroku lub co gorsza, podejmować decyzje personalne pod wpływem impulsu.

Sukcesy siatkarzy i Anastasiego oraz porażki piłkarzy i Fornalika są największą różnicą jaka dzieli te dwie drużyny i jednocześnie jest odpowiedzią na rozterki Pana Tomasza Zimocha. Jeśli Reprezentacja Polski w piłce nożnej zacznie osiągać tak wielkie sukcesy jak ta w piłce siatkowej albo chociaż kibice nie będą mieli wątpliwości co do ich zaangażowania podczas meczów, wtedy także poczują smak szacunku i wybaczenia.

Zmiany? Koniecznie!

Pojawiło się w końcu światełko w tunelu. Mianowicie: pojawiła się informacja, jakoby Holenderski Związek Piłkarski od nowego sezonu chciał wprowadzić nowe zasady dotyczące meczów piłkarskich. Jak na razie tylko na próbę i w ligach amatorskich ale jedyne co można na ten temat powiedzieć to : w końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i szkoda, że tak późno. Szkoda tym bardziej, że dopiero po tragedii do jakiej doszło zaczęto myśleć nad rozwiązaniami problemów, z którymi borykają się piłkarskie ligi na całym świecie.

2 grudnia po meczu Buitenboys - Nieuw Sloten, sędzia tego spotkania został pobity przez trzech młodych zawodników gości, czego konsekwencjami były późniejsze zasłabnięcie, zapadnięcie w śpiączkę i śmierć.

Teraz szef amatorskiej piłki w Holandii postanowił zawalczyć z boiskowymi bandytami. Pomysłem na ograniczenie agresji ma być… wprowadzenie kar minutowych za żółtą kartkę. Być może niektórym wydaje się to nie do końca trafione rozwiązanie ale więcej niesie ono za sobą plusów niż minusów.

Większość dyscyplin sportowych wraz z biegiem czasu zmienia zasady, przechodzi renowację, ulepsza elementy, które nie do końca współgrają z rzeczywistością. Tenis wprowadził challenge, podobnie zresztą siatkówka, skoki narciarskie pomiary wiatru (akurat o słuszności tej zmiany, głosów popierających jak i sprzeciwiających się jest chyba wyrównana ilość), by wykluczyć zawodników z powodu popełnienia przez nich błędów na arenach lub przyznanie im punktów, sędziowie do dyspozycji mają powtórki video lub ‚pomoc’ urządzeń jak w żużlu (wypadki), biegach dystansowych (falstarty, uniemożliwienie rywalowi biegu) czy sportach walki (prawidłowe wykonanie akcji). W piłce ręcznej czy hokeju za każde przewinienie sędzia wyklucza zawodnika na określoną liczbę minut.

Jak widać większość dyscyplin sportowych zmienia swoją formułę zarówno dla zawodników jak i kibiców, mimo tego, jeden z najbardziej popularnych sportów na świecie, czyli piłka nożna, nadal stoi w miejscu. Wciąż tylko wiele się mówi o unowocześnianiu tej dyscypliny ale jeśli już do jakichś zmian dochodzi to i tak nie dają one oczekiwanej satysfakcji. W jakim stopniu do poprawy przyczyniło się wprowadzenie sędziów bramkowych pokazał ostatni mecz Wisły Kraków z Podbeskidziem Bielsko Biała (brak karnego) czy ten z Pogonią (nieuznana prawidłowa bramka). Na czip w piłce, dający znać sędziemu czy futbolówka przekroczyła linię bramkową także musimy poczekać a przecież i to nie rozwiązuje wszystkich problemów. Jak widać kontrowersje przy słuszności odgwizdania rzutów karnych czy uznania prawidłowo zdobytej bramki, pokazania czerwonej kartki nie załatwi nawet masa sędziów ustawionych za linią murawy a jedynie powtórki zarejestrowane kamerą. Większość kibiców na pewno pamięta w jakich okolicznościach wyrzucony z boiska został Zinedine Zidane za uderzenie ‚z byka’ Materazziego. Kibice mają już dość sytuacji,w których ich zespół w wyniku pomyłek sędziowskich zostaje niesłusznie pozbawiony zwycięstwa bądź osłabiony. Za wszystko ‚dostaje się’ sędziom, czasem słusznie, często bowiem ich nieudolność lub ślepota są wręcz niewiarygodne ale zdarzają się też sytuacje kiedy to arbiter nie jest w stanie podjąć słusznej decyzji, nawet przy pomocy sędziów liniowych. Właśnie połączenie przestarzałych zasad panujących na boisku i ludzkiej głupoty czy zezwierzęceniu mamy później do czynienia z takimi tragediami jak śmierć sędziego Nieuwenhuizena.

Pomysł z minutowymi karami za żółte kartki czyli tak naprawdę za faule i symulowanie jest naprawdę świetną ideą. W przypadku ewidentnych ataków na zdrowie piłkarza bezapelacyjnie należy się kara, inaczej do tej pory było z zawodnikami szukającymi sposobu na wymuszenie odgwizdania karnego bądź faulu. Jeśli dany piłkarz posiada także umiejętności aktorskie udawało mu się wymusić na arbitrze gwizdek, ci, którzy takich umiejętności nie posiadali otrzymywali kartkę żółtą, która nie niesie za sobą większych konsekwencji dla zespołu (chyba, że ów zawodnik jest skory do ilości popełnanych przewinień i osłabia swój zespół w tempie ekspresowym). W historii futbolu wielu było takich delikwentów, którzy uderzeni przypadkiem w ramię, z krzykiem i grymasem bólu, łapali się za twarz a Bogu ducha winny rywal mógł już zakończyć swój udział w meczu. ‚Poszkodowany’ za to, z uśmiechem wstawał z murawy i  jak nowo narodzony kontynuował grę nie ponosząc żadnych konsekwencji. Ile też bramek padło po nieprzepisowych zagraniach (ręka Maradony) co skutkowało z jednej strony płaczem, z drugiej zaś euforią. Być może wprowadzenie powtórek dla sędziego w trakcie meczu lub nakładanie stosownych konsekwencji na takich piłkarzy, którzy zasady fair play mają w głębokim poważaniu, nie wszystkim się spodoba ale co najważniejsze będzie sprawiedliwe i bezpieczne dla zdrowia zawodników, czy to w trakcie spotkania czy już po nim.

W meczu, w którym jedna z drużyn utrzymuje korzystny dla siebie rezultat na kilka minut przed zakończeniem spotkania, ucieka się ona do głupich fauli, mających na celu odsunięcie gry od własnej połowy i przetrzymanie do końcowego gwizdka. Gdyby za takie ‚zagrania’ piłkarz musiałby zejść na jakiś czas z murawy i osłabić swój zespół, trzy razy pomyślałby zanim ponownie się na to zdecydował a i późniejsza rozmowa z trenerem i drużyną nie byłaby dla niego najmilszą w życiu. Sprawdziłoby się to także w przypadku ‚gry na czas’ bramkarzy. Wiadomo, ostatnie minuty spotkania często wiążą się z tym, że trener wykorzystał już limit zmian a minutowa kara dla bramkarza nie tylko skutkowałaby osłabieniem liczbowym ale i potrzebą wejścia między słupki piłkarza z pola, czyli szansą na gola dla rywali.

Z grą ‚na czas’ czy też czasem doliczonym też nie wszystko jest zawsze zgodne. Zdarza się bowiem, że w spotkaniu ciągle przerywanym z powodu fauli dolicza się ‚jedynie’ trzy minuty a w pojedynku gdzie sędzia gwizdka używa ‚od święta’ czas przedłużany jest o pięć czy sześć minut. Najczęściej tak duże czasowe dodatki do regulaminowego czasu miewały miejsce w meczach drużyn z najwyższej półce jak oba Manchestery, Barcelona, Real czy Juventus. Najczęściej wtedy kiedy tym zespołom gra nie kleiła się i wynik spotkania nie do końca ich satysfakcjonował. Kibiców często denerwował taki obrót spraw, którzy węszyli w tym spisek i działania korupcyjne. Być może należałoby pójść drogą piłki ręcznej czy koszykówki, gdzie czas zatrzymywany jest równo z grą i nie ma konieczności późniejszych korekt czasowych. Na pewno takie rozwiązanie nie przeszkadzałoby kibicom ani tym na stadionach ani tym przed telewizorami a jedynie uniknęłoby oskarżeń z ich strony o stronniczość.

Po każdym spotkaniu powinno ono być także dokładnie analizowane by za głupie występki, których nie dostrzegł w trakcie meczu arbiter, piłkarze mogli być karani lub uniewinniani przez komisję. Chociaż wydaje się, iż wszystkie te zmiany mogłyby zabić istotę futbolu ale tak by się nie stało. Wiadomo, że trzeba byłoby się do takich rozwiązań przyzwyczaić ale przecież do każdych zmian trzeba a po pewnym czasie wyszłyby one wszystkim na dobre.

Czy można jednak oczekiwać, że FIFA i UEFA zajmą się poprawieniem tych uchybień? Wątpliwe. Organizacja ta jak na razie zamiast poprawiać obraz futbolu tylko go pogarsza. Na jej konto wpływa coraz więcej  oskarżeń. Od kilku dni wypływają kolejne głosy jakoby głosowanie na najlepszego piłkarza i trenera roku były zmanipulowane przez FIFA na rzecz zwycięstwa Messiego i Del Boque a skoro głosujący podpisują się pod oskarżeniami własnym nazwiskiem, to nie ma powodu by im nie wierzyć, w przeciwnym razie FIFA zareagowałaby inaczej. Drugim najświeższym kąskiem jest oskarżenie ze strony tureckiego sędziego o ustawione losowanie par Ligi Mistrzów za pomocą urządzenia wywołującego wibrację. Na potwierdzenie swoich słów zaprezentował nawet działanie tego urządzenia. Co raz bardziej prawdopodobne więc, że wszystko co zostało już powiedziane na temat poprzedniego losowania i powtórzenia jego wyników z tymi próbnymi, było prawdą. Po takich a nie innych rozstrzygnięciach pozostaje tylko rozwianie wątpliwości, czy działania te miały na celu uatrakcyjnić te rozgrywki dla kibiców czy ułatwienie drogi do finału Realowi i Barcelonie poprzez ‚wylosowanie’ im rywali najsłabszych z możliwych (Galatasaray, PSG) oraz skojarzenie ze sobą tych najmocniejszych (Bayern/Juventus). Trzecia szansa na awans do półfinału hiszpańskiej ekipy także wydaje się być dla nich na rękę. Czy w zaistniałych okolicznościach wciąż mają one prawo posiadać swoją wartość? Czy jest sens tak się nimi emocjonować? FIFA jak widać, jest daleka od tego by zmienić przepisy na sprawiedliwe, skoro sama robi wszystko by było odwrotnie.

Czas na trochę uśmiechu :)

Chociaż polska piłka odbiega nieco bardzo poziomem od tego europejskiego, który obserwujemy m.in w Anglii czy Hiszpanii to wszyscy ją kochamy, nienawidząc jednocześnie. Taka już ta miłość jest między kibicami a futbolem, że raz się kocha a raz nienawidzi. Związek ten jest chory ale głęboki i jedna strona bez drugiej nie może egzystować. Nie obce więc obu ze stron są takie elementy jak tęsknota, potrzeba bliskości, wzajemne uzupełnianie i wsparcie. Ważnym czynnikiem każdego związku jest też poczucie humoru i to właśnie jedna z ważniejszych cech jaka nie pozwala kibicom obok futbolu przejść obojętnie. W świecie piłki nożnej mnóstwo jest ludzi, których wypowiedzi żyją już własnym życiem, większość tych kwiatków zna chyba każdy kibic, połowa być może już zapomniana ale wciąż wywołuje uśmiech na twarzy… Tyle kwiatków w jednym miejscu, samo doborowe towarzystwo…

http://www.youtube.com/watch?v=W_cQPpNLCHc

http://www.youtube.com/watch?v=Jyc0uJNguzk

http://www.youtube.com/watch?v=w-xEHTxoUpQ

http://www.youtube.com/watch?v=xAH8uCv-vsw

http://www.youtube.com/watch?v=r6wWx3x49c0

http://www.youtube.com/watch?v=ijmRwQFgx_M

http://www.youtube.com/watch?v=eSkSW95p7eA

http://www.youtube.com/watch?v=udRwiIonVg4

http://www.youtube.com/watch?v=Ra1D1KSn9Ro

http://www.youtube.com/watch?v=Glfz3PT_Li0

http://www.youtube.com/watch?v=wW09K6YPRNY