Archiwa tagu: liga mistrzów

Barcelona obala swój własny mit! Blaugrana wcale nie taka wspaniała, jak ją malują…

barca

Ileż to razy w ciągu ostatnich kilku – kilkunastu miesięcy dane nam wszystkim było słuchać teorii o Barcelonie, jako najlepszej drużynie w historii wszech czasów? Drużynie, będącej maszyną do zabijania przeciwników i mającej być tą pierwszą, której dane będzie obronić tytuł najlepszego zespołu Europy?
‚Zbyt wiele’ – to chyba jedyna, właściwa odpowiedź.
Zbyt wiele słów i teorii w kontekście Blaugrany padło, by napompowany nimi balonik, w końcu nie wytrzymał ciśnienia i zwyczajnie pękł, rozpadając się na setki małych kawałeczków. Tysiące, jeśli nie miliony twierdzeń, dziś zamieniających się w wątpliwości, choć tak naprawdę, jedynym pytaniem, które dziś powinno nam się nasunąć na myśl, jest to, czy Luis Enrique ma wystarczająco mocny klej, by w krótkim czasie udało mu się na nowo posklejać te kawałeczki w jedną całość? Na Camp Nou nikt nie ma chyba wątpliwości, że ani trener, ani żaden z piłkarzy Barcelony nie mają czasu na żadne próby generalne i z marszu podejdą do testu, który ostatecznie da odpowiedź na to czy w kontekście tej drużyny będzie można kiedykolwiek użyć słów ‚NAJLEPSZA’, oraz czy jej szkoleniowca będzie można w ogóle brać pod uwagę w zestawieniach profesjonalistów.
Przecież Duma Katalonii jest właśnie na najlepszej drodze do koncertowego przerżnięcia sezonu 2015/16 i zyskania miana największych frajerów roku. A wiadomo, że jeśli tak się stanie, jeśli po odpadnięciu z rywalizacji Champions League, Blaugranie nie uda się wywalczyć także mistrzostwa kraju, winą za to, zostanie obarczony właśnie Enrique. Już widać te tytuły zrzucające karb odpowiedzialności za wyniki na słabe przygotowania i nieodpowiednie wymierzenie czasu osiągnięcia apogeum formy, które przypadło na sam… początek sezonu.

Właśnie tak. Barca od początku wskoczyła na poziom, który zarówno u kibiców jak i rywali wywoływał wielkie: ‚WOW’. Styl gry – niepowtarzalny i zapierający dech w piersiach. Kosmiczne posiadanie piłki, fantastyczna gra trio: Messi, Naymar i Suarez. Punkty nagromadzone przez drużynę Enrique oraz problemy największego jej rywala, Realu Madryt a także kolejne potknięcia Atletico, sprawiły, że Barca urosła do miana głównego faworyta wszelkich rozgrywek a jej kibice oraz media zaczęli spekulować, czy ta drużyna nie prezentuje poziomu, pozwalającego jej na zaszczytne miano najlepszej drużyny w historii futbolu.
Z każdym kolejnym spotkaniem, coraz więcej osób zaczynało wierzyć, iż w Europie nie ma dostatecznie dobrego rywala mogącego konkurować z Dumą Katalonii na jakimkolwiek polu. Już w styczniu ukoronowaną ją więc zarówno tytułem mistrza Hiszpanii, jak i Pucharem Króla oraz, przede wszystkim, zwycięstwem w elitarnych rozgrywkach Ligi Mistrzów. PRO-Barcelońska fala zachwytu urosła do ogromnych rozmiarów i zaczęła niekontrolowanie wymykać się poza dopuszczalny obszar. Cóż, dla niektórych, z różnych względów to okazało się zbyt wiele. A konsekwencje są niestety dla nich bolesne…

Fani Katalończyków niepotrzebnie dumnie prężyli się na wszelkich forach, naśmiewając z Realu Madryt, trapionego kolejnymi problemami. Wypominali im sprawę Benzemy, zakaz transferowy, wyrzucenie z Pucharu Króla, kompromitację w Grand Derbi, ogromną stratę punktową do ich klubu a nawet zatrudnienie na ławce trenerskiej niedoświadczonego Zidane’a. Jakby zapomnieli, że karma wraca i życie nie raz potrafi spłatać figle. Dziś sytuacja zmieniła się o 180 stopni i to Barcelona znalazła się na prześmiewczym świeczniku a jej kibice chowają swoje głowy w piasek. Jeśli chodzi o sprawę z zakazem transferowym, Real i Atletico na razie kary uniknęli, za to Barcelona już dawno musiała ją odcierpieć. O problemach z prawem Benzemy już raczej nikt nie pamięta, za to na czołówki gazet kryminalnych coraz częściej trafiają Messi i Neymar. Odpadnięcia z Pucharu Króla poprzez incydent z Czeryszewem, nawet nie sposób porównywać do odpadnięcia z Champions League na etapie ćwierćfinału a Zinedine Zidane, wbrew wszystkim swoim krytykom, jako szkoleniowiec Królewskich osiąga rezultaty lepsze niż jego bardziej doświadczeni poprzednicy. Kto mieczem wojuje – ten od miecza ginie?
W przypadku socios Barcelony, na pewno. Przede wszystkim dla nich, sytuacja w jakiej aktualnie znalazł się ich klub, powinna być lekcją na przyszłość i to bez względu na to, kto w końcowym rozrachunku zostanie Mistrzem La Liga. Ich zachowanie na pewno nie pomoże klubowi a całą otoczką jaką budują wokół niego, na pewno nie przysporzy jej kolejnych zwolenników. Włodarze Blaugrany nie powinni się więc dziwić, iż większość ligowych rywali, w walce o mistrzostwo kibicować będzie nie Barcelonie ale dwójce z Madrytu. I tutaj, biorąc pod uwagę podejście do rywalizacji w ostatnich kolejkach sezonu być może będzie to czynnik decydujący.

„Do póki piłka w grze…”, skąd my to znamy? Choć Katalończycy w pewnym momencie znaleźli się na królewskiej pozycji, z której wydawało się, iż będą tylko rządzić i dzielić, los okrutnie z nich zażartował. Pięć spotkań w lidze (z Villarealem, Realem Madryt, Realem Sociedad oraz Valencią) a także rewanżowy mecz z Atletico w LM wystarczyło by piłkarze Blaugrany zaprzepaścili wszystko co dotąd ugrali. Pięć spotkań! Właśnie o tyle, jak się okazało, Barca w przekroju całego sezonu(na pięć kolejek przed końcem) była lepsza od Atletico Madryt. To tyle co nic, a przecież swego czasu, wydawało się, że Barcelonę od całej reszty dzielą lata świetlne. Jakież to było naiwne… Sytuacja zmieniła się diametralnie i w wyścigu o mistrzostwo szanse wszystkich trzech zespołów stoją mniej więcej równo.
Mentalnie zarówno Atletico jak i Real biją dziś Barcę na głowę ale… Jak prezentuje się terminarz?

Barcelona: La Coruna (wyjazd), Gijon (dom), Betis (wyjazd), Espanyol (dom), Granada (wyjazd).
Atletico: Bilbao (wyjazd), Malaga (dom), Vallecano (dom), Levante (wyjazd), Celta (dom).
Real: Villareal (dom), Vallecano (wyjazd), Sociedad (wyjazd), Valencia (dom), La Coruna (wyjazd).

Najbardziej sprzyjający plan gier ma właśnie Duma Katalonii. Co więcej, tytuł w dalszym ciągu zależy tylko od nich i jeśli do końca rozgrywek uda im się uzbierać komplet punktów – będą mogli świętować. Real traci do swoich rywali jeden punkt, więc wciąż musi liczyć na ich potknięcie a Atletico, bez wątpienia, czeka najtrudniejsze zadanie.  Dodatkowo, zarówno Królewscy jak i Los Rojiblancos będą musieli skupić się nie tylko na walce o ligowe punkty ale także, a może przede wszystkim o finał Ligi Mistrzów, a jak wiadomo, gra na dwóch frontach nie raz dawała się we znaki.

Bez względu na wszystko, na to czy jednak to Barcelonie uda się obronić w walce o mistrzostwo Primera Division i wywalczyć Puchar Króla, i tak zostaną największymi przegranymi tego sezonu. Startując z nieosiągalnego dla wielu pułapu, na ostatniej prostej do piłkarskiego nieba, dali się ogolić na łyso. Koncertowo dali się ograć swojemu największemu rywalowi w Grand Derbi, jak dzieci pozwolili wyrzucić się z elity Europy Atletico, a także w mistrzowskim stylu roztrwonili całą przewagę nad tymi samymi rywalami w walce o mistrzostwo Hiszpanii. Barcelona właśnie osiągnęła dno. W kilka tygodni obaliła swój własny mit – najlepszej drużyny wszech czasów, notując przy tym najgorszą serię od ponad trzynastu lat. Całe wyobrażenie o tym zespole jako kwintesencji futbolu, właśnie zaczyna mijać. Kibice przecierają oczy ze zdumienia, uświadamiając sobie, że Barca wcale nie jest taka, jaką przez ostatnie miesiące wszędzie malowano. Jej wyobrażenie, zaczęło już uchodzić za piłkarską legendę. A krok dzieli ją od momentu, w którym teorię o jej wielkości włożymy między bajki.
Już teraz możemy być także pewni, iż w kolejnym plebiscycie Złotej Piłki, w czołowej trójce nie znajdzie się miejsce dla żadnego z piłkarzy Barcelony. Po raz pierwszy od dawna. Już teraz w wyścigu o miano najlepszego piłkarza w Europie trio MSN wyprzedzają półfinaliści Ligi Mistrzów, na czele z Cristiano Ronaldo, który szturmem podbija zarówno Champions League jak i La Ligę, a przecież przed nami Mistrzostwa Europy we Francji, na których zabraknie zarówno Messiego, jak i Suareza oraz Naymara. Możemy tylko przypuszczać, że po tym turnieju na głosy swoich rywali w większej mierze będą mogli liczyć chociażby Griezmann, Lewandowski, Vardy, czy kilku Niemców. I niech ten fakt mówi sam za siebie, bo choć echo odpadnięcia z LM jest nieco tonowane to jego skutki dla Blaugrany mogą być niezwykle bolesne. Jeśli Barca nie podniesie się z kolan, straci tytuł oraz da się ograć Sewilli w finale Pucharu Króla, sytuacja na Cam Nou będzie nie do pozazdroszczenia. Okazało się, że Katalończycy to nie nad-ludzie a styl naniesiony przez Enrique przestał robić wrażenie na rywalach, jak niegdyś dryblingi Ronaldinho. Co więcej, ostatnie porażki musiały zaboleć dużą grupę szkoleniowców, którzy odkąd stawiali swoje pierwsze kroki na kursie trenerskim, na którym uczeni byli jak ważnym elementem gry jest utrzymywanie się przy piłce. Ta teoria właśnie legła w gruzach, wraz z całym zespołem Barcelony.
Choć rzeczywiście, w jakimś stopniu piłkarze i trener piszą historię – chyba jeszcze nikomu nie udało się tak spartaczyć idealnej sytuacji. Kolejny raz zrobili coś spektakularnego ale tym razem nie słychać zewsząd braw ale gwizdy. Głośne buczenie obrazujące widok poległych. Życie, jak widać, jest niezwykle brutalne, a piłka nożna jeszcze bardziej. Jeśli ktoś jeszcze ma co do tego wątpliwości, niech zapyta fanów Dumy Katalonii. 

Liga Mistrzów a w tle Gran Derbi.

0a2967904c6e084c06d0d4ac2b47a96e

Przed nami najważniejszy z dotychczasowych etapów rywalizacji w Champions League. Osiem najlepszych klubów Europy rozpocznie batalię o awans do półfinałów, z których już tylko krok pozostanie do realizacji marzeń. Kto z kim? Gdzie warto zawiesić oko? Komu najbliżej do najlepszej czwórki Starego Kontynentu?

Co by nie mówić i jakby się nie boczyć na ostatnie wyniki Bayernu oraz grę samego Roberta Lewandowskiego, bez wątpienia to Mistrz Niemiec jest w tej chwili w najbardziej klarownej sytuacji. Benfika Lizbona – mocna drużyna, jednak z zupełnie innej półki aniżeli większość ćwierćfinalistów. Na pewno pod żadnym względem nie dorównuje ekipie Guardioli i choć piłka lubi być przewrotna i płatać figle, nic nie wskazuje na to by Bayern nie odprawił gości z bagażem co najmniej kilku bramek.

W drugim pojedynku, w którym nie trudno wskazać zdecydowanego faworyta znajdują się ekipy Wolfsburga i Realu Madryt. Ci pierwsi, bardziej niż do swojego ligowego rywala, równają do Benfiki. Real natomiast to ciągle Real. Jeden z najlepszych klubów świata, któremu nie w głowie jest pożegnanie z LM na tym właśnie etapie. Niesieni zwycięstwem w Grand Derbi, nie powinni mieć żadnego problemu z wywiezieniem wystarczającej zaliczki z terenu Wilków.

Dużo ciekawiej pod względem atrakcyjności i niepewności co do ostatecznego wyniku dwumeczu, zapowiada się potyczka PSG z Manchesterem City. Mistrzowie Francji, którzy szturmem podbili Ligue 1, będą chcieli potwierdzić dominację także na europejskiej arenie. Przeciwstawić im postara się The Citizens, choć patrząc w jakiej ostatnio formie znajduje się Zlatan Ibrahimovic, może być to zadanie niewykonalne. Francuzi, w ostatnich latach prezentują dużo bardziej dojrzałą piłkę. Ewidentnie, jeśli któryś z tych zespołów miałby szansę powalczyć o finał LM z zespołami takimi jak Baayern/Real/Barcelona/Atletico to byłoby to właśnie Paris Saint Germain. Faworyt, nie tak zdecydowany jak Bayern i Real ale ciągle faworyt.

I na koniec ostatnie spotkanie. Najsmakowitsze. Najbardziej elektryzujące. Deser z pod ręki wybitnego cukiernika. Dwumecz pomiędzy dwoma hiszpańskimi klubami – Barceloną a Atletico być może wyłoni nie tylko półfinalistę ale także finalistę Champions League. Kto jednak miałby nim być?
Do tej pory, zarówno patrząc trzeźwym okiem, czysto teoretycznie, na papierze ale także patrząc wszelkimi różnymi sposobami – faworytem zawsze była Barcelona. Do ostatniego weekendu. Duma Katalonii w fatalnym stylu przegrali wielkie Gran Derbi z Realem. Ze swoim największym rywalem, w najbardziej prestiżowym meczu nie tylko hiszpańskiej ale także europejskiej piłki klubowej. Dodatkowo, mecz, w którym zawodnicy Blaugrany mieli oddać hołd zmarłemu niedawno Johanowi Cryuffowi. Nie udało się. Barca zagrała niemrawie, bez wyrazu i zupełnie jak nie ona. Całkiem zawiodło trio MNS, z którego widoczny na murawie był jedynie Suarez, a i on, najbardziej pilnowany nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Pozostała dwójka – Messi i Neymar rywalizowali tamtego wieczoru raczej o tytuł antybohatera i trudno stwierdzić któremu z nich bardziej się on należał. W sumie gdyby na chwilę zniknęli z boiska, poszli na szybką kawę, prawdopodobnie kibice nie zauważyliby różnicy w grze swoich idoli. Dobrego dnia nie miał też Busquets i reszta zawodników z Camp Nou. W zasadzie jedynym, który tego wieczoru mógł zebrać pochwały za swój występ był Gerard Pique. Jedyny, który oddał hołd legendzie Barcelony i Ajaksu.
O słabości gospodarzy najlepiej niech świadczą statystyki meczowe, w których (oczywiście, poza posiadaniem piłki) górował Real Madryt. Nie do tego przyzwyczajeni są kibice. Zwykle sytuacja na boisku nie klaruje się tak korzystnie dla rywala Blaugrany, jak miało to miejsce podczas tego Gran Derbi. Ewidentnie, w Barcelonie coś pękło. Warto się zastanowić czy to jedynie chwilowe załamanie czy śladem piłkarzy Zinedine Zidane’a może pójść również Atletico? Skoro najlepsza ofensywa Europy przez 90 minut spotkania nie potrafiła przeforsować nie najlepszej przecież defensywy Realu, czy będą w stanie uporać się z najlepszą defensywą w całej Europie?
Na pewno będzie to inne spotkanie niż te, które mogliśmy podziwiać dotychczas w La Liga. To zupełnie inny poziom, Atletico nie ma nic do stracenia a Barca? W zasadzie wszystko. Po przegranych derbach Hiszpanii z Realem, atmosfera na Camp Nou nie zachwyca. Pojawiają się wątpliwości i tak, ciężko jasno i dosadnie przyznać dziś, że Barca jest murowanym pewniakiem. To może być zwyczajny bezbramkowy remis i w rewanżu wszystko będzie mogło się wydarzyć. Ale… równie dobrze Barcelona może zamknąć usta wszystkim, którzy wieszają na nich psy i odprawić swojego rywala z kwitkiem. Jak będzie?

Bayern, Real, PSG i? Okaże się, choć z każdym dniem szanse Atletico na korzystny rezultat rosną.

Madrycki finał, czyli po „trupach” do Lizbony… [część III]. Decima Realu!

10414554_274289479408966_3500511642423729784_n

A jednak! Nie Atletico a Real Madryt sięgnął w tym roku po najważniejsze trofeum w klubowym futbolu. Królewscy, choć dzieliło ich niespełna dwie minuty od bolesnej porażki, wracają z Lizbony z pucharem i w iście szampańskich nastrojach…

Kibice na całym świecie z niecierpliwością czekali na finałowe starcie Ligi Mistrzów. Starcie dwóch hiszpańskich klubów, wielkie derby Madrytu. Miało być pięknie i było. Miało być ciekawie i było. Miało być ostro, nieprzewidywalnie i emocjonalnie i oczywiście…tak było. Dodatkowo, a może i przede wszystkim, mogliśmy obejrzeć wspaniałe piłkarskie widowisko udekorowane aż pięcioma trafieniami. Czego chcieć więcej? Czy jakikolwiek fan piłki (nie licząc oczywiście sympatyków Atletico Madryt) mógł czuć niedosyt? Nie! Mecz ten był godny finału Champions League!
Zarówno Królewscy jak i Atletico Madryt, stanęli na wysokości zadania i zgotowali przybyłym do Lizbony kibicom widowisko, jakiego nie powstydziłby się najlepszy scenarzysta, i które na pewno na długo zagości w naszej pamięci.

I pomyśleć, że gdyby nie Sergio Ramos, gdyby nie fakt, że Hiszpan rozgrywa właśnie swój najlepszy sezon w karierze, o meczu tym można by się rozpisywać w zupełnie innych kategoriach jakości. Już nie tak entuzjastycznie, bez pięknych słów i z nutką rozczarowania. Nie, nie wynikiem bo przecież sukces Atletico, podwójna korona Los Rojiblancos to byłoby naprawdę coś wielkiego, coś co jeszcze niedawno nikomu nie przeszłoby nawet przez myśl i na co nikt przed sezonem nie postawiłby złamanego grosza. Ten niedosyt byłby raczej spowodowany prostotą, mało efektowną oprawą spotkania i brakiem…tego „czegoś”, brakiem przysłowiowej kropki nad „i”. Tym czymś okazała się właśnie bramka Ramosa. Obrońca Realu, dzięki trafieniu w 93. minucie gry nie tylko dał nadzieje sobie i swoim kolegom na końcowy triumf ale przede wszystkim odwrócił losy spotkania o sto osiemdziesiąt stopni. Dodał swojej drużynie wiary i pokazał, jak walczyć o wspólny cel, o spełnienie marzeń i nie roztrwonienie tego, co udało się zbudować przez ostatnich kilka ciężkich miesięcy. To właśnie on, nie Ronaldo i nie Bale, choć również dołożyli cegiełkę, ba cegły ogromniaste do ów sukcesu, zasłużył na miano bohatera Madrytu. A przynajmniej jego większej części… Gdyby nie Ramos, puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów, już po dziewięćdziesięciu pięciu minutach gry, wznieśliby w górę chłopcy Diego Simeone. 

Oczywiście, wyrównujący gol hiszpańskiego obrońcy był genialnym wstępem do widowiska, jakie chwilę potem zgotowali nam jego koledzy. Koncertem wysokich dźwięków i emocji sięgających zenitu. To była piękna dogrywka. Wspaniałe trzydzieści minut, które emanowały szczęściem Królewskich, co akurat warto odnotować. Cieszmy się, że Real zdobył to trofeum. Po tych chłopakach widać, jaką frajdę sprawia im gra w piłkę. Jak przeżywają porażki i jaką radość sprawiają im zwycięstwa. Momenty po każdym kolejnym golu, nawet wtedy kiedy już wszystko było przesądzone, były wymowne. To nie była zwykła celebracja bramki, to nie były żadne zwykłe uściski czy poklepywania po plecach, to był szał, euforia i wybuch szczęścia. To właśnie dzięki takim chwilom, futbol wciąż jest numerem jeden…

https://www.youtube.com/watch?v=HlwROQ7v11w

Real Madryt był w tym roku zdecydowanym faworytem do walki o trofeum Ligi Mistrzów i nie zawiódł oczekiwań swoich fanów. Od samego początku, przeciwko każdemu rywalowi, Królewscy heroicznie walczyli o każdy centymetr boiska. O każdą bramkę i każde zwycięstwo. Ich przewodnikiem był niezawodny Cristiano Ronaldo, król strzelców całej edycji, zdobywca aż siedemnastu trafień i kandydat numer jeden do zdobycia kolejnej Złotej Piłki. I choć trzeba przyznać, że w finale jego gwiazda wcale nie błyszczała najmocniej, nie sposób nawet nazwać go bohaterem spotkania a jedynie częścią całości, dopełnieniem maszyny, jednym z naboi płatnego mordercy, w jakiego Real zabawił się podczas dogrywki, to właśnie on może czuć się dziś najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Facet, bo przecież nie tylko piłkarz spełniony. Genialny zawodnik i człowiek o złotym sercu. Już chyba nikt nie powinien mieć wątpliwości, kto jest najlepszym piłkarzem świata ostatnich lat. I patrząc na tempo w jakim rozwija się CR7, można śmiało założyć, iż Portugalczyk nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Wczoraj, na „swojej” ziemi odniósł najważniejsze zwycięstwo w karierze, pieczętując je golem z rzutu karnego. Gdyby nie fakt, iż w tym roku, już za kilkanaście dni, w Brazylii rozpoczynają się Mistrzostwa Świata (a wiadomo jak z nimi jest), można by zapytać, kto mógłby zagrozić Cristiano w sięgnięciu po Złotą Piłkę? Chyba tylko piłkarze, którzy wczoraj również zameldowali się na stadionie w Lizbonie. Real i Atletico, to właśnie ta dwója zdominowała cały europejski futbol. Wspomniany już Ramos, Bale, który finałowym golem spłacił się całkowicie  i heroiczny Costa. To oni wyznaczali granice i dyktowali warunki. Wydaje się, że jeśli żaden z zawodników, którzy ugrali cokolwiek w tym sezonie w Europie (mistrzostwo ligi, tytuł króla strzelców, półfinał LM), nie zawojuje w jakiś nadzwyczajny sposób brazylijskiej ziemi, nie powinien się włączyć do walki o tę indywidualną i prestiżową nagrodę. Sezon 2013/2014 należał do Madrytu. Stety, bądź niestety dla wielu kibiców, Barcelony, Bayerny, Borussie i inne Manchestery czy Chelsea mogą się schować. W Europie królują dziś…Królewscy!

Real w wielkim stylu wraca na tron. Wraca do gry i grona największych, z którego przez ostatnie ‚suche’ lata coraz bardziej był wypychany przez kolejnych dominatorów. Warto było w całości poświęcić się finałowej rozgrywce i rozkoszować grą, której głównym dyrygentem był Carlo Ancelotti. Trener jedyny w swoim rodzaju. Z bagażem doświadczeń i sukcesów, jakich może mu pozazdrościć każdy, a jeden szczególnie. Zwycięstwo Anelottiego stało się osobistą klęską wielkiego Mourinho. Przez kilka sezonów spędzonych na Santiago Bernabeu, z tymi samymi piłkarzami, których do dyspozycji miał Włoch, nie udało mu się dokonać tak wielkiej rzeczy. Buńczuczny szkoleniowiec, a raczej jego mit, podczas sobotniego wieczoru upadł z wysokości kilkunastu pięter i gdyby Carlo okazywał w jakiś widoczny sposób swoje emocje, mógłby stać i śmiać się do rozpuku…

Dobra…Tyle mówimy o Realu ale warto przecież poświęcić kilka słów także przegranym, czyli Atletico Madryt. Los Rojiblancos mieli już puchar w swoich rękach, od triumfu dzieliły ich dwie minuty doliczonego czasu gry. Dla nich te dwie minuty okazały się byt długie, co mógł chyba przeczuwać już wcześniej Diego Simeone, awanturujący się o liczbę minut, które sędzia postanowił dołożyć graczom obu drużyn. Atletico, tak zmęczone, nie dało już rady odpierać ataków swoich rywali i po dziewięćdziesięciu trzech minutach gry zupełnie odkryło się, czego drużyna pokroju Królewskich nie zwykła nie wykorzystywać. Mimo wszystko, mimo bolesnej porażki, piłkarzom z drugiej części Madrytu należą się ogromne brawa. Za walkę, za sukces (tak, finał jest ogromnym sukcesem), za cały sezon, w którym Atletico wprowadziło w świat futbolu świeżość i nową jakość. Tego brakowało nie tylko kibicom ale i samym zawodnikom. Cytując Macieja Skorżę, przynajmniej  liga (Mistrzów) była ciekawsza ;-).
Finał mógłby być dla obu ekip widowiskiem spełnionym, próbą, z której każdy mógł wyjść „z twarzą”, gdyby nie wypisał się z tego planu Diego Simeone… Trener Atletico, jako jedyny nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy i w pewnym momencie bliżej aniżeli do człowieka sukcesu, było mu do buraka… Smutna prawda, choć oczywiście, biorąc pod uwagę poziom emocji, jakie osiągnął finał, można człowiekowi wybaczyć. Następnym razem, a pewnie takowy będzie szybciej niż nam się wydaje, zachowa należyty spokój i nie odstawi już wiochy. Może wtedy, wynik spotkania będzie zupełnie inny… A na razie nie pozostaje nam nic innego, jak krzyknąć…

Brawo Real!

Madrycki finał, czyli po ‚trupach’ do Lizbony… [część 2].

d0a7286b-5442-4591-9323-af550614d017-620x372

Już za kilka dni dowiemy się,  kto z dwójki Real – Atletico uniesie w górę puchar za zwycięstwo w rozgrywkach Champions League. Oczywiście, dojdzie do tego tylko wtedy, jeśli akurat prezydent FIFA (wzorem swojego odpowiednika z ligi hiszpańskiej) nie wybierze się w tym terminie na urlop i dostarczy to okazałe trofeum pod wskazany adres w Lizbonie ;-).

Dla nikogo nie jest tajemnicą, iż triumf w Lidze Mistrzów to marzenie nie tylko każdego piłkarza ale też trenerów i piłkarskich kibiców w całej Europie. Marzenie, które co sezon spełnić mogą tylko nieliczni… A ci nieliczni to w rzeczywistości tylko jeden klub, jedna drużyna, jeden sztab trenerski i osiemnastu piłkarzy. I oczywiście kibice, ich jest więcej, tysiące, setki, czasem miliony. Wszyscy inni, bez względu czy Ligę Mistrzów zakończą na drugim, trzecim czy piątym miejscu (jeśli oczywiście nie zanotują w ten sposób największego sukcesu w klubowej historii), nie są skorzy do świętowania. Dla większości z nich, każde inne miejsce w tych rozgrywkach aniżeli pierwsze, jest bolesną porażką. Jedyną rzeczą, która wszystkich przegranych może od siebie różnić to sposób, w jakim znaleźli się oni po jednej stronie barykady i czy rzeczywiście zasłużyli na miano pokonanych…

Upada mit taktyka Mourinho.

Nie tylko Barcelona i Bayern, nie tylko Pep Guardiola czy Gerardo Martino ale też Chelsea Londyn na czele z Jose Mourinho, odczuli na własnej skórze piekielną siłę madryckich buldożerów.
Jak zwykle pewny swego Portugalczyk miał chrapkę na o wiele więcej niż ćwierćfinał Champions League, do którego prowadzony przez niego londyński klub i tak już prześlizgnął się niemal tylnymi drzwiami, rzutem na taśmę pokonując wówczas Paris Saint Germain. I rzeczywiście, patrząc na ‚cuda’ jakie dzieją się czasem w zespołach Mourinho, do samego końca, nie można było skreślać Chelsea z potencjalnych faworytów tej edycji LM. Czasem aż może przyjść na myśl, iż były trener Porto i Realu Madryt jest swego rodzaju czarodziejem, który z perspektywy ławki trenerskiej może dokonać niemożliwego. A jeśli już o rzeczach mało realnym rozmawiamy, dajmy Portugalczykowi Podbeskidzie, dajmy mu Cracovię lub inne Zagłębie Lubin, może nie będziemy świętować od razu samych zwycięstw ale pod skrzydłami Mou, awans do tych upragnionych rozgrywek mógłby stać się faktem. I już można sobie wyobrazić jak takie Nowaki, Piechy czy Sokołowskie wzorem Eto czy Lamparda podbijają największe europejskie stadiony. Wielu zapewne dałoby się bez trudu opchnąć taką bajeczkę. Taki to już z Mourinho jest typ. Jedyny w swoim rodzaju a jednak, wciąż jeszcze nie idealny. Mecz z Atletico Madryt, ten drugi, decydujący o awansie do półfinału pokazał, iż nie wszyscy (co Mourinho mogło nawet zdziwić) chłoną jak kwiaty wodę, filozofię owego pana a on sam, nie osiągnął w niej perfekcji jak nie przymierzając Orest Lenczyk, którego autobusy są o wiele mocniejsze niż londyński trolejbus…
Gdzieś też upada mit o geniuszu taktyki, jaki wciąż panuje w środowisku piłkarskim, a jak nazywa się portugalskiego szkoleniowca. Przecież po kim jak po kim ale po Mourinho nikt nie spodziewałby się zlekceważenia rywala, przedwcześnie uwierzenia w sukces, biorąc pod uwagę wyjazdowe statystyki rywali. Prawie jak nie on. Prawie jak nie Mou, którego przyjście na Stamford Bridge miało zapewnić Chelsea nie tylko powrót na tron Ligi Mistrzów ale przede wszystkim w rozgrywkach Premier League. Jak wiemy, nie udało się ani jedno, ani drugie, więc nie pozostaje nam nic innego jak obwieścić kompletną klęskę wielkiego Jose… Znane w Polsce ‚przysłowie’: „Tu nawet Mourinho by nie pomógł”, zaczyna coraz bardziej odzwierciedlać rzeczywistość. Także tę angielską…

Bolesna porażka, czy jednak zasłużona?…

Najlepiej ze wszystkich drużyn, które z Champions League pożegnały się na etapie ćwierćfinałów, bez wątpienia zaprezentowała się Borussia Dortmund, która była o krok od wyeliminowania Realu Madryt. Najlepiej niech świadczy o tym fakt, iż nie było prawdopodobnie kibica Królewskich, który nie zadrżałby myśląc o końcowym wyniku dwumeczu. Tak więc, pomimo bolesnej dla Dortmundczyków porażki, kibice nie szczędzili im komplementów. Biorąc pod uwagę, że po klęsce w finale poprzedniej edycji LM, zwiastowano wielki upadek klubu z Zagłębia Ruhry i wiele suchych lat przed podopiecznymi Jurgena Kloppa, rzeczywiście występ Borussii na arenie międzynarodowej w roku 2014 należy uznać za mały sukces. Zapewne innego zdania są sami zainteresowani ale nie ma się im co dziwić. Odpadnięcie z rywalizacji w takich okolicznościach może boleć o wiele bardziej, aniżeli zasłużona porażka w wysokich rozmiarach…
I choć Borussia bardziej, niż na słowa krytyki zasłużyła na brawa, nie znaczy wcale, iż w dwumeczu nie popełniła karygodnych błędów, za które trzeba ich zganić. Nie można bowiem, a na pewno nie może zespół na poziomie Borussii, przestać wierzyć w swoje możliwości. Kto wie, jak potoczyłby się ten dwumecz, gdyby jeszcze przed pierwszym gwizdkiem Niemcy nie oddaliby rywalizacji walkowerem? Chyba wszyscy przedwcześnie uznali, że brak Roberta Lewandowskiego to zbyt wielka strata, nie dająca możliwości do równej rywalizacji z rozpędzonym Realem. A to okazało się wielkim błędem, klęską nowoczesnej myśli szkoleniowej, w której coraz częściej dochodzi do nieprzewidywanych rozstrzygnięć. Najlepszym tego przykładem jest nie kto inny jak Atletico Madryt. A przecież rok temu, to samo pisano o Borussii. Borussii, która nie kalkulowała i stawiała wszystko na jedną kartę…

Dla kogo puchar LM?

Real czy Atletico? Atletico czy Real? W pierwszym starciu, zwycięzcami okazali się piłkarze Diego Simeone. To oni sięgnęli po triumf w rozgrywkach ligowych i to oni w tym momencie, przynajmniej teoretycznie,  stoją w lepszej pozycji przed decydującym pojedynkiem w Lizbonie. Real ma jednak w swoim składzie Ronaldo. Atletico straciło Costę. Real ma chrapkę na odbicie sobie za upokorzenie w Primera Division a Atletico chce sięgnąć po podwójną koronę…

Kto wygra? Doświadczenie czy młodość? Determinacja i złość czy euforia i fala radości? A jeśli cofnąć się do historii, do roku 1966, kiedy to Austria wygrała Eurowizję, mistrzostwo Hiszpanii Atletico Madryt a Ligę Mistrzów Real Madryt, znamy już odpowiedź na nasze pytanie… Ktoś wierzy w przeznaczenie? W znaki?
W roku 2014, Eurowizję wygrała Austria, Atletico zostało mistrzem, przyszedł więc czas na poznanie triumfatora w Lidze Mistrzów i jeśli zostanie nim Real Madryt, bez wątpienia, można będzie uznać, iż obecny sezon był niezwykle sprawiedliwy dla…Madrytu. Chociaż tam, w jedynym piłkarskim mieście Europy, nikt nie będzie płakał. No, chyba, że ze szczęścia.

C.D.N…

Poznaliśmy pierwszych półfinalistów Champions Ligue?

Można powiedzieć, że po czterech pierwszych ćwierćfinałowych spotkaniach Ligi Mistrzów, przynajmniej w dwóch i pół przypadku, sytuacja w rozgrywkach nieco nam się wyklarowała. Co to znaczy? Ano,  znaczy to mniej więcej tyle, że jesteśmy już w stanie z dużą dozą pewności rozłożyć procentowo szanse awansu poszczególnych ekip.

I tak… Najbliżej setki stoi w tym momencie Real Madryt, który rozjechał osłabioną Borussię Dortmund w stosunku 3-0 i powoli może już przygotowywać się do udziału w półfinale tych elitarnych rozgrywek. Niespodzianki w meczu nie było ale nie ma się co temu dziwić, skoro zeszłoroczny finalista, jeszcze na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego, gdzieś między wykluczeniem Roberta Lewandowskiego z kolejnego spotkania a wylosowaniem Królewskich, sam zaakceptował swoją porażkę na tym etapie. Cóż zrobić, chciałoby się powiedzieć ale wiadomo, że zrobić w Madrycie nic się nie dało. Niby coś tam przez chwilę próbowali, niby walczyli i bardzo chcieli, i ten Klopp na ławce, gdyby tylko mógł, sam wbiegłby na murawę by wspomóc swoją drużynę… Nic z tego, z takim składem, wobec absencji, jakie zaszły w stosunku do roku poprzedniego i w zestawieniu z rywalem, Borussia nie miała żadnych szans (choć trzeba przyznać, że na bramkę kontaktową zasłużyli). Nawet na papierze, siła rażenia Realu jest dziś jakby trzykrotnie większa niż przyjezdnych z Zagłębia Ruhry. I jako, że nic dwa razy się nie zdarza, nawet najwięksi optymiści nie powinni już mieć nadziei na happy end, co w praktyce oznaczałoby… cztery bramki Lewandowskiego. Nie tym razem. Może Polakowi uda się pokonać bramkarza rywali, raz czy dwa i kurs u bukmacherów na to zdarzenie może będzie zachęcający ale nie zmienia to faktu, że awans w kieszeni mają już Hiszpanie. Tam jest Ronaldo (futbolowy superbohater?), tam jest Bale, tam jest cała zgraja świetnych grajków i na dodatek trener, który z niebywałym wyczuciem artysty pociąga za wszystkie te sznurki. Dream Team, jedyny zespół, który na dzień dzisiejszy wygląda na tyle dojrzale by sięgnąć po puchar Ligi Mistrzów…

Na swój awans do półfinału solidnie zapracowali też piłkarze Paris Saint Germain, którzy natarli nosa nieco bufoniastym (nie mylić z Gianluigim ;-) )  przyjezdnym z Londynu. I choć dwubramkowe zwycięstwo nad Chelsea niespodzianką nie było, to już sam fakt dokonania tego, bez większego udziału Zlatana Ibrahimovicia, może sytuować tę drużynę w gronie wielkich faworytów do końcowego triumfu. Tak jest, choć większość kibiców i dziennikarzy uważa francuską ekipę za sztuczny twór, napompowany pieniędzmi bogatych szejków. Co więcej, twór ten ma być niezdolny do osiągania wielkich wyników… ale zaraz, zaraz, przecież te wielkie wyniki właśnie rodzą się na naszych oczach! Coś ktoś chyba pokręcił… Może i PSG z dnia na dzień zostało hegemonem, może ich rywale i wielu ludzi siedzących w futbolu sądzi, że to niesprawiedliwe ale przecież piłka nożna wcale nie jest i nigdy nawet nie była sprawiedliwa. Nie zapominajmy, że poza wielką kasą, w Paryżu jest grono wielkich piłkarzy, którzy tworzą prawdziwą drużynę. To nie jest ta sama bajka, którą mogliśmy podziwiać kiedyś na Santiago Bernabeu…. Galacticos, jedenastu gwiazdorów, mających wszystko co powinni mieć idealni piłkarze a jednak, jedenastu ludzi, wyciętych z innych stron gazet. Najbogatsi, najlepsi, najpiękniejsi, najtwardsi, naj, naj, naj… W Paryżu, co prawda zgadza się tylko status finansowy a inne przymiotniki pasują jedynie do Ibry, to jest właśnie coś, jedna ważna  rzecz, która różni oba zespoły, a działa na korzyść Francuzów, mianowicie – fundament. Drużyna, zespół, zrozumienie. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. To ‚coś’ może wepchnąć lidera Lique 1 na sam szczyt…
W rok, PSG przeszło niesamowitą metamorfozę, z ekipy, która żyła dzięki Zlatanowi, w zespół, który bez swojej największej gwiazdy, może dokonać rzeczy wielkich. Potencjalny awans wywalczony w Londynie, prawdopodobnie do reszty ostudziłby rozgrzane głowy przeciwników paryżan by nigdy więcej nie przyszło im na myśl, rzucania pod ich adresem niewybrednych epitetów o sztucznych tworach. Tak jakby w Manchesterze (City), Chelsea czy innych Bayernach, grali za złotówki…

A pozostając jeszcze w temacie Chelsea, nie sposób nie zwrócić uwagi na Mourinho. Nie, nie o jego zachowanie, które notabene znają już wszyscy na wylot chodzi ale o twarz. Odkąd Mou przeprowadził się ze słonecznego Madrytu do deszczowego Londynu, strasznie zmizerniał. Osiwiały, postarzały, przypominający bardziej kogoś z pod budki z piwem aniżeli światowej sławy trenera, zarabiającego krocie. Cóż ci piłkarze the Blues z nim zrobili?…Zdecydowanie za dużo nerwów zżera go praca w tym zawodzie, więc może czas na spokojniejsze zajęcie albo chociaż angaż w mniej wymagającym zespole? Może Polska? Może? Nie… Ktoś taki jak Jose, ktoś taki jak the Special One, ‚najlepszy’ trenejro w Europie, najlepszy taktyk świata musi być w ciągłym gazie. Świecznik to przecież jego żywioł.

No dobra…Czas powrócić do prognozy szans na awans pozostałych drużyn. O ile już tylko iluzoryczne mają Borussia (ok 5%) i Chelsea (20%) to wciąż nierozstrzygnięte (przynajmniej na papierze) są pojedynki United z Bayernem i Barcelony z Atletico. Jeśli przyjmiemy, że własny stadion będzie asem w rękawie, to szampany mogą już otwierać kibice z Monachium i Madrytu, jeśli o awansie ma zdecydować aktualna forma, to…układ pozostanie taki sam.
Manchester? Na cokolwiek byśmy dziś nie spojrzeli, i tak wedle praw rządzących futbolem, United nie mają raczej na co liczyć. Chyba, że na najniższy wymiar kary…
Czerwone Diabły mogą przecież dziękować Bogu, że udało się im dowieźć do końcowego gwizdka remis bo patrząc na ich grę, śmiało mogli żegnać się ze swoją publicznością z bagażem kilku straconych bramek. Gdyby nie opieszałość przyjezdnych, gdyby nie chcieli oni wejść z piłką do bramki, United skończyłby na kolanach. Trzeba jednak oddać coś Moyes’owi  a raczej pogratulować mu przygotowanej taktyk. Trener nakazując swoim piłkarzom grać książkowo, według zasad panujących w starciach piłkarskich ciamajd z hegemonami, znakomicie wywiązał się ze swojego zadania. Mecz miał więc prawo przypominać starcie typowego mistrza Polski z beniaminkiem i jeśli sięgnie się pamięcią wstecz, wtedy nawet wynik przestaje już zaskakiwać… Tylko czy… taktykę rzeczywiście ustalał Moyes, czy może swoje trzy grosze dorzucił Ferguson? Tego nie wie nikt, chyba tylko… 1-1 na Old Trafford.
Tak czy siak, nie spodziewajmy się raczej niespodzianki w Monachium. Może nie będzie to powtórka z potyczki z Barceloną ale bardzo mało prawdopodobne by piłkarze Guardioli, w dodatku wkurzonego (!) Guardioli, nie postarali się o kilku bramkowe zwycięstwo. Być może po rewanżu, z Manchesteru nie będzie co zbierać, ba z Czerwonych Diabłów może zostać jedynie roztarta plama na dywanie murawie. A skoro tak, to nie ma innej możliwości niż rozłożenie ‚naszych’ procentów w stosunku 90 do 10, na korzyść, oczywiście Bayernu…

Z zaciekawieniem będziemy spoglądać na wszystkie stadiony, na których toczyć się będzie walka o 1/2 finału, jednak najbardziej wyrównany zapowiada się ‚bratobójczy’ pojedynek dwóch hiszpańskich ekip. Barca czy Atletico, Atletico czy Barca… Ta wyliczanka może nie mieć końca. I tak pewnie będzie do ostatniego gwizdka sędziego… Chciałoby się powiedzieć, że jedno czy drugie wygra, podać przy tym ze sto powodów ale się nie da. Chyba, że ktoś jest kompletnym ignorantem i żadne, ale to żadne argumenty nie mają dla niego takiej siły przebicia jak miłość skierowana do jednego z ww dwójki. Wszyscy inni, normalni kibice, nie są po prostu w stanie wskazać na którąkolwiek drużynę, w kontekście pewnego awansu. I jedna i druga, będą miały po swojej stronie pewne plusy i minusy, które w całym rozrachunku mogą okazać się kluczowe bądź wręcz przeciwnie, mogą nie mieć najmniejszego znaczenia. Być może na końcowy rezultat, wpływu nie będą miały rzeczy takie jak doświadczenie piłkarzy Dumy Katalonii czy atut własnego boiska Atletico Madryt. O wyniku przesądzić może przecież jedna akcja, jedna minuta, jedna chwila. Barca zagra o życie i przetrwanie wśród najlepszych drużyn Europy, Atletico natomiast, o wejście do tego grona. Inne priorytety, inne drogi ale cel wspólny: Finał Champions Ligue. Szanse? 55% do 45% na korzyść Atletico…

Real, PSG, Bayern i Atletico? Byłoby pięknie a Liga Mistrzów już dawno nie byłaby tak wyrównana…

Soczi odchodzi w zapomnienie, grała Europa!

Igrzyska Olimpijskie (tak piękne dla Polski) skończone a to oznacza mniej więcej tyle, że można skupić się na piłce. Tej największej, czyli rozgrywkach Champions Ligue, tej równie ciekawej, jaką oglądamy w najsilniejszych europejskich ligach i potyczkach reprezentacyjnych oraz tej najsłabszej, aczkolwiek dla nas najważniejszej, czyli rozgrywkach polskiej Ekstraklasy…

* Po pierwszej rundzie 1/8 finału Ligi Mistrzów, mamy już pewność, że czegokolwiek nie tknąłby się Zlatan Ibrahimović, zamienia się to w złoto… a raczej piękne bramki, ważne punkty i wielką kasę. PSG pewnie kroczy po mistrzostwo Francji i wielki sukces w najbardziej elitarnych rozgrywkach klubowych w Europie. Czy takim byłby awans do ćwierćfinału? Nie na ten moment. Paryżanie mierzą o wiele wyżej i nikt raczej nie śmiałby ich z tego powodu krytykować. Jeśli, któraś drużyna zasługuje na miano ‚czarnego konia’ Champions Ligue, to jest nią właśnie Paris Saint Germain. Z Ibrą na czele, oczywiście ;-). Bo czy ktoś z pełną świadomością, bez choćby cienia wątpliwości, skreśliłby PSG z potencjalnych finalistów tych rozgrywek? Raczej nie. Już w zeszłym sezonie francuska ekipa pokazała klasę, trochę pechowo odpadając z Barceloną, w tym  jest już o wiele silniejsza, z większą dawką doświadczenia i wiary w swoje możliwości…

http://www.youtube.com/watch?v=upCjF7geALI

 

* Zupełnie inaczej niż w przypadku PSG wyglądają dziś europejskie szanse Manchesteru City… Miał być pogrom, miała być wielka sensacja i wielka feta spowodowana wyeliminowaniem Baugrany a jest… po ptokach. 0-2 i Barca na 99% gra dalej. To już nie ta sama drużyna, nie ta sama klasa co kiedyś a siła zespołu jakby dalej podobna. I kto ich zrozumie? A może to nie tak, jak nam się wydaje. Może Katalończycy są słabi a niebieska część Manchesteru jeszcze słabsza i tak właśnie urosła legenda o powrocie Barcelony do swojej najwyższej formy? Patrząc na ich ostatnie wyniki ligowe, można uwierzyć w taki scenariusz Tym bardziej, że gdyby nie Demichelis, sprawa awansu mogłaby być dalej otwarta…

*Niespodzianki nie było także w Londynie, gdzie po zwycięstwo sięgnął ubiegłoroczny zwycięzca Champions Ligue, Bayern Monachium. Bohaterami niemieckiej ekipy zostali na spółkę, Oezil i Szczęsny. Gdyby nie ci dwaj Panowie, goście do domu mogliby wracać ze łzami w oczach a tak, rzewnymi łzami zalali się… Kanonierzy. W ogóle, może się okazać, że 1/8 okaże się ostatnim etapem rywalizacji dla angielskich drużyn. Istnieje duże ryzyko, że los City i Arsenalu podzielą także Chelsea i United. Ba, przy sprzyjających wiatrach może się okazać, że jedyną ekipą z Premier Ligue, która pozostanie w LM będą Czerwone Diabły, czyli wielcy przegrani obecnego sezonu. Dacie wiarę?

http://www.youtube.com/watch?v=kZ8kzLhtcg4

*O dużym szczęściu może za to mówić Atletico Madryt, które wywiozło z San Siro cenne zwycięstwo, mimo, że przez większość spotkania usilnie próbowało odbijać ataki Rossonerich. Gdyby nie zaczarowana bramka… wszem i wobec można by było zakomunikować: Atletico Madryt złapało dołek. Atletico stacza się coraz niżej czy raczej, Atletico wraca tam gdzie jego miejsce. W tej wojnie, w wojnie o 1/4 Ligi Mistrzów, jeszcze nic nie jest pewne. Bo przecież Milan, przeciwnie niż jego rywal, wraca do formy. Milan pod wodzą nowego szkoleniowca, Clarence’a Seedorfa chce znów zdobywać szczyty. I nie jest wcale powiedziane, że mu się to nie uda…

http://www.youtube.com/watch?v=Q-Gd97OmJQM

W Lidze Mistrzów jest ciekawie, a w najsilniejszych ligach? Tak samo. Tam również króluje Ibra! Choć trzeba przyznać, że tym razem to nie on jest autorem najładniejszego gola i także nie on strzelił w ten weekend najwięcej goli ale o tym przecież później ;-). Na razie:

http://www.youtube.com/watch?v=nBz3jS_dCQs

http://www.youtube.com/watch?v=auHW2QQI9-8

http://www.youtube.com/watch?v=pA426rfp_Gs

http://www.youtube.com/watch?v=qeq0oVncwk8

http://www.youtube.com/watch?v=lwb4qaY-psE

http://www.youtube.com/watch?v=brnbBnHo8jM

 

 

 

Losowanie czy ustawka? Oto jest pytanie…

Już drugi raz z rzędu przy okazji losowania par Champions Ligue, nad FIFA/UEFA zaczyna unosić się śmierdzący odór. Dobre imię, jeżeli w ogóle o czymś takim w kontekście piłkarskich centrali można jeszcze mówić, z każdym dniem gnije coraz bardziej. Doszliśmy chyba do momentu, w którym w uczciwość tych organizacji, a co za tym idzie także Ligi Mistrzów, wierzą tylko nieliczni. Każdy normalny kibic, patrzący trzeźwo na otaczający go świat, zdążył już doszukać się pewnych nieprawidłowości i wyciągnąć z nich należyte wnioski…

Już w środowy wieczór, po ostatnich gwiazdkach sędziów, wszyscy z niecierpliwością czekali na moment, w którym dane nam będzie poznać zestawy par 1/8 finału Ligi Mistrzów. Wiadomo było, że ‚los’ skrzyżuje ze sobą kilku głównych kandydatów do sięgnięcia po trofeum, wiadomo było, że inni, tzw. faworyci, dostaną ‚w prezencie świątecznym’ słabszego przeciwnika oraz to, że w żadnym ze spotkań nie zabraknie wyczekiwanych emocji. Wydawało się, że jedyną ‚niewiadomą’ jest właśnie zestawienie, w którym w lutym zobaczymy najlepszą szesnastkę Europy. No właśnie,  tylko się wydawało…

Co oczywiste, bomba wybuchła dziś po losowaniu, jednak cała zamieszanie związane jest z dniem wczorajszym, kiedy to ten sam zestaw par, który dziś rzekomo oficjalnie został ‚rozlosowany’ w Nyonie, ukazał się na Twitterze:

W farta, nikt przy zdrowych zmysłach raczej by nie uwierzył. Szczególnie mając w pamięci ostatnią aferę związaną z losowaniem LM, kiedy to te same pary zostały ‚rozlosowane’ zarówno w próbnym, jak i oficjalnym losowaniu.
Czy to mało?
A bukmacherzy? Pierwsza para z brzegu. Dziwnym trafem, najmniej płacono na Arsenal jako potencjalnego rywala Bayernu Monachium. Oczywiście, to właśnie te drużyny spotkają się w 1/8 finału.

Ktoś mógłby nie uwierzyć w tak kryminalny scenariusz i zapytać: Po co? A jak nie wiadomo o co chodzi…
Wystarczy spojrzeć, przemyśleć i już wiadomo jakie ‚korzyści’ będą za sobą niosły co poniektóre pojedynki. Szczególnie starcie Manchesteru City z Barceloną zapowiada się ‚bogato’. Bayern z Arsenalem to kolejny hit, Drogba spotka się ze ‚swoją’ Chelsea a United jeszcze na tym etapie rozgrywek, jest im po prostu potrzebny.
Żeby za jakiś czas nie okazało się, że wszystkie mecze, którymi tak się podniecamy, są wyreżyserowane a pierwszą jaskółką było niedawne spotykanie Bayernu z City…

Na koniec jednak, kiedy już wyrzucimy z siebie całą złość, kiedy nawrzucamy UEFA za kolejne śmierdzące sprawy, przyjdzie ochłonięcie i jedna myśl: Nawet jeśli tak jest naprawdę, prawdopodobnie i tak nic się nie zmieni. Któż bowiem miałby cokolwiek z tym zrobić? Kto położyłby kres machlojkom w najważniejszej federacji piłkarskiej? Lepiej ponarzekać i umyć ręce. Emocje są, kasa się zgadza, kibice zadowoleni…
Nawet więc, mając w świadomości, iż zostaliśmy oszukani. Zdając sobie sprawę, iż oglądany przez nas mecz mógł być zaplanowany już kilka miesięcy wcześniej a być może nawet i jego przebieg nie do końca jest czysty,  i tak będziemy się nim emocjonować od pierwszej do ostatniej minuty. Będziemy wyczekiwać na kolejne bramki Zlatana czy Ronaldo, czekać na trafienie Lewandowskiego i upajać się piłką na najwyższym poziomie. Nieważne czy czysta czy brudna, to wciąż Liga Mistrzów…

Piłka nie jest sprawiedliwa! Ale jaka nieprzewidywalna…

Pierwsze opady śniegu w tym roku dały jasny sygnał piłkarzom: Czas kończyć rozgrywki! Czas na zimowy sen. Zaalarmowani zawodnicy nie dali się długo prosić, i tak, na początku tygodnia kibice musieli pożegnać się na dłuższy czas z Ligą Mistrzów a już w ten weekend, po raz ostatni dane im będzie ‚napawać się’ grą ulubionych ekstraklasowców ;-).

Szybko, bo już w grudniu z grą w europejskich pucharach pożegnać musiała się za to warszawska Legia (jej kibice akurat napawać nie mieli się czym). Jej występ w rozgrywkach Pucharu Europy można uznać za kompromitujący dla całego polskiego futbolu, stąd ‚euforia’ jaka zapanowała po ostatnim i jedynym wygranym (!) meczu fazy grupowej, nie tyle dziwi co boli. Nie wiadomo, skąd w Polakach takie skłonności do minimalizmu? Jeśli zawsze będziemy się zadowalać małymi sukcesikami, nigdy nie będzie nam dane fetować tych największych…

Nie Legii jednak a poważnej piłce, warto poświęcić kilka słów. A jeśli o futbolu w najlepszym wydaniu mowa to znak, że rozgrywki Champions Ligue wkroczyły w kolejną fazę, mianowicie, nadszedł czas hitowych pojedynków w 1/8 finału!

Co najciekawsze, jedynym reprezentantem Serie A, który pozostał na placu boju Ligi Mistrzów jest…AC Milan. Ten wyszydzany i wyśmiewany przez wszystkich Milan. Ten przyprawiający niekiedy swoich kibiców o ból głowy, dziewiąty zespół ligi. Milan. I to już najgorzej świadczy o sile włoskiej piłki.
Z batalii o najważniejsze trofeum w europejskim futbolu odpadli zarówno Juventus jak i Napoli. Ci pierwsi, na ostatniej prostej, w dwudniowym meczu dali się wypchnąć z walki o miejsce premiujące awansem tureckiej Galacie. I jeśli Milan możemy dziś nazywać największym farciarzem roku(gra z Ajaxem to kryminał), to miano największego przegranego wędruje właśnie do Starej Damy. Po tej samej stronie barykady, choć już z mianem największych pechowców stoją piłkarze Napoli. Dziś nikt się już z nich nie śmieje, wszyscy natomiast im współczują. Zgromadzić na swoim koncie dwanaście punktów, tyle samo co lider i wicelider tabeli i nie awansować dalej? Tego nie wymyśliłby chyba nawet najlepszy reżyser filmu akcji. Choć neapolitańczykom może się wydawać, iż ich życie napisało grono najlepszych autorów horrorów. Być może.
Champions Ligue kolejny już raz udowodniła, że nie należy do najbardziej sprawiedliwych. Czymże jest bowiem ‚marne’ sześć punkcików zgromadzonych przez Zenit przy tuzinie Napoli? I jaka różnica klas dzieli oba te zespoły?  Nieważne. To Rosjanie zagrają w 1/8 finału Ligi Mistrzów a Napoli, razem z Juventusem, Fiorentiną i Lazio będą mogli zaprezentować swoje wdzięki jedynie w Pucharze Europy, w przerwie, z nutką zazdrości, oglądając poczynania Rossonerich w tych ważniejszych rozgrywkach.

Równie dobre nastroje co w Mediolanie, panują dziś w Niemczech. Tamtejsze zespoły awansowały bowiem w komplecie do dalszej fazy Champions Ligue co nie pozostawia już złudzeń w temacie pozycji Bundesligi na tle innych europejskich lig. Na dzień dzisiejszy, biorąc pod uwagę także ubiegłorocznysezonowy skład finału, nasi sąsiedzi wyprzedzają w tym zestawieniu wszystkie inne Primery, Premiery i Serie.

Dwójka finalistów poprzedniej edycji Ligi Mistrzów sprawiła swoim kibicom prawdziwy rollercoaster. Borussia Dortmund w pojedynku z ostatnią w tabeli Marsylią miała pewnie przypieczętować awans a ledwo co, pociąg z napisem Champions Ligue odjechałby im sprzed nosa, w siną dal. Przez całe 73. minuty fani vicemistrza Niemiec przeżywali katorgi patrząc jak kolejne, idealne sytuacje marnują Robert Lewandowski i Marco Reus. Ten drugi nie pierwszy zresztą raz udowadnia, że pomimo wysokich umiejętności, nie jest jeszcze piłkarzem z najwyższej półki, na jakiego co rusz kreują go media. Wystarczy spojrzeć ileż więcej korzyści miałaby z niego Borussia, gdyby w decydujących momentach albo nie ładował piłki na chama w trybuny albo nie sępił jej swoim kolegom. Dziś, zarówno on jak i wspomniany już Lewandowski mogą bić pokłony przed Kevinem Grosskreutzem i…bramkarzem rywali. To właśnie oni na spółkę, na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry dali Dortmundczykom upragniony awans. Po tym spotkaniu, mając jednocześnie w pamięci mecz przeciwko Maladze w poprzedniej edycji rozgrywek, kibice Borussii mogli już przygotować się na kolejne piłkarskie horrory. Należy bowiem pamiętać iż człowiek przezorny/przyzwyczajony/przygotowany jest zawsze ubezpieczony. I od razu w Dortmundzie spadnie liczba ‚zawałów’ fundowanych przez piłkarzy Kloppa.
Tak jak Borussia przeszła drogę z piekła do nieba, tak Bayern również zafundował swoim fanom podniebno-podziemne transfery, jednak w ich przypadku, końcowy kierunek był zupełnie odwrotny. Najlepsza drużyna Europy poprzedniego sezonu spadła od razu sto metrów pod powierzchnię.
Mistrzowie Niemiec, pewni awansu do 1/8, walczyli z Manchesterem City już tylko (bądź aż) o pieniądze i prestiż. I już na ‚dzień dobry’ postanowili chyba pokazać przyjezdnym kto rządzi na europejskich boiskach i zapakowali im dwie bramki. Ciekawe, ilu w tym momencie kibiców Bayernu wyobrażało sobie festiwal strzelecki w wykonaniu swoich ulubieńców, rozmiarem podobny do tego, jaki urządzili sobie niedawno the Citizens w starciu z Tottenhamem? Nieważne, wszyscy krewni Andersena musieli się obejść smakiem. Po dziewięćdziesięciu minutach gry to właśnie gracze MC schodzili z murawy z podniesionymi głowami a… Bayern? Przegrał wygrany mecz.
Ktoś bardzo upierdliwy, ktoś podejrzliwy i nie mogący uwierzyć w taki obrót spraw w spotkaniu na takim poziomie mógłby nawet pomyśleć, że mecz ten jeszcze przed pierwszym gwizdkiem miał napisany scenariusz. Nie od dziś bowiem, w zakładach bukmacherskich kursy na prowadzenie gospodarza (faworyta meczu) do przerwy i końcowy triumf gości osiągają niebanalne rozmiary. No ale… Liga Mistrzów jest pod skrzydłami FIFA a czy ktoś śmie wątpić w czystość tej organizacji?…

Z drugich lokat do następnej ‚rundy’ Ligi Mistrzów awansowali Bayer Leverkusen (bez Sebastiana Boenischa w składzie, dlatego udało się im wygrać, nie tracąc przy tym bramki w wyjazdowym spotkaniu z Socidedadem) oraz Schalke, które pokonało ‚u siebie’ Basel 2-0 a mimo tego, głównymi gwiazdami wieczoru zamiast piłkarzy niemieckiego zespołu zostali… sędziowie. Po karygodnym błędzie, o którym lepiej nie pisać a zobaczyć:

https://www.youtube.com/watch?v=edPg_SD7hzY

Powinni nauczać na wszelkich kursach sędziowskich. Z cyklu: Błąd, za który arbiter powinien zakończyć profesjonalną karierę i trudnić się pracą na orlikach.
I to my, Polacy, tak narzekamy na poziom sędziowania w lidze a takie wałki kręcą w najbardziej prestiżowych rozgrywkach, gdzie błędy zdarzać się nie powinny wcale.
Niemców, pod względem ilości reprezentantów nie udało się dogonić drużynom z Primera Division. Hiszpanie, w sile trzech zespołów (odpadł Sociedad) awansowali do 1/8, fazę grupową kończąc na pierwszych pozycjach. Zarówno Real Madryt jak i Barcelona czy Atletico pokazali klasę i apetyt na zwycięstwo w całych rozgrywkach. Formą błysnął Naymar, który w meczu z Celticiem popisał się hat-trickiem jednak to Cristiano Ronaldo, bijąc kolejny rekord w swojej karierze znów stał się tematem numer jeden. Oczywiście mając na uwadze pewne trofeum, które kiedyś miało ogromną wartość…

Anglicy, podobnie jak Niemcy,  fetują awans wszystkich swoich reprezentantów do kolejnej fazy jednak w ich przypadku jest to radość połączona ze łzami. O ile City, mimo drugiego miejsca (prawdopodobnie właśnie to było ich celem) mogą być z siebie zadowoleni o tyle już Arsenal, przez porażkę z Napoli, mógł straszliwie skrócić sobie czas pobytu w tych elitarnych rozgrywkach. Rzutem na taśmę, Borussia Dortmund mogła nie tylko pozbawić ich liderowania w grupie ale i marzeń o triumfie w Lidze Mistrzów. Wśród potencjalnych rywali, na których Kanonierzy mogą trafić w kolejnej rundzie nie ma słabeuszy. Każdy, dosłownie każdy może ich odesłać do domu z kwitkiem a przyznać trzeba, że w porównaniu do początku sezonu, Arsenal strasznie obniżył loty.
Warto przy temacie drużyny Wengera zatrzymać się przy jednym nazwisku. Laurent Koscielny, Francuz polskiego pochodzenia to jedna, wielka tykająca bomba. Nie wiadomo kiedy wybuchnie, a że do tego dojdzie jest niemal pewne. Aż dziw bierze, że taki piłkarz tak długo utrzymał się w tym zespole. Przecież jeśli w grę wchodzą faule, rzuty karne bądź czerwone kartki, na 99,9% wiadomo, że sprawcą przewinienia jest Francuz. To prawdopodobnie większy pechowiec pod tym względem, niż swego czasu Arkadiusz Głowacki. Być może jego ‚problem’ tkwi właśnie w krwi. A my już nie musimy szukać usprawiedliwień na słabość polskiego futbolu. Nasi gracze już się z tym po prostu rodzą…
Wracając jednak do przedstawicieli wyspiarskiej piłki… Słabą formą poszczycić się mogą również ‚koledzy’ Szczęsnego z United i Chelsea, którzy co prawda wygrali swoje grupy ale poziom prezentowany przez ich rywali, szczególnie w przypadku tych drugich, nie zwalał z kolan. Manchester, z grą jaką prezentuje dziś w Premier League nie zajedzie za daleko a problemy może mu sprawić nawet beznadziejnie człapiący Milan. Możliwe, że wraz z Fergusonem, cały United stracił swoją wielkość. Czy odwracalnie?

Mając w wyobraźni hitowe starcia Manchesteru City, Galatasaray, Arsenalu i Milanu (plus Leverkusen, Zenit, Schalke) z United, Chelsea, Realem, Barcą, Borussią, Bayernem, PSG i Atletico Madryt aż robi się gorąco. I co kibice będą robić w przerwie zimowej? Gdyby nie Igrzyska Olimpijskie, gdyby nie spokojne weekendy w towarzystwie skoczków, biathlonistek i Justyny Kowalczyk, można by zapaść w zimowy sen…

Ibrakadabra czyli najjaśniejsza z gwiazd Champions Ligue.

Gdyby zrobić mały eksperyment, gdyby wybrać trzy/cztery zespoły, każdy o innej klasie, każdy z innej ligi i w końcu wstawić do składu każdego z nich wymiennie czołowych piłkarzy świata: Messiego, Ronaldo, Ibrahimovicia, Lewandowskiego, Robbena czy Rooneya, można by mieć około 90 procentową pewność, że tylko jeden z nich, w każdym z tych zespołów byłby prawdziwą gwiazdą. Przez kilka ostatnich lat, dostaliśmy dostatecznie dużo przykładów na podtrzymanie tej tezy.
Tylko jeden z wyżej wymienionych graczy, bez względu na poziom ligi, bez względu na taktykę i klasę kolegów z drużyny, potrafił odnaleźć się w każdym zespole i być jednocześnie jego największym skarbem.
Nie ważne czy stawką meczu jest awans do ćwierćfinału Champions Ligue, trzy punkty w meczu ligowym czy starcie w pucharze krajowym, Zlatan Ibrahimović, bo o nim mowa, strzela zawsze i wszędzie. Szwed jest bez wątpienia piłkarzem najwyższej klasy a przy tym, niestety też, najbardziej niedocenionym. Bez względu na to, czy Ibra wzbudza u kogoś zachwyt czy nienawiść, trzeba mu oddać jego wielkość, wstydem wszak jest lekceważenie jednej z największych gwiazd futbolu.

Tym razem, Zlatan pozamiatał w Lidze Mistrzów, gdzie zdobył aż cztery bramki, Jednocześnie na stałe wpisał się do historii, jako jeden z dziesięciu piłkarzy, którym ta sztuka kiedykolwiek się udała.

https://www.youtube.com/watch?v=77O0MoDh61s

W całych rozgrywkach tej edycji Champions Ligue, Szwed ma na koncie już sześć trafień a przecież tyle samo w swoim dorobku mają… wszyscy piłkarze Barcelony.
Ibra, bez wątpienia jest swego rodzaju fenomenem. To dzięki niemu Ligue 1, tak nudna i przewidywalna do tej pory, zyskała grono sympatyków na całym świecie i powiew świeżości. Stacja Canal+, kiedy Zlatan postanowił zamienić Mediolan na Paryż, uraczył kibiców transmisjami francuskiej ekstraklasy, zastępując nią właśnie Serie A.
Ten człowiek przyciąga jak magnes, jego fenomenalne trafienia powodują przyspieszone bicie serca. No bo jak to tak? Jak można się nie zakochać w tych magicznych bramkach? Nie można! W Ibrahimoviciu kryje się cała esencja futbolu, ze swoimi umiejętnościami, diabelskim charakterkiem i w zasadzie każdą cząsteczką swojej osoby jest najlepszej jakości reklamą piłki nożnej.

Aż strach pomyśleć, że tak wielkiej gwiazdy może zabraknąć na zbliżających się Mistrzostwach Świata w Brazylii…
Na Mundial pojedzie przecież albo Ibra albo Cristiano Ronaldo i już wiadomo, że jakkolwiek by się nie zakończył baraż między ich Reprezentacjami, kibice będą mieli prawo być wkurzeni. Los skrzyżował ze sobą dwie w miarę dobre drużyny, na pewno nie z najwyższej półki, jednak mające w składzie dwójkę genialnych zawodników.
Chciałoby się oczywiście oglądać grę obu tych panów na MŚ, jednak biorąc pod uwagę, że jest to niemożliwe, trzeba się zastanowić, który z nich, dla dobra całej piłki nożnej, powinien zameldować się w Rio.
O Ibrahimoviciu wszystko już zostało powiedziane ale co z Ronaldo? Portugalczyk, w meczu przeciwko Szwecji, zawalczy nie tylko o awans na Mundial ale i…Złotą Piłkę. Tyle już się naoglądało i nasłuchało o tym futbolu, że śmiało można wysunąć z niego pewne wnioski. Jakie? A no takie, że jedynym piłkarzem na świecie, który może dostać tę nagrodę, nie pojawiając się na najważniejszej piłkarskiej imprezie w danym roku, jest Messi. I nawet nikt tego nie ukrywa.
Jak było z Robertem Lewandowskim? Kiedy załadował cztery bramki Realowi w LM i ścigał w klasyfikacji strzelców Ronaldo, kiedy liderował w Bundeslidze a jego zespół stał przed wielką szansą na wywalczenie najważniejszego trofeum, pojawiła się szansa na włączenie się do walki o Złotą Piłkę. Jeszcze wtedy nikt nie wiedział jak potoczy się przyszłość, czy za kilkanaście dni, Robert nie będzie miał w posiadaniu tych wszystkich tytułów a mimo tego, sam Zbigniew Boniek, wyśmiał wtedy jego kandydaturę, tłumacząc, że przecież Polaka zabraknie na MŚ, dając do zrozumienia, że jedno z drugim nie idzie w parze.
Dla dobra piłki więc, w razie słabego występu na mistrzostwach Reprezentacji Niemiec (Robbena), piłki za zasługi nie otrzymał Argentyńczyk, lepiej żeby awans wywalczyli Portugalczycy. Niech w końcu, zawodnikowi Realu Madryt dadzą to, na co solidnie pracuje od kilku ładnych lat.

Wracając jednak do tematu Ligi Mistrzów, kolejny raz utwierdzamy się w przekonaniu o tym, że…

Barcelonie jak nikt inny, nie leży Milan. Prawie co roku mamy do czynienia z powtórką z rozrywki w postaci meczu obu tych zespołów  i prawie zawsze, mediolański klub psuje sporo krwi Katalończykom. Zmora?

Milan jest stworzony dla Kaki, Kaka jest stworzony dla Milanu. Tak samo było przecież z Szewczenką.
Drodzy piłkarze z San Siro, nie opuszczajcie Mediolanu w pogoni za kasą, wasza kariera piłkarska sięgnie dołu a na koniec i tak wrócicie. Wszędzie dobrze ale…

Niemiecka jakość to jednak dobra jakość. Bayern, Bayer i Borussia pokazały całej Europie, że w tym roku, podobnie jak w poprzednim, kluby z Bundesligi zamierzają podbić Stary Kontynent. Z całej tej grupy wypisało się tylko Schalke, ale może mają coś nie tak z nazwą…  ;-)

Lewandowski wie gdzie ma strzelać. To jakiś przypadek? Chyba nie…
Jednocześnie, Polak znajduje się wśród dziesięciu wielkich nieobecnych Mundialu i to nawet w pierwszej trójce. Za nim jednak, w przeciwieństwie do wspomnianych już Ibry i Ronaldo, nikt poza Polakami tęsknił nie będzie.
Szczęsny natomiast, po przegranym meczu stwierdził chyba, że w muzyce może osiągnąć więcej niż na zielonej murawie i już trenuje przed castingami do największych muzycznych show. Pytanie: polskich czy brytyjskich?

Kibice ManU mają poważne powodu do zmartwień. Wyniki i gra ich ukochanego zespołu udowadniają, że:
a) piłkarze wysokiej klasy robią różnicę
b) nawet najlepsi piłkarze nie gwarantują wielkich sukcesów, jeśli nie kieruje nimi odpowiedni człowiek.
Jak długo Czerwone Diabły pogodzą rozgrywki Premier Ligue i Champions Ligue? Jakieś propozycje?
Niedługo – kurs 1.10…

Juventus będzie prawdopodobnie największym przegranym tej edycji Champions Ligue a stanie się tak wówczas, jeśli nie uda się mu na ostatniej prostej wyminąć Galatasaray. A wydawać by się mogło, że kto jak kto ale Juve to ma awans w kieszeni.
Chociaż z takimi piłkarzami, to może i dobrze by się stało, gdyby Bianconeri odpadli w przedbiegach:

https://www.youtube.com/watch?v=6vkIC-1KuMM

Dość już o Lidze Mistrzów, przecież to w Lidze Europy my Polacy, mamy swój diamencik. Legia Warszawa we wspaniałym przecież stylu reprezentuje nasz kraj na arenie międzynarodowej, bijąc kolejne, jakże spektakularne rekordy.
Mistrz Polski, po trzech rozegranych kolejkach fazy grupowej, pozostaje jedynym zespołem mającym na koncie zero, dwa, trzy zera (! ).
Zero zwycięstw, zero remisów i zero bramek. Totalna porażka.  Mimo tego, polskich dziennikarzy nie opuszcza dobry humor. Inaczej nie można przecież nazwać faktu sondowania…szans na wyjście z grupy Polaków.
Zamiast analizować te zerowe szanse Legionistów na awans, warto wspólnymi siłami, całego narodu oczywiście, ułożyć taktykę na kolejny mecz Wojskowych. Może gdy wszyscy zbiorą się w kupie, podeślą Janowi Urbanowi nowe rozwiązania, wtedy uda się zdobyć im choć jednego gola.
Legia budzi się właśnie z ręką w nocniku. Była przecież zabawa i radość z powodu gry w pucharach a teraz wychodzi na to, że cała ta Liga Europy więcej przyniosła warszawiakom złego, niż dobrego. Jakiejkolwiek korzyści z tytułu gry w tych rozgrywkach nie sposób się dziś dopatrzeć. Nawet pieniądze, przy tych wszystkich karach i pustych trybunach, nie mają siły przebicia. Puchary okazały się jednym wielkim przekleństwem, które zaczyna także przedzierać się na dyspozycję w polskiej Ekstraklasie a to oznacza, że najwięcej na grze Legii w PE, zyskała…reszta ligi.

W Lidze Mistrzów ciekawie a mogłoby być jeszcze ciekawiej…

Pierwsze mecze Ligi Mistrzów i Ligi Europy już za nami. Znamy więc pierwszych wielkich wygranych i pierwszych przegranych, szczęśliwych zwycięzców i smutnych pechowców, pierwsze niespodzianki i wielkie wpadki oraz dobrą, słabą i słabszą grę Polaków w Champions Ligue…

Wielcy wygrani (kryteria: ciężki teren, silny rywal):
Arsenal, Napoli, Real, Manchester United, PSG, Szachtar  

Wielcy przegrani (I zremisowani. Każdy inny niż zwycięstwo wynik z teoretycznie dużo słabszym rywalem, nieoczekiwanie wysoka porażka)
Juventus, Chelsea, Galatasaray

Szczęśliwi wygrani (nieoczywista przewaga, zwycięstwo rzutem na taśmę):
Milan

Najwięksi pechowcy:
Celtic

Największa niespodzianka (czyli: na kim można było najwięcej zarobić):
Basel, Kopenchaga

Największa wpadka (z serii: kto zawalił najwięcej kuponów ;-) ):
Juventus, Chelsea

Polacy. Czyli jeden występ godny uwagi i cała reszta godna zamiecenia pod dywan. 

Najlepszy polski piłkarz:
Szczęsny

Mało widoczny polski piłkarz:
Błaszczykowski

Słaby polski piłkarz:
Lewandowski, Szukała

Najsłabszy polski piłkarz wielbłąd (czyli: w kogo sprawie naród polski zbiera podpisy pod petycją „Kończ waść, wstydu oszczędź”):
Boenisch

W Lidze Europy natomiast, oczy Polaków zwrócone były na Rzym gdzie swój pierwszy mecz w tych rozgrywkach miał rozegrać mistrz Polski. Niespodzianki jednak nie było i Lazio planowo sięgnęło po trzy punkty.
Mimo porażki, piłkarze warszawskiej Legii wstydu nie przynieśli, momentami nawet fajnie się na nich patrzyło i nikt nie może im zarzucić braku zaangażowania, choć trzeba oczywiście przyznać, że mieli szansę na nieco korzystniejszy rezultat.
Żeby jednak nie było za słodko, trzeba otwarcie zauważyć, że Legioniści byli pierwszym i ostatnim rywalem, który na Stadio Olimpico dostał takie fory. Zawodnicy Lazio nie wykrzesali z siebie prawdopodobnie nawet 70% swoich możliwości i co najgorsze wystarczyło im to do victorii. Legia zaprezentowała się w Rzymie na statusie sparingpartnera przed arcyważnym a może i najważniejszym meczem w  tym roku – derbach z Romą.  Mimo wszystko, wynik poszedł w świat, choć przy innych, dużo ciekawszych zestawach serwowanych tego wieczoru przez UEFA oraz zachowaniu warszawskich kibiców, nie ma on wielkiej siły przebicia. To właśnie od wspomnianych fanów mistrza Polski zajechało największą wiochą w Europie. Oczywiście nie chodzi ani o race ani awantury z tamtejszą policją ale o… kradzież…głośników w samolocie. Przez takie akcje nie ma się co dziwić, że w oczach innych mieszkańców tego świata, Polacy są mniej więcej tacy, jacy przez wiele lat, w naszych oczach byli (a u niektórych są nadal) Rumunii. Wiocha, wstyd i jeszcze raz wiocha. Do krążących po Europie kawałów o Polakach kradnących autach, rowery czy żarówki, dojdzie pewnie kolejny…O zgrozo.

Zostając jeszcze przy temacie europejskich pucharów, UEFA zakomunikowała nam, że przyznała po jednym dodatkowym miejscu w Lidze Mistrzów i Pucharze Europy. Spokojnie, nie nam, Gibraltarowi. Okazuje się więc, że i my i oni będziemy mieli tyle samo przedstawicieli w Champions Ligue i w tym momencie, powinniśmy zapłakać. To już nie głupi ranking reprezentacyjny ale prawdziwe odzwierciedlenie siły naszych klubów. Jest źle, a jak tak dalej pójdzie będzie jeszcze gorzej. W tym momencie naszą jedyną nadzieją jest…UEFA. Tak, właśnie UEFA. Gdyby w centrali poszli po rozum do głowy i stworzyli prawdziwą Ligę Mistrzów, adekwatną do nazwy, mielibyśmy w niej swojego reprezentanta co roku. Z urzędu. Jakim cudem? Ano takim:

1. Liga mistrzów, jak sama nazwa wskazuje byłaby oficjalnymi mistrzostwami Europy klubów wszystkich europejskich lig, w których udział braliby udział (do wyboru do koloru):

a)mistrzowie kraju
b)mistrzowie i vice mistrzowie kraju
c)mistrzowie kraju + vice mistrzowie z najsilniejszych lig świata,

W Lidze Europy natomiast, grałyby trzecie i czwarte (w niektórych przypadkach nawet piąte) zespoły ligowe i zwycięzcy krajowych pucharów.

Oczywiście, biorąc pod uwagę, że takie rozwiązanie byłoby niekorzystne dla najsilniejszych lig, UEFA przekwalifikowałaby dzisiejsze rozgrywki Champions Ligue lub stworzyła zupełnie nowy twór w jej miejsce, w którym o prestiż i wielkie pieniądze graliby najsilniejsi i najbogatsi. Wszyscy byliby szczęśliwi, UEFĘ przecież stać a dla kibiców tyle ciekawych pojedynków o stawkę w jednym sezonie byłoby nie lada gratką. Warto wprowadzić takie rozwiązanie chociaż w wersji testowej. Bez wątpienia, futbolowi słabeusze, czyli między innymi Polacy, dostaliby ogromną szansę na zniwelowanie różnicy jaka dzieli ich dziś od hegemonów piłki. A przecież najbardziej powinno na tym zależeć centrali. Oby wpadli kiedyś na podobne rozwiązanie…