Archiwa tagu: Milik

Mamy dream team! Czyli…Na co stać Reprezentację Polski?

0005MF42XPPIFJHT-C122-F4

Cały czas, począwszy od spotkania z Irlandią Północną, przez Niemcy i Ukrainę, aż po mecz ze Szwajcarią, nie mogę pozbyć się jakiegoś dziwnego, mocno zakorzenionego w mojej głowie przeczucia, że Reprezentacja Polski cały czas gra na jakimś minimum swoich możliwości, i że w odpowiednim, być może decydującym o naszych losach na tym turnieju momencie, Adam Nawałka wysypie z rękawa kilka asów…

Wszystko zaczęło się od dwóch sparingów naszej drużyny, rozegranych na chwilę przed wylotem do Francji. Tyle było po nich lamentu i zgrzytania zębami, że nawet najwięksi optymiści zaczynali wątpić w jakość zespołu. Już na samym turnieju, okazało się, że zarówno mecz z Holandią, jak i Litwą były świetnie zrealizowanym spektaklem, mającym dać odpowiedzi naszemu sztabowi szkoleniowemu na ostatnie nurtujące ich pytania, a przy okazji, nie obnażyć się przed turniejowymi rywalami. Udało się? Udało. I to jak!

Na początek, Polacy rozgnietli Irlandię Północną. Malkontenci zapewne powiedzą, że wygrali tylko jedną bramką ale historia Irlandczyków na tym turnieju, oraz fakt, że w żadnym z kolejnych spotkań, mierząc się z zespołami teoretycznie mocniejszymi od nas, nie dali się nikomu pokonać więcej niż jednym trafieniem, powinny ich satysfakcjonować. Tym bardziej, że o ile wynik wysoki nie był, Polacy pokazali, że nie przyjechali do Francji na wakacje ale żeby osiągnąć jak najlepszy rezultat.
Z Niemcami, ekipą MŚ i głównymi pretendentami do tytułu, tylko potwierdzili swój akces do walki o najlepszy wynik w historii występów Polski na ME. Przez chwilę, można się było zastanawiać, czy to Polacy grali tak świetnie, że nasi sąsiedzi nie byli w stanie ani przez chwilę nam zagrozić, czy może to oni nie są przygotowani do tego turnieju w 100%. Wątpliwości szybko zostały rozwiane w kolejnych meczach zarówno polskiej, jak i niemieckiej ekipy.
I tylko z Ukrainą, Polacy momentami nie zachwycali. Ale… Zwycięzców się przecież nie sądzi a i skład lekko eksperymentalny, dający nieco odpocząć kilku naszym Orłom, powinien znów nas pamięcią przywrócić do ostatnich naszych meczów towarzyskich…

Ostatni bój ze Szwajcarią, rozwiał już chyba wszelkie wątpliwości na temat siły polskiej reprezentacji. W pierwszej połowie graliśmy jak z nut, w drugiej znów schowaliśmy umiejętności pod koc. Jakbyśmy nie chcieli by kolejni rywale dowiedzieli się o nas zbyt wiele…
Na całe szczęście, Polacy uchylili nieco rąbka tajemnicy w karnych, gdzie potwierdzili swoją wielkość i bezbłędnie wprowadzili nas do ćwierćfinału – dokonując rzeczy historycznych…

Polacy podczas Euro zachwycają formacją defensywną. Jedyną dotąd bramkę straciliśmy po fenomenalnym strzale Szwajcara. Bez wątpienia – bramka turnieju a także mocny kandydat do nagrody Puskasa podczas ceremonii przyznania Złotej Piłki. Po prostu – nic nie dało się zrobić…

Równie wspaniale, jak nasi brakarze i obrońcy, radzą sobie dotychczas nasi skrzydłowi. Radę daje także środek pola, choć, trzeba to powiedzieć głośno –  szczególnie po Grzegorzu Krychowiaku, spodziewamy się jeszcze lepszych występów.
Nieco zastrzeżeń możemy mieć, a w zasadzie musimy, do polskiego ataku, który współtworzą Lewandowski i Milik. Ten pierwszy, rzadko decyduje się na indywidualne szarże czy strzały z daleka, a jeśli już, zwykle są mocno oddalone od światła bramki. W przypadku drugiego, chyba nie trzeba tego mówić… dziesiątki sytuacji, pudło, pudło i jeszcze jedno pudło… Nie wiadomo, co nagle stało się z Arkiem i dlaczego nawet jego lewa noga, jedna z najlepszych w Europie, nie funkcjonuje… Zdajemy sobie sprawę jak wielką pracę obaj wykonują i jak przeciwko nim grają rywale ale bez względu na te niedogodności powinni dać z siebie więcej.
Pomyślcie, co by było, gdyby w kolejnych spotkaniach, Reprezentacja Polski została wzmocniona Lewym i Milikiem, jakich znamy z występów w eliminacjach do Euro? To byłoby coś wielkiego!
Ale zaraz… może i to jest małym elementem spektaklu, który dopiero ma wypalić? I z odpaleniem najcięższych dział, Adam Nawałka czeka do decydującej fazy turnieju?

No właśnie. Mamy wspaniały kolektyw. Drużynę, której wystarczy dokręcić lekko śrubkę, by była demolującym rywala potworem. Tych chłopaków cechuje niesamowity spokój i opanowanie, a także, co u nas jest nowością, przekonanie o swojej sile. W końcu, po latach upokorzeń, możemy być dumni z polskich piłkarzy a znamiennym obrazkiem, potwierdzającym ten fakt jest przedmeczowe spotkanie w tunelu z kolejnymi rywalami. Nadeszły wreszcie czasy, kiedy to przeciwnicy z dozą respektu, podziwu i zazdrości spoglądają w stronę Polaków. Dumnie stojących i przede wszystkich uśmiechniętych Polaków. Naprawdę, serce się raduje, kiedy patrzy się na tak zmotywowanych i walecznych reprezentantów naszego kraju.
Wraz z jakością czysto sportową, od kadrowiczów emanuje niesamowity wręcz humor i poczucie przynależności do ekipy. Choć w tym miejscu, chyba odpowiedniejszym słowem byłaby: Rodzina. Bo Reprezentacja Polski na dzień dzisiejszy jest jedną wielką rodziną. Mającą swoje słabe i mocne strony, momenty kłótni i sporów, mającą ciche dni, ale która w momencie zagrożenia, pójdzie za sobą w ogień .
Najlepszym dowodem na to wszystko jest zachowanie Roberta Lewandowskiego i Kuby Błaszczykowskiego, pomiędzy którymi nie ma wielkiej przyjaźni a którzy w kolejnych meczach udowadniają, iż w taki ogień za sobą by skoczyli, nawet jeśli tym gorącym płomieniem są tylko nasi rywale. No cóż, nie ma co mówić – mamy prawdziwy dream team. Drużynę, która stąpa mocno po ziemi i pewnie prze do celu.

Jakiż więc mamy ten cel, drodzy Państwo? Choć nasi skromni panowie się nie przyznają, choć nie chcą zapeszać, nie bójmy się chociaż my tego przyznać – Idziemy po Mistrzostwo Europy! Jak Grecja czy Dania w przeszłości… Idziemy i nie zatrzyma nas żadna zgraja gwiazdek, ponieważ mamy nad nimi ogromną przewagę. Kilkunastu mocnych charakterów. 100% ambicji i 100% waleczności.
Jedyną przeszkodę na drodze do zwycięstwa może się okazać zmęczenie. Jeśli zdrowie pozwoli, nie wątpmy w siłę Reprezentacji Polski i Adama Nawałki. Dobitnie już nam udowodnili jak wielką mają wartość. Bez względu na wszystko – Już są zwycięzcami!

A po Euro? No właśnie, bez względu na wynik Polacy już wygrali te Mistrzostwa. Zaraz po nich, będą rozchwytywani przez największe kluby Europy. A kolejne propozycje popłyną w stronę Ekstraklasy, gdzie menadżerowie z całego świata, będą szukać kolejnych diamentów na miarę obecnych reprezentantów. Niby to zwykła kolej rzeczy ale cieszy jak diabli. I duma rozpiera serce! I wiecie co? Jak nigdy, życzę kolejnych bramek Kubie Błaszczykowskiemu. Zasłużył jak nikt inny. Niech walnie Portugalii ze trzy bramki i weźmie sobie tytuł króla strzelców! Bo dlaczego nie?

Co z tą Szwajcarią? Kierunek 1/8 i dalej!

314bfad8-b663-42db-9fc2-ea71b89e5409

Przed Polską prawdopodobnie najważniejszy mecz na Euro – ze Szwajcarią. Wszystko, co było przedtem, czyli awans z fazy grupowej, było naszym celem minimum. Wszystko, co będzie potem (jeśli będzie) – nazwiemy sukcesem. Jeśli uda nam się wywalczyć awans do półfinału, nie mówiąc już o rundach następnych, będziemy w niebie a świętowania nie będzie końca…

Fazę grupową, mimo kującej w oczy nieskuteczności, zakończyliśmy z robiącym wrażenie bilansem, jako:
- Jedna z czterech ekip na turnieju z 7 punktami na koncie (Niemcy, Chorwacja, Francja)
- Jedna z dwóch drużyn z ‚czystym kontem’ (Niemcy).
Czego chcieć więcej, można by powiedzieć ale w tym momencie tego nie róbmy. Wszyscy doskonale wiedzą, czego pragniemy i jeśli wierzyć słowom Adama Nawałki, a on przecież dotychczas nas nie zawiódł i nie oszukał, w kolejnym spotkaniu do świetnej gry defensywnej, którą Polacy zachwycali m.in w meczu z Niemcami, dołożymy jeszcze cegiełkę w ataku. Jeśli do siatki znowu zaczną trafiać Milik i przede wszystkim Lewandowski – jesteśmy w domu! A chyba właśnie nadszedł odpowiedni moment by obu panom przypomniało się dlaczego to oni, występują na samym czubie układanki naszego selekcjonera…

Po tym co pokazała nasza drużyna w poprzednich spotkaniach, chyba nie musimy aż w takiej panice podchodzić do naszego kolejnego rywala. Szwajcaria wcale nie należy do piłkarskich potęg a jeśli bliżej przyjrzymy się sytuacji w ich grupie, dojrzymy, iż ten ich awans z drugiego miejsca oraz mała strata do Francji były bardziej wypadkową słabości grupy i rywali, aniżeli ich jakości. Gospodarze podczas Euro nie zachwycają, dwa razy, z dużo słabszymi rywalami udało się im wyrwać wygraną na zwykłym farcie. W starciu ze Szwajcarią, także nie zachwycali i musieli zadowolić się jedynie jednym oczkiem. A właśnie ta Szwajcaria ledwo co pokonała Albanię i tylko zremisowała z Rumunią. Być może cała ta trójka momentami zachwycała walecznością ale ile w tym wszystkim było jakości?
Na pewno, w tym kontekście o wiele więcej można by przypisać najsłabszej w grupie C – Ukrainie. Oni, szczególnie w meczu z nami i Niemcami pokazywali, że potrafią wiele, po prostu mieli pecha i sytuacja, w jakiej obecnie się znajduje drużyna, mocno przyhamowała ich zapędy. Irlandia Północna ma także w rękach nogach o wiele większego asa, niż te którymi dysponowały dwie ostatnie ekipy w grupie A. Warto zastanowić się, czy jeśli nam i Niemcom udało się pokonać Irlandczyków z Północy tylko jednokrotnie, czy taka Szwajcaria w ogóle by tego dokonała? Na dzień dzisiejszy, bez względu na wszystko to Polska pokazała się z lepszej strony. Nawałka idealnie dopasowuje taktykę pod kolejnych rywali i bez wątpienia, tak samo będzie podczas sobotniego spotkania. Jeśli naszym Orłom uda się wejść na poziom gry w destrukcji, jaki zaprezentowali w spotkaniu z Mistrzami Świata, Szwajcarzy nie będą mieli z nami szans. O atak nie musimy się martwić, bo czy obrońcy naszych rywali mogą się równać z reprezentantami Niemiec? Nie bójmy się założyć sobie planu, jakim będzie awans do kolejnej rundy. To już nie jest pompowanie balonika ale rzeczywistość, w której jesteśmy jednym z lepszych zespołów na tym turnieju.
Mamy naprawdę mocny skład. Za chwilę Canal+ nie będzie nadążał z pokazywaniem spotkań w Champions League bo w większości czołowych klubów świata występować będą nasi reprezentanci. Z tej mąki może wyrosnąć naprawdę okazały chleb więc dlaczego w końcu nie mamy w coś uwierzyć? Stać nas na pokonanie Szwajcarów? Stać! A potem? Chorwacja, Portugalia, Walia, Belgia… Los dał nam szansę. A wszystkim, którzy zacierają ręce nad pojedynkami ekip z drugiej części drabinki, gdzie rywalizować będą Francuzi, Anglicy, Włosi, Niemcy i Hiszpanie chyba należy przypomnieć, że żaden z zespołów swoją grą nie zaprezentował jakości, dającej powody do typowania ich na największych faworytów. Za to Chorwacja, Walia czy Polska… Chyba ciekawiej i skuteczniej jest właśnie u nas. Czy ktoś z ‚polskiej’ części drabinki sięgnie po tytuł? Miejmy nadzieję, do póki piłka…

Arek Milik vs. Frank de Boer, kto wyjdzie z tego zwycięsko?

z19145839Q,Arkadiusz-Milik

Dzień po klęsce Ajaxu Amsterdam, choć emocje jeszcze na pewno nie opadły, przyszedł chyba odpowiedni moment by znaleźć winnego największej porażki tego sezonu w holenderskim futbolu na płaszczyźnie klubowej. Arek Milik? Mogłoby się tak wydawać, słuchając wypowiedzi Franka de Boera ale każdy znający się nieco na piłce kibic ma świadomość, że całą odpowiedzialność za stratę mistrzowskiego tytułu, na swoje barki winien wziąć właśnie szkoleniowiec Amsterdamczyków. Nie potrzeba bowiem wcielać się w Jacka Gmocha i rozrysowywać taktyki na spotkanie z zespołem zajmującym jedno z ostatnich miejsc w tabeli Eredivisie by być świadomym faktu, iż nie ściąga się z boiska najlepszego strzelca drużyny w momencie, w którym wynik nie klaruje się po naszej myśli. De Boer popełnił niewybaczalny błąd, jakiego żaden profesjonalny trener nie powinien nigdy w życiu popełnić. Jego obrona własna nie przeszłaby nawet na polskiej sali sądowej. Z jego wypowiedzi można wywnioskować, iż w jakimś stopniu chce zrzucić winę na słabą postawę polskiego reprezentanta. A to zwykła kpina.
Nawet jeśli Milik przez ponad sześćdziesiąt minut nie notowałby występu życia, nie należałoby decydować się na zdjęcie go z murawy. Mógłby tego dokonać ktoś nowy, dopiero zasiadający i poznający drużynę ale nie de Boer, nie człowiek trenujący Polaka przez tak długi okres. Doskonale znający jego umiejętności. Milik nie raz już ukąsił rywali w decydującym momencie, wcześniej nie wybijając się ponad kolegów z zespołu. Tak przecież grają najlepsi. I Messi i Ronaldo często nie błyszczą a potem opuszczają stadion z wypiętą piersią i mianem bohatera spotkania. A  Arek przecież potrafił zaskoczyć. Mógł zepsuć kilka sytuacji a potem wykorzystać podanie i otworzyć wynik. Sam potrafił wyklarować kolegom sytuację, uderzyć głową, czy wejść z piłką do bramki. Któż wie, czy w doliczonym czasie gry nie nadarzyłaby mu się okazja do oddania strzału jego lewą nogą? Tego nie dowiemy się już nigdy ale jeśli po porażce Ajaxu, ktoś z ww dwójki może czuć się winny czy rozgoryczony, to jest tą osobą właśnie de Boer.

Zachowanie szkoleniowca Amsterdamczyków, zarówno fatalna decyzja taktyczna, jak i późniejsze tłumaczenia porażki prawdopodobnie dyskwalifikują go jako dobrego trenera, o którego bić będą się największe kluby Europy. Brak rozumu i klasy, bezsprzecznie. A Milik? Wykręcił w sezonie świetny wynik strzelecki, a trzeba pamiętać, że przez długi czas nie szło mu po drodze z ww panem. Mimo przeciwności losu, chyba wygrał sobie karierę. Jego osobą już interesują się wielkie kluby, a jeśli na zbliżającym się Euro, wspólnie z Lewandowskim ponownie stworzą duet marzeń, otworzą się przed nim jeszcze większe wrota europejskiej piłki. Drugi Ibra? Wszystko przed nim. Miejmy nadzieję, że w następnym klubie dane mu będzie podnieść puchar za Mistrzostwo i żaden trener nie będzie podkładał mu pod nogi niepotrzebnych przeszkód.

Buki świętują, mistrzowie fetują, spadkowicze walczą!

635983030921989150

We Francji – PSG, we Włoszech – Juventus, w Niemczech – Bayern, w Anglii – Leicester(!), w Holandii – Aj… PSV, w Hiszpanii – Barcelona (?) a w Polsce – Legia (?). Tak chyba wygląda kompletna lista krajowych mistrzów w największych (lub w przypadku polskiej, najbardziej dla nas interesujących ;-) ) ligach europejskich. ‚Chyba’, ponieważ po dzisiejszych wydarzeniach na boiskach holenderskich, wypadałoby zachować resztki ostrożności, przynajmniej do ostatnich minut decydujących spotkań sezonu 2015/2016, by później nie świecić oczami przed zdezorientowanymi i przede wszystkim zmartwionymi kibicami.
To prawda, ciężko przypuszczać by Legia, a tym bardziej Barca wypuściła z rąk mistrzowski tytuł ale… Czy ktoś spodziewał się, że Ajax na ostatniej prostej koncertowo przerżnie trofeum? No właśnie! Bukmacherzy na całym świecie chyba właśnie liczą zyski. Albo, co równie ciekawe, łatają dziury po niespodziewanym sukcesie nowych triumfatorów Premier League. Co by nie mówić – dzieje się!

O ile w przypadku takich zespołów jak Paris Saint Germain, Juventus czy Bayern, od początku sezonu można było się spodziewać, iż kolejka po kolejce, będą dumnie kroczyć w kierunku mistrzowskich tytułów, nie tracąc ani na chwilę rezonu, czy nie dostarczając swoim fanom niepotrzebnych pokładów wątpliwości, o tyle w przypadku całej reszty – można rzec, że historia pisała się po swojemu.
Barcelona, choć od początku również rozbijała swoich rywali i w pewnym momencie wydawało się nawet, iż na koniec sezonu, poza wszelkimi tytułami, jej piłkarze będą mogli świętować także różnorakie rekordy, to wszystko diametralnie zmieniło się już w ostatniej fazie rozgrywek. Duma Katalonii koncertowo roztrwoniła całą przewagę nad Atletico i Realem i jej kibice mogli zacząć drżeć o końcowy triumf. Blaugrana chyba w porę się otrząsnęła z piłkarskiej niedoli i znów wróciła na zwycięskie tory, ponownie mogąc się pochwalić mianem głównego faworyta do mistrzostwa. Forma, w jakiej na dzień dzisiejszy są jej zawodnicy, nie pozostawia złudzeń – tylko krok dzieli Barcelonę od odebrania medali za krajowy tytuł. Prawdopodobnie właśnie o tym przekonani byli także podczas swojego dzisiejszego spotkania, zawodnicy Atletico Madryt, którzy, podobnie zresztą jak wspomniany już Ajax Amsterdam, dali się pokonać spadkowiczowi, tracąc przy tym wszelkie nadzieje na triumf w Primera Division. Wiary w nie nie tracą za to jeszcze Królewscy, którzy w porę wrócili do gry o najwyższe cele i wciąż tracą do liderującej Barcy tylko jeden punkt. Czy jednak Real może się okazać równie wielkim szczęściarzem roku, jakim od dziś jest PSV Eindchoven? A czy Blaugrana stanie się frajerem większym od Ajaxu? To już chyba niewykonalne… A może?

Ajax, Ajax, Ajax… Cóż tu można powiedzieć. Stara prawda mówi, że czasem lepiej nie powiedzieć nic, jeśli jedynymi słowami przychodzącymi do głowy i na język są… przekleństwa. No tak, inaczej być nie może. Mistrzowski medal należy się temu, kto potrafiłby wytłumaczyć taktykę trenera Ajaxu na to spotkanie. Dlaczego, przy niekorzystnym wyniku, boisko opuścił najlepszy strzelec zespołu, a w jego miejsce, desygnowany do gry został nominalny pomocnik? Tego nie wie nikt, nie wie nikt! Chyba nawet sam de Boer…

W zupełnie innym humorze od Arkadiusza Milika znajduje się dziś inny nasz stranieri, który od wczoraj oficjalnie może nazywać się mistrzem Anglii, choć tamtejsze przepisy dobitnie próbowały mu tę fetę ograniczyć, nie honorując go symbolicznym medalem. Polak się jednak nie dał! Dumnie świętował tytuł a jego koledzy z drużyny dobitnie pokazali światu, jaką rolę w zespole pełni Wasilewski. Kto wie, może chociaż de Boer (?) czy bez Marcina, jego Leicester świętowałby dziś mistrzostwo? W chwili takich wątpliwości trzeba pamiętać, jak ważną postacią w szatni i na boisku był Wasyl w sezonach poprzednich, w których jego klub toczył boje o piłkarskie życie…
O tym człowieku powinno pisać się w samych superlatywach. Bez względu na wpadki, na słabsze mecze, jak ten z Arsenalem, to jest po prostu gość! Nie bez kozery wśród fanów Anderlechtu nosi się mianem klubowej legendy, nie bez powodu został właśnie Mistrzem Premier League!
Taka była wola nieba!

Podobnie jak w przypadku Legii, która w decydującym momencie pokazała klasę ogrywając vice-lidera aż 4-0. Jeśli nie wydarzy się jakaś katastrofa, nawet w przypadku porażki w Gdańsku, w ostatniej kolejce na Łazienkowskiej odbędzie się mistrzowska feta. Klub ze stolicy w idealny więc sposób będzie mógł świętować swoją rocznicę.  Mistrzostwo i krajowy puchar. Czy można chcieć czegoś więcej?
Zapewne tak. Zapytajcie Ajaksu, Piasta czy Anderlechtu – oni chcieliby sięgnąć po mistrzostwo, taki Lech Poznań chciałby wywalczyć chociaż Puchar Polski. Ale najlepsze jest to, że wszyscy mistrzowie, ww Juventus, Bayern, PSG czy Barca chcieliby mieć coś, czego mieć w tym sezonie nie mogą. Champions League – po najważniejszy skalp w tym roku mogą bowiem sięgnąć już tylko Real i Atletico i chyba żadne z nich nie zamieniłoby tego na mistrzowski tytuł. Futbol nie jest prosty, futbol jest skomplikowany!

Gramy o pełną pulę! Szkocja i Irlandia na rozkładzie czyli wygrajmy marzenia!

ggg

Już za kilka dni czekają nas wielkie emocje i przede wszystkim ciężkie zadania. Arcyważny i arcytrudny test, którymi będą eliminacyjne mecze ze Szkocją (wyjazd) i Irlandią (dom). Zagramy o awans na Mistrzostwa Europy 2016 i przyszłość całej polskiej piłki nożnej. Tak, wbrew pozorom, nasi piłkarze nie grają tylko o bilety do Francji.
Jeśli w tych spotkaniach zdobędą odpowiednią liczbę punktów i załatwią sobie prawo gry na najważniejszej europejskiej imprezie futbolowej co będzie ogromnym sukcesem, w końcowym rozrachunku może się to okazać swoistym fundamentem pod naprawdę okazałą budowlę.

O co więc walczą jeszcze nasi reprezentanci? Łatwo odpowiedzieć – o przyszłość swoją i całej polskiej piłki.
Oczywiście, walczą już od dawna, nie tylko podczas eliminacyjnych meczów ale także w swoich klubach, codziennie od kilkunastu miesięcy.
Cofając się pamięcią wstecz co najmniej o kilka lat, kiedy o sile naszej kadry stanowili przede wszystkim Smolarek, Krzynówek czy Dudek, czyli piłkarze grający na co dzień w bardzo dobrych europejskich markach, można było zauważyć naszą dumę. Mieliśmy kilka powodów do uśmiechów co weekend. Z szarej rzeczywistości przenosiliśmy się na wyższy poziom, gdzie kilku wybrańcom dane było uczestniczyć w piłkarskich świętach, obok wielkich gwiazd, wielkich nazwisk. Kiedyś tak, a dziś? Dziś przecież tych radości mamy o wiele więcej. Wręcz ton kilka, od groma i jeszcze trochę. Już nie cieszymy się widząc Polaka obok nawet masy gwiazdorów ponieważ to Polacy aspirują do miana tychże gwiazd. To o naszych zawodnikach rozpisują się kibice, gazety, internety i całe grono kolegów po fachu. Z dumą w sercu możemy obserwować jak coraz większa ilość polskich piłkarzy staje się gorącym towarem na transferowym rynku, o których biją się najpotężniejsze kluby świata. Co więcej, a dla nas chyba najważniejsze, sukcesy i status Polaków przerodziły się w największą siłę Reprezentacji Polski od wielu lat. Prawie wszystko, czego od tej drużyny oczekiwaliśmy, jest już na swoim miejscu.
Lewandowski to w tej chwili piłkarz numer jeden ostatniego tygodnia. Mówią o nim wszyscy. Stoi w jednym szeregu obok Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo a chyba nawet o tej dwójce zapomniano na chwil kilka, kiedy Robert pakował kolejne gole w ostatnich trzech meczach.
Błaszczykowski, kiedy wydawało się, że kończy swoją wielką karierę na najwyższym poziomie, zrobił ruch, który zaskoczył nas wszystkich, a jak się okazało, rozbił tym bank. Dzięki transferowi do Fiorentiny, Kuba utrzymał się w topie i wciąż gra o najwyższe cele. Wystarczyły mu trzy mecze by przekonać do siebie fanów swojego nowego klubu oraz by umocnić się w gronie silnych ogniw naszej kadry.
Milik, mimo chwilowych problemów, wciąż trzyma poziom w Ajaxie a w parze z Lewym biją inne duety reprezentacyjne na głowę.
Krychowiak w dalszym ciągu stanowi o sile środka pola reprezentacji choć w swoim klubie, po zdobyciu pucharu LE,  przechodzi ogromny kryzys. Wydaje się jednak, że w końcu czarna seria musi się skończyć i jeśli wszystko pójdzie w dobrym kierunku Sewilla odblokuje się w meczu z najlepszym z rywali, czyli Barcą a Grzesiek odzyskując pewność gry, wróci z tą siłą na mecze ze Szkocją i Irlandią.
Glik i nie trzeba mówić więcej, czołowy piłkarz w całej Italii. Gwiazda i ostoja. Klasa sama w sobie.
O bramkarzach mówić nie trzeba, mamy na tym polu wielki urodzaj, jak żadna inna reprezentacja. Kogo byśmy tam nie wystawili, Szczęsnego, Boruca, Fabiańskiego, Kuszczaka czy ze dwóch, trzech goalkeeperów z Ekstraklasy, możemy być spokojni. Tylko co wśród powołanych notorycznie robi Tytoń, wciąż pozostaje tajemnicą selekcjonera… Ale tak czy siak, na grę szans on nie ma, więc nie ma się czym przejmować.
Dalej można wymieniać innych graczy, którzy co mecz mają swój duży udział w punktach, które do tej pory zgromadziliśmy na koncie, nie ważne czy to piłkarze na co dzień występujący za granicami kraju, czy ci z polskiej ligi. Każdy, dosłownie każdy dołożył swoją cegiełkę w dotychczasowy sukces. Największą jednak zapisujemy na konto Adama Nawałki, który całą zbieraninę indywidualności, często samolubnych do szczytu możliwości lub ociekających gwiazdorstwem na kilometr, zebrał w kupę i stworzył z niej świetnie rozumiejącą się maszynkę do wygrywania. Wznosimy się na szczyt, na razie nie wśród piłkarskich potęg, a solidnych europejskich drużyn ale… wszystko przed nami!
Mamy dobry zespół, który jeśli ma gorsze momenty, to ze względu na pojedyncze słabe ogniwa. Trzeba albo je wyeliminować albo dać im czas, którego jednak w tym momencie nie mamy. Szkoda, że nasz selekcjoner nie decydował się na pójście na całość i sięgnięcie po czarne konie, ludzi, którzy mogliby zasiąść na ławce i w ciężkim momencie spróbować pomóc drużynie. Bo o ile na bramce, czy w ataku mamy na ten moment zdecydowanych pewniaków to już w pozostałych dwóch strefach, obronie i pomocy, potrzebujemy dodatkowego ognia. Wydaje się nawet, że to odpowiednia chwila by wrócić do propozycji Ojgena Polańskiego, który jest przecież piłkarzem bardzo dobrym i przede wszystkim ma ogromne doświadczenie w meczach o stawkę na wysokim poziomie. Ewidentnie brakuje nam w reprezentacji kogoś takiego jak on. Tutaj jednak wszystko leży w rękach Nawałki.
Warto też rozważyć kandydatury defensorów z Ekstraklasy, którzy mogliby wspomóc drużynę narodową i nawiązać rywalizację z piłkarzami, takimi jak m.in. Szukała, któremu zdarzają się wręcz wielbłądy… Może Burliga? Golla?
No nic, bez selekcjonera i jego decyzji, możemy tylko gdybać, gadać i myśleć. Albo mu zaufać, wszak od kilkunastu miesięcy udowadnia nam, że jest człowiekiem odpowiednim na to stanowisko. Na pewno wie co robi. Oby tylko nie stało się jak z Janasem, za czasów którego też wydawało się, że to ten, że ma głowę na karku a potem jednym wyborem wszystko szlag trafił.
Wracając jednak do tematu szans na potęgę naszej piłki, którą zapoczątkować miałby awans na Euro,…
Wyobraźcie sobie, że Lewandowski w dalszym ciągu utrzymuje formę z ostatnich dni, że z każdym meczem co raz lepiej idzie Błaszczykowskiemu, Milikowi i całej reszcie. Media, szczególnie te zagraniczne, pieją z zachwytu. Oczy włodarzy największych klubów Europy zwracają się ku naszym gwiazdom. Ich myśli kierują się na Ekstraklasę, w której chcą znaleźć kolejne diamenty, podobne do wyżej wymienionych piłkarzy. Prosty schemat ludzkiej wyobraźni…
Jeśli więc Lewy i spółka nie spuszczą z tonu, a wręcz przeciwnie, ze swojej gry, będą czerpać pełnymi garściami, zaowocuje to świetną grą Reprezentacji Polski, awansem na Euro, popularnością i popytem na rynku transferowym ich samych ale też innych Polaków, tych już grających za granicą, oraz młodych zawodników z rodzimych lig. Co za tym idzie? Kasa, wielkie pieniądze na… transfery. Jeśli nasze kluby będą sprzedawać za grube pieniądze, będzie ich stać na zastąpienie dziur piłkarzami większego formatu niż dotychczas sprowadzany szrot z kartą w ręku. Biznes goni biznes. Jak widać w rękach nogach powołanych na spotkania ze Szkocją i Irlandią leży przyszłość całego polskiego futbolu. Więc… Do boju Polsko!

Polskie Niemcy

Żyjemy w czasach, w których piłka niemiecka Polakami stoi. Zaczęło się od… Reprezentacji Niemiec, w której pierwsze skrzypce grali Podolski i Klose, dziś, co raz więcej naszych piłkarzy reprezentuje barwy zespołów występujących w Bundeslidze i na jej zapleczu. Co więcej, większość z nich ma decydujący wpływ na losy meczu.

W meczu rozegranym na BayArenie mieliśmy okazję podziwiać grę aż pięciu Polaków. W ekipie gości, jak zwykle, wystąpili Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski. Barwy Leverkusen od pierwszej minuty reprezentował Sebastian Boenisch, natomiast swój debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej, wchodząc na ostatnie minuty spotkania, zaliczył Arkadiusz Milik. Mecz był niezwykle emocjonujący, naprawdę dużo się działo a duży w tym udział naszych rodaków.

Borussia szybko objęła dwubramkowe prowadzenie. Przy golu Reusa asystę zaliczył Lewandowski, chwilę później karnego, podyktowanego na Lewym, na bramkę zamienił Błaszczykowski. Kiedy wydawało się, że Borussia pewnie sięgnie po trzy oczka, do roboty wzięli się Aptekarze. Co raz śmielej także poczynał sobie Boenisch, który zaliczył asystę przy jednej z dwóch bramek Stefana Reinartza. Po jego trafieniach mieliśmy remis, jednak taki stan rzeczy trwał tylko chwilę. Napędzona stratą bramki Borussia rzuciła się do ataku. Piłkę na 3-2 do siatki skierował nie kto inny jak Lewandowski, który walczy o koronę króla strzelców m.in z Kießlingiem, piłkarzem Bayeru. Drużyna Jurgena Kloppa miała okazję podwyższyć wynik spotkania. W 69 minucie meczu sędzia podyktował kolejny rzut karny, kiedy to Boenisch podcinał Lewandowskiego. Do piłki ponownie podszedł Błaszczykowski, niestety tym razem bramkarz wyczuł intencję polskiego pomocnika i wynik nie uległ już zmianie. 19 letni Milik swój udział w meczu zaznaczył zagraniem ręką w polu karnym Borussii. Spotkanie drugiej i trzeciej drużyny Bundesligi (po meczu była zamiana miejsc) dostarczyła nam, kibicom, nie tylko wielkich emocji, ale też utwierdziła wszystkich w przekonaniu o formie naszych czterech pewniaków do gry w kadrze.

http://www.dailymotion.com/video/xx93ur_leverkusen-vs-dortmund-2-3-highlights_sport#from=embediframe

Polskie akcenty, chociaż już na trenerskiej ławce, dobiegały dziś do nas z 2 Bundesligi. Regensburg prowadzony przez Franciszka Smudę, w jego trenerskim debiucie, został zmiażdżony przez Herthę Berlin. Ostatnia drużyna zaplecza Bundesligi przegrała 1-5, co jest najgorszym wynikiem tego zespołu w tym sezonie. Do tej pory nie przegrali żadnego spotkania więcej niż różnicą dwóch bramek, nie stracili też w żadnym meczu więcej niż czterech goli, dwa razy przegrywali w stosunku 2-4. W poprzedniej rundzie, na własnym stadionie Hertha pokonała Regensburg „tylko” 2-1, różnica więc jest widoczna gołym okiem. Ręka Smudy już czyni cuda, dzieło zniszczenia rozpoczęte…Mrugnięcie okiem

Na zdjęciu Franek pokazuje ile sztuk dostał w swoim debiucie Śmiech