Archiwa tagu: niemcy

Z Ukrainą o pełną pulę! Warto grać na Polskę…

bonusy-bukmacherow-nowe

Po dwóch kolejkach turnieju we Francji, nasza reprezentacja pod względem dorobku punktowego ustępuje miejsca jedynie gospodarzom, oraz zawsze wielkim drużynom Włoch i Hiszpanii. Podobnie jak my, cztery oczka na swoim koncie zgromadziły takie zespoły jak Niemcy, Szwajcaria oraz Chorwacja. Towarzystwo iście doborowe, nieprawdaż? Tym bardziej biorąc pod uwagę, iż nasze konto zasililiśmy w spotkaniach z dwoma najsilniejszymi (jak się okazało) rywalami w grupie C… a w ostatnim spotkaniu, o trzy punkty i pierwsze miejsce zagramy ze słabo spisującą i rozbitą od środka Ukrainą. Patrząc na formę oraz przygotowanie mentalne polskiego zespołu – Tego nie da się spieprzyć! Gramy o zwycięstwo, o wysokie zwycięstwo, dające nam pozycję lidera w grupie i… łatwiejszych rywali na drodze do tytułu Mistrza Europy!

Nie bójmy się takich stwierdzeń. Zatrzymaliśmy wielkich Niemców, którzy zupełnie nie radzili sobie z polską defensywą a jeśli udało się tego dokonać z drużyną typowaną jako pewnik do finału, dlaczego miałoby się nie udać z innymi? Na dzień dzisiejszy, prezentujemy naprawdę wysoki poziom a przygotowanie taktyczne Adama Nawałki idealnie wkomponowuje się w styl gry naszych kolejnych rywali. Drzwi do naprawdę dobrego wyniku w tym turnieju stoją przed nami otworem i dotychczas nawet nie zaskrzypiały. Przeciągu nie ma i być może jeszcze długo go nie będzie. Zarówno nasi piłkarze jak i kibice są pewni, że przed lipcem, czyli jeszcze przez dziesięć dni, do Polski wracać nie zamierzają. Miejmy nadzieję, że przygoda Reprezentacji Polski we Francji zakończy się dopiero dziesiątego lipca…

Patrząc na dotychczasowe wydarzenia boiskowe i poziom prezentowany przez uczestników, nikomu nie przyjdzie na myśl, skreślić nas przedwcześnie z listy zespołów aspirujących do końcowego triumfu. Przecież nikt nikomu nie odda punktów za darmo. Aż dziw bierze, że wszyscy tak łatwo typują Niemców do łatwej wygranej w starciu z Irlandią Północną. Przecież im, podobnie jak nam, może być ciężko przebić się przez mur zbudowany przez tak liczna grupę defensorów trzeciej obecnie drużyny grupy C. Milikowi raz się udało ale nie jest powiedziane, że uda się to Mullerowi. A nawet jeśli, nikt nie powinien liczyć na wysoką wygraną. Waleczni Irlandczycy postawią wszystko na jedną kartę. Napędzeni zwycięstwem z Ukrainą, mogą postawić Niemcom wysoko powieszoną poprzeczkę. Polsce w starciu z żółto-niebieską armią może być o tyle łatwiej, że nasi rywale, których podczas tego turnieju nie mieliśmy prawa zestawiać z przymiotnikami opisującymi zwycięzców, są już zapewne przyszykowani na drogę powrotną do swojej ojczyzny. Można więc uznać, że z Polską zagrają już na walizkach. Wszystko, co działo się w okół ukraińskiej kadry, nie napawa optymizmem ich fanów, za to nam stawia na drodze niezwykłą szansę, którą wykorzystamy tylko, ogrywając wysoko swojego rywala. Oczywiście, ciągle przyjmując, że Niemcom jednak uda się ograć Irlandię Północną. My w takim przypadku, albo musimy wygrać z Ukraińcami o jedną bramkę więcej i liczyć na to, iż drużyna Joachima Loewa w starciu z Irlandczykami będzie nagminnie karana żółtymi kartonikami, które przy równej ilości punktów Niemiec i Polski, pozwolą nam na wygranie pozycji lidera poprzez klasyfikację fair-play, albo… strzelić  dwie bramki więcej niż nasi sąsiedzi. Wtedy możemy być pewni swego… Być może uda nam się uniknąć rywalizacji z Hiszpanią na wcześniejszym etapie rozgrywek bo w tym momencie, to chyba jedyny rywal na tym turnieju, którego moglibyśmy się obawiać. Cała reszta, choć dużo od nas bogatsza i może silniejsza kadrowo, bardziej rozreklamowana i faworyzowana, mogłaby się na nas przejechać. Walczymy więc dalej!

Do tej pory, turniej we Francji układa nam się koncertowo. Nie bez przyczyny rywale coraz bardziej zaczynają się nas obawiać. Jesteśmy nieprzewidywalni i z każdą kolejną minutą gry, groźniejsi. Warto chyba więc na tej dobrej grze naszych reprezentantów trochę zarobić. Kursy na zwycięstwo Polski mogą podwoić stawkę. Jeszcze więcej można zyskać typując wygraną naszych Orłów różnicą więcej niż jednej bramki. Po spotkaniu z Niemcami, dobrym kierunkiem ulokowania swoich pieniędzy powinien być także typ na strzelca w osobie Arkadiusza Milika. Chyba nikt nie ma wątpliwości, iż napastnik (jeszcze) Ajaxu będzie chciał się zrehabilitować i zamknąć usta krytykom. O strzeleniu przez niego dwóch lub więcej goli w tym spotkaniu mówić chyba nie wypada ale… zaryzykować chyba warto!

Oprócz typów na Polskę, można się pokusić także na kursy na zwycięstwo Walii, Czech i Anglii. Jeśli ktoś nie jest pewny Niemców, można obstawić, że nie Irlandii nie uda im się pokonać więcej niż jedną bramką. Chociaż… Ile osób obstawiało wczoraj zwycięstwo Rumunii z Albanią, tyluż nie nazwie już żadnej z drużyn faworytem. Z cyklu: #Euroniespodzianki #przegraćzbukiem

To jak, plan minimum: awans do 1/16? a może coś więcej…

d22b59c65f774bf7833dc03aadac1875-d22b59c65f774bf7833dc03aadac1875-0-preview.1000

Łysy z UEFA wykonał swoją robotę dla nas, przyszedł więc czas abyśmy i my, a raczej nasi piłkarze wykonali swoją. A patrząc na drogę, jaką w początkowej fazie turnieju przyjdzie nam przebyć, oczekiwań możemy mieć wiele, w końcu kiedy jak nie teraz?

Na francuskich boiskach Reprezentacja Polski zmierzy się kolejno z Irlandią Północną, Niemcami i Ukrainą. Czyli prawdę mówiąc, nie trafiliśmy źle… Nie jest to oczywiście grupa z rodzaju ‚szybko, łatwo i przyjemnie’, jak chociażby ta, w której znalazła się Reprezentacja gospodarzy ale ewidentnie nie ma tu mowy o grupie śmierci (a tych na turnieju nie zabraknie), czy chociażby rywalach ‚nie do przejścia’, a mówiąc szczerze, z naszego punktu widzenia, bez udawanej tzw. poprawności politycznej, trafiliśmy wręcz idealnie.  Trzeba otwarcie powiedzieć, że wyniki losowania okazały się dla nas łaskawe. Mogliśmy trafić o wiele gorzej i modlić się już dziś o najniższy wymiar kary, za to wylosowanie grupy łatwiejszej było raczej mało realnym marzeniem, dlatego właśnie, przyjmijmy ten dar od losu jako szansę. Szansę, którą trzeba wykorzystać!

Patrząc na ranking FIFA, to my powinniśmy się obawiać wszystkich naszych wyżej notowanych rywali, jednak, jak wiadomo rankingi nie grają a więc wypada na wszystko spojrzeć realnym okiem i wtedy wyjdzie na to, że jednym z głównych faworytów do awansu będzie Reprezentacja… Polski.
Tak właśnie, Polska. Choć większość dziennikarzy i kibiców za pewniaka do zajęcia pierwszego miejsca i srogiego zlania reszty rywali, w tym także nas, uważa Niemców, notabene aktualnych Mistrzów Świata, to nie ulega wątpliwości, że w grupie C, to właśnie Polacy mogą wzbudzać największy respekt. I wcale nie chodzi o naszą siłę, która przy naszych bogatych sąsiadach wciąż prezentuje się raczej ubogo, ale o wielką niewiadomą, jaką dla całej reszty stawki turnieju we Francji stanowić będzie nasza drużyna narodowa. A my, kibice wiemy najlepiej, że bać się jest czego kogo.

Po raz kolejny warto podkreślić, że z pierwszego koszyka naszych potencjalnych rywali, to właśnie Niemcy obawiali się nas najbardziej. I pechowo dla nich, los znów skrzyżował nasze drogi. Bezpośrednie pojedynki tych drużyn w ostatnich czasach, dla obu tych stron do łatwych nie należały. Polska nauczyła się grać przeciw najlepszej drużynie świata, dzięki czemu odnieśli nad nimi pierwsze, jakże historyczne zwycięstwo w eliminacjach do Euro. Co prawda, w rewanżu to Niemcy sięgnęli po trzy punkty ale wcale nie jest powiedziane, że na obcym dla wszystkich terenie, gdzie na pewno trybuny odziane będą w biało-czerwone barwy, Orłom Adama Nawałki nie uda się powtórzyć sukcesu sprzed kilkunastu miesięcy lub chociażby ugrać, jakże cennego remisu.
Piłkarze Loewa, na pewno podejdą do spotkania z nami z dużym respektem, na pewno też zagrają ostrożnie, szukając wszelkich sposobów na wyłączenie z gry świetnie im znanego a przy tym stworzonego przez nich samych bramkostrzelnego potwora, Roberta Lewandowskiego. Prawdopodobnie, w momencie gdy otworzono kulkę z napisem ‚POLSKA’, Niemcy zaczęli żałować, iż przyłożyli rękę do oszlifowania naszego cennego diamentu. Oni jak nikt inny wiedzą, jakim potencjałem i siłą charakteryzuje się nasz napastnik. Zagadką pozostaje jedynie fakt, czy będą w stanie go powstrzymać, a jeśli nawet im się to uda, czy jednocześnie od gry odetną także naszych pozostałych piłkarzy? Zadanie ciężkie i miejmy nadzieję, że w czasie turnieju, dla Niemców okaże się zdaniem niewykonalnym…
Jesteśmy w stanie z tym zespołem wygrać, tym bardziej jesteśmy zdolni się im przeciwstawić i wywalczyć, czy też wygryźć zwycięski dla nas remis. Bo czemu nie?

Kolejnym po Niemcach rywalem, do którego musimy na baczność postawić wszystkie nasze armaty jest bez wątpienia Ukraina. Czyli zespół również nam dobrze znany, choć na naszą korzyść działa fakt, iż na dzień dzisiejszy oni nie mogą powiedzieć o nas tego samego. Od czasu, kiedy mierzyliśmy się po raz ostatni minęło sporo czasu, podczas którego Reprezentacja Polski przeszła istną metamorfozę i z tamtą drużyną niewiele ma ona wspólnego, a może nawet nic, poza oczywiście nazwą i emblematami. Polska z chłopca do bicia przeobraziła się w drużynę pretendującą do zespołu z wysokiej półki, być może kiedyś potentata światowej piłki. Być może. A Ukraina? To wciąż średniak. Do pokonania. Nie mają aż tylu mocnych stron, ile można doszukać się ich w naszym zespole. Skrzydła to za mało by nas straszyć. Kiedy my straszymy, nie mówimy tylko Lewandowskim, ale o całej podstawowej jedenastce, w której każdy piłkarz dokłada ogromną cegiełkę do sukcesu. A potem dokładamy jeszcze rezerwowych, którym jakości na pewno nie brakuje, a po których wejściu na murawę na pewno siła naszej drużyny nie ulega pomniejszeniu.
Być może na papierze Ukraina i Polska, pod względem potencjału i możliwości wyglądają podobnie ale nie oszukujmy się, mamy zespół mocny jak nigdy, powinniśmy zjeść Ukraińców na śniadanie bez większego wysiłku. W tunelu prowadzącym na murawę przed meczem, kiedy ich największa gwiazda, Jewhen Konoplanka, spojrzy w oczy Grzegorzowi Krychowiakowi, powinien już być przekonany o końcowym triumfatorze spotkania.

Naszym ostatnim i prawdopodobnie najsłabszym rywalem w grupie (bo od czegoś są niespodzianki i nikt nie wie, czy Irlandia czasem nie okaże się lepsza od Ukrainy) będzie Irlandia Północna. W wyniku losowania, nie spotkamy się w zaplanowanym wcześniej sparingu z tym zespołem, a co za tym idzie nie poznamy ich tak dobrze, jak chociażby dwóch pozostałych rywali ale o różnicy, jaka dzieli zespół Polski i Irlandii Północnej, najlepiej świadczą wywiady obu trenerów po ceremonii losowania.
Do meczów kontrolnych przed samym Euro, zostało około trzech miesięcy, w Poznaniu mieliśmy się spotkać właśnie z naszym turniejowym rywalem ale z wiadomych względów, do spotkania nie dojdzie. PZPN musi wybrać sobie nowego rywala, choć, mimo scenariusza, który był bardzo prawdopodobny, i który życie zdecydowało się narysować, i tak przygotowali już wszystkie materiały na temat Irlandii Północnej. To się nazywa profesjonalizm i prawidłowe podejście do sytuacji. Pytany o wspomnianego rywala Adam Nawałka, jakby czytał z otwartej książki wymienia wszystkie jego mocne strony i punkty, na które trzeba zwrócić uwagę. Natomiast, postawiony w tej samej sytuacji trener naszych rywali, asekuracyjnie mówi o tym, że kojarzy, iż dobry jest Błaszczykowski. Niech to najlepiej świadczy o tym, która z tych drużyn ale też federacji bardziej poważnie traktuje francuski turniej.

To wcale nie pompowanie balonika, i tak wszystko zweryfikuje boisko ale czas spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać, że mamy ogromną szansę na największy sukces naszej drużyny w ostatnich latach, a na pewno największy sukces w historii na Mistrzostwach Europy. Jeśli uda nam się wywalczyć tylko drugie miejsce w grupie, spotkamy się z drugim zespołem z najsłabiej obsadzonej grupy na tym turnieju. Czy los nam nie pofarcił? Kolejny raz. Ale teraz jest inaczej. Czuć w powietrzu tę magię, kiedy gra nasza drużyna narodowa. Nie ma wątpliwości co do jakości grającej w nich piłkarzy i przede wszystkim nie ma tylu pytajników co do prawidłowości zasiadania na miejscu selekcjonera Adama Nawałki.
I jeszcze jedno, co najlepiej zobrazuje przemianę tej drużyny, znów powołując się na tunel prowadzony na murawę i stojących w nim piłkarzy. Reprezentanci Ukrainy i Irlandii Północnej w większości będą spoglądać na stojące obok nich światowe gwiazdy, od których mogliby wziąć autograf. Połowa Niemców, przynajmniej od patrzenia na jednego z naszych piłkarzy będzie miała ciężko w spodenkach i będzie odczuwała pewien niepokój. Kiedyś, jeszcze przed metamorfozą, tak wyglądali nasi reprezentanci. Na Euro, jak i w Eliminacjach, Polacy będą stać dumnie prezentując Orła na piersi, przekonani o swojej sile i pewni swoich umiejętności. Naznaczeni by wygrywać, przygotowani na walkę do ostatnich minut… Po zwycięstwo!

Bayernowski… A dlaczego nie Ba…Real Madryt?!

Ciekawe, ilu kibiców (będąc na miejscu rozchwytywanego piłkarza, oczywiście), mając do wyboru transfer do Bayernu Monachium i transfer do Realu Madryt, wybrałoby tę pierwszą opcję?…
Biorąc pod uwagę całokształt i wykluczając jednocześnie syndrom jednosezonowców, śmiało można zaryzykować tezę, iż zdecydowana większość skusiłaby się na przeprowadzkę do stolicy Hiszpanii. Wśród tych osób jednak, na próżno szukać Roberta Lewandowskiego. Polak zdecydował bowiem, iż swoją karierę będzie kontynuował w koszulce Bayernu Monachium, co grono jego fanów może nawet trochę dziwić. Ciężko na szybko zawyrokować, czy Lewy podjęciem takiej decyzji zaryzykował swoją przyszłość czy może poszedł trochę na łatwiznę.

Królewscy są jednym z tych zespołów, które trwają w swej chwale bez względu na wszystko, nawet wtedy gdy aktualna forma nie pozwala na sięgnięcie po jakiekolwiek trofeum. W świadomości kibiców na całym świecie, niezmiennie uchodzą za jednych z najlepszych, za faworytów do wszelkiej maści nagród krajowych i międzynarodowych. Wystarczy spojrzeć dziś na tabelę Primera Division, gdzie Real nie może sobie poradzić z rewelacyjnym rywalem zza miedzy, a potem spytać kilku przechodniów o aktualnie najlepszą dwójkę hiszpańskiej piłki. Jeśli ‚ankietowanym’ nie okaże się jakiś fanatyk tamtejszej piłki, większość, nawet ci sympatyzujący na co dzień z Dumą Katalonii, obok właśnie Barcelony, wskażą na Królewskich. Takie są prawa fizyki futbolu.
Real to marka, Real to klasa, Real to, dla prawie każdego młodego piłkarza, marzenie. Dla profesjonalistów natomiast ideał. Realowi się nie odmawia i prawdopodobnie nikt o zdrowych zmysłach by tego nie zrobił. A jednak, Lewandowski to uczynił.
Czy obawiał się Cristiano Ronaldo? Możliwe. Jeśli pozycja, jaką zajmował w drużynie z Dortmundu w pełni go satysfakcjonowała i przekalkulował  wnikliwie swoją potencjalną rolę zarówno w Monachium jak i Madrycie, jasnym staje się fakt, iż tylko w drużynie Pepa Guardioli będzie mógł w dalszym ciągu ‚grać swoje’. Własnie w Bayernie, choć będzie dzielił szatnię z najlepszymi piłkarzami różnych nacji, Riberym, Robbenem czy Mandzukiciem, wciąż będzie mógł zawalczyć o bycie numerem jeden. O stanie się najważniejszym ogniwem drużyny i niezaprzeczalnie, najjaśniejszą gwiazdą Bundesligi. W drużynie Ancelotti’ego natomiast, nie miałby takiej swobody. Tam przecież, swoje miejsce na piedestale, swój pomnik, wyrył już wspomniany Ronaldo. Portugalczyk jest głównym aktorem każdego widowiska, przy nim nawet najlepsi napastnicy blakną w oczach. Nie jest im bowiem dane zdobywać tylu goli, ile w rzeczywistości zdobyć by mogli, gdzieś tam za ich plecami nadciąga bowiem super-Cristiano, którego jeden strzelony gol, pójdzie w świat prędzej niż dwie bramki któregokolwiek innego piłkarza Królewskich. Nie ważne kim jesteś, wybierając dziś ofertę Realu, obok wielkiej kasy, pięknej pogody, prestiżu i życia, którego nie doświadczysz gdzie indziej, decydujesz się także na grę w cieniu najlepszego piłkarza poprzedniego roku. Być może właśnie z tego powodu, Lewandowski wybrał ofertę Niemców. Może rzeczywiście tak stęsknił się za Mario Goetze, może jak magnes, przyciągnął go Guardiola a może po prostu, tak pokochał kraj aktualnych pracodawców, że nie zamierzał się z niego wynosić. Przy wizji sportowego i finansowego upadku Borussii, wolał tylko przenieść się na ‚bezpieczny’ grunt. Może za Lewego zdecydowała żona, może menadżer dorzucił swoje trzy grosze a może to Robert złapał syndrom jednosezonowca i po wygraniu przez Bawarczyków poprzedniej edycji Champions Ligue, uwierzył w potęgę ‚nowej Barcelony’?
Nie wiadomo. Jeśli tak myślał, prawdopodobnie już przestał. Od sięgnięcia po najważniejsze trofeum w klubowym futbolu, Bayern notorycznie udowadnia, że choć stać ich na bycie najlepszą drużyną w Europie w poszczególnych sezonach, nie są w stanie wspiąć się na poziom Dumy Katalonii sprzed kilku lat. Niby mają tego samego trenera, niby piłkarzy aktualnie najlepszych ale wciąż im czegoś brakuje. A może… może właśnie brakowało im Roberta? Może to Lewandowski jest lekiem na całe zło słabości?

Dziś nie znajdziemy odpowiedzi na te pytania. Sam Lewy, nie chce mówić o swoim transferze do póki przywdziewa jeszcze koszulkę Borussii Dortmund. I nie ma się mu co dziwić. Choć na łamach swojego fejsbukowego profilu stara się pokazywać swoją pewność, w zaciszu domowym zapewne nerwy nie dają mu spokoju. Część kibiców, podobnie jak w przypadku Goetze, nie da mu żyć. Od teraz, bez względu na to, jakby się nie dwoił i troił na murawie, dla nich będzie zwykłym judaszem. Może to tylko piłka nożna, ale dla wielu ma ona dużo większy wymiar. Dość powiedzieć, że w Polsce, będąc gwiazdą Legii Warszawa lub Wisły Kraków, za transfer na tej linii, nie miałby czego szukać w kraju. Zarówno z jednej, jak i drugiej strony wylewano by mu na głowę wiadro pomyj. I to w wersji optymistycznej. Ma więc Lewandowski szczęście, że gra w Niemczech i tam, grono kibiców jest dużo bardziej wyrozumiałe. Może uda mu się przetrzymać jeszcze tę jedną rundę w Dortmundzie a potem, jeśli nie zwariuje,  już bez stresu będzie mógł zdobywać gole na chwałę Bayernu.

Swoją drogą, transfery dokonywane z tak dużym wyprzedzeniem, tzn, podpisywanie kontraktu z piłkarzami, którzy zaczną grę dopiero za kilka miesięcy jest najzwyczajnym w świecie idiotyzmem czystej postaci. Przez jedną rundę w innym zespole można nawet…przestać być piłkarzem. Można doznać koszmarnej kontuzji, można stracić całą swoją piłkarską klasę i popaść w marazm. A potem ‚nowy’ pracodawca będzie bujał się z takim bezużytecznym piłkarzem przez następnych kilka lat, zanim, jeśli w ogóle mu się uda, odbuduje choć cząstkę siebie. Nawet jeśli największe kluby świata, w umowach zawierają kruczki na ten temat, nawet jeśli zabezpieczają się przed kontuzjami swoich nowych nabytków, nie cofną już całego zamieszania, jakie w mediach i u kibiców wywołał ów transfer. Właśnie z tego powodu, z powodu zawiedzonych fanów, z powodu niszczenia planów trenerskich na zbudowanie silnego zespołu, transfery ‚z handicapem’ w ogóle nie powinny być dozwolone. Jeśli ktoś tego nie rozumie, niech spojrzy na Łukasza Gargułę i czas jak minął od podpisania kontraktu do tego sezonu, sezonu, w którym Guła zaczął grać tak, jak przed kontuzją…

Wielki gest kibiców Borussii…

Piękne! Dostateczny dowód na to, że Jakub Błaszczykowski w Dortmundzie zawładnął nie tylko murawą ale i sercami kibiców. Czasami takie ‚coś’ lepiej o piłkarzu świadczy niż wysoka oferta transferowa… Bo kiedy przyjdzie czas by zawiesić buty na kołku…

Ale że Niemcy takie gesty wobec Polaka… i wartość jakby się podwoiła ;-)

Czy Polacy zawojują świat?

Bartłomiej Pawłowski prawdopodobnie podpisze za chwilę kontrakt z Malagą. Prawdopodobnie, ponieważ… Po pierwsze, musi jeszcze przejść testy medyczne, po drugie, nie do końca wiadomo czyim piłkarzem jest aktualnie Pawłowski. Pojawiła się Malaga, wraz z nią kłopoty, słowny bój o napastnika toczą Widzew i Jagiellonia. To jednak teraz nie ważne. Ważne, że kolejny bardzo dobry europejski klub sięgnął po polskiego piłkarza.

Pomijając czasy, kiedy byliśmy jedną z piłkarskich potęg, czasy Bońka, Deyny czy Młynarczyka, Polacy nie budzili zainteresowania u włodarzy europejskich klubów. Mieliśmy oczywiście swoje perełki, raz na jakiś czas polskie nazwisko pojawiało się w kadrze wielkiego klubu, choć najczęściej na pozycji bramkarza. Najpierw był Dudek, później Boruc, Kuszczak, Fabiański i Szczęsny. W pewnej chwili zaczęło się nawet utrwalać mit o tym, że Polska bramkarzami stoi. Jednak wśród piłkarzy z pola, można było dopingować tylko kilku naszych, m.in. Krzynówka, Smolarka czy Mariusza Lewandowskiego ale ich zespoły nie stanowiły wtedy czołówki futbolu na starym kontynencie. Mieliśmy do czynienia z kilkoma głośnymi, obiecującymi transferami do dużych klubów ale prawie zawsze kończyło się to wielkim niewypałem i powrotem z podkulonym ogonem. Nawet najlepsi ligowcy i tak wracali, nawet jeśli na początku udało się im lekko zawojować nowym miejscem (vide Żurawski czy Szymkowiak), w końcu i tak kończyli tak samo jak reszta. Niezwykle ciężko było znaleźć odpowiedź na  nurtujące wszystkich pytanie: „Dlaczego udaje się wszystkim innym a nie udaje się nam?” Wielkie kariery robili przecież piłkarze z Afryki, Ameryki Południowej czy Azji, z dużo mniejszych europejskich państw niż Polska, z krajów gdzie piłka nie jest aż tak popularna jak u nas, im jednak się udało.

Poziom Ekstraklasy przecież się nie podniósł, ba zapewne wielu uzna, że w porównaniu do kilku lat wstecz, jest jeszcze słabszy.  Nasza Reprezentacja także zaliczyła totalny zjazd formy a całe Euro w jej wykonaniu było jedną wielką kompromitacją polskiej piłki. Coś jednak się zmieniło. Na rynku transferowym, Polacy są coraz bardziej rozchwytywani. Może nie osiąga to jakichś wielkich rozmiarów, nie mamy do czynienia z wieloma, wysoko gotówkowymi transakcjami ale i tak progres jest zauważalny.

Trenerzy z najsilniejszych lig europejskich przestali omijać Polskę szerokim łukiem a źródło takiego stanu rzeczy jest wszystkim nam dobrze znane. Dortmund – to w tym mieście narodził się na nowo polski futbol. Wszystko zaczęło się jednak wiele lat temu, kiedy do Niemiec wyruszył Łukasz Piszczek. Znacie takiego napastnika? Fakt, że Piszczu w przeszłości grał na pozycji snajpera lub ofensywnego pomocnika, wielu uszedł już z pamięci. Nie ma się co jednak dziwić, gdyż  Łukasz jest dziś jednym z najlepszych obrońców świata a to czego nauczył się występując w ofensywnych formacjach, wciąż procentuje podczas kolejnych meczów w barwach Borussii. Zachwyceni Piszczkiem włodarze klubu z Zagłębia Ruhry znów zapuścili sieci na polskich piłkarzy. Z Wisły Kraków ściągnęli oni Jakuba Błaszczykowskiego. Mimo tego, że grając w Krakowie, Kuba i tak był najlepszy w lidze, dopiero w Dortmundzie stał się skrzydłowym z prawdziwego zdarzenia, piłkarzem kompletnym. Szybko zawładnął nie tylko sercami kibiców ale i boiskiem, dziś jest jedną z najważniejszych postaci w zespole Jurgena Kloppa. Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc można się było spodziewać, że na Piszczku i Błaszczykowskim się nie skończy. Kolejnym Polakiem, który podpisał kontrakt z Borussią został Robert Lewandowski. Lewy do Dortmundu trafił z poznańskiego Lecha, gdzie strzelał jak na zawołanie, dziś również kontynuuje tą passę, różnica jest jednak taka, że nie trafia już do bramek rywali z polskiej Ekstraklasy ale największych klubów świata.
Dzięki świetnej grze, wartość tej trójki automatycznie wskoczyła na niebotyczny, jak na polskie warunki poziom. Oczy trenerów klubów z Bundesligi ale także z innych europejskich lig, zaczęły kierować się na polskich graczy. Skoro w jednym klubie udało się zebrać trzy wielkie talenty, być może w ich kraju jest ich jeszcze więcej.  Tym sposobem do niemieckich klubów trafili kolejni Polacy, m.in Borysiuk, Sobiech, Stępiński, Wojtkowiak czy ostatnio Milik.
Co raz lepszą renomę, polscy piłkarze zdobywają także na ziemi włoskiej. W Torino, formacją defensywną dyryguje Kamil Glik, który po kolejnym udanym sezonie został mianowany…kapitanem zespołu (!).  Inny polski obrońca, Bartosz Salamon wywołał niemałe zamieszanie, kiedy podpisał kontrakt z wielkim Milanem. Dla mediolańskiego klubu, Bartek jest jednak melodią przyszłości, dlatego jak na razie wypożyczyli go oni do Sampdorii, by tam zdobył cenne doświadczenie i rozegrał się na boiskach Serie A. W Genui polski defensor nie będzie jednak sam, gdyż w ostatnim okienku transferowym, klub sprowadził Pawła Wszołka (o którego przecież dopiero co zabiegali Niemcy). Już po okresie przygotowawczym włoskiego klubu, można dojść do wniosku, że były piłkarz Polonii Warszawa będzie miał szansę na regularną grę. Tego samego oczekuje inny polski talent, Piotr Zieliński. Młody piłkarz przebojem wdarł się do składu Udinese Calcio, pod koniec poprzedniego sezonu i zachwycił nie tylko polskich kibiców ale i włoskich fachowców. Wszystko wskazuje na to, że jedynym czego brakuje Zielińskiemu by stać się gwiazdą włoskiej ekstraklasy jest doświadczenie. A z jego zdobyciem, większych problemów mieć nie powinien. Nie zapominajmy, że w Udine mamy jeszcze jednego polskiego reprezentanta, Wojtka Pawłowskiego, który jednak na dzień dzisiejszy ma minimalne szanse na występy w bramce swojego zespołu. Kilka dni temu, kontrakt z Romą podpisał następny bramkarz z Polski, Łukasz Skorupski, w jego przypadku także szanse na grę nie są zbyt duże, tym bardziej, że już w swoim debiucie popełnił wielki błąd. Wielkie nadzieje wiązać można za to z Rafałem Wolskim, który może okazać się pewnym punktem Fiorentiny.

We Francji, nazwisko Obraniak jest chyba znane każdemu kibicowi piłki nożnej a co raz lepiej na swoją renomę pracuje także Krychowiak. Wcześniej, wstydu nie przynieśli nam na boiskach Ligue 1, Jeleń i Dudka. Można się więc spodziewać, że to nie ostatni nasi rodacy występujący na francuskiej ziemi.
Podbijać zaczynamy także ligi holenderską, rumuńską, azerską czy rosyjską, w których liczba Polaków wciąż się powiększa. W Anglii, w dalszym ciągu naszą dumą pozostają bramkarze ale jeśli tak dalej pójdzie, nie można wykluczyć, że w niedługim czasie, będziemy mieć kogoś w polu nie tylko w Championship ale i Premier Ligue.

W Hiszpanii, jak na razie, polscy piłkarze grywali raczej w drugiej klasie rozgrywkowej. W Primera Division, jeśli już bliżej im było do ławki rezerwowych aniżeli wyjściowej jedenastki. Na dzień dzisiejszy mamy tam dwa polskie akcenty, w kadrze Levante znajduje się bowiem Dariusz Dudka, a w Betisie, Perquis. Teraz do tej dwójki, dołączyć ma Pawłowski.

Jeśli dla wszystkich wspomnianych piłkarzy, przepustką do kariery okazali się Piszczek, Błaszczykowski i Lewandowski, to miejmy nadzieję, że teraz oni, dzięki swojej dobrej grze, okażą się dobrą reklamą innych naszych zawodników. To także dobra lekcja dla polskich klubów. Może ich włodarze także otworzą szeroko oczy i zamiast wydawać pieniądze na zagraniczny szrot, sięgną po polskiego nastolatka, za którego przyjdzie im zapłacić może 500 zł i kilka piłek a za kilka lat, będzie on warty kilkanaście milionów euro…

Po meczu z San Marino.

http://www.youtube.com/watch?v=RlqsGApxlbo

Jeśli po spotkaniu z Ukrainą było tragicznie, to po meczu z San Marino nie zmieniło się w zasadzie nic. Polska co prawda strzeliła pięć bramek, wygrała to spotkanie ale styl w jakim tego dokonała może jedynie załamywać. Na tle amatorów z najniżej  notowanej reprezentacji w rankingu FIFA wypadliśmy jak zespół niewiele od nich lepszy. Wydaje się, że wystarczyło nieco więcej odwagi u naszych rywali by również oni mogli świętować gola tego wieczoru, a nawet korzystny dla nich rezultat. Na potwierdzenie tych słów wystarczy przytoczyć ostatnie minuty spotkania, kiedy, mijając naszych obrońców, na bramkę popędził zawodnik gości. Na całe szczęście w naszym składzie jest jeszcze jeden profesjonalista. Artur Boruc w stytuacji sam na sam uchronił Polskę przed kompromitującą stratą bramki.

Kibice którzy z trybun oglądali chaotyczną grę Polaków wytrzymali do ok 70. minuty spotkania, wtedy to zaczęli dopingować San Marino i z czystym sumieniem można stwierdzić, że było warto. Jako jedyni dzisiaj wiedzieli dlaczego znaleźli się na Stadionie Narodowym.

Po ostatnim gwizdku doszło do wymiany koszulek między zawodnikami obu drużyn, goście wydawali się być z tego powodu niezwykle szczęśliwi, chociaż warto się zastanowić kto, w obecnej sytuacji, powinien o koszulki zabiegać.  ;-)

Mecz z San Marino był także meczem o inne trofeum. Puchar portalu Weszło. To kibice zdecydowali, że trafi on w ręce polskich piłkarzy wówczas, jeśli ci wygrają różnicą pięciu trafień. W przeciwnym razie zgarnęliby go rywale. Polska wygrała 5-0 i Puchar powędruje w ich posiadanie ale po tym co zaprezentowali na murawie powinni dostać jedynie reprymendę od Prezesa Bońka, a z racji tego, że aż dwa gole padły po rzutach karnych, trofeum powinno zostać przyznane San Marino. A niech i oni od życia coś mają.

Śmieszne są media, które z dumą trąbią, że po ponad 900(!) minutach bez bramki, odblokował się Robert Lewandowski. To kpina. Lewy zamienił dwa rzuty karne na dwie bramki. Nie strzelił ani jednego gola z gry. Ani jednego gola z gry przeciwko San Marino. A gdyby kontuzji przed meczem nie złapał Błaszczykowski, z opaską kapitańską nie wyszedłby Robert i również nie on wykonywałby jedenastki. Kolejny mecz zakończyłby z zerowym kontem. Czy ktoś jeszcze zamierza bronić Lewego przed rzeczywistością? Czy w meczu przeciwko 207. drużynie rankingu do zdobycia bramki potrzebni są polskiemu napastnikowi partnerzy na miarę zawodników Borussii Dortmund? Bez jaj. Przed spotkaniem Robert był pewny swego, z dumą zapowiadał odblokowanie się. Odblokował się jedynie w ocenie statystyk, bo w oczach kibiców jego licznik bije nadal i jak na razie nie widać dostatecznych oznak by miał się on szybko odblokować. To czego nie dokonał Lewy w ciągu 90. minut udało się Teodorczykowi (w ciągu 2!) i Koseckiemu (45). Nie jesteśmy drużyną na poziomie Hiszpanii, nie potrzebujemy gwiazd. Potrzebujemy napastnika bądź pomocnika, który potrafi trafiać do bramki, a jak na razie każdy robi to lepiej niż Lewandowski.

Na boisku znów pojawił się Wasilewski. Tym razem na ostatnie minuty spotkania i tylko po to by zaliczyć 60.spotkanie dające mu miano Wybitnego Reprezentanta Polski. W ten weekend był ewidentnie wybitny! Oby był to jedyny powód powołania Wasyla do drużyny narodowej. Czas już dać spokój, albo na zawsze albo do czasu aż nie zostanie podstawowym piłkarzem jakiejś drużyny i nie udowodni tym samym, że warto powierzyć mu obronę.

Szkoda po tym meczu nie tylko chłopaków z San Marino ale przede wszystkim Jakuba Błaszczykowskiego. Oby prognozy nie okazały się prawdziwe i pomocnik Borussii wystąpił w ćwierćfinałowym spotkaniu LM z Malagą. Jego absencja mogłaby być dla BVB bolesna. Małą ciekawostką z tego wieczoru jest to, że do przerwy w spotkaniach Polski z San Marino i Niemiec z Kazachstanem bramki zdobywali jedynie piłkarze z Dortmundu. Dla Polski Lewandowski i Piszczek, dla Niemiec Reus, Gotze i Gundogan.

Słaba Borussia poklepała matę

Bayern w końcu się doczekał. Po dwóch sezonach dominacji na niemieckich boiskach Borussia oddała rywalom pole na wszystkich frontach. Superpuchar Niemiec wygrał Bayern, w Bundeslidze Dortmund może walczyć tylko i wyłącznie o miejsce drugie, wczoraj pożegnali się również z myślą o obronie wywalczonego przed rokiem Pucharu Niemiec. Szczerze mówiąc Monachijczycy miażdżyli ekipę Kloppa pod każdym względem. Tak grających gości dawno nie oglądaliśmy i można się zastanawiać w czym leży problem. To już drugi mecz z rzędu Borussii, o którym zapewne chcieliby wszyscy jak najszybciej zapomnieć.

Już sam początek meczu pokazał, że będzie to jednostronny pojedynek. Dziwić mógł fakt, że w pierwszej jedenastce zabrakło miejsca dla Jakuba Błaszczykowskiego, który sam informował, że będzie do meczu gotowy w 100%. Jak się później okazało decyzja Kloppa byłą błędna. Polski skrzydłowy gdy tylko zameldował się na murawie od razu przyspieszył grę swojego zespołu, zaprezentował się z dużo lepszej strony niż większość jego kolegów. Zawiódł szczególnie Robert Lewandowski, który na pucharowy mecz przeniósł swoją reprezentacyjną dyspozycję. Robert był najsłabszym zawodnikiem meczu, odcięty od podań kolegów, kompletnie nie radzi sobie z grą, co kolejny raz udowodnił i raczej nie podwyższył swojej ceny, o czym od kilku dni donosiły media. Blado wypadł także Łukasz Piszczek, który pierwszy rajd ofensywny zaliczył dopiero w końcowych fragmentach spotkania.

http://www.youtube.com/watch?v=jaqzGe7QXbY

Borussia nie znalazła wczoraj recepty na świetnie grający Bayern ale sami są sobie winni. Nie wygra się bowiem meczu stojąc w miejscu i grając bojaźliwie, nie starając się zbytnio zagrozić przeciwnikom. Mówi się jednak, że gra się tak, jak pozwala na to rywal. Chociaż nie ulega wątpliwości, że Bayern zagrał bardzo dobrze, konsekwentnie i 1-0 był najniższym wymiarem kary to nie można zapominać, że w dużej mierze to Borussia oddała ten mecz, oddała go bez walki. Jeśli w ciągu kilku najbliższych dni gra ekipy z Dortmundu nie poprawi się to także o Ligę Mistrzów może być ciężko…

Bayern z Mistrzostwem, Bayern z Superpucharem i Bayern z największymi szansami na Puchar Niemiec.

Polskie Niemcy

Żyjemy w czasach, w których piłka niemiecka Polakami stoi. Zaczęło się od… Reprezentacji Niemiec, w której pierwsze skrzypce grali Podolski i Klose, dziś, co raz więcej naszych piłkarzy reprezentuje barwy zespołów występujących w Bundeslidze i na jej zapleczu. Co więcej, większość z nich ma decydujący wpływ na losy meczu.

W meczu rozegranym na BayArenie mieliśmy okazję podziwiać grę aż pięciu Polaków. W ekipie gości, jak zwykle, wystąpili Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski. Barwy Leverkusen od pierwszej minuty reprezentował Sebastian Boenisch, natomiast swój debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej, wchodząc na ostatnie minuty spotkania, zaliczył Arkadiusz Milik. Mecz był niezwykle emocjonujący, naprawdę dużo się działo a duży w tym udział naszych rodaków.

Borussia szybko objęła dwubramkowe prowadzenie. Przy golu Reusa asystę zaliczył Lewandowski, chwilę później karnego, podyktowanego na Lewym, na bramkę zamienił Błaszczykowski. Kiedy wydawało się, że Borussia pewnie sięgnie po trzy oczka, do roboty wzięli się Aptekarze. Co raz śmielej także poczynał sobie Boenisch, który zaliczył asystę przy jednej z dwóch bramek Stefana Reinartza. Po jego trafieniach mieliśmy remis, jednak taki stan rzeczy trwał tylko chwilę. Napędzona stratą bramki Borussia rzuciła się do ataku. Piłkę na 3-2 do siatki skierował nie kto inny jak Lewandowski, który walczy o koronę króla strzelców m.in z Kießlingiem, piłkarzem Bayeru. Drużyna Jurgena Kloppa miała okazję podwyższyć wynik spotkania. W 69 minucie meczu sędzia podyktował kolejny rzut karny, kiedy to Boenisch podcinał Lewandowskiego. Do piłki ponownie podszedł Błaszczykowski, niestety tym razem bramkarz wyczuł intencję polskiego pomocnika i wynik nie uległ już zmianie. 19 letni Milik swój udział w meczu zaznaczył zagraniem ręką w polu karnym Borussii. Spotkanie drugiej i trzeciej drużyny Bundesligi (po meczu była zamiana miejsc) dostarczyła nam, kibicom, nie tylko wielkich emocji, ale też utwierdziła wszystkich w przekonaniu o formie naszych czterech pewniaków do gry w kadrze.

http://www.dailymotion.com/video/xx93ur_leverkusen-vs-dortmund-2-3-highlights_sport#from=embediframe

Polskie akcenty, chociaż już na trenerskiej ławce, dobiegały dziś do nas z 2 Bundesligi. Regensburg prowadzony przez Franciszka Smudę, w jego trenerskim debiucie, został zmiażdżony przez Herthę Berlin. Ostatnia drużyna zaplecza Bundesligi przegrała 1-5, co jest najgorszym wynikiem tego zespołu w tym sezonie. Do tej pory nie przegrali żadnego spotkania więcej niż różnicą dwóch bramek, nie stracili też w żadnym meczu więcej niż czterech goli, dwa razy przegrywali w stosunku 2-4. W poprzedniej rundzie, na własnym stadionie Hertha pokonała Regensburg „tylko” 2-1, różnica więc jest widoczna gołym okiem. Ręka Smudy już czyni cuda, dzieło zniszczenia rozpoczęte…Mrugnięcie okiem

Na zdjęciu Franek pokazuje ile sztuk dostał w swoim debiucie Śmiech

Kolejna kompromitacja PZPN!

Wczoraj na dwudziestu-pięciu stadionach w Europie miały rozgrać się mecze eliminacji do Mistrzostw Świata. Dwudziestu-czterech gospodarzy spotkań nie miało najmniejszego problemu z organizacją meczu, mimo, że niektórzy nie dysponują nowoczesnymi stadionami. Kto się wyłamał? Oczywiście musiała to być Polska. PZPN zdecydował o otwarciu dachu nad Stadionem Narodowym, pomimo deszczowej prognozy pogody i niemożności zamknięcia go właśnie w trakcie opadów. Do tego piłkarze Roya Hodgsona nie wzięli kąpielówek i odmówili wyjścia na nasz narodowy akwen wodny. Kibice zgromadzeni na stadionie zamiast wyczynów piłkarzy, oglądnęli ciekawsze widowisko, mianowicie starcie kibiców ze stewardami, emocji było co nie miara, jednak nawet to nie wynagrodzi kibicom straconego czasu i  pieniędzy z powodu przełożenia spotkania. Wiadomo już, że mogą oni składać zbiorowy protest i walczyć z organizatorem meczu o zadośćuczynienie.

Tysiące kibiców przybyło wczoraj na Stadion Narodowy nie tylko aby obejrzeć mecz Polski z Anglią ale także honorowo pożegnać jeszcze aktualnego Prezesa PZPNu, Grzegorza Lato. Miało być machanie białymi chusteczkami, śpiewy ale razem z meczem przeniesiono je na dzisiaj. Tylko niektórzy postanowili nie czekać i  zaprezentowali oryginalne pomysły, tak jak np Ci poniżej:

Nie mniej ciekawie było na innych stadionach, gdzie zgodnie z planem mecze się odbyły.  Nic nie zapowiadało katastrofy jaka spotkała drużynę niemiecką. Prowadzili już 4-0 i chyba za bardzo chcieli zejść do szatni, grając na czas dali sobie zaaplikować cztery mordercze dawki od szwedzkich piłkarzy. Byli już w niebie a schodzili z boiska przy gwizdach trybun jako przegrani, bo ten remis dla Niemców to jak porażka.

https://www.youtube.com/watch?v=mmhlWA2m7tg

W zapowiadającym się na najbardziej ciekawe widowisko wczorajszego wieczoru, wielcy Mistrzowie, Hiszpanie podejmowali Francję. Na próżno szukać było formy z ostatnich imprez u piłkarzy Vicente del Bosque. Mecz być może potoczyłby się inaczej, gdyby przy prowadzeniu 1-0, Cesc Fabregas wykorzystał rzut karny.A tak oglądaliśmy wymienną przewagę w grze obu zespołów, nieuznaną bramkę dla Francji i w ogólnym odczuciu, pamiętając o klasie obu zespołów wiało trochę nudą.

https://www.youtube.com/watch?v=2LL-N159z2Q

Największą niespodzianką wczorajszego dnia był remis Portugalii z Irlandią Północną. Drużyna z takimi piłkarzami jak Ronaldo, Pepe czy Nani jest w kompletnym dołku. Kilka dni temu pokonani wyjeżdżali z Rosji, wczoraj tylko zremisowali.Rozczarowali też wspomniani Rosjanie, którzy co prawda zgarnęli trzy punkty ale kibice musieli zadowolić się skromnym zwycięstwem nad Azerbejdżanem(1-0).

W meczu, który najbardziej nas interesuje, czyli w pojedynku naszych największych grupowych rywali Czarnogóra pokonała na wyjeździe Ukrainę, co można było przewidzieć patrząc na ostatnie mecze naszych sąsiadów. Jeśli tak dalej pójdzie to jedynie Czarnogórcy zostaną obok nas i Anglików w wyścigu o awans.

Warto wspomnieć także o innych meczach. Wczoraj we Wrocławiu towarzysko zmierzyły się ekipy Brazylii z Japonią. Problemu z deszczem tam nie było i Canarinhos ograli swoich rywali aż 4-0 czym udowodnili, że cholernie ciężko będzie komukolwiek rywalizować z nimi na Mistrzostwach Świata, które rozegrają u siebie. Hiszpania niech się schowa bo prawdopodobnie jeśli do takiego meczu dojdzie może nabawić się traumy. Powalczą pewnie Argentyńczycy, którzy w końcu wzięli się za siebie i znów mają świetną ekipę. Ale czy to wystarczy? Okaże się w 2014Mrugnięcie okiem

Kolejnym wartym odnotowania wynikiem jest zwycięstwo Hondurasu nas Kanadą aż 8-1 chociaż nie sam wynik jest aż tak ważny jak to, że hat trickiem popisał się dobrze nam znany z polskich boisk Carlo Costly.

Mamy napastnika!

Jeśli ktoś zastanawiał się czy jest na świecie polski piłkarz mogący zagrać w Reprezentacji Polski i zrobić różnicę to uwaga, jest! Właśnie się odnalazł. Gra w Bundeslidze i europejskich pucharach. Nie jest to Robert Lewandowski. Artur Sobiech swoim ostatnim występem w meczu przeciwko Śląskowi, strzelając dwie bramki, udowodnił, że zasłużył na miejsce w podstawowym składzie. Zaufał mu trener i dziś Polak się odwdzięczył strzelając kolejne dwa gole. Dwa mecze – 4gole, rzadka to sytuacja wśród polskich piłkarzy, dlatego na tym większe uznanie zasługuje Artur. Tym bardziej więc w oczy bije brak tego zawodnika wśród powołanych na mecze kadry. Nie jest jeszcze za późno by tę sytuację naprawić i wysłać sygnał zaufania w kierunku napastnika Hannoveru.

Na razie nasz najlepszy eksportowy strzelec Robert Lewandowski bramki nie zdobył, wyręczył go za to Kuba Błaszczykowski, który mistrzowi Niemiec zapewnił remis w wyjazdowym spotkaniu. Chodzą plotki, że Borussia rozmawia z Boenischem. No cóż, polska trójca w ekipie z Dortmundu rządzi, już nie długo idąc dalej tą samą drogą będziemy tam mieli więcej naszych niż piłkarzy z Niemiec. Oby się nie okazało, że co za dużo to nie zdrowoJęzor

Wracając jeszcze do meczu Wolfsburg – Hannover, słowa uznania należą się również innemu bohaterowi meczu. Szabolcs Huszti asystował przy wszystkich czterech golach gości.

W lidze francuskiej znów kolejna, jakże miła niespodzianka. Reims, drużyna Grzegorza Krychowiaka wywiozła remis z ciężkiego terenu. Mecz z Toulouse zakończył się wynikiem 1-1 a drużyna gospodarzy bramkę zdobyła dopiero w 90minucie meczu. Polak rozegrał kolejny pełny mecz. O pechu może za to mówić inny nasz reprezentant, Ludovic Obraniak. Jego Bordeaux, będące faworytem spotkania z Nice tylko zremisowało, tracąc bramkę w doliczonym czasie gry. Obraniak tym razem gola nie zdobył, jego zespół strzelił już po tym gdy ten opuścił plac gry.

W lidze włoskiej znów chwalony jest Kamil Glik, dzięki któremu już w drugim meczu Torino nie straciło bramki. Tym razem jednak remisu nie było. Piłkarze z Turynu wygrali 3-0 z Pescarą i jak na razie zajmują 3 pozycję w tabeli. Oby tak dalejUśmiech

Sypnęło niespodziankami w ten weekend na boiskach Europy. Wystarczy wspomnieć chociaż kurs na zwycięstwo Tereka Groznego, który u niektórych bukmacherów dochodził nawet do 10.08(!). Terek wygrał 2-1. Zaskoczyła też liga angielska, belgijska czy niemiecka. Tym razem nie zawiódł Milan wygrywając na wyjeździe 3-1. Hat trickiem popisał się Pazzini. W lidze szkockiej Celtic udowodnił, że nie warto podnosić sobie całkowitego kursu, wstawiając ich do „pewniaków”.