Archiwa tagu:

Kasa misiu, kasa…

7368867-radosc-polakow-643-482

Marzenia się spełniają! Polacy, po udanym w swoim wykonaniu turnieju, przywiozą z Kataru medal Mistrzostw Świata! Wszyscy jesteśmy z tego powodu mega zadowoleni, jednak… gdzieś tam w głębi duszy chyba każdy z nas czuje, iż na szyjach naszych wspaniałych szczypiornistów mogły zawisnąć medale z o wiele cenniejszego kruszcu niż brąz.

Mógł być finał? Mógł! Drzwi do ‚nieba’ zamknęły się przed nami z dwóch prostych powodów, z których jeden był zależny od drugiego, czyli tak naprawdę źródłem takiego stanu rzeczy i tak byli Katarczycy. Zagmatwane? To teraz prościej… Nasi szczypiorniści w starciu z gospodarzami zagrali co prawda najsłabiej w całej fazie pucharowej, rzucali na oślep, nie potrafili powstrzymać rozpędzonych ataków rywali a ich same często kończyły się niewypałem,  jednak wszystko zaczęło się psuć w momencie, w którym Polacy spostrzegli, iż nie są w stanie rywalizować z zespołem, który dostaje dodatkowe fory od sędziów. Kolejne kary dla naszych piłkarzy i brak reakcji na nieprzepisowe zagrania Katarczyków, odbiły się nam czkawką. Polska straciła nadzieję na równą walkę i chyba zbyt wcześnie pogodziła się z porażką. I tak zakończyły się marzenia o mistrzostwie…

A gdyby tak wtedy stanąć, gdyby nasi piłkarze, po kolejnym wykluczeniu lub braku reakcji na zagrania naszych rywali, po prostu przestali grać? Taki mały-wielki strajk? Skoro i tak tego meczu wygrać się nie dało, może efektowniejsze i zarazem efektywniejsze byłoby oddanie spotkania walkowerem właśnie w taki sposób? To byłby dobry krok w przyszłość, w walkę o czysty sport i odrobaczenie piłki ręcznej. Śmiało można przypuszczać, że razem z nami, ramię w ramię stanęliby przedstawiciele innych nacji, więc konsekwencji pewnie dałoby się jakoś uniknąć albo chociaż zniwelować ich wymiar. Pewne jest natomiast to, że echo takiego skandalu jeszcze długo nie zostałoby zamiecione pod dywan. Sytuacja mało realna, acz taki scenariusz wydaje się bardzo interesujący. Któż nie chciałby poznać jego dalszej części? Ciekawe też czy dziś, kiedy nasi szczypiorniści wywalczyli brązowe medale, Polacy nadal tak kąśliwie podchodzą do sprawy Kataru jako symbolu drukowania, w pełnym tego słowa znaczeniu? Czy sukces naszej drużyny, zmazuje w ich mniemaniu całą tą skandaliczną otoczkę wokół katarskiego turnieju?

Strajku nie było ale dzięki temu, zamiast wykluczenia z międzynarodowych struktur piłki ręcznej, Polacy mogą swobodnie cieszyć się z brązowych medali. Było warto. Chłopcy są wielcy i jeszcze razpotwierdzą to za rok, w Polsce. Tu nie będzie już Katarczyków i gra będzie toczyć się na równych dla wszystkich prawach.

Ibrakadabra czyli najjaśniejsza z gwiazd Champions Ligue.

Gdyby zrobić mały eksperyment, gdyby wybrać trzy/cztery zespoły, każdy o innej klasie, każdy z innej ligi i w końcu wstawić do składu każdego z nich wymiennie czołowych piłkarzy świata: Messiego, Ronaldo, Ibrahimovicia, Lewandowskiego, Robbena czy Rooneya, można by mieć około 90 procentową pewność, że tylko jeden z nich, w każdym z tych zespołów byłby prawdziwą gwiazdą. Przez kilka ostatnich lat, dostaliśmy dostatecznie dużo przykładów na podtrzymanie tej tezy.
Tylko jeden z wyżej wymienionych graczy, bez względu na poziom ligi, bez względu na taktykę i klasę kolegów z drużyny, potrafił odnaleźć się w każdym zespole i być jednocześnie jego największym skarbem.
Nie ważne czy stawką meczu jest awans do ćwierćfinału Champions Ligue, trzy punkty w meczu ligowym czy starcie w pucharze krajowym, Zlatan Ibrahimović, bo o nim mowa, strzela zawsze i wszędzie. Szwed jest bez wątpienia piłkarzem najwyższej klasy a przy tym, niestety też, najbardziej niedocenionym. Bez względu na to, czy Ibra wzbudza u kogoś zachwyt czy nienawiść, trzeba mu oddać jego wielkość, wstydem wszak jest lekceważenie jednej z największych gwiazd futbolu.

Tym razem, Zlatan pozamiatał w Lidze Mistrzów, gdzie zdobył aż cztery bramki, Jednocześnie na stałe wpisał się do historii, jako jeden z dziesięciu piłkarzy, którym ta sztuka kiedykolwiek się udała.

https://www.youtube.com/watch?v=77O0MoDh61s

W całych rozgrywkach tej edycji Champions Ligue, Szwed ma na koncie już sześć trafień a przecież tyle samo w swoim dorobku mają… wszyscy piłkarze Barcelony.
Ibra, bez wątpienia jest swego rodzaju fenomenem. To dzięki niemu Ligue 1, tak nudna i przewidywalna do tej pory, zyskała grono sympatyków na całym świecie i powiew świeżości. Stacja Canal+, kiedy Zlatan postanowił zamienić Mediolan na Paryż, uraczył kibiców transmisjami francuskiej ekstraklasy, zastępując nią właśnie Serie A.
Ten człowiek przyciąga jak magnes, jego fenomenalne trafienia powodują przyspieszone bicie serca. No bo jak to tak? Jak można się nie zakochać w tych magicznych bramkach? Nie można! W Ibrahimoviciu kryje się cała esencja futbolu, ze swoimi umiejętnościami, diabelskim charakterkiem i w zasadzie każdą cząsteczką swojej osoby jest najlepszej jakości reklamą piłki nożnej.

Aż strach pomyśleć, że tak wielkiej gwiazdy może zabraknąć na zbliżających się Mistrzostwach Świata w Brazylii…
Na Mundial pojedzie przecież albo Ibra albo Cristiano Ronaldo i już wiadomo, że jakkolwiek by się nie zakończył baraż między ich Reprezentacjami, kibice będą mieli prawo być wkurzeni. Los skrzyżował ze sobą dwie w miarę dobre drużyny, na pewno nie z najwyższej półki, jednak mające w składzie dwójkę genialnych zawodników.
Chciałoby się oczywiście oglądać grę obu tych panów na MŚ, jednak biorąc pod uwagę, że jest to niemożliwe, trzeba się zastanowić, który z nich, dla dobra całej piłki nożnej, powinien zameldować się w Rio.
O Ibrahimoviciu wszystko już zostało powiedziane ale co z Ronaldo? Portugalczyk, w meczu przeciwko Szwecji, zawalczy nie tylko o awans na Mundial ale i…Złotą Piłkę. Tyle już się naoglądało i nasłuchało o tym futbolu, że śmiało można wysunąć z niego pewne wnioski. Jakie? A no takie, że jedynym piłkarzem na świecie, który może dostać tę nagrodę, nie pojawiając się na najważniejszej piłkarskiej imprezie w danym roku, jest Messi. I nawet nikt tego nie ukrywa.
Jak było z Robertem Lewandowskim? Kiedy załadował cztery bramki Realowi w LM i ścigał w klasyfikacji strzelców Ronaldo, kiedy liderował w Bundeslidze a jego zespół stał przed wielką szansą na wywalczenie najważniejszego trofeum, pojawiła się szansa na włączenie się do walki o Złotą Piłkę. Jeszcze wtedy nikt nie wiedział jak potoczy się przyszłość, czy za kilkanaście dni, Robert nie będzie miał w posiadaniu tych wszystkich tytułów a mimo tego, sam Zbigniew Boniek, wyśmiał wtedy jego kandydaturę, tłumacząc, że przecież Polaka zabraknie na MŚ, dając do zrozumienia, że jedno z drugim nie idzie w parze.
Dla dobra piłki więc, w razie słabego występu na mistrzostwach Reprezentacji Niemiec (Robbena), piłki za zasługi nie otrzymał Argentyńczyk, lepiej żeby awans wywalczyli Portugalczycy. Niech w końcu, zawodnikowi Realu Madryt dadzą to, na co solidnie pracuje od kilku ładnych lat.

Wracając jednak do tematu Ligi Mistrzów, kolejny raz utwierdzamy się w przekonaniu o tym, że…

Barcelonie jak nikt inny, nie leży Milan. Prawie co roku mamy do czynienia z powtórką z rozrywki w postaci meczu obu tych zespołów  i prawie zawsze, mediolański klub psuje sporo krwi Katalończykom. Zmora?

Milan jest stworzony dla Kaki, Kaka jest stworzony dla Milanu. Tak samo było przecież z Szewczenką.
Drodzy piłkarze z San Siro, nie opuszczajcie Mediolanu w pogoni za kasą, wasza kariera piłkarska sięgnie dołu a na koniec i tak wrócicie. Wszędzie dobrze ale…

Niemiecka jakość to jednak dobra jakość. Bayern, Bayer i Borussia pokazały całej Europie, że w tym roku, podobnie jak w poprzednim, kluby z Bundesligi zamierzają podbić Stary Kontynent. Z całej tej grupy wypisało się tylko Schalke, ale może mają coś nie tak z nazwą…  ;-)

Lewandowski wie gdzie ma strzelać. To jakiś przypadek? Chyba nie…
Jednocześnie, Polak znajduje się wśród dziesięciu wielkich nieobecnych Mundialu i to nawet w pierwszej trójce. Za nim jednak, w przeciwieństwie do wspomnianych już Ibry i Ronaldo, nikt poza Polakami tęsknił nie będzie.
Szczęsny natomiast, po przegranym meczu stwierdził chyba, że w muzyce może osiągnąć więcej niż na zielonej murawie i już trenuje przed castingami do największych muzycznych show. Pytanie: polskich czy brytyjskich?

Kibice ManU mają poważne powodu do zmartwień. Wyniki i gra ich ukochanego zespołu udowadniają, że:
a) piłkarze wysokiej klasy robią różnicę
b) nawet najlepsi piłkarze nie gwarantują wielkich sukcesów, jeśli nie kieruje nimi odpowiedni człowiek.
Jak długo Czerwone Diabły pogodzą rozgrywki Premier Ligue i Champions Ligue? Jakieś propozycje?
Niedługo – kurs 1.10…

Juventus będzie prawdopodobnie największym przegranym tej edycji Champions Ligue a stanie się tak wówczas, jeśli nie uda się mu na ostatniej prostej wyminąć Galatasaray. A wydawać by się mogło, że kto jak kto ale Juve to ma awans w kieszeni.
Chociaż z takimi piłkarzami, to może i dobrze by się stało, gdyby Bianconeri odpadli w przedbiegach:

https://www.youtube.com/watch?v=6vkIC-1KuMM

Dość już o Lidze Mistrzów, przecież to w Lidze Europy my Polacy, mamy swój diamencik. Legia Warszawa we wspaniałym przecież stylu reprezentuje nasz kraj na arenie międzynarodowej, bijąc kolejne, jakże spektakularne rekordy.
Mistrz Polski, po trzech rozegranych kolejkach fazy grupowej, pozostaje jedynym zespołem mającym na koncie zero, dwa, trzy zera (! ).
Zero zwycięstw, zero remisów i zero bramek. Totalna porażka.  Mimo tego, polskich dziennikarzy nie opuszcza dobry humor. Inaczej nie można przecież nazwać faktu sondowania…szans na wyjście z grupy Polaków.
Zamiast analizować te zerowe szanse Legionistów na awans, warto wspólnymi siłami, całego narodu oczywiście, ułożyć taktykę na kolejny mecz Wojskowych. Może gdy wszyscy zbiorą się w kupie, podeślą Janowi Urbanowi nowe rozwiązania, wtedy uda się zdobyć im choć jednego gola.
Legia budzi się właśnie z ręką w nocniku. Była przecież zabawa i radość z powodu gry w pucharach a teraz wychodzi na to, że cała ta Liga Europy więcej przyniosła warszawiakom złego, niż dobrego. Jakiejkolwiek korzyści z tytułu gry w tych rozgrywkach nie sposób się dziś dopatrzeć. Nawet pieniądze, przy tych wszystkich karach i pustych trybunach, nie mają siły przebicia. Puchary okazały się jednym wielkim przekleństwem, które zaczyna także przedzierać się na dyspozycję w polskiej Ekstraklasie a to oznacza, że najwięcej na grze Legii w PE, zyskała…reszta ligi.

Futbol, football, Fußball, футбол…

Do Anglii po…
Z czego znani są Polacy? Z zawiści, oj tak. Chyba każdy się zgodzi. Żeby tak komuś coś się przytrafiło, żeby powinęła się noga – taka już ta nasza narodowa mentalność i niby każdy na nią narzeka a zaraz się okazuje, że i jemu samemu nie jest ona obca. A jeśli już o temat piłki nożnej, czy ogólnie sportowej rywalizacji chodzi, szczególnie w potyczkach z największymi ‚historycznymi’ rywalami czy tak po ludzku lepszymi (a przecież o to aktualnie nietrudno), wtedy polska zawiść wzbiera na mocy. Trzykrotnie. Tym razem, na celowniku znalazła się Reprezentacja Anglii. Skoro sami już straciliśmy szansę na wywalczenie miejsca premiowanego awansem na Mundial do Brazylii, trzeba zrobić wszystko by i innym ta sztuka się nie udała, a przynajmniej nie na razie…
Jeśli Polska (!) zdoła (!) urwać punkty (!) Anglikom (!) na Wembley (!), wtedy bezpośredni awans do Rio wywalczy Ukraina. Wyspiarze natomiast, byliby zmuszeni powalczyć o MŚ w barażach, a tam, poprzeczka powędrowałaby przecież o wiele wyżej niż we wtorkowy wieczór.
Niby więc sprawy awansu wciąż leżą w rękach nogach naszej reprezentacji ale po pierwsze – już nie naszego awansu i po drugie – ta perspektywa wciąż bardziej przypomina mało śmieszny żart aniżeli rzeczywistość. No bo jak to? Nie potrafili pokonać teoretycznie słabszej Ukrainy a mają pokonać wielką Anglię? Do zwycięstwa nie zaprowadziły ich nawet własne pobudki a mają walczyć o trzy punkty, kiedy tak naprawdę nic im już to nie da? Gdyby w spotkaniu z Ukrainą, ważyły się losy ludzkości, której życie zależałoby od naszych orłów, dziś już by nas nie było. Smutna prawda. Z jakich więc powodów mamy prawo wierzyć w pokonanie Anglików? Jest jeden. A w zasadzie dwa:
1) wspomniana już polska zawiść, która i piłkarzom zapewne nie jest obca. Oni też są ludźmi, też chcą dopiec tym lepszym, bogatszym i bardziej znanym ‚Angolom’ mieszkańcom Wielkiej Brytanii…
2) Nasi wiecznie są do tyłu. To ‚spóźnienie’ (a może trema? ;-) ) objawia się zwykle tym, że wygrywamy wówczas, gdy nie musimy. Towarzysko lub kiedy wygrana już nam nic nie daje. A tak żeby się pokazać. Żeby udowodnić, że potrafią, że można za nich wyłożyć troszkę kasy a te mecze ‚o punkty’ były tylko wypadkiem przy pracy. A może po prostu w niewłaściwym momencie zapadają w zimowy sen? Może to spisek rywali, którzy dosypują im coś do posiłków i w najważniejszej fazie eliminacji/turnieju słodko sobie śpią? Ten temat zostawmy jednak odpowiednim komisjom śledczym…
Do Anglii jedziemy więc po odebranie awansu… Anglikom.

***

Oj leją nas Ci Ukraińcy, leją! Najpierw w Charkowie tamtejsza drużyna narodowa doprowadziła do łez cały naród polski, by dziś Metalist, nomen omen z Charkowa, choć już w Gdańsku mocno podziurawił drużynę Lechii. Chyba ten Charków będzie się nam po nocach śnił…
A Lechii, z trenerem Michałem Probierzem na czele, widmo strefy spadkowej coraz bardziej zaczyna zaglądać w oczy. Jeszcze niedawno, wydawało się, że ta drużyna będzie ‚czarnym koniem’ w rozgrywkach Ekstraklasy i raczej na pewno zajmie jedno z miejsc premiowanych grą w europejskich pucharach. Dziś, nikt już o tym nie myśli. A nie! Gdańszczanie, cofając się kilka lat wstecz do swoich dziecięcych wspomnień, postanowili zaatakować całą czołówkę z ostrej rury i sięgnęli po Tsubasę! I ta piłka lecąca w okienko przez dobre 90 minut… 8-O

***

A w Krakowie…

Zupełnie odmienne nastroje panują dziś w Krakowie, gdzie Wisła pokonała w towarzyskim meczu niemiecki VfL Wolfsburg.
Obie drużyny przystąpiły do spotkania w okrojonych składach. W większości, absencje wynikały z powołań do zespołów narodowych na trwające właśnie eliminacje do MŚ w Brazylii.
W zespole Białej Gwiazdy, w porównaniu do ligowego meczu z Legią, zabrakło Brożka, Chrapka, Stjepanovicia i Chaveza. W drużynie gości, w wyjściowej jedenastce nie pojawili się natomiast Banaglio, Knoche, Rodriguez, Gustavo, Koo i Olić.
Spotkanie, choć towarzyskie, stało na dobrym, ciekawym dla publiczności poziomie. Miało ono jednak dwie różne połowy. W pierwszej, wydawało się, że goście zmiotą Wiślaków z powierzchni ziemi szybciej, niż zdążymy się zorientować jaki dziś mamy dzień. Zapewne tak właśnie by się stało, gdyby mecz nie odbywał się przy Reymonta, przy linii bocznej nie stał Smuda a na murawie nie grała najlepsza defensywa w lidze. Bramka Miśkiewicza stała jak zaczarowana i do przerwy, mimo przygniatającej przewagi Wilków, był remis.
Drugie 45 minut, niosło za sobą wielkie zmiany, nie tylko w wyniku ale i samej gry obu drużyn. Tym razem to Wisła ruszyła z ofensywą i jeszcze zanim wszyscy kibice rozsiedli się na stadionie, prowadziła po strzale Donalda Gurriera. Za całą akcję, a w szczególności jednak za samego gola, Haitańczykowi należą się duże brawa. Obrońcom Wolfsburgu natomiast, wielka bura.
Biała Gwiazda prowadziła i jak to w takich przypadkach zwykle bywa (kiedy grają polskie kluby oczywiście), należało zapytać: Za ile rywal doprowadzi do wyrównania? Odpowiedź otrzymaliśmy po dokładnie 16 minutach, kiedy to do bramki byłego zawodnika AC Milan trafił Medojević. W tej chwili zapewne, większość kibiców liczyła na utrzymanie i tak już korzystnego rezultatu (biorąc pod uwagę dotychczasowe statystyki meczu) i dowiezienie go do końca. Tak się jednak nie stało. Rozgrywający tego dnia dosyć dobre spotkanie Sarki, huknął jak z armaty i Wisła ponownie wyszła na prowadzenie. Strzał Nigeryjczyka był na tyle fenomenalny, że komentator spotkania w trakcie transmisji zdążył powtórzyć czterdzieści pięć razy, iż trafienie to było ozdobą meczu. To fakt:

https://www.youtube.com/watch?v=hVNOvv74NLY

Wisła pokonała Wolfsburg 2-1 i prawdopodobnie… załatwiła sobie sponsora (Volkswagen) i współpracę z niemieckim klubem. Wygląda na to, że, mimo iż zbliża się zima, na Reymonta coraz mocniej świeci słońce.
Z informacji jakie przekazał trener Wiślaków wynika, iż dzisiejszy sparing załatwił Dieter Burdenski, prywatnie ojciec Fabiana i przyjaciel Smudy. I już wiadomo dlaczego młody Burdenski dostał angaż w Krakowie. Nie wiadomo natomiast dlaczego Franz nie wystawił go ani na minutę w meczu z VfL. Jakaś kontuzja?

***

Małek do domu! My nie powiemy nikomu!
To co wyprawia Pan Robert Małek na murawach polskich stadionów, woła o pomstę do nieba. Toż to kryminał! O ile pomyłki sędziowskie, mniejsze bądź większe, wliczone są w ten zawód, to już dyspozycja ów arbitra wychodzi poza wszelkie konwenanse.
Jeszcze nie tak dawno, Małek skrzywdził Polonię Warszawa i Flotę Świnoujście by dziś zrobić to samo z Wisłą Płock. Co zrobił? Zapomniał(?) pokazać czerwonej kartki! <śmiech>,<niedowierzanie>.
Małek Małkiem ale…co dalej? Jeśli wziąć pod uwagę wszelkie możliwości dalszych losów spotkania czyli innymi słowy ‚gdyby’…. Wisła Płock mogłaby tego meczu nie przegrać. Sędzia ponosi wielką odpowiedzialność ale nie mniejszą ponoszą Patrik Carnota (szczęśliwie ocalony) oraz sztab GKSu Tychy. Nikt nie zareagował. Jak widać, o zasadach fair-play w Tychach nie słyszeli. Teraz powinni ponieść konsekwencje. Kara pieniężna to jedno a drugie…albo walkower (w końcu, w pewnym sensie w spotkaniu wystąpił ‚nieuprawniony’ zawodnik) albo powtórzenie meczu (całego bądź od 74 minuty). Tylko w tym drugim przypadku, dlaczego z powodu nieudolności Małka, cierpieć ma płocka drużyna?

***

Do boju Polskooo!

Na koniec, najmilsza część piłkarskiego weekendu dla polskich kibiców czyli: Polska (prawdopodobnie) załapie się na jakieś mistrzostwa! Mianowicie: Europy do lat 21. Jesteśmy liderem grupy i właśnie zlaliśmy Szwecję. A dopiero co dziennikarze wyśmiewali się z trenera Dorny, że mediów unika jak ognia. Teraz to on się śmieje!
Niech jeszcze nasi chłopcy nie dadzą się pokonać Turcji i sami ograją Grecję oraz Maltę i możemy świętować. Skład mamy obiecujący i w tym akurat przypadku, inaczej niż dorosłej kadry, mamy prawo wierzyć. Jeszcze niech Fornalik przestanie wykazywać się wspomnianą wyżej polską cechą i puści Dornie Zielińskiego… Może być pięknie!
A pamiętacie jak Krychowiak walnął z wolnego Brazylijczykom? Młodzież to my mieliśmy już kiedyś, tylko potem się wszystko popsuło. Ciekawe czemu. Gdzie teraz my a gdzie Canarinhos…

Szczyt marzeń Reprezentacji Polski na dziś: przegrać trzy mecze na MŚ.

Co teraz Panie Fornalik, co teraz Panowie piłkarze, co teraz drodzy dziennikarze? Gdzie ten wasz cały awans? Jak teraz wynagrodzicie ludziom straty duchowe poniesione poprzez wasze wymuszone u kibiców poparcie? Co z utraconą wiarą i nadzieją? gdzie teraz jesteście?! I na co wam to wszystko było? Wypadało by chociaż przeprosić…

Nie ma awansu, nie pojedziemy do Brazylii a przecież jeszcze kilka lat temu, sytuacja, w której miałoby  nas zabraknąć na największej imprezie futbolowej świata, byłaby nie do pomyślenia. Euro? Ok, tam nasza absencja była czymś normalnym ale żeby nasi na Mundial nie jechali? Czy to zły sen? Nie, to rzeczywistość. To brak umiejętności zarówno tych piłkarskich jak i taktycznych.
Dziś wszyscy możemy czuć się idiotami. Tylko człowiek niespełna rozumu mógł bowiem uwierzyć w ten zespół w tych ludzi.
Nie mamy zespołu, nie mamy drużyny. Mamy za to zlepek indywidualistów, którym nie zawsze z kadrą jest po drodze. Nawet w wyjątkowych okolicznościach, walcząc o tzw. piłkarskie życie, nie potrafili stanąć na wysokości zadania. Mężczyźni…
Wszyscy zdawali sobie sprawę, że tak może wyglądać dzisiejszy wieczór. To było nawet bardziej niż pewne. Mimo tego, niesieni napompowanym balonikiem, zaślepieni piękną przemową reprezentantów kibice – uwierzyli. Bez sensu…

Z Fornalikiem na ławce to nie mogło się udać. Chyba każdy kibic w tym kraju przeklina dzień i godzinę, w których został on mianowany selekcjonerem. Nie było ku temu powodów i dziś wszyscy nad tym bolejemy. Można to było przerwać już na początku, niestety ówcześni pracodawcy pana Waldka zachowali się tak, jak dzisiaj Wojtkowiak. I żeby było jasne, to nie wina Fornalika, on podobnie jak jego poprzednik, Franciszek Smuda, nie nadają się na trenera reprezentacyjnego. Sprawę zawalił PZPN.
I pomyśleć tylko, że po przegranych imprezach, mocno po uszach obrywali Janas czy Engel. Dziś dalibyśmy wiele by nasza reprezentacja, chociaż w połowie grała tak, jak te prowadzone przez nich. Dziś, nie jesteśmy już nawet w stanie zakwalifikować się do jakiejkolwiek imprezy, nie mówiąc już o przegranych na niej spotkaniach. Przepaść.

Szczytem wszystkiego jest dywagowanie na temat najlepszego meczu biało-czerwonych w tym roku i/lub całych eliminacjach. Czy my właśnie przegraliśmy awans? Oczywiście, przegraliśmy go już dawno, w meczach z Czarnogórą i Mołdawią i pierwszym meczu z Ukrainą, dziś tylko dopełniliśmy dzieła. Mecz w wykonaniu naszych zawodników wcale nie był dobry. A i nasi rywale nie zagrali rewelacyjnie. Prawdą jest, że wizualnie byliśmy ciut lepsi. Czysto statystycznie – przegraliśmy 1-0 a tylko to się liczy. Zarówno Artur Boruc jak i Pyatov byli dziś bezrobotni a przez większą część meczu, na murawie wiało nudą. Teraz to jednak nieważne. Przegraliśmy tę wojnę.
Popatrzmy jednak na naszych orłów nasze gołębie:  Jeśli w przeciągu 90 minut meczu o wszystko, nie potrafią oni skonstruować ani jednej perfekcyjnej akcji, przemyślanej od A do Z, to o jakim dobrym meczu w ich wykonaniu możemy mówić? Bądźmy obiektywni.
Cała gra opierała się na znanym w Polsce schemacie „Albo się udo, albo się nie udo”. Piłki wbijane w pole karne na oślep, inne wrzucane gdzieś przed nogi Lewandowskiego z nadzieją, że „może coś ustrzeli”, choć on sam kopał się raczej po czole aniżeli celował w bramkę Ukraińców. Nasi są chyba jedynym na świecie profesjonalnym zespołem, którym piłka aż tak odskakuje. Obrona, jak w każdym spotkaniu, posklejana nawet nie na kropelce czy super glue ale na taśmie klejącej. To się udać nie mogło. Ponadto, Polakom zabrakło ognia w ofensywie. Tylko przez chwilę, w momencie gdy na bramkę rywali szarżował Jakub Błaszczykowski, dało się poznać, że nasi muszą ten mecz wygrać by pozostać w grze. Kuba był jednym reprezentantem Polski, który w całych eliminacjach na murawie zostawiał serce. W każdym meczu. Nie straszne mu były warunki pogodowe ani urazy, nawet koledzy w drużynie o słabszych umiejętnościach nie byli mu kulą u nogi. Z czystym sumieniem możemy odtrąbić, że jak przystało na kapitana z prawdziwego zdarzenia, Błaszczykowski ostatni zszedł z tonącego okrętu. O reszcie lepiej zapomnieć. Przynajmniej na razie.

Skoro kwestia wyjazdu do Brazylii, została już rozwiązana. Przy okazji zwycięstwa Ukrainy, warto na przyszłość wziąć sobie do serca lekcję futbolu od naszego pogromcy. Uczmy się od lepszych. Akurat w tym przypadku zachodzi pewien paradoks, którego pół Polski, w tym oczywiście najważniejszy trener w kraju, nie potrafi zrozumieć. To my mamy lepszych piłkarzy, grających w lepszych klubach i o bardziej znanych nazwiskach a jednak to my przegrywamy. To my bowiem nie mamy drużyny, którą ma Ukraina. Ot, cała różnica. Niby taka mała a jakie kolosalne robi wrażenie. Skoro naszym sąsiadom udało się zbudować silną reprezentację nie stawiając fundamentów na wartości pieniądza czy sławy, dlaczego ma się nie udać to Polakom?
Warto zaryzykować tezę, że drużyna złożona z najlepszych graczy Legii Warszawa, Wisły Kraków, Górnika Zabrze i Śląska Wrocław mogłaby dziś w Charkowie wywalczyć trzy punkty. Niby krytykujemy tę ligę ile wlezie, czepiamy się wszystkiego co z nią związane ale poziom spotkań naszych ekstraklasowiczów niejednokrotnie przewyższa ten w wykonaniu polskiej reprezentacji. Na dzień dzisiejszy jesteśmy zmuszani do oglądania zerowego zrozumienia kadrowiczów. Brakuje nam swego rodzaju pewności, wzajemnego zaufania, gry ‚na pamięć’. Bez tego nigdy nie osiągniemy sukcesu. Nie da nam go nawet dziesięciu Lewandowskich ani ośmiu Glików.
Wbrew temu co mówi Zbigniew Boniek, może to właśnie nam potrzebna jest taka Liga Narodów. Więcej meczów o stawkę w reprezentacyjnym składzie przyniosłoby oczekiwane rezultaty. Jak ci ludzie mają się zgrywać, jeśli każdy z nich na co dzień rozsiany jest w innym kraju, innej lidze i zupełnie innym środowisku?

Jeszcze jedno. Czy jest w ogóle sens jechać na Wembley? Warto przeanalizować tę sprawę, wszak walkowerem dostaniemy tylko trójkę, jeśli jednak przyszłoby nam rozegrać spotkanie z Anglikami, na trzech mogłoby się  nie skończyć a i wstydu chłopaki oszczędzą sobie i nam… ;-)

Wiara, nadzieja, miłość… Optymiści, pesymiści i wariaci czyli Reprezentacja Polski vs. kibice.

Mogłoby się wydawać, że Reprezentacja Polski przewodzi dziś swojej grupie eliminacyjnej do Mistrzostw Świata albo w najgorszym razie zajmuje drugą pozycję z niewielką stratą do lidera, który jednocześnie wcale nie ma jakichś wielkich umiejętności piłkarskich. Do takich wniosków może przynajmniej dojść każdy, kto w ciągu ostatnich 24 godzin nasłuchał i naczytał się przeróżnych wywiadów i złotych myśli polskich piłkarzy, trenerów i o dziwo, dziennikarzy. Przekaz jest jasny: Trzeba wierzyć w awans! Piłkarze dumnie obnoszą się ze swoją wielką szansą i wiarą w zwycięstwo, przytaczając m.in. znaną wszystkim maksymę „do póki piłka w grze”. Inni, odważniejsi,  pytają nawet: „Dlaczego miałoby się nam nie udać?”. Waldemar Fornalik jest ponadto oburzony postawą kibiców, którzy według niego mają za mało zaufania i zbyt szybko przekreślili jego zespół. We wszystkim wtórują im dziennikarze, uparcie „pompując balonik” i podstępnie próbując wzbudzić u fanów poczucie winy. Z jakiego powodu? Z powodu braku wiary…

Czy Polska w drodze na Mundial w Brazylii rzeczywiście potrafiła pokonać tylko San Marino (x2) i Mołdawię, czy może był to tylko zły sen? W końcu z jakiegoś powodu u wspomnianych wyżej osobników pojawiło się przekonanie o wielkiej szansie na pokonanie Ukrainy i Anglii a na pewno bodźcem tym nie były dotychczasowe wyniki naszych orłów. Wśród wysuwanych powodów pojawiają się oczywiście cuda, karma, pełna mobilizacja ale od wczoraj, w zestawieniu przoduje…Artur Boruc.
Po fenomenalnej bramce, jaką udało mu się zdobyć w gierce treningowej, to właśnie w jego osobie zaczęto upatrywać zbawiciela. Nie wiadomo czy w większości umysłów pojawił się szatański plan przesunięcia golkipera Southampton na pozycję napastnika czy ma on po prostu, odwołując się do osoby Jana Tomaszewskiego, zatrzymać Anglię? W takim jednak razie, jeśli rzeczywiście w obu spotkaniach Artur zachowa czyste konto, kto zdobędzie zwycięskie bramki? Tego nie wiadomo. Przekaz jest jasny – Boruc ma nam załatwić awans. Niektórzy zaczynają już nawet wiwatować na jego cześć, ciesząc się z tego, że…Wrócił do kadry w odpowiednim czasie (WTF?).  Czyżby Boruc nie wrócił do łask reprezentacji już w styczniu?
Ciężko się w tym wszystkim odnaleźć. Natomiast pewne jest jedno: Na całym zamieszaniu w okół naszego bramkarza, przy bezmyślnym zrzucaniu na niego odpowiedzialności za wyniki, najwięcej może stracić sam Boruc.  Czy wytrzyma obciążenie psychiczne? Przekonamy się już w piątek.

Boruc Borucem a wiara wiarą. Przy całym szacunku do piłkarzy i trenerów, nie dali oni nam ani jednego powodu by w nich wierzyć. Nie potrafili pokonać obu tych rywali na własnych „śmieciach” więc dlaczego miałoby się im udać na ich terenie? „A dlaczego nie?” nie jest chyba najlepszą odpowiedzią. Sięgając pamięcią wstecz, Reprezentacji Polski nigdy nie udało się pokonać angielskich rywali w wyjazdowym pojedynku. Do dziś podniecamy się przecież „zatrzymaniem Anglii” przez wspomnianego już Tomaszewskiego. Kiedyś mieliśmy lepszych piłkarzy i lepszą drużynę a nie udało się wygrać, dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Z Ukrainą sprawa wygląda już nieco inaczej, bilans bezpośrednich spotkań mamy remisowy, ‚na wyjeździe’ jesteśmy nawet na plusie ale żadne statystyki nie zapewnią nam przecież trzech punktów, potrzebnych na przedłużenie nadziei. W obecnej sytuacji, patrząc na formę obu zespołów, naprawdę ciężko z pełnym sumieniem postawić na Polaków. Jedno z drugim się wyklucza i nawet najwięksi optymiści mogliby mieć z tym problem.
Czy wszyscy, którzy domagają się wiary w tę drużynę, zdają sobie sprawę z poprzeczki jaka stoi przed Reprezentacją Polski? Czy wypominanie im braku wsparcia czy zaufania jest konieczne? A jeśli się nie uda? Co wtedy? Kto wynagrodzi kibicom tę wiarę? Kto naprawi ich nadszarpnięte zaufanie? Wtedy zarówno piłkarze jak i trener a już na pewno dziennikarze umyją ręce. Być może nie usłyszymy nawet słowa ‚Przepraszam’, choć padną z ich ust zapewne dużo ostrzejsze, dające do zrozumienia jak to jest im źle…

Bez obaw. Wbrew wszystkiemu, wbrew temu o czym mówią wszyscy dokoła, kibice nigdy nie przestaną wierzyć. Nawet jeśli się z tym nie obnoszą, nawet jeśli to ukrywają – wierzą. Całym sercem. A trzeba przecież pamiętać, że za sprawą narodowej reprezentacji, przeszło ono już wiele. Nawet jeśli przeklinają piłkarzy czy wysyłają trenera do diabła, wciąż czekają na zwycięstwo, wciąż mają nadzieję na awans. W decydującym momencie, staną murem za swoją drużyną i jeśli zobaczą u zawodników odpowiednie zaangażowanie, będą nieść ich swoim dopingiem. Gdyby nie wierzyli, nie wybieraliby się w ślad za reprezentacją, nie traciliby pieniędzy na bilety. Nie trzeba się obawiać o kibiców, oni będą ostatnimi, którzy odwrócą się od tej drużyny.

A jeśli chodzi o wypowiedź jednego z dziennikarzy, tak, w przypadku Reprezentacji Polski w piłce nożnej, po tylu latach patrzenia na jej grę, lepiej mile się zaskoczyć, niż oczekiwać niemożliwego i niemiłosiernie się wkurw*ić. Nie pierwszy zresztą raz…

Co z tym Głową?

Spór o Głowackiego

Im lepiej na boisku radzi sobie jakiś piłkarz, tym bardziej wzbiera fala zainteresowania jego osobą w kontekście gry dla narodowej reprezentacji. Tym razem mamy do czynienia z podobną sytuacją bo na świeczniku ustawiono Arkadiusza Głowackiego, który przeżywa właśnie drugą młodość. I choć Głowa a raczej jego dyspozycja ligowa imponuje wszystkim dookoła to już sprawa powołania dla stopera Wisły Kraków na mecze z Ukrainą i Anglią nie każdego przekonuje.

Dlaczego warto postawić na Głowackiego? Czyli argumenty za powołaniem:

-”Im starszy tym lepszy” – i już wiadomo co łączy Arka z winem  ;-),
-  Forma w jakiej aktualnie znajduje się Wiślak jest pierwszym i zarazem najważniejszym argumentem w ręku samego piłkarza jak i selekcjonera.
-Gra dla reprezentacji narodowej jest nagrodą za dobrą dyspozycję w lidze a Głowacki prezentuje się na dzień dzisiejszy najlepiej ze wszystkich defensorów posiadających polski paszport.
-Krótka przygoda stopera w Turcji owocuje dziś większymi umiejętnościami, spokojem i pewnością siebie, które wpływają także na grę jego partnerów. W skrócie: Dobra postawa Głowy = dobra postawa całej linii defensywnej.
-Głowacki, jak nikt inny, posiada dar dowodzenia na murawie. Wielki charakter i prawdziwy wzór do naśladowania dla młodych zawodników. Kierują nim o wiele wyższe wartości niż pieniądze.
- Dla samej kadry i prowadzącego nią selekcjonera nie liczy się przeszłość danego zawodnika czy statystyki sprzed kilku lat, liczy się „tu i teraz” a teraz Głowacki jest na szczycie.
-Każdemu należy dać drugą szansę a obrońca krakowskiej Wisły zapracował na nią w ciągu ostatnich kilku tygodni jak nikt inny.
- Grając o pełną stawkę, z rywalami takimi jak Anglia i Ukraina, nie możemy sobie pozwolić na najmniejszy błąd czy potknięcie, a co za tym idzie powołanie dla piłkarzy nie będących w formie lub siedzących na co dzień na ławce rezerwowych.
-Skoro szanse na awans mamy i tak już tylko iluzoryczne to czemu nie dać mu szansy wykazania się?
-Zagramy z rywalami z najwyższej półki a Wiślak jako jeden z nielicznych może poszczycić się rywalizacją z napastnikami o podobnej klasie sportowej. Słowem: niezły bagaż doświadczenia.
-Dla reprezentacji gra się sercem a Głowackiemu serca na pewno nie brakuje. Obrońca Wisły znany jest z tego, że wkłada…głowę tam, gdzie inny piłkarz boi się włożyć nawet nogę.

Dlaczego Głowacki nie powinien grać w kadrze? Czyli argumenty przeciwko powołaniu:

-Najczęściej wysuwany: „Bo szans dostał już kilka i żadnej nie wykorzystał”.
-Głowacki jest prawdopodobnie największym pechowcem w historii polskiej kadry. Jak nie żółta karta to czerwona, jak nie samobójczy gol to… sprokurowany rzut karny.
-Dobra gra w klubie nie jest równoznaczna z równie wysoką dyspozycją na płaszczyźnie reprezentacyjnej.
-Styl i ustawienie jakie Głowacki wyrobił pod batutą Franka Smudy nie musi znaleźć odzwierciedlenia u Waldemara Fornalika.
-Brak zgrania i zrozumienia z pozostałymi kadrowiczami.
-Głowacki świetnie czuje się w roli dyrygenta, w kadrze musiałby dzielić tę rolę z przynajmniej pięcioma innymi piłkarzami.
- Wieczny argument krytyków piłkarskich mówi: „Za stary” czyli (uwaga: w rzeczywistości wcale nie musi to być prawdą) mniej zwinny, wolniejszy.
-Rywale, na tle których świetnie spisuje się Głowacki (Piast, Lech czy Pogoń) są o kilka klas gorsi niż rywale, z którymi w meczach eliminacyjnych ma spotkać się nasza kadra.
-Ryzyko. Mówi się, że kto nie ryzykuje ten nie pije szampana ale powołanie dla obrońcy Wisły Kraków, ze względu na jego poprzednie występy z orzełkiem na piersi, niesie za sobą duże ryzyko. Nie wiadomo czy Fornalik jak i cała drużyna są gotowi by postawić wszystko na jedną kartę.

Kto za a kto przeciw? 

Eksperci są za, nawet Orest Lenczyk nie widzi innej możliwości. Wspomniani już krytycy, w dużej liczbie kibiców, nie widzą dla Głowackiego miejsca wśród powołanych. Co ciekawe i nieco śmieszne zarazem, jest to, że dużą część przeciwników powołania Głowy do kadry stanowią…fani Wisły Kraków. Podobnie zresztą podchodzili do sytuacji Pawła Brożka.
*Ich zdaniem szansa gry Arka w drużynie narodowej (a nawet już same treningi na zgrupowaniu) niesie za sobą zagrożenie kontuzją i stratę ważnego ogniwa w rozgrywkach klubowych.
*Równie często zaznaczają, że Polska przegrała już eliminacje do MŚ/nie ma najmniejszych szans w starciach z Ukrainą i Anglią więc narażanie na uraz czy zmęczenie podróżami Głowackiego jest bez sensu i za bardzo ryzykowne dla samego zawodnika oraz jego klubu.
*Z góry zakładają także, że powołanie dla ich ulubieńca może go niepotrzebnie…rozproszyć. Straci dotychczasową formę i w razie popełnionego błędu w trakcie meczu reprezentacji, będzie mu to ‚siedziało w głowie’.

Wszystkie te argumenty można by nawet uznać za racjonalne, życiowe gdyby nie były… żałosne.
Po pierwsze: Ryzyko kontuzji jest wkalkulowane w karierę każdego piłkarza. I tak jak najwięcej wypadków zdarza się w domu, tak samo najwięcej kontuzji może przydarzyć się w klubie. Nieważne czy to zgrupowanie kadry, mecz ligowy czy nawet zabawa z dzieckiem w zaciszu domowym, wszędzie istnieje takie samo ryzyko odniesienia urazu. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Franciszka Smudy, który stwierdził, że kontuzji nabawiają się tylko lenie. Piłkarze zasuwający na treningach nie muszą się obawiać urazów a tak własnie jest z jego piłkarzami. I coś w tym jest. O ile w poprzednich sezonach Reymonta 22 dosyć często zamieniało się w szpital, o tyle w tym sezonie, odpukać, Wiślacy są okazami zdrowia.
Po drugie: „Zwycięży orzeł biały, zwycięży polski ród…” To się śpiewa na stadionie Wisły Kraków. Są koszulki patriotyczne, organizowane marsze, zdarza się też śpiewać hymn Polski. Patriotyzm pełną gębą aż tu nagle… niektórzy zaczynają wyśmiewać drużynę narodową i z czystym sumieniem planować jej potencjalne osłabienie w ważnych starciach z Anglią i Ukrainą. Czyż to nie hipokryzja? Ukochany klub reprezentuje nasze miasto ale kadra reprezentuje cały kraj i jako obywatele tegoż kraju powinniśmy działać na jego korzyść. Nie można jednemu odbierać by drugi miał więcej. Nie bierzmy przykładu z polityków.
* Po trzecie: Zakładając, że najgłośniej krzyczący o braku sensu w powołaniu Głowy ‚siedzą’ w futbolu dłużej niż 4-5 lat, trzeba przyznać, że kibice Wisły jak żadni inni powinni cieszyć się z napływających powołań dla zawodników ich klubu. Wystarczy sięgnąć pamięcią wstecz o kilka lat by przypomnieć sobie kolejne reprezentacje narodowe, których trzon stanowili własnie Wiślacy. W przeszłości od zawodników z Krakowa zaczynali selekcjonerzy ustalanie składu i wychodziło to i Reprezentacji i Białej Gwieździe na dobre. Wisła była na szczycie a kadra zamiast się kompromitować, potrafiła zachwycać. Czyż kryzys krakowskiej Wisły nie zbiegł się w czasie z upadkiem polskiej drużyny narodowej?
*Po czwarte: Czy Głowacki dzieląc grę w klubie i kadrze, może stracić na jakości? Oczywiście, wszystko się może zdarzyć ale… przypadek Radka Sobolewskiego jest najlepszym przykładem odwrotnego procesu. Do póki były kapitan Wisły grał w Reprezentacji Polski, do póty imponował także niesamowitą formą w klubie. Natomiast w momencie zakończenia reprezentacyjnej kariery, opadł nieco jego zapał na klubowej płaszczyźnie. Wciąż był zawodnikiem z wysokiej półki ale swego rodzaju ‚wypompowania’, kibicom spostrzegawczym nie dało się nie zauważyć.
*Po piąte: Gra z orzełkiem na piersi jest marzeniem dla każdego zawodnika. Nie oszukujmy się. Tu nie grają roli pieniądze ani inne przyziemne pobudki, to coś więcej. Nie można więc decydować za żadnego piłkarza czy ma on dostać szansę zaprezentowania się w kadrze, kosztem zmęczenia/ryzyka kontuzji itd.. Litości. Nie odbierajmy mu marzeń. Tym bardziej jeśli taki ktoś jak Głowacki ma coś do udowodnienia sobie i ludziom, którzy w niego zwątpili. Kiedy jak nie teraz? To może być jego ostatnia szansa na osiągnięcie celu wyznaczonego sobie gdzieś na początku kariery. Jeśli ktoś ma prawo mieć pretensje o potencjalne powołanie to ewentualnie tą osobą mógłby być Smuda.
Wyjeżdżają z Wisły na zgrupowania różni piłkarze, niektórzy za ocean, w kilkunastogodzinne podróże samolotem/pociągiem i raz na jakiś czas wracają z urazem. Normalka. W żadnym innym klubie, kibice nie stosują takich ruchów, jak czyni to w tym momencie garstka kibiców Wisły. Gra w drużynie narodowej to przecież powód do dumy. Nie inaczej.
Najlepszym przykładem na potwierdzenie powyższych wniosków jest Paweł Brożek. Miał być zmęczony po kadrze (profesjonalny piłkarz!), miał wrócić z kontuzją i ogólnie jego powołanie miało źle wpłynąć na wynik Wisły w starciu z Piastem. Jak było? Brożek strzelił dwie bramki i został uznany zawodnikiem meczu…

Powołać czy nie?

Jasne, że powołać. Argumenty na plus zdecydowanie wypychają te przeciwne. W obecnych okolicznościach, kiedy tak naprawdę nie mamy prawie nic do stracenia a możemy zyskać naprawdę wiele, warto postawić na najlepszych. Na dzień dzisiejszy grono najlepszych defensorów otwiera właśnie Głowacki.
Na koniec pozostaje jednak najważniejsza kwestia, przy której cały ten tekst może okazać się niepotrzebny. Spór o powołanie Głowackiego jak najbardziej jest żywo toczony i ludzie przekrzykują się w argumentowaniu swoich racji ale nikt jeszcze nie podał stanowiska samego zainteresowanego.  Czy Arek w ogóle myśli jeszcze o grze w Reprezentacji Polski? Czy chciałby jeszcze założyć koszulkę z orzełkiem i bronić barw narodowych? Może nie czuje się już na siłach i cała ta dyskusja nie ma najmniejszego sensu. A ponadto, powszechnie wiadomo, że do tanga trzeba dwojga, nawet jeśli Głowę w kadrze widzą kibice i on sam, powołanie musi mu najpierw wysłać Waldemar Fornalik.

Po San Marino…

Jakub Błaszczykowski przed meczem powiedział, że jeszcze wierzy w awans. Z czym do ludzi chłopaku? Sam ich nie pokonasz a na swoich kolegów, z małymi wyjątkami, nie masz co liczyć. Taka prawda…

W spotkaniu z San Marino, na plus zagrali jedynie Zieliński, Klich i wspomniany już Błaszczykowski. Warto, dla jasności, powtórzyć: San Marino. Na plus – trzech piłkarzy. To jest dopiero kpina. Ze strony polskich zawodników, oczywiście.
Ktoś powie, że przecież wygraliśmy i to aż 5-1, i przecież nie ma się czego czepiać. Owszem jest. Wygraliśmy co prawda mecz i to aż 5-1 ale uśmiech z twarzy znika szybciej niż skończymy wypowiadać nazwę zespołu, z którym się mierzyliśmy. Nie ma powodów do zadowolenia a nawet więcej, są powody do kolejnych już zmartwień…

- W rywalizacji z drużynami z najwyższej półki (Hiszpania, Anglia, Włochy itd.) nie liczy się „jak” ale by wygrać. Styl ma najmniejsze znaczenie. Hierarchia ta zmienia się odpowiednio do klasy rywala, i tak, grając np. z Czarnogórą czy Czechami oczekujemy już nie tylko dobrego wyniku ale też gry na odpowiednim, zadowalającym poziomie. Dochodząc więc do zespołów takich jak San Marino czyli amatorów, sytuacja zmienia się o 180 stopni i wynik, a raczej jego wysokość, staje się rzeczą najmniej istotną. Takie mecze trzeba wygrywać i to wysoko, priorytetem w takiej sytuacji staje się…styl. Nie owijając w bawełnę, na „ogórkach” trzeba się wyżyć, pokazać swoją wyższość i wielką różnicę sportowej klasy. Żeby nie przypisywać każdej z pozycji odpowiedniej charakterystyki, wystarczy stwierdzić, że w rywalizacji z drużynami pokroju San Marino, Reprezentacja Polski powinna prezentować się analogicznie do Barcelony, która swego czasu rządziła i dzieliła na większości światowych boisk. Albo jak Hiszpania w pojedynku z nami…

-Pr zez całe pięć lat San Marino nie umiało strzelić gola swoim rywalom aż do momentu, w którym na przeciw nim stanęli Polacy. Wszystko pięknie, ładnie, gratulacje i te sprawy, niesamowita radość u mieszkańców tego kraju ale co potem? Potem człowiek się opamiętuje i jest mu po prostu wstyd. Dlaczego akurat my? Drużyna prezentująca przyzwoity poziom posiada na tyle ogarniętą defensywę by przez dziewięćdziesiąt minut nie dopuścić do starty bramki z amatorskim, grającym dla przyjemności rywalem. Czy 1,5 godziny maksymalnej koncentracji jest niewykonalnym zadaniem dla większości polskich piłkarzy? Na to właśnie wygląda, okazało się bowiem, że ten zespół nie prezentuje na dzień dzisiejszy nawet przyzwoitego poziomu.

- Ostatnimi dwoma występkami w narodowej drużynie z listy potencjalnych reprezentantów powinien wykreślić się Sebastian Boenisch. Dożywotnio. Toż to obciach na skalę światową, że ów zawodnik dostaje szanse, ba jest podstawowym zawodnikiem, zespołu walczącego na tak wysokim poziomie rozgrywek (bo przecież nie naszym). Gdyby ktoś go nie znał/ nie wiedział, że na co dzień reprezentuje barwy jednej z niemieckich drużyn Bundesligi, zapytałby czy Polska postanowiła dać fory rywalom i również wystawić w pierwszej jedenastce kilku amatorów. Serio. Na tle graczy San Marino, Boenisch wcale się nie wyróżniał.

- Trwa nagonka na Brożka. Spieprzył kilka setek i stał się kozłem ofiarnym całego zespołu. Bronić go nie ma czemu bo rzeczywiście zagrał słabo ale…
Po pierwsze: Porównanie. Brożek, Lewy i Robak. Napastnik Wisły miał kilka stuprocentowych sytuacji i żadnej nie wykorzystał. Zaliczył asystę przy jednej z bramek. Gra całej drużyny wyglądała lepiej, kiedy Paweł był obecny na boisku i co najważniejsze, niewielu w tym kraju mamy piłkarzy, którym dochodzenie do sytuacji bramkowych przychodzi tak łatwo. Brożek opanował tę sztukę w stopniu bardzo dobrym. Gorzej u niego ze skutecznością ale… ten sam problem dotyczy wszystkich snajperów z Polski. Na czele z Robertem Lewandowskim, który w poprzednim meczu z San Marino, także nie potrafił zdobyć gola „z gry”. Mógł przecież arbiter i tym razem podyktować dwa rzuty karne i zarówno Brożek jak i Robak, poszczyciliby się dwiema bramkami. Ten ostatni akurat, w ostatnim meczu wszedł z ławki i przestraszył się chyba groźnych „Sanmaryńczyków”, ponieważ…unikał gry. Zasłynął jedynie żółtym kartonikiem i jeśli na tej podstawie, ktoś ma czelność oceniać go wyżej niż Brożka, to trzeba mu tylko pogratulować wyobraźni albo jak najszybciej wysłać karetkę na sygnale. Błędów nie popełnia przecież tylko ten kto nic nie robi.
Po drugie: Przeszłość. Kibicom Wisły przypominać nie trzeba ale już całej reszcie chyba się powinno. Paweł Brożek to ten sam Paweł Brożek, który od zawsze znany był z tego, że marnował kilka/naście setek w trakcie spotkania. Raz trafiał, innym razem mu się nie udawało. To właśnie cały Broziu. Na Reymonta jak mantrę powtarzano, że musi Paweł spieprzyć najpierw trzy stuprocentowe sytuacje by później, w równie dogodnej albo i dużo słabszej, skierować piłkę do siatki. Tak właśnie było, nawet w sezonach kiedy sięgał on po koronę króla strzelców.
Po trzecie: To jest dziwne akurat. Kibice mają za złe Brożkowi, że w ogóle wystąpił w spotkaniu z San Marino a nawet, uwaga, dostał powołanie na oba mecze. Przecież decyzja o powołaniu Brożka i Robaka była najrozsądniejszą, jaką mógł podjąć w tamtej chwili Fornalik. Nie ma różnicy czy w ich miejsce pojawiliby się Saganowski czy Buzała albo jeszcze ktoś inny. Skoro selekcjoner nie mógł skorzystać z pomocy kilku napastników ze swojego osobistego topu, jasne jak słońce staje się to, że sięgnie on po kolejnych nominalnych piłkarzy na tę pozycję. Czy inny przedstawiciel Ekstraklasy zagrałby lepiej niż ta dwójka? Ta jasne…

- Szanse na awans są matematyczne, teoretyczne i… liczymy na cud. Sprowadźmy od razu wróżkę i jakąś szamankę. Zrobimy laleczki woodoo anglików i piłkarzy Ukrainy i dopiero będzie ubaw.
Koniec żartów. Najsmutniejsze jest to, że co roku, co dwa lata, co miesiąc, bez względu na wszystko to zawsze my, Polacy analizujemy: „Co musi się stać, żeby Polska awansowała…”. Zacznijmy lepiej kopać w piłkę, tak jak robią to inne drużyny a nie będzie trzeba robić durnych obliczeń. Za niedługo dojdzie do tego, że w rankingu przegoni nas samo San Marino.

 

Fornalik: Tajna broń na Czarnogórę czy niekompetencja?

Mecz z Czarnogórą – być albo nie być dla Reprezentacji Polski na przyszłorocznych mistrzostwach świata w Brazylii. Walka o przyszłość polskiego futbolu. Najważniejsze spotkanie w dotychczasowej trenerskiej karierze Waldemara Fornalika i…
Mamy do czynienia z wyraźnym brakiem profesjonalizmu a można rzec, że nawet olaniem obowiązków ze strony selekcjonera kadry. Bo jak inaczej można nazwać zachowanie, którym uraczył nas wszystkich w ten weekend?

Przypomnijmy: ostatni weekend sierpnia, ostatnie dni wakacji, ostatnie kolejka europejskich lig przed arcyważnymi meczami w eliminacjach do MŚ. Selekcjonerzy głowią się nad tym, kogo powołać, jaką jedenastkę desygnować do gry w podstawowym składzie czy jaką zastosować taktykę a przecież wszystko to zaczyna się od obserwacji potencjalnych kadrowiczów. Normalka? Nie w Polsce. Waldemar Fornalik wybija się ponad przyjęte konwenanse i zamiast na żywo, z trybun stadionów piłkarskich (albo chociaż w telewizji) oceniać przydatność piłkarzy do gry w Reprezentacji czy ich aktualną formę, komentuje piłkarski festyn.

W drużynie Borussii wystąpili Błaszczykowski i Lewandowski, w Londynie, w wielkim ligowym hicie bronił Szczęsny, w Bergamo grał Glik, w drugiej Bundeslidzie, w zespole Koln zagrał Sławomir Peszko, w Turcji wystąpił Mierzejewski a na boiskach w Poznaniu i Gliwicach kandydatów do gry w narodowej drużynie było aż nad to. Zamiast nich, Fornalik wolał oglądać pojedynek polskich polityków z celebrytami i dziennikarzami TVNu. Wstyd. Zero profesjonalizmu. I niech każdy kibic piłkarski zastanowi się nad tym, ile w ostatni weekend obejrzał spotkań. Może się okazać, że na temat aktualnej dyspozycji poszczególnych polskich piłkarzy wie więcej niż człowiek siedzący na najważniejszej ławce trenerskiej w tym kraju.

Nie broni Fornalika nawet fakt, że udział w pikniku TVNu wziął także Zbigniew Boniek i pełnił tam nawet rolę sędziego. Jest między oboma panami zasadnicza różnica a i obowiązki obu są zupełnie inne. Prezes PZPN-u jak na razie wykonuje swoje sumiennie. Atmosfera w okół związku jeszcze nigdy nie była tak czysta, jak za rządów Zibiego. W jego kompetencji, przeciwnie niż u selekcjonera,  nie leży wybór najlepszych piłkarzy do drużyny narodowej. Boniek więc może robić sobie co chce, jeśli tylko nie rzutuje to na jego obowiązki i nie wpływa niekorzystnie na polski futbol. A Fornalik? Też by mógł. Gdyby cały ten festyn odbył się po meczu z Czarnogórą. Wtedy nie byłoby nawet tego tematu…
Żeby jednak nie było nam głupio, że tak na pana Waldka najeżdżamy, w momencie gdy okaże się, że na meczu polityków z gwiazdami TVNu, selekcjoner wyszukiwał kolejne gwiazdy do naszej Reprezentacji. Może już szykuje powołanie dla Ryszarda Kalisza lub Tomasza Zubilewicza? To by się piłkarze Czarnogóry zdziwili ;-) .

Fornalik popełnił niewyobrażalny wielbłąd decydując się na wzięcie udziału w festynie organizowanym przez TVN, przekładając tym samym zabawę nad swoje obowiązki. Obowiązki, od których zależy przyszłość Reprezentacji Polski. Można by jednak ponarzekać, pozrzędzić a prędzej czy później i tak puścić ten incydent w niepamięć, przynajmniej do czasu, w którym Polska zawalczy na murawie z Czarnogórą o przedłużenie swoich szans na awans na mundial ale… nie pozwala na to sam Fornalik, fundując nam kolejnego kwiatka. Już odpuścił walkę o Brazylię?

Tomasz Rząsa, dyrektor reprezentacji ds. kontaktów z mediami właśnie uświadomił wszystkich, że Robert Lewandowski został jedynym napastnikiem, na jakiego selekcjoner będzie mógł liczyć podczas zgrupowania. Ani Milik ani Sobiech nie będą w stanie pomóc drużynie a innych klasycznych snajperów w kadrze brak. I tutaj znów jak bumerang wraca brak profesjonalizmu Fornalika. Nie oglądał w weekend potencjalnych kadrowiczów to i nie ma teraz nikogo w zanadrzu. Kim mamy atakować Czarnogórę? Skrzydłowymi? Siedzącym na ławce Wszołkiem, o którym wspomina Rząsa? Lewandowskim, który jak zwykle zapomni amunicji? Bez jaj. Niech teraz ten Lewandowski (odpukać!) złapie kontuzję a będziemy w czarnej dupie. Do reszty.
Dlaczego w wyborach Waldemara Fornalika tak bardzo bije po oczach wywyższanie piłkarzy zza granicy nad graczy z Ekstraklasy? Od kiedy to etatowy ogrzewacz europejskich ławek jest wyżej ceniony aniżeli systematycznie rozgrywający pełne spotkania piłkarz z polskiej ligi? To się kupy nie trzyma ale pana selekcjonera bardzo mocno.
W każdym normalnym kraju, powołuje się najlepszych piłkarzy na daną pozycję. Jeśli pierwszych dziesięciu jest kontuzjowanych, oczywistym jest, że sięga się po jedenastego. Pierwszy, drugi czy trzeci garnitur – siła wyższa. Zawsze lepiej mieć w zanadrzu starych Saganowskiego czy Brożka, dać szansę Piechowi czy Robakowi niż atakować Czarnogórę przekwalifikowanym na szybko Fabiańskim. W takim momencie warto nawet rozważyć kandydaturę Kalisza, istnieje bowiem możliwość, że rywale położą się na murawie ze śmiechu i nie będą w stanie grać. A co tam! ;-) .
Ciekawe czy po meczu, do śmiechu będzie Fornalikowi…

To my mamy jakąś drużynę?

W samej końcówce spotkania z Ukrainą Andrzej Juskowiak wypowiedział mniej więcej takie zdanie: Nie mamy takiej drużyny by móc odrobić taką stratę. Bolesna prawda jest jednak taka, że nie mamy żadnej drużyny. Mamy solidnych indywidualistów, których stać na pojedyncze, przebojowe wejścia. W przypadku Błaszczykowskiego i Piszczka możemy nawet mówić o akcjach dwójkowych ale czy możemy oczekiwać czegoś więcej? Chyba nie, chyba nie z Fornalikiem na ławce. Nie jesteśmy zespołem, który może pozwolić sobie na oczekiwanie na lepsze jutro, na poprawę czy zrozumienie graczy. Musimy zdobywać punkty tu i teraz, zwycięstwa są nam potrzebne na już nie za miesiąc czy za dwa. Nie mamy czasu.

http://www.youtube.com/watch?v=IdNnmUIn3eg

Fornalik sam wykopał sobie dół. Będąc trenerem ligowym mógł sobie pozwolić na błędy w ustawieniu czy wyborze personalnym składu, w Reprezentacji nie ma takiej taryfy ulgowej. Trener kadry nie ma jaj. Kolejny raz zaczyna skład od Lewandowskiego, kolejny raz pozwala mu pozorowanie gry przez pełne 90 minut i kolejny raz Lewy okazuje się punktem najsłabszym, kompletnie bezproduktywnym. To właśnie jemu należy przyznać tytuł najgorszego aktora dzisiejszego widowiska, trzeba bowiem mierzyć siły na zamiary i oczekiwać właściwie do możliwości a przecież Robert rzekomo jest najlepszym piłkarzem w Polsce. Co po niektórzy stawiają go nawet wśród najlepszych na świecie. Kpina. W meczu Borussii z Szachtarem polski napastnik grać na najwyższych obrotach potrafił, dziś, kolejny zresztą raz, nie wykazał ani krzty zaangażowania, nie walczył o piłki, nie chciał. Ile jeszcze dostanie powołań, zanim wszyscy w okół zrozumieją, że nie warto czekać. Nie mamy na to czasu.

Drugą kompromitującą decyzją jest uporczywe stawianie na Wasilewskiego, który obecnie z grą ma wspólnego tyle co większość kibiców – czyli oglądanie (innych) piłkarzy w akcji. Kompletne dno i sto metrów mułu i nie warto zatrzymywać słów w kontekście gry tego zawodnika ze względu na jego karierę, sukcesy i nawet charakter. Czy Fornalik ma zamiar czekać na niego aż wywalczy miejsce w składzie lub zmieni klub? Nie mamy na to czasu.

Dużo mówiło się o Obraniaku. Wszyscy dookoła obwiniali go za słabe wyniki naszej drużyny narodowej. Murem za nim stał za to Fornalik i uparcie twierdził, że w niego wierzy. Dziś okazało się, ile warta jest jego wiara. Wystawienie Majewskiego w podstawowym składzie, bez względu na jego świetną formę, w kontekście wypowiedzi trenera, było ciosem dla Ludovica. Bez zawodnika Bordeaux w pierwszym składzie gra nie wyglądała lepiej, momentami wyglądała wręcz tragicznie. Nie możemy w decydujących meczach grać składem, w którym nikt z nikim się nie rozumie, nie rozumie bo ze sobą nie gra. Nie mamy na to czasu.

Boenisch i Łukasik to ci dwaj panowie do spółki z Wasylem i lekką pomocą Glika zawalili nam ten mecz. Ten pierwszy nie bronił kiedy powinien i atakował kiedy nie powinien. Kompletne nieporozumienie. Łukasik udowodnił, że nie zasłużył jeszcze na grę w pierwszym składzie, a na pewno nie w spotkaniu o taką stawkę, jeszcze nie teraz, Legia i kadra to dwa inne progi i dwie różne historie. Kamil Glik za swój występ powinien dostać naganę, ze względu na to, że doskonale wiemy na co go stać. Każde podejście Ukraińców na naszą połowę podnosiło ciśnienie i wywoływało strach, czy aby nie stracimy kolejnej bramki. Chciałoby się wymienić większość zawodników ale…nie mamy czasu.

Za stracone bramki nie można winić Boruca, nie obroniłby tych piłek ani Szczęsny ani pewnie i Buffon jeśli do pomocy miałby takich nieudolnych kolegów jak Boenisch, Wasilewski, Łukasik i Glik. Za dzisiejszy występ jedynymi, których można pochwalić byli Błaszczykowski i Piszczek. To już akurat standard, że tylko ci dwaj chcą grać i nic im nie przeszkadza, ani pogoda, ani murawa, ani nawet rywale.

http://www.youtube.com/watch?v=SSvubFmYCOw

Mądry Polak po szkodzie, liczyliśmy na zwycięstwo. Do tej pory Ukraina w EL do MŚ zdobyła łącznie jedną bramkę, w meczu dzisiejszym w ciągu 45 minut zdobyli aż trzy. To nie jest normalna sytuacja i tłumaczenia trenera, że Ukraina nas zaskoczyła szybko strzelonymi bramkami, można jedynie skwitować uśmiechem politowania. Mecz trwa 90+ minut, jeśli rywale byli w stanie w ciągu 6 strzelić dwie bramki to my w kolejnych 84 mogliśmy strzelić ‚chociaż’ trzy. Sytuacje były, owszem, ale jeśli polskie gwiazdeczki celują prosto w ręce bramkarza rywali to z czym do ludzi? Czasu było aż nad to. Zabrakło chęci.

Przed nami mecz z San Marino. Najsłabszy rywal z możliwych. Moglibyśmy licytować ile bramek im strzelimy, chociaż w obecnej sytuacji, może warto zapytać ile stracimy?Mrugnięcie okiem Po dzisiejszej kompromitacji wszystko jest możliwe. Polak potrafi. W takiej sytuacji nie wypada się chyba śmiać, trzeba płakać nad żałosnym losem polskich piłkarzy. Polska pewnie wygra wysoko i pewnie nawet Lewy strzeli hat-tricka (poniżej trzech goli w jego wykonaniu świadczyłoby o jego osobistej klęsce) i nagle media i oczywiście trener obwieszczą wielki sukces. To będzie najgorsze. Najgorsze jest to, że w kolejnym spotkaniu trener ustalanie składu rozpocznie prawdopodobnie od Lewandowskiego. Najlepsze jest to, że szansę dostaną pewnie Salomon i Celeban. Na pewno będą się bardziej starać. Na pewno będzie im się chciało i nie ważne, że na przeciw staną piłkarze San Marino a nie Ukrainy. Bez różnicy. Oni nie są zblazowanymi gwiazdeczkami, oni o swoją szansę będą walczyć.

Awans się oddalił na tyle, że już go raczej nie wywalczymy, bo kto wierzy, że wygramy wszystkie mecze do końca eliminacji? Chyba nikt. Reprezentacja Polski od momentu pojawienia się w niej Beenhakkera straciła wszystko. Straciła wartość i prestiż (kiedyś grali w niej tylko najlepsi, za czasów Holendra każdy mógł się w niej znaleźć) i co najważniejsze i jednocześnie najsmutniejsze straciła kibiców. Cóż z tego, że na meczach jest pełny stadion, wszyscy ubrani na Biało – Czerwono, kiedy dopingu jak na lekarstwo, zero wsparcia, gwizdy. A na koniec : ‚Nic się nie stało!”. Stało się, stało. Kibice są po to by od pierwszej do ostatniej minuty pomagać drużynie, kiedy jest dobrze i kiedy jest źle, kiedy jest najgorzej. A na gwizdy przychodzi czas po meczu, wtedy na miejscu jest wyrażanie swojej dezaprobaty na grę drużyny a zamiast tego, kolejny raz piłkarze otrzymują sygnał, że przegrali mecz ale… nic się przecież nie stało.

Polska górą!

Chyba tylko tak tytułować można dzień 2 marca 2013 roku. Dla polskich sportowców były to 24 wspaniałe, wyjątkowe i prawdopodobnie jedyne takie w życiu godziny.  Srebro Justyny Kowalczyk na Mistrzostwach Świata, Brąz polskich skoczków na tych samych Mistrzostwach, srebro Anny Rogowskiej i brąz Katarzyny Broniatowskiej na Halowych Mistrzostwach Europy, zwycięstwo w finale Pucharu CEV Muszyny, czwarte miejsce Krystyny Pałki w biegu pościgowym w PŚ w Oslo oraz bramki zdobyte przez Roberta Lewandowskiego(2), Radosława Majewskiego i Grzegorza Krychowiaka – to wspaniałe osiągnięcia polskich sportowców, wszystkie sukcesy przyszły niemalże w jednym momencie a warto odnotować, że dziś, jeden dzień później kolejne powody do dumy przyniósł nam Adam Kszczot, który w świetnym stylu został Mistrzem na 800m na Halowych Mistrzostwach Europy. Pięknie.

Oczywiście, chociaż każdy z tych wyników jest niewątpliwym sukcesem, ma jednak swoją wartość w tzw hierarchii kibiców. I tak najwspanialszą wiadomością wczorajszego dnia, obok której nikt nie przeszedł obojętnie było zdobycie medalu przez naszych skoczków. Cała sytuacja tym większą radość wszystkim sprawiła, że początkowo skoczkowie znaleźli się poza podium. Historię największego sukcesu polskich skoczków zna jednak już każdy i najlepiej nacieszyć oczy i uszy poniższymi obrazkami.

Medal cieszy niezmiernie i jednocześnie pozostaje lekki niedosyt bo srebro było… o krok.

Cieszy też drugie miejsce Justyny Kowalczyk, chociaż w oczach kibiców wynik naszej Królowej Nart nie jest tym oczekiwanym. Wszyscy, włącznie z trenerem naszej biegaczki, liczyli na kilka medali i co najmniej jeden złoty, właśnie we wczorajszym biegu. Mistrzostwa Justyna kończy tylko z jednym srebrem ale skoro sama zainteresowana jest zadowolona z takiego wyniku to i nam nie wypada narzekać.

Równie świetną wiadomością i także mającą znamiona niespodzianki jest wyczyn siatkarek Muszyny, które pokonały siatkarską potęgę na gorącym tureckim terenie i tym samym sięgnęły po Puchar CEV.

W świetnym stylu do gry powrócił Robert Lewandowski, który w meczu z Hannoverem zdobył dwie bramki. Dzięki nim Lewy został liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi.

http://www.youtube.com/watch?v=E04OmOLrszc

Kolejnego gola i zarazem kolejny tytuł bohatera meczu zdobył Radek Majewski. Piłkarz Nottingham Forest kolejny raz mocno zapukał tym samym do drzwi kadry i oby jak najszybciej otworzył je Waldemar Fornalik.

http://www.youtube.com/watch?v=-7_SRXhcLYo

Najważniejszą bramkę tego weekendu zdobył jednak Grzegorz Krychowiak. Polak został uznany najlepszym piłkarzem meczu z PSG a jego trafienie było jedynym w tym spotkaniu.

Polska górą!