Archiwa tagu: lewandowski

List otwarty do polskich lekkoatletów.

68420d5599de539c123bb484938d73e2

Drodzy lekkoatleci!

Jako wielka fanka polskiego sportu, a co za tym idzie także polskich sportowców, z wielkim żalem, może też bólem serca przyjęłam ostatnie ‚publiczne wystąpienia’ niektórych lekkoatletów. I rzecz jasna, wszyscy doskonale wiemy, iż nie chodzi wcale o piękne sportowe sukcesy na Mistrzostwach Europy, których byliśmy w ostatnich dniach świadkami ale o wylewanie frustracji w mediach i różne słowne utarczki, zaczepki czy wbijanie szpili w reprezentantów innej dyscypliny.
Jako kibic, poczułam się na tyle tym dotknięta, co zobowiązana i przede wszystkim, mająca prawo do skrytykowania Waszego postępowania.
Ale od początku… Na świecie żyję niewiele ponad ćwierć wieku ale z pełną świadomością mogę stwierdzić, że sport wypełniał je przez prawie cały ten okres. Niewiele pamiętam, z młodzieńczych czasów, jeśli trochę pogłówkuję, uda mi się dotrzeć do może dwóch takich momentów, które odznaczyły się w mej pamięci. O ile jeden, był dosyć osobisty – pierwszy dzień w zerówce i chowanie za spódnicą mamy, o tyle drugi – złoty medal Tomasza Sikory z Anterselvy – naznaczył mnie na całe życie. Miałam wtedy niecałe pięć lat i niewiele rozumiałam ale euforia wśród wpatrujących się w ekran telewizora członków mojej rodziny oraz czarne, znikające na nim kropeczki musiały wywrzeć na mnie tak ogromne wrażenie, że na kolejne lata zaowocowało chęcią ponownego wprawienia się w taki stan. Najpiękniejsze uczucie w życiu każdego kibica – radość z sukcesu polskiego sportowca na międzynarodowej arenie. Łzy spływające po policzku, w momencie obserwowania powiewającej Biało-czerwonej flagi w rytm ‚Mazurka Dąbrowskiego’… Znacie to, prawda?

Duma. Cholerna satysfakcja z bycia Polką. Za każdym razem kiedy sportowiec reprezentujący mój kraj sięgał po najwyższe laury. Było tak kiedy o medale czy zwycięstwa w zawodach walczył wspomniany Sikora i było tak kiedy robili to Małysz, Kowalczyk, Guzik, Gwizdoń, Stoch, Korzeniowski, Czapiewski, Adamek, Gołota, Michalczewski, Rogowska, Pyrek, Dołęga, Mauer, Skolimowska, Sycz i Kucharski, Pudzianowski, Nastula, Kubica, Plawgo, Majewski, Włodarczyk, Klepacka, Jędrzejczyk, Kawęcki, Korzeniowski itd. Było tak zawsze. Było tak zimą i latem. Kiedy startowali sztangiści, skoczkowie, wioślarze, floreciści czy pływacy ale także siatkarze, piłkarze i właśnie lekkoatleci. Z dumą dopingowałam także biegaczy w osobach Kszczota i Lewandowskiego, których darzyłam jednocześnie ogromnym szacunkiem. Dziś ten szacunek został lekko nadszarpnięty. Dlaczego?

Jako kibicowi, przykro patrzy się na fakt, iż jeden sportowiec, potrafi drugiemu wbijać szpilę, podczas gdy obaj działają (a przynajmniej powinni) we wspólnym interesie jednego kraju. Z zazdrości? Tak to niestety wygląda.
Nie ma sensu wchodzić na wojenną ścieżkę, zresztą stojąc na przegranej z góry pozycji, z kimś kto dostarcza fanom takiej samej dawki szczęścia. Takie zachowanie chluby sportowcowi nie przynosi, a może jedynie zaszkodzić w odbiorze jego osoby przez opinię publiczną oraz media. Te ostatnie naprawdę potrafią dać człowiekowi się we znaki. Kto mieczem wojuje od miecza ginie, czyż nie?

Zarówno Lewandowski jak i Kszczot oraz prawdopodobnie Fajdek, słownie próbowali uderzyć w polskich piłkarzy. Ludzi, którzy przez ostatni miesiąc dokonali rzeczy niemożliwych, zjednoczyli naród i nie jednokrotnie wywoływali uśmiech na ustach osób, u których rzadko kiedy można go było zobaczyć. To właśnie są te najpiękniejsze momenty, których nie można kupić za żadne pieniądze. Przecież Wam, drodzy lekkoatleci, ta sama sztuka udała się kilka dni później. Czy nie można było tak po prostu pozostać w zwycięskim nastroju i w spokoju przygotowywać się do Igrzysk w RIO?

Potrafię zrozumieć fakt, iż jako przedstawiciele dyscypliny nie tak popularnej jaką cieszyć się może w naszym kraju piłka nożna, czujecie się nieco sfrustrowani ale najgorsze, co w takim momencie mogliście zrobić to medialne ataki na Bogu ducha winnych piłkarzy. Czy tak postępują prawdziwi sportowcy? Chyba nie tędy droga…
Sportowiec, przede wszystkim, powinien postępować fair. Nie można zrzucać odpowiedzialności za małą popularność (według Was) Lekkoatletyki w Polsce na Grosickiego, Błaszczykowskiego czy innych reprezentantów. Tylko dlatego, że przed laty zamiast zdecydować się na treningi biegowe, wybrali futbol. Mogliście przecież iść tą samą drogą…
Umniejszanie im sukcesów a przede wszystkim insynuowanie, jakoby piłka nożna była sportem gorszego sortu, czy też jego odbiorcami byli ludzie mniej inteligentni to już zwykłe, za przeproszeniem, skurwysyństwo i obraza kilkudziesięciu milionów polskich kibiców.

Piłka nożna faktycznie jest jedną z dyscyplin sportowych, choć w dzisiejszych czasach ciężko ją porównywać do reszty. Nie bez kozery mówi się, że z rzeczy mniej ważnych, najważniejszą zdecydowanie jest piłka nożna. To coś więcej niż sport. Nie można z tym dyskutować a jedyne co można zrobić, to po prostu zaakceptować taki stan rzeczy.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że kiedy Reprezentacja Polski toczyła zacięte boje z Niemcami czy Portugalią, nasi 800-metrowcy nie tylko ich nie dopingowali ale z przekąsem narzekali na ich popularność i uwielbienie narodu. Tak było? Pozostaje nam współczuć.

Uważacie, że awans na Mistrzostwa Europy we Francji a także późniejszy ćwierćfinał naszych Orłów nie są żadnymi sukcesami? Nawet nie macie pojęcia jak bardzo się mylicie.
Macie w ogóle pojęcie, ile milionów na świecie kopie piłkę? Ciężko oszacować czy w ogóle licznik zatrzyma się na milionach… Wybić się więc ponad te liczby i znaleźć w gronie ośmiu najlepszych drużyn Europy jest niewyobrażalnym, przynajmniej dla lekkoatletów, sukcesem.

W Waszym przypadku, o zwycięstwie decydujecie tylko Wy. Albo musicie dobiec do mety jako pierwsi, albo rzucić najdalej ze wszystkich. Od Was zależy, jaki wynik osiągniecie a także będziecie jedyną osobą, do której będziecie mogli mieć pretensje w przypadku porażki.
Piłkarz, bez względu na to jaki by nie był dobry, jak bardzo by nie chciał walczyć o zwycięstwo, musi jeszcze oczekiwać na takie samo zaangażowanie ze strony kilkunastu innych osób. Jedenastu zawodników, trzech rezerwowych, sztab szkoleniowy oraz sędziowie. Każdy, w dowolnej chwili może coś spieprzyć. A odpowiedzialność i tak spada na piłkarzy, po równo.
Co więcej, warto zaznaczyć, że Mistrzostwa Europy w piłce nożnej są najsilniej obsadzoną imprezą tej dyscypliny i ich wynik niewiele by się zmienił, gdyby do rywalizacjo dołączono zespoły z innych kontynentów. W przypadku lekkoatletów, co zapewne zaobserwujemy podczas zbliżających się Igrzysk, sytuacja wygląda już zgoła odmiennie, prawda? Czy w rywalizacji z Jamajką czy Stanami Zjednoczonymi, Polska wciąż będzie liczyć się w walce o zwycięstwo w końcowej klasyfikacji?

Boli Was, że tak wielu kibiców wybiera futbol? Piłka nożna jest grą zespołową, co za tym idzie, zdecydowanie trudniejszą i bardziej atrakcyjniejszą dla publiczności. Czas jej trwania, przepisowe dziewięćdziesiąt minut daje kibicom dodatkowe pole do popisu i możliwość włączenia się w widowisko sportowe. Dla niektórych, wzięcie udziału w oprawie meczowej, dopingu i w jakiś sposób przypisanie sobie zasług, dołożenia cegiełki w triumf ukochanej drużyny, stało się sposobem na życie. Wyobrażacie sobie rzeszę kibiców prowadzących doping w trakcie kilku minut Waszego startu?
Powiedzcie, ile trwały Mistrzostwa Lekkoatletyczne wszystkich konkurencji? A ile ME piłkarzy? Ile kosztuje bilet na jeden mecz  ile na cały dzień, czy turniej zmagań lekkoatletycznych? Za co woli zapłacić kibic? No właśnie. Nie powinniście się porywać z motyką na słońce. Mistrzom, nie wypada…

Aż dziw bierze, że sportowcy, nie protestują, kiedy Agnieszka Radwańska, także przecież bez najważniejszego triumfu na koncie, zarabia grube miliony, podczas gdy ich portfele są o wiele szczuplejsze. Dziwne, że nie dostaje się Marcinowi Gortatowi czy Robertowi Kubicy, kasującym wielką kasę, a nie notującym spektakularnych sukcesów na swoich kontach. Ich popularność jest równomierna do piłkarzy, a za granicami naszego kraju biją ich nawet na głowę. W tym miejscu warto więc wspomnieć, że cała ta trójka włączyła się w szał, którym przez prawie miesiąc ogarnięty był nasz kraj i również, odziana w biało-czerwone barwy kibicowała piłkarzom w walce o jak najlepszy wynik.
No właśnie.
Jakoś nie słychać było lamentu ze strony siatkarzy, kiedy ci sięgali po złoty medal, nie narzekali szczypiorniści Vive, kiedy echa ich triumfu w Lidze Mistrzów ucichły zaledwie po dwóch dniach, nie narzeka Kamil Stoch, że nie jest wychwalany pod niebiosa jak swego czasu Adam Małysz, mimo dużo cenniejszego osiągnięcia na koncie, jakim bez wątpienia jest złoty medal IO. Nie narzekają żużlowcy czy siatkarze mimo, że ligi polskie tych dyscyplin to światowa czołówka a i na arenie reprezentacyjnej święcą największe sukcesy i nie narzeka grono innych polskich sportowców, których zawodów nawet nie transmituje polska telewizja, a którzy również mają się czym pochwalić.

Wiecie dlaczego w Polsce jedna dyscyplina osiąga większą popularność od drugiej? Dlaczego wspomniane już skoki narciarskie apogeum popularności osiągały za czasów Adama Małysza, a nie kiedy po złoto olimpijskie sięgał Kamil Stoch albo kiedy dorobiliśmy się więcej niż jednego świetnego skoczka? Dlaczego Cała Polska ściskała kciuki za Justynę Kowalczyk, a męskich zawodów telewizja polska nie raczyła nawet pokazać, kiedy o dobry wynik walczył Maciej Staręga? Dlaczego kiedy walczy Mamed Khalidov czy Mariusz Pudzianowski, kibice są w stanie zapłacić ogromne pieniądze by odkodować ich pojedynki, nierzadko przechodząc obok sław z UFC obojętnie? Dlaczego F1 przeżywało w naszym kraju lata świetności, kiedy w środku stawki znajdował się Robert Kubica a nie przed czy po jego obecności w gronie kierowców? Dlaczego gro osób ślęczy przed telewizorami słuchając wspaniałego komentarza Jarońskiego i Wyrzykowskiego i ‚pcha’ do przodu Majkę czy Kwiatkowskiego, wcześniej nie rozumiejąc nawet jak można ekscytować się kolarstwem? Można by zadawać takie pytania w nieskończoność, jednak odpowiedzi na każde z nich sprowadza się do jednego: Sport tworzą ludzie! To dla nich, nie z powodu zasad czy ciekawości danej dyscypliny, ogląda się zawody. To ludzi się wspiera i ludziom się kibicuje. Jeśli ci w zamian odwdzięczą się sukcesami, prawdopodobnie odbije się to na popularności całej dyscypliny.

Wy, jako lekkoatleci, odczuliście chyba tę popularność w kolejnych plebiscytach Przeglądu Sportowego na dziesięciu najlepszych sportowców danego roku. Policzcie ilu z Was, znajduje się w gronie nominowanych, ilu z Was ten plebiscyt udało się zwyciężyć.
Zacznijcie doceniać to co macie i zauważać rzeczy, wydawać by się mogło oczywiste, a których tak naprawdę widzieć nie chcecie. Kibice Was szanują, uwielbiają i są wdzięczni za każdy medal, jaki udało się Wam przywieźć z różnych zawodów. To, że nie piszą o Was media tak często jak o piłkarzach, raczej się nie zmieni ale zamiast narzekać, powinniście to zaakceptować. Prościej byłoby Wam się cieszyć z sukcesów innych sportowców i pokazać kibicom dumną twarz reprezentanta Polski, aniżeli sfrustrowanego małego człowieka z dużymi możliwościami.
Nie narzekajcie na małe (tylko według Was) zainteresowanie Wami i nie porównujcie się do piłkarzy. Z pewnością, nie macie nawet pojęcia z jaką falą krytyki ze strony nas kibiców, muszą sobie oni radzić każdego dnia. Wam się to raczej nie zdarza. Potraktowanie miejsca poza podium jako porażki jest raczej najmniejszym problemem dla sportowca. Tym bardziej, biorąc pod uwagę fakt, że dla wielu prawdziwych fighterów z charakterem, każde inne miejsce niż pierwsze  takową porażką jest. „Nie pozwólcie by ludzie, uznali Was za niegodnych podania ręki”.

Już na sam koniec, warto chyba wspomnieć, że każdy profesjonalny piłkarz/sportowiec posiada menadżera a większość także osoby odpowiedzialne za sprawy wizerunku. Po Waszych wypowiedziach, wnioskuję, że również powinniście takie znajomości zawrzeć. Może wtedy, Lekkoatletyka zaczęłaby zyskiwać na popularności.
Na razie możecie jedynie dziękować, iż na Igrzyskach Olimpijskich w zespołach piłkarskich nie mogą występować pierwsze reprezentacje seniorów, i to Wy możecie wygrywać w wyścigu o miano największych gwiazd całej imprezy. Tak więc:

Powodzenia w RIO!

Lewy i Złota Piłka. Jak jest naprawdę?

lewy_rakieta-640x416

Ostatnio ten temat przewija się nieustannie nie tylko w prywatnych rozmowach kibiców ale też we wszelakich mediach. a na pewno przewijał do dnia wczorajszego, do czasu aż Robert zakończył swój mecz z zerowym stanem konta goli i zaczęło się mówić o wielkim kryzysie polskiego snajpera ;-).
To oczywiste, że sytuacja, w której znalazł się Robert, zmusza nas wszystkich do wznoszenia fanfar na jego cześć i co za tym idzie… wystosowania jeszcze większych oczekiwań co do jego osoby. Chciałoby się by Lewy tylko strzelał i strzelał i świat, który dziś docenia jego niebywałą wartość i talent, by doceniał go jeszcze bardziej i dlatego właśnie, doszło do momentu, w którym te obustronne oczekiwania, na razie czysto życzeniowe, spotkały się w jednym miejscu. Robert dający z siebie 100% i świat, kibice, dziennikarze i koledzy po fachu, oddający mu to na co zasłużył. Wynagrodzenie jego pracy, szacunek i podziw. Czy ten sen może się ziścić? Czy te spekulacje, mają szansę się urzeczywistnić i Robert mógłby sięgnąć po Złotą Piłkę za rok 2015?

Przy okazji poprzednich tekstów, w których roiło się od zachwytów nad Lewandowskim, pisałam o Złotej Piłce. Naturalna kolej rzeczy i dojść do tego musiało. Pisałam jednak o tym, bardziej w kontekście roku przyszłego, zakładając jednocześnie, że Robert utrzyma dotychczasową formę i nie tylko on sięgnie po trofea indywidualne, takie jak król strzelców Bundesligi czy Champions League ale zrobi to także, przy dużym udziale naszego zawodnika, Bayern Monachium. Czytając jednak ostatnio tekst Krzysztofa Stanowskiego, w którym to mówi on dlaczego Robert Lewandowski już teraz nie dostąpi tego zaszczytu, coś mnie natchnęło, do lekkiej analizy…
Podobnie jak założyciel Weszło, tak i ja bardziej widzimy Lewego z tą nagrodą w roku następnym, no, na razie tylko spekulujemy, bo przecież nikt nie wie jak piłkarz niemieckiego potentata będzie się spisywał za kilka, czy kilkanaście miesięcy, więc jest to raczej luźne życzenie utrzymania aktualnego stanu formy ale… Zupełnie inaczej, zapatruję się na kwestię tego, czy Polak nie ma na nią szans już teraz i jak naprawdę jest z tym ‚zasłużeniem’ na tytuł piłkarza roku.

Lewandowski w ścisłej czołówce piłkarzy z najwyższej półki znajduje się od dawna. Czterema bramkami strzelonymi Realowi, zapisał się na kartach historii futbolu i w pamięci całego światka piłkarskiego. Teraz, ostatnimi dokonaniami, swoje nazwisko wyrył już wszędzie, głębiej, stał się niejako ikoną, dziewiątką z prawdziwego zdarzenia. Nie bez przyczyny, tak często przekręca się mu nazwisko na LewanGoalski. Czy ktoś kto wznosi się na wyżyny, dokonuje rzeczy, których zapewne zazdrościli mu sami Leo Messi i Cristiano Ronaldo, nie daje podstaw by myśleć o nim jako poważnym kandydacie do wygrania w tym prestiżowym konkursie? CR7, grający w silniejszym od nas zespole, nawet nie zbliżył się do Roberta w dorobku strzeleckim eliminacji ME, a Lionel Messi, uważany przecież za kosmitę, piłkarza jedynego w swoim rodzaju i najlepszego w historii, w ciągu wielu pięknych lat kariery, nie pokusił się o strzelenie pięciu bramek w ciągu dziewięciu minut gry z silnym rywalem, o czterech trafieniach Realowi, swojemu największemu wrogowi, w meczu na poziomie Ligi Mistrzów, nie wspominając. Myślicie, że by nie chcieli? Pewnie, że tak. Chcieli ale nie umieli, Robert umiał. Problem jest taki, że oni biją rekordy od wielu lat, robiąc sobie wyłączność na uwagę całego piłkarskiego, i nie tylko, świata. Lewy dopiero zaczyna te rekordy bić i o tę uwagę walczyć. Robi to naprawdę w świetnym stylu i co raz więcej osób, zaczyna to rozumieć. Stąd właśnie głosy o Złotej Piłce. Głosy, znudzonych już trochę ciągle widokiem wspomnianej wyżej dwójki. W końcu na planecie, na której zadomowiło się jedynie dwóch graczy, wylądował ktoś inny. Ze swoim, osobistym, jakże odmiennym wachlarzem talentów, osiągnięć i możliwości. Unikatowy i przede wszystkim świeży. Znudzony, może w kontekście gry piłkarzy Realu i Barcy, słowo to trochę za mocne, bo zarówno Argentyńczyk jak i Ronaldo, ciągle zachwycają swoją grą a ich kolejne bramki nie rzadko zapierają dech w piersiach, to trochę tak to wygląda. Wszystkim nam Lewandowski zapewnił nieco frajdy. Trochę namieszał w statystykach i skoro to one, tak często są wznoszone jako główne narzędzia i powody sukcesów to dlaczego w przypadku Polaka mają nic nie znaczyć?
Dlaczego to Messi ma dostać Złotą Piłkę tylko biorąc pod uwagę pierwszą połowę roku a nie może jej dostać Lewy za drugą jego połowę? Statystyki jasno mówią, że Robert od Lionela strzela częściej. Oby wyprzedza Portugalczyk, więc może to on powinien wygrać?

Rzeczywiście, na 99% to ktoś z dwójki Messi – Ronaldo sięgnie po tę nagrodę, nie oszukujmy się, nie bądźmy źli, że nie dostanie jej Robert. Może nie zasłużył jeszcze na to wyróżnienie ale na miejsce trzecie, już za sam fakt dołączenia do ścisłego grona najlepszych, w tym wypadku już nie dwóch, a trzech piłkarzy, na pewno.
Ale co by nie mówić, nie możemy powiedzieć, że Lewandowski jest całkowicie skreślony jako główny kandydat. Zwycięzca wyłaniany jest bowiem w głosowaniu. A głosują trenerzy i kapitanowie reprezentacji oraz dziennikarze. To ludzie. Być może Redaktor Stanowski, gdyby mógł głosować, postawiłby na Messiego (to akurat pewne) ale nie jest powiedziane, że kapitanowie Reprezentacji Włoch czy Francji, trenerzy Anglii czy Szwecji, nie postawią na Lewandowskiego. Być może selekcjonerzy zachwycili się ostatnimi popisami Polaka, być może jego gra, wywołała u nich nutkę podniecenia, która zaowocuje przy wypisywaniu jego nazwiska na karcie do głosowania. Tego nie wiemy. Piłkarze, którzy stoją dziś gdzieś w tyle za Messim i Ronaldo, patrząc na to, że peleton prowadzony przez Lewandowskiego wciąga powoli uciekającą od początku wyścigu dwójkę, poczują szansę na znalezienie się w tymże peletonie. Taki Robert może im dawać nadzieję, że i im będzie dane bić rekordy. Ta świeżość, może zadziałać jak magnes. A jeśli ktoś lubi jak życie się kręci, będzie chciał odejść od stanu rzeczy, w którym od kilku lat dzieje się aż tyle, że tak naprawdę…nic się nie dzieje. Można się tak pobawić w domysły, doliczyć glosy od Irlandczyków, Szkotów i oczywiście, Niemców. Dlaczego nie?
No właśnie, Złota Piłka to plebiscyt zależny od ludzi i jeśli ktoś ją wygra lub nie, stanie się tak, nie ze względu na to, czy ktoś na owe wyróżnienie zasłużył ale dlatego, że otrzymał określoną liczbę punktów. Gdyby rzeczywiście o zaszczytnym trofeum decydowała forma i osiągnięcia, kilka lat temu, powinna trafić ona podobno w ręce pewnego Holendra.
Co więcej, warto kolejny raz się zastanowić, czy rzeczywiście Złota Piłka jest nagrodą za indywidualne osiągnięcia czy jednak sukcesy drużyny danego piłkarza. Bo nazwa i rzeczywisty sens tej imprezy różnią się niebywale…
Reasumując, Lewy może nie wygrać w tym roku trofeum dla najlepszego piłkarza, zapewne tak się stanie ale nie dlatego, że nie zasłużył, to zależy od punktu, z którego spojrzymy na plebiscyt, ale dlatego, że zbyt mała liczba osób desygnowanych do głosowania, odda swój głos Reprezentantowi Polski. A jeśli uda mu się wygrać to też tylko dlatego, że zdecydowana większość, uzna, że w ich oczach Lewy na to zasłużył. Przecież nikt nie będzie pisał czy dzwonił do kapitanów i selekcjonerów reprezentacyjnych i mówił im, na kogo mają głosować. Skoro w latach poprzednich tak wielu z nich, oddało swoje głosy zawodnikom, którzy w ogóle wtedy nie mieli szans na tę nagrodę, być może teraz, oddadzą go na Roberta. Nic nie można wykluczyć. Więc nie skazujmy Polaka na przegraną z góry. Może i nie zasłużył ale czy nie wygra? Tego nie wie nikt. Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, jak w poprzednich dwóch latach dziwnym trafem FIFA mieszała nazwiskami na kartach do głosowania…

Jedziemy do Francji!!!

12105784_914072128641250_8855286586551830303_n

Stało, lub stanęło się, jak dało się słyszeć z szatni naszych piłkarzy po meczu, z szatni, która tego wieczoru tętniła życiem w najlepsze, z szatni, w której wczoraj aż roiło się od gwiazd wielkiego formatu, szatni, w której jak nigdy dało się wyczuć przyjazną, wręcz rodzinną atmosferę. Szatni zwycięzców, ludzi, którzy doprowadzili do euforii wszystkich Polaków. Zrobili to! Awansowali na Euro! Ale… To dopiero początek!!!

Awansowaliśmy na drugą najważniejszą imprezę futbolową na świecie co akurat dla nas, patrząc na historię naszej reprezentacji, jest całkiem dużym wyczynem. Co więcej, zrobiliśmy to w naprawdę niezłym stylu, po drodze pokonując przecież pierwszy raz w życiu mistrzów świata, Niemców. Oczywiście,  zdarzały nam się wpadki i słabsze momenty ale częściej gra naszych zawodników mogła napawać nas dumą. Doceńmy więc ten awans i podziękujmy za wspaniałe emocje, których przez ostatnie miesiące było nam pod dostatek.

Nie ma sensu dziś zastanawiać się nad tym, co by było gdyby…
Gdybyśmy przegrali w ostatnim meczu z Irlandią lub stracili bramkę w ostatnich sekundach, osiągając ‚tylko’ remis, gdybyśmy powalczyli trochę bardziej w rewanżowym spotkaniu z Niemcami lub dwumeczu ze Szkocją.
Albo trafilibyśmy do baraży albo zajęlibyśmy pierwsze miejsce w grupie. Albo – albo. Jeden punkt różnicy między nami i Niemcami, Jedna bramka, która mogła nas szybko przerzucić z nieba do piekła, tak niewiele a jednak końcowy efekt diametralnie się różni…
Na co nam to wszystko? Cieszmy się z sukcesu naszej reprezentacji, nie bez powodu świętujemy od wczoraj jak po zdobyciu mistrzostwa Europy a nie tylko wywalczeniu awansu na Euro. I nie ważne, że oprócz nas, do Francji jadą takie ekipy jak Albania, Słowacja czy Irlandia Północna. One, tak jak i my, wywalczyły awans na boisku, pokonały teoretycznie silniejsze od siebie drużyny i zasłużenie zdobyły bilety do Francji. Nie ujmujmy sobie dokonań, tylko dlatego, że ta sama sztuka, udała się teoretycznie słabszym od nas rywalom. Przecież po drugiej stronie barykady stoją dziś zespoły z tzw. topu, bez których  mistrzostwa Europy wydawały się do tej pory jakimś surrealizmem a jednak, rzeczywistość okazała się na tyle okrutna, że jeżeli pojadą do Francji, to tylko w roli kibiców. Ale to już nie nasz problem. Zajmijmy się swoim życiem i przygotowaniami do najważniejszej imprezy w historii polskiej piłki. Owszem, graliśmy już zarówno na ME jak i MŚ ale wydaje się, że tym razem stoimy przed wielką szansą, być może największą od wielu, wielu lat. Tak zgranego i silnego zespołu nie mieliśmy chyba nigdy wcześniej, czas więc to wykorzystać i sięgnąć po coś więcej niż awans, który jednak na ten moment, co trzeba jeszcze raz podkreślić, jest naprawdę dużym osiągnięciem.

Wczorajszy sukces ma wielu ojców, w zasadzie każdy z naszych reprezentantów dołożył do niego swoją cegiełkę. Największe jednak zasługi w awansie ma oczywiście Adam Nawałka. Trener, w którego na początku nie wierzył w zasadzie nikt, którego decyzje niejednokrotnie wzbudzały strach czy zdziwienie, a bez którego w dalszym ciągu tkwilibyśmy w dobrze nam znanej przeciętności. Dziś Adama Nawałkę kochają miliony Polaków. W ręku ma na tyle mocny kredyt zaufania u kibiców reprezentacji, że prawdopodobnie nawet postawienie na bramce Sławka Peszki, znalazłoby u wielu z nich zrozumienie. Tak wiele kontrowersyjnych decyzji podjął podczas pracy z kadrą Nawałka a mimo to, trzeba przyznać, że choć nie raz chwytaliśmy się za głowę, czy go przeklinaliśmy, wszystkie się obroniły. Dziś wypadałoby tylko przeprosić. Więc, sorry trenerze!
Zarówno zmiana kapitana, jak i wszelkie ‚dziwne’ powołania, wszystko złożyło się na wielki wynik. Teraz bez obaw możemy spoglądać na przygotowania do Euro, mając pewność, że na stołku selekcjonera siedzi facet znający się na rzeczy.
Denerwować  zaczniemy się dopiero podczas losowania grup ale czy powinniśmy się kogokolwiek obawiać? Jeśli pokonuje się mistrzów świata, można wygrać z każdym a na pewno, inaczej niż w przeszłości, można zaprezentować niezłą piłkę i nie przynieść wstydu. Z Nawałką na ławce tak właśnie powinno być.

Oprócz niego wielkie brawa należą się wszystkim naszym piłkarzom, którzy przez całe eliminacje przyjeżdżali na zgrupowania tej reprezentacji. Tak, nie tylko ci, którzy harowali na murawie zasługują na podziękowania ale także ci, których obecność w szatni w ciągu ostatnich miesięcy zbudowała wspaniałą, rodzinną atmosferę.

Fajnie się patrzy na tych chłopaków. Aż łezka się w oku kręci widząc ile dla nich znaczy gra w reprezentacji narodowej. Nie możemy jednak zapomnieć, że na samej atmosferze a bez umiejętności, nie zajechalibyśmy aż tak daleko. Mamy naprawdę świetnych piłkarzy, których pozycja w europejskim futbolu rośnie każdego dnia. Reprezentacja znów zaczyna być dla nich zaszczytem, zespołem, dla którego gra to nie pusty obowiązek a nagroda i największe honory.

Dotychczasowi selekcjonerzy starali się opierać swoją drużynę przede wszystkim na Polakach występujących na co dzień za granicą. Z tego względu, byliśmy ‚zmuszeni’ kibicować wielu wynalazkom i ludziom, którzy z naszym krajem mieli niewiele wspólnego. Liczył się tylko status danego piłkarza. Nie rzadko powołanie otrzymywał zawodnik siedzący na co dzień na ławce zagranicznego klubu, zamiast piłkarza regularnie występującego w klubie Ekstraklasy. Wszystkim, zapewne wielu też kibicom, wydawało się, że to logiczne i jedynie słuszne rozwiązanie. Dopiero Nawałka pokazał, jak duży był to błąd.
Postawił na piłkarzy, w których poza nim nie wierzył chyba nikt, być może nawet sami zainteresowani. Któż by się spodziewał, że zawodnicy tacy jak Mączyński czy Wawrzyniak będą stanowili o sile tej reprezentacji, że wspólnie z Lewandowskim czy Błaszczykowskim odbierać będą podobne laury. Jak mantrę, powtarzać można jedno: Nawałka. ON im zaufał, przekazał cenne rady i wskazówki, ONI odwdzięczyli się dobrą grą. Na tyle dobrą, że oglądając kolejne mecze, ciężko doszukać się zbyt wielu różnic w poziomach naszych reprezentantów. Oczywiście mamy kilku liderów, jak Lewy, Kuba, Glik czy Krychowiak ale bez całej reszty nie tworzyliby oni idealnego teamu.
W tym miejscu znów należy więc powtórzyć, że sukces jaki osiągnęła ta drużyna jest sukcesem wspólnym. Mamy magiczną drużynę, z której możemy być niewyobrażalnie dumni, jednak karygodnym błędem byłoby nie wskazanie dominującego składnika w całej operacji pod nazwą Francja, zakończonej pomyślnie, czyli osoby Roberta Lewandowskiego.
Można się sprzeczać lub nie ale w ciągu ostatniego roku piłkarz Bayernu przeszedł niesamowitą metamorfozę w kadrze. Z piłkarza, który kompletnie nie potrafił się odnaleźć na boisku, dla którego bramki wydawały się być zaczarowane stał się potworem połykającym rywali w całości. Najlepszym strzelcem eliminacji i co najważniejsze prawdziwym liderem. Kapitanem z prawdziwego zdarzenia, na jakiego ta drużyna zasługuje. Widać, że od czasu gry w drużynach u Smudy czy Fornalika, zwyczajnie odżył. Aż miło się patrzy na tak grającego Lewandowskiego, z jeszcze większą werwą i przyjemnością niż  ma to miejsce w Bayernie Monachium, czy wcześniej w Borussii Dortmund. Jego radość z gry jest niesamowita. Lewandowski to perła, diament, rzadkiej postaci. Piłkarz kompletny, który być może zdetronizuje w niedługim czasie z piedestału najlepszego piłkarza globu, Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. To tylko kwestia czasu. W ostatnich meczach zarówno w klubie jak i kadrze ale przede wszystkim w spotkaniu z Irlandią pokazał, że w przeciwieństwie do ww dwójki dysponuje dużo większym wachlarzem możliwości w połączeniu gry ofensywnej i defensywnej. Czy ktoś widział tak walczących w destrukcji jak Lewy, Argentyńczyka czy Portugalczyka? Czy któryś z nich z równie nieskrywaną radością potrafi się cieszyć z bramek z swoich kolegów i tym bardziej w decydującym momencie, zamiast samemu pokusić się o kolejnego do pobicia rekordu gola, oddać mu piłkę? Który z nich gra bardziej zespołowo, niechaj pierwszy rzuci kamień ;-). Lewandowski w wielu kwestiach może im dorównać. Podobnie jak oni potrafi uderzyć z każdej, nawet niedogodnej sytuacji, piłka go szuka, ma niesamowity zmysł strzelecki i potencjał. Na pewno lepiej od obojga umie się zastawić czy podjąć inteligentną decyzję zagrania do partnera czy utrzymania przy piłce w trudnym momencie. W ogóle Robert, jeśli się mu dobrze przyjrzeć, to trochę mieszanka Messiego, Ronaldo i Zlatana Ibrahimovicia. To właśnie jego atut. Jeśli temu pierwszemu brakuje wzrostu potrzebnego do gry przy stałych fragmentach, uderzeniach głową to Polak to ma. Jeśli drugiego często gubi samolubne zachowanie i brak współpracy z partnerami, Lewy radzi sobie z tym wyśmienicie. A gdy Ibrę ponoszą zbyt duże emocje lub kiedy jest za wolny by zaatakować podanie od kolegi, Lewandowski już dawno to zrobił, ma tę inteligencję, opanowanie i szybkość. Ma w sobie determinację i chęć by wciąż stawać się lepszym piłkarzem. Ten tytuł to tylko kwestia czasu, na pewno. Oprócz umiejętności Lewandowski ma również coś jeszcze, świeżość, której w piłce ostatnio brakuje. Nowa jakość, od której zarówno Leo jak i Cristiano już dawno nas odzwyczaili. W końcu na salony wkroczył ktoś, kto może z nimi rywalizować na najwyższym poziomie. Lewy KING! Bohater narodowy, o którym świat jeszcze nie raz i nie dwa usłyszy. Być może najmocniej swoją obecność w czołówce zaznaczy we Francji? Oby!

Mamy drużynę z wielkim potencjałem. Przynajmniej na teraz. Nie czas jednak by już dziś ustalać skład, czy chociażby powołania na Euro. Do finałów zostało sporo czasu, piłkarze mogą pozmieniać kluby, ich sytuacja może diametralnie się zmienić. Wiadomo jak jest w piłce. Tu kontuzja, tam słabsza forma lub wręcz przeciwnie, nagły jej przypływ. O tym, kogo powinniśmy wysłać na mistrzostwa zaczniemy dywagować, kiedy piłkarska centrala upomni się o nominacje ale i tak wszelkie decyzje podejmie wtedy nasz selekcjoner a my, miejmy nadzieję, bezgranicznie mu zaufamy i pozwolimy w spokoju przygotowywać się do wielkiego turnieju, w którym kolejny raz zagramy o coś więcej niż tylko zwycięstwo. Bo z marzeniami, jak z apetytem jest tak samo, one także rosną w miarę jedzenia…

Gramy o pełną pulę! Szkocja i Irlandia na rozkładzie czyli wygrajmy marzenia!

ggg

Już za kilka dni czekają nas wielkie emocje i przede wszystkim ciężkie zadania. Arcyważny i arcytrudny test, którymi będą eliminacyjne mecze ze Szkocją (wyjazd) i Irlandią (dom). Zagramy o awans na Mistrzostwa Europy 2016 i przyszłość całej polskiej piłki nożnej. Tak, wbrew pozorom, nasi piłkarze nie grają tylko o bilety do Francji.
Jeśli w tych spotkaniach zdobędą odpowiednią liczbę punktów i załatwią sobie prawo gry na najważniejszej europejskiej imprezie futbolowej co będzie ogromnym sukcesem, w końcowym rozrachunku może się to okazać swoistym fundamentem pod naprawdę okazałą budowlę.

O co więc walczą jeszcze nasi reprezentanci? Łatwo odpowiedzieć – o przyszłość swoją i całej polskiej piłki.
Oczywiście, walczą już od dawna, nie tylko podczas eliminacyjnych meczów ale także w swoich klubach, codziennie od kilkunastu miesięcy.
Cofając się pamięcią wstecz co najmniej o kilka lat, kiedy o sile naszej kadry stanowili przede wszystkim Smolarek, Krzynówek czy Dudek, czyli piłkarze grający na co dzień w bardzo dobrych europejskich markach, można było zauważyć naszą dumę. Mieliśmy kilka powodów do uśmiechów co weekend. Z szarej rzeczywistości przenosiliśmy się na wyższy poziom, gdzie kilku wybrańcom dane było uczestniczyć w piłkarskich świętach, obok wielkich gwiazd, wielkich nazwisk. Kiedyś tak, a dziś? Dziś przecież tych radości mamy o wiele więcej. Wręcz ton kilka, od groma i jeszcze trochę. Już nie cieszymy się widząc Polaka obok nawet masy gwiazdorów ponieważ to Polacy aspirują do miana tychże gwiazd. To o naszych zawodnikach rozpisują się kibice, gazety, internety i całe grono kolegów po fachu. Z dumą w sercu możemy obserwować jak coraz większa ilość polskich piłkarzy staje się gorącym towarem na transferowym rynku, o których biją się najpotężniejsze kluby świata. Co więcej, a dla nas chyba najważniejsze, sukcesy i status Polaków przerodziły się w największą siłę Reprezentacji Polski od wielu lat. Prawie wszystko, czego od tej drużyny oczekiwaliśmy, jest już na swoim miejscu.
Lewandowski to w tej chwili piłkarz numer jeden ostatniego tygodnia. Mówią o nim wszyscy. Stoi w jednym szeregu obok Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo a chyba nawet o tej dwójce zapomniano na chwil kilka, kiedy Robert pakował kolejne gole w ostatnich trzech meczach.
Błaszczykowski, kiedy wydawało się, że kończy swoją wielką karierę na najwyższym poziomie, zrobił ruch, który zaskoczył nas wszystkich, a jak się okazało, rozbił tym bank. Dzięki transferowi do Fiorentiny, Kuba utrzymał się w topie i wciąż gra o najwyższe cele. Wystarczyły mu trzy mecze by przekonać do siebie fanów swojego nowego klubu oraz by umocnić się w gronie silnych ogniw naszej kadry.
Milik, mimo chwilowych problemów, wciąż trzyma poziom w Ajaxie a w parze z Lewym biją inne duety reprezentacyjne na głowę.
Krychowiak w dalszym ciągu stanowi o sile środka pola reprezentacji choć w swoim klubie, po zdobyciu pucharu LE,  przechodzi ogromny kryzys. Wydaje się jednak, że w końcu czarna seria musi się skończyć i jeśli wszystko pójdzie w dobrym kierunku Sewilla odblokuje się w meczu z najlepszym z rywali, czyli Barcą a Grzesiek odzyskując pewność gry, wróci z tą siłą na mecze ze Szkocją i Irlandią.
Glik i nie trzeba mówić więcej, czołowy piłkarz w całej Italii. Gwiazda i ostoja. Klasa sama w sobie.
O bramkarzach mówić nie trzeba, mamy na tym polu wielki urodzaj, jak żadna inna reprezentacja. Kogo byśmy tam nie wystawili, Szczęsnego, Boruca, Fabiańskiego, Kuszczaka czy ze dwóch, trzech goalkeeperów z Ekstraklasy, możemy być spokojni. Tylko co wśród powołanych notorycznie robi Tytoń, wciąż pozostaje tajemnicą selekcjonera… Ale tak czy siak, na grę szans on nie ma, więc nie ma się czym przejmować.
Dalej można wymieniać innych graczy, którzy co mecz mają swój duży udział w punktach, które do tej pory zgromadziliśmy na koncie, nie ważne czy to piłkarze na co dzień występujący za granicami kraju, czy ci z polskiej ligi. Każdy, dosłownie każdy dołożył swoją cegiełkę w dotychczasowy sukces. Największą jednak zapisujemy na konto Adama Nawałki, który całą zbieraninę indywidualności, często samolubnych do szczytu możliwości lub ociekających gwiazdorstwem na kilometr, zebrał w kupę i stworzył z niej świetnie rozumiejącą się maszynkę do wygrywania. Wznosimy się na szczyt, na razie nie wśród piłkarskich potęg, a solidnych europejskich drużyn ale… wszystko przed nami!
Mamy dobry zespół, który jeśli ma gorsze momenty, to ze względu na pojedyncze słabe ogniwa. Trzeba albo je wyeliminować albo dać im czas, którego jednak w tym momencie nie mamy. Szkoda, że nasz selekcjoner nie decydował się na pójście na całość i sięgnięcie po czarne konie, ludzi, którzy mogliby zasiąść na ławce i w ciężkim momencie spróbować pomóc drużynie. Bo o ile na bramce, czy w ataku mamy na ten moment zdecydowanych pewniaków to już w pozostałych dwóch strefach, obronie i pomocy, potrzebujemy dodatkowego ognia. Wydaje się nawet, że to odpowiednia chwila by wrócić do propozycji Ojgena Polańskiego, który jest przecież piłkarzem bardzo dobrym i przede wszystkim ma ogromne doświadczenie w meczach o stawkę na wysokim poziomie. Ewidentnie brakuje nam w reprezentacji kogoś takiego jak on. Tutaj jednak wszystko leży w rękach Nawałki.
Warto też rozważyć kandydatury defensorów z Ekstraklasy, którzy mogliby wspomóc drużynę narodową i nawiązać rywalizację z piłkarzami, takimi jak m.in. Szukała, któremu zdarzają się wręcz wielbłądy… Może Burliga? Golla?
No nic, bez selekcjonera i jego decyzji, możemy tylko gdybać, gadać i myśleć. Albo mu zaufać, wszak od kilkunastu miesięcy udowadnia nam, że jest człowiekiem odpowiednim na to stanowisko. Na pewno wie co robi. Oby tylko nie stało się jak z Janasem, za czasów którego też wydawało się, że to ten, że ma głowę na karku a potem jednym wyborem wszystko szlag trafił.
Wracając jednak do tematu szans na potęgę naszej piłki, którą zapoczątkować miałby awans na Euro,…
Wyobraźcie sobie, że Lewandowski w dalszym ciągu utrzymuje formę z ostatnich dni, że z każdym meczem co raz lepiej idzie Błaszczykowskiemu, Milikowi i całej reszcie. Media, szczególnie te zagraniczne, pieją z zachwytu. Oczy włodarzy największych klubów Europy zwracają się ku naszym gwiazdom. Ich myśli kierują się na Ekstraklasę, w której chcą znaleźć kolejne diamenty, podobne do wyżej wymienionych piłkarzy. Prosty schemat ludzkiej wyobraźni…
Jeśli więc Lewy i spółka nie spuszczą z tonu, a wręcz przeciwnie, ze swojej gry, będą czerpać pełnymi garściami, zaowocuje to świetną grą Reprezentacji Polski, awansem na Euro, popularnością i popytem na rynku transferowym ich samych ale też innych Polaków, tych już grających za granicą, oraz młodych zawodników z rodzimych lig. Co za tym idzie? Kasa, wielkie pieniądze na… transfery. Jeśli nasze kluby będą sprzedawać za grube pieniądze, będzie ich stać na zastąpienie dziur piłkarzami większego formatu niż dotychczas sprowadzany szrot z kartą w ręku. Biznes goni biznes. Jak widać w rękach nogach powołanych na spotkania ze Szkocją i Irlandią leży przyszłość całego polskiego futbolu. Więc… Do boju Polsko!

LewanGOALski! Raz, dwa, trzy, cztery, pięć!

Cóż to był za mecz Lewandowskiego?! Dziś cały świat mówi tylko o nim. Zupełnie jak wtedy, kiedy wbił cztery gole Realowi…

https://www.youtube.com/watch?v=9YVh2DBTctg

Świat oszalał! Oszalały trybuny i internet. Oszalała ławka rezerwowych. Mina Guardioli mówi sama za siebie.

Lewy z każdym meczem pokazuje, że jeszcze się rozwija i chyba można już dziś śmiało stwierdzić, iż w ciągu najbliższych kilku sezonów, dwóch, może trzech, Robert będzie tym kimś, kto wyrwie z rąk Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo Złotą Piłkę. Oczywiście, do tego jesszcze długa droga ale… jeśli bije się kolejne rekordy w takim stylu i jeśli tamta dwójka na wzbije się już na wyższy poziom, niż ten, na którym obecnie się znajdują, a który wydaje się być już szczytowy, to wszystko jest realne. Lewandowskiemu wystarczy tylko zbliżyć się poziomem do tej dwójki. Walnąć króla strzelców w Bundeslidze i LM, zdobyć mistrzostwo i PN oraz dojść co najmniej do półfinału Champions League oraz razem z naszą Reprezentacją świetnie spisać się na Mistrzostwach Europy. Dużo? A w pięć bramek zdobytych w dziewięć minut ktoś wierzył? No właśnie. Przecież taki Lech (notabene były klub Lewandowskiego) tyle bramek zdobył ale w dziewięciu…meczach…

I pomyśleć, że gdyby Lewy pojawił się na boisku dopiero w 81 minucie meczu i dokonał tego wyczynu w ciągu ostatnich dziewięciu minut spotkania, zamiast noty marzeń przy jego nazwisku, zobaczylibyśmy zapewne krótką notkę – „Grał zbyt krótko aby ocenić jego grę” ;).

Dla kogo Złota Piłka? Po raz piąty?…Nie tym razem!

Dotąd tylko nieoficjalnie, teraz już oficjalnie: poznaliśmy kandydatów do sięgnięcia po Złotą Piłkę, czyli nagrodę dla najlepszego piłkarza roku 2013. FIFA nominowała dwudziestu trzech graczy do walki o to trofeum:

Gareth Bale (Real Madryt)
Cristiano Ronaldo (Real Madryt)
Lionel Messi (Barcelona)
Xavi Hernandez (Barcelona)
Andres Iniesta (Barcelona)
Neymar (Barcelona)
Thiago Silva (PSG)
Edinson Cavani (PSG)
Zlatan Ibrahimović (PSG)
Radamel Falcao (AS Monaco)
Eden Hazard (Chelsea)
Robert Lewandowski (Borussia Dortmund)
Manuel Neuer (Bayern Monachium)
Philipp Lahm  (Bayern Monachium)
Bastian Schweinsteiger  (Bayern Monachium)
Thomas Mueller  (Bayern Monachium)
Arjen Robben  (Bayern Monachium)
Franck Ribery (Bayern Monachium)
Mesut Oezil (Arsenal)
Andrea Pirlo (Juventus Turyn)
Luis Suarez (Liverpool)
Yaya Toure (Manchester City),
Robin van Persie (Manchester United)

Patrząc na powyższą listę, od razu rzuca się w oczy zbyt duża liczba kandydatów. Nie ma się przecież co oszukiwać. Porównując ich dokonania i umiejętności, przynajmniej połowa nominacji wydaje się być mało śmiesznym żartem. Wystarczyłoby 5-6 nazwisk, nazwisk, o których usłyszał świat dzięki boiskowym dokonaniom ich właścicieli. W tym miejscu warto zaznaczyć, iż ugryzienie Suareza się nie liczy, choć oczywiście miało ono  miejsce na murawie. FIFA najwyraźniej poszła jednak  inną drogą…
Jako, że zabawa ta sprawiedliwa nie jest i raczej nie będzie nigdy (bo jak tu, w obecnych czasach, formacje defensywne, czyli obrona i bramkarz, mają rywalizować o miano najlepszego piłkarza z graczami ofensywnymi?), możemy zabawić się w statki i zatopić najsłabsze ogniwa od razu, nie czekając aż FIFA oficjalnie poda finałową trójkę. Bądźmy przez chwilę i my dziennikarzami, trenerami i piłkarzami, zastanówmy się komu warto oddać w ręce to cenne trofeum…

Na początek jednak, trzeba ustalić kryteria i odpowiedzieć sobie na proste pytanie: Co to jest Złota Piłka?

Najlepszy piłkarz 2013 roku! Brzmi dumnie. Tylko co przez to rozumiemy? Już sama nazwa jasno wskazuje na to, iż jest to nagroda dla jednostki, doceniająca osobiste dokonania a nie sukcesy całej drużyny i przy wyborze jednego z kandydatów, winniśmy się kierować właśnie tym tropem. Z drugiej jednak strony, nie da się uciec od wpływu reszty zespołu na te jednostki, jakkolwiek by one nie były uzdolnione. Przecież sukces całej drużyny, rodzi się z sukcesów poszczególnych piłkarzy i z tą prawdą nie warto się kłócić. Gdybyśmy odrzucili to kryterium w kąt, moglibyśmy nominować nawet kogoś z Ekstraklasy, np. Grzelczaka, który w bezpośrednim starciu z Messim pokazał mu jego miejsce ;-).
Wracając jednak do rzeczywistości… O Nagrodę powalczą prawdopodobnie Cristiano Ronaldo, Franck Ribery, Zlatan Ibrahimović i Lionel Messi.
W przypadku tego ostatniego, można by było rzec, że sam wypisał się z rywalizacji o Złotą Piłkę i jego szanse na wygraną zmalały do zera, gdybyśmy… nie znali historii. Historii, którą napisała FIFA w ciągu ostatnich kilku lat, i w której to właśnie Argentyńczyk jest pępkiem futbolowego świata i… jedynym zwycięzcą plebiscytu organizowanego przez piłkarską centralę oraz magazyn France Football. Wybór asa Barcelony już w roku poprzednim spotkał się z niemałym zaskoczeniem i chłodnym przyjęciem wielu kibiców oraz późniejszymi podejrzeniami napływającymi z różnych stron, jakoby wyniki głosowania miały być sfałszowane na korzyść argentyńskiego piłkarza. Gdyby i w tym roku, nagroda powędrowała do Messiego, jej prestiż zmalałby do poziomu zero, jednocześnie wybór ten, nie wzbudziłaby większego zaskoczenia. Miejmy jednak nadzieję, że zarówno u głosujących jak i rządzących FIFĄ zadziałają odpowiednie szare komórki i nie będziemy świadkami żadnej wtopy i gwiazdor Barcelony nie znajdzie się wśród trzech najlepszych zawodników mijającego roku.

Te trzy miejsca powinny być zarezerwowane dla Ronaldo, Ibrahimovicia i Ribery’ego. Cała trójka spisywała się znakomicie, pokonywała kolejne bariery i ani na chwilę nie spoczęła na laurach. Dzięki każdemu z nich, murawy największych europejskich stadionów wypełniały się po brzegi magią…

Franck Ribery jest obok Roberta Lewandowskiego najjaśniej świecącą gwiazdą Bundesligi. Prawdziwym sercem Bayernu Monachium i jednym z głównych autorów victorii w poprzedniej edycji Champions Ligue. Można by nawet rzec, iż to właśnie Francuz jest motorem napędowym mistrzów Niemiec i wszystko, czy to w LM czy rozgrywkach ligowych kręci się tam w okół niego. Czy Bayern poradziłby sobie bez wsparcia Ribery’ego?
Według naszych reprezentantów, Roberta Lewandowskiego i Grzegorza Krychowiaka, Złota Piłka powinna powędrować właśnie do francuskiego piłkarza. O ile w przypadku tego drugiego, taki pogląd nie powinien dziwić, o tyle Lewy wysunął z rękawa ‚ciekawy’ argument: „Ronaldo strzela bramki, ale Ribery gra dla drużyny. Wystarczy zobaczyć, ile asyst ma na koncie Francuz, a ile Portugalczyk”.
W ustach profesjonalnego piłkarza, również nominowanego do tej nagrody, słowa te brzmią najzwyczajniej w świecie – śmiesznie. Jeśli mamy porównywać obu za liczbę asyst, dlaczego nie robić tego samego w stosunku do strzelanych goli? Co Lewandowski miał na myśli, wie tylko on sam ale patrząc na jego ostatnie wywiady, gdzie próbuje uświadomić wszystkim dookoła ileż to on nie ma na koncie kluczowych podań i jak one są ważne, wszystko robi się jakieś takie… jaśniejsze  ;-)
Ribery zasłużył na miejsce w pierwszej trójce ale czy na Złotą Piłkę? Czy Francuz jest kimś, kto cały czas prze do przodu pod prąd, zdobywając kolejne szczyty? To prawda, gra dla drużyny, ma mnóstwo asyst i na dzień dzisiejszy, na swojej pozycji jest niekwestionowanym liderem ale zasady kierujące tą zabawą są nieubłagane. W grupie wszystkich piłkarzy świata znalazło się dwóch, którzy od Francuza są po prostu lepsi…

Zlatan Ibrahimović jest… Przecież nie trzeba nic pisać. W ciągu kilkunastu ostatnich dni ten człowiek nie schodził z pierwszych stron gazet na całym świecie. Ibra jest jedynym w swoim rodzaju i wszystko czego się tknie robi najlepiej. Fenomen. Nieważne do jakiego trafi kraju, do jakiej ligi i kogo będzie miał za partnerów – on sobie da radę. Zawsze na najwyższym poziomie. W zasadzie, FIFA dla samego Szweda powinna zorganizować oddzielne kategorie i rok w rok przyznawać mu kolejną statuetkę za…piłkarski geniusz. Te bramki, te podania, ten instynkt i ten charakter – wszystko czego można oczekiwać po piłkarskim wzorze ma w sobie Ibra.
Jedynym, czego można współczuć Ibrahimoviciovi, co jednocześnie uświadamia dlaczego jeszcze nigdy nie sięgnął po żadną nagrodę, to pecha co do gry w nieodpowiednich klubach, w nieodpowiednim czasie. Jakoś tak się złożyło, że jeszcze nigdy zespół szwedzkiego piłkarza nie odniósł zwycięstwa w rozgrywkach Champions Ligue a przecież w dzisiejszych czasach to główny wyznacznik sportowej klasy…
Może w tym roku? Przecież eksperci coraz głośniej zaczynają stawiać Paris Saint Germain w roli faworyta do gry…w finale. A wiadomo, gdyby nie było tam Zlatana, nie wysuwano by takich hipotez…

Ileż to już razy na pokonanym polu pozostawał Cristiano Ronaldo? odpowiedź jest jedna, mianowicie zbyt dużo. Od wielu lat sumiennie pracował na miano piłkarza wszech czasów i zawsze na ostatniej prostej, dosłownie o czubek nosa, znajdował się przed nim Leo Messi. Choć Portugalczyk w każdym kolejnym spotkaniu udowadnia swój piłkarski geniusz, wciąż gra rolę największego przegranego. Wiadomo przecież nie od dziś, że w sporcie liczą się tylko zwycięstwa. Zapewne i samego Ronaldo nie interesują inne miejsca na podium niż pierwsze. Wystarczy przecież na niego spojrzeć by wiedzieć jakim jest człowiekiem i do czego dąży.
Jeśli ktoś zapyta, dlaczego to właśnie CR7 zasłużył na miano piłkarza roku 2013, nie trzeba udzielać mu żadnej odpowiedzi. Prawdopodobnie człowiek ten, pierwszy raz w życiu widzi na oczy futbolówkę albo na jednej ze stron internetowych, kursor skierował jego wzrok na news związany z tym wydarzeniem. Człowieku! Włącz telewizor albo youtube’a, zobacz, co na boisku wyprawia ten piłkarz i bij pokłony. To prawdziwy magik futbolu, piłkarski czarodziej i fenomenalny wzór do naśladowania. Gdyby polscy piłkarze pracowali na swój sukces równie ciężko, jak Portugalczyk, mielibyśmy w kraju mistrzów świata.
Ten rok należał do Cristiano i to nie ulega żadnym wątpliwościom. Złota Piłka jest nagrodą indywidualną i sukcesy drużyny, choć mają duży wpływ na zawodnika, nie muszą o niczym świadczyć. Ronaldo ani z Realem ani z Reprezentacją Portugalii nie osiągnął w tym roku prawie nic, żadnego znaczącego trofeum a jednak, kolejny raz rzucił na kolana piłkarski świat. To się ma albo nie!
Ta nagroda po prostu mu się należy. Jak nikomu innemu. To prawda, że Ribery gra dla drużyny i ma mnóstwo asyst ale porównajmy ile goli na koncie ma Francuz a ile Portugalczyk… ;-).

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości co do kolejności owych trzech piłkarzy, niech ‚zabierze’ ich kolejno z Bayernu i Francji, PSG i Szwecji oraz Realu i Portugalii. Nie ma się co oszukiwać, najwięcej bo ponad 50 % swojej siły straciłyby zespoły Ronaldo i Ibrahimovicia. Real bez Cristiano, zamiast o mistrzostwo Primera Division, biłby się raczej o Puchar Europy i miejsca 4-6…

Skoro znamy już najpoważniejszych kandydatów do pierwszej trójki plebiscytu FIFA i France Football, warto poświęcić kilka słów Robertowi Lewandowskiemu, który również znalazł się gronie nominowanych. Polak, w poprzedniej edycji Ligi Mistrzów wspiął się prawie na sam szczyt piłkarskiego raju z Borussią Dortmund a indywidualnie, strzelając cztery gole Królewskim, sięgnął gwiazd. W Bundeslidze również bił kolejne rekordy i urósł do miana największej ligowej gwiazdy. Jego nominacja do tej prestiżowej nagrody mogłaby się zamienić w coś więcej, gdyby Lewy do sukcesów klubowych dołożył również te reprezentacyjne. Gdyby Polacy wywalczyli awans na Mundial w dużą w tym rolę odegrał właśnie napastnik Borussii Dortmund, mógłby śmiało walczyć o pierwszą trójkę tego konkursu. Niestety, tym razem się nie udało. Może za dwa lata, jeśli Robert utrzyma wysoką formę strzelecką (i asystencką ;-) ) oraz poprawi grę w kadrze, będziemy mogli do ostatnich chwil niecierpliwić się przed ogłoszeniem wyników walki o Złotą Piłkę…

 

Polacy zdobyli Wembley!

Osiemnaście tysięcy polskich kibiców podbiło wczorajszego wieczoru „Świątynię futbolu”, bijąc jednocześnie rekord frekwencji przyjezdnych na tym obiekcie. To, że jeszcze długo nikt nie pobije tej liczy, jest raczej pewne, podobnie jak to, że prawdopodobnie nigdy nikt, nie wkurzy tak angielskich fanów  jak właśnie Polacy. I nie ma się im co dziwić, w końcu na ‚swoich śmieciach’ zostali kompletnie zmiażdżeni pod względem wokalno-wizualnym. Piłkarze Fornalika przez całe 90 minut rzeczywiście mogli myśleć, iż „Grają u siebie”, niestety, mimo tego, nie udało się im podbić murawy. Ale przecież…zrobili to za nich kibice. A w zasadzie jeden z nich. 60. minuta spotkania, kiedy polski fan wbiegł na murawę by przybić piątkę z Wojtkowiakiem, była dla wszystkich najciekawszym momentem w wykonaniu naszych rodaków na tej części obiektu.
Polscy kibice po raz kolejny udowodnili, że na nich zawsze można liczyć. Szkoda, że w cały ten polski nastrój na Wembley nie wpasowała się także Reprezentacja Polski ale z racji tego, iż temat MŚ w Brazylii już się dla nas zakończył, nie warto o nich wspominać…

Wśród całej tej grupy piłkarsko-trenerskiej, która skompromitowała nasz kraj na międzynarodowej arenie jest jednak jeden taki osobnik, któremu trzeba poświęcić kilka słów a jest nim nie kto inny jak – Robert Lewandowski. Napastnik Borussii Dortmund w meczu przeciw Anglii zaprezentował trzykrotnie wyższy poziom zaangażowania i ambicji aniżeli miało to miejsce w meczach poprzednich. Wbrew pozorom, zapominając już o całym tym Wembley, wcale to o nim dobrze nie świadczy. Gra Lewego tylko nam wszystkim potwierdziła tezę, jakoby kadra była mu kulą u nogi. No bo jak to tak? Przeciwko Mołdawii czy Czarnogórze się nie dało a już z wielką Anglią się da? Wtedy nawet brak wysokiej klasy partnerów obok nie jest mu potrzebny? Coś w tym jest. Może z nim jest tak jak z tymi wszystkimi trenerami, którzy nie nadają się do kadry ale do prowadzenia klubu już jak najbardziej? Trzeba chyba poważnie przemyśleć tę sprawę, zanim kolejny selekcjoner sparzy się na klubowej dyspozycji Lewandowskiego.

Ciekawie na temat Roberta wypowiedział się dziś na Facebooku Krzysztof Stanowski:

Nic dodać, nic ująć. A może nie, w miejsce Żurawskiego i jego zwodu, z podobnym skutkiem możemy włożyć także Frankowskiego ze swoją ‚podcinką’. Obaj ci panowie słynęli z pięknych i wartościowych bramek na wszystkich frontach. Nie ważne czy była to Ekstraklasa, Puchar Polski, europejskie puchary czy właśnie Reprezentacja Polski. Nie narzekali na partnerów, robili swoje i co najważniejsze, potrafili pociągnąć grę całego zespołu. Tej własnie cechy, odróżniającej go także od Ronaldo czy Messiego, brakuje właśnie Lewandowskiemu. Klasy sportowej odmówić mu nie można, także techniki mu nie brakuje a jednak nie jest on w pełni wartościowym ‚produktem piłkarskim’.
Wspomniani już Żurawski z Frankowskim, choć nigdy nie osiągnęli tak oszałamiających wyników, jakie na swoim koncie ma w wieku 25 lat Lewy, swoją grą dla reprezentacji i polskich klubów nakrywają Roberta czapką. Taka jest prawda. Idąc jeszcze dalej, dzięki tym wszystkim bramkom obaj zawodnicy zasłużyli sobie na szacunek u polskich kibiców w rozmiarach takich, na jakie napastnik Borussii może nie zasłużyć sobie nigdy. Oczywiście, żeby było jasne, wciąż jesteśmy w temacie czysto polskim – naszej reprezentacji i rodzimych klubów. Prawdopodobnie, gdyby dziś Żuraw i Franek graliby w piłkę i prezentowali poziom z najlepszych swoich lat, przy dosyć inteligentnym selekcjonerze, zabrakłoby powołania dla Lewandowskiego…

A propos tematu selekcjonera – mogło się wydawać, że po podaniu do wiadomości informacji o zwolnieniu z tej funkcji Waldemara Fornalika ( żegnamy bez żalu, szkoda, że zabrakło mu honoru i sam nie podał się do dymisji po zawaleniu roboty), poznamy nazwisko jego następcy. Tak się jednak nie stało. Zbigniew Boniek poinformował natomiast o terminie, w jakim związek przekaże Polakom tę informację. 2 długie tygodnie – tyle będziemy nękani kolejnymi doniesieniami dziennikarzy na temat ‚pewnych’ kandydatów na tę posadę. Może być ciężko przetrzymać ten czas oczekiwania. Żeby na koniec się nie okazało, że wybór został przyjęty nie z zachwytem czy nadziejami a zwykłą ulgą.
Fajnie, że Prezes, choć pewnie ma już nowego trenera ‚pod ręką’, dał wszystkim czas na oswojenie się z nową sytuacją i próbuje stwarzać pozory profesjonalnie przeprowadzonego procesu wyboru nowego selekcjonera. PZPN jasno chce pokazać, że nie działa na ‚hop-siup’ jak ich poprzednicy.
Według dziennikarzy, największe szanse na prowadzenie polskiej kadry ma na dzień dzisiejszy Adam Nawałka. Na dzień dzisiejszy. Jutro to wszystko może się już zmienić. Są tez inne kandydatury ale czy ludzie tacy jak Smuda czy Fornalik nie są dostatecznymi przestrogami w tej sprawie? Czy nie czas uczyć się na błędach? Kto jak kto ale Polska nie ma czasu na kolejne eksperymenty czy niepewne rozwiązania? Tak jak w przypadku wyżej wymienionej dwójki, tak samo w przypadku Adama Nawałki nie ma żadnej pewności co do sukcesu na arenie reprezentacyjnej. Klub to nie kadra. Kolejny raz możemy obudzić się z ręką w nocniku.
Potrzebujemy kogoś, kto będzie w stanie wywalczyć awans na ME, mając zawodników dla siebie tylko przez kilkanaście dni w roku. Z miejsca trzeba więc nie tylko zdobyć sobie pozycję ale też nauczyć zawodników taktyki i ambicji. Zadanie ciężkie, choć dla kogoś z doświadczeniem nie powinno stanowić problemu. Biorąc pod uwagę to wszystko a także fakt, że w pierwszej kolejności poszukujemy trenera-Polaka, oczywistym kandydatem staje się…Henryk Kasperczak. Weźmy go. Ma wszystko to, co powinien mieć nowy selekcjoner polskiej kadry…

Szczyt marzeń Reprezentacji Polski na dziś: przegrać trzy mecze na MŚ.

Co teraz Panie Fornalik, co teraz Panowie piłkarze, co teraz drodzy dziennikarze? Gdzie ten wasz cały awans? Jak teraz wynagrodzicie ludziom straty duchowe poniesione poprzez wasze wymuszone u kibiców poparcie? Co z utraconą wiarą i nadzieją? gdzie teraz jesteście?! I na co wam to wszystko było? Wypadało by chociaż przeprosić…

Nie ma awansu, nie pojedziemy do Brazylii a przecież jeszcze kilka lat temu, sytuacja, w której miałoby  nas zabraknąć na największej imprezie futbolowej świata, byłaby nie do pomyślenia. Euro? Ok, tam nasza absencja była czymś normalnym ale żeby nasi na Mundial nie jechali? Czy to zły sen? Nie, to rzeczywistość. To brak umiejętności zarówno tych piłkarskich jak i taktycznych.
Dziś wszyscy możemy czuć się idiotami. Tylko człowiek niespełna rozumu mógł bowiem uwierzyć w ten zespół w tych ludzi.
Nie mamy zespołu, nie mamy drużyny. Mamy za to zlepek indywidualistów, którym nie zawsze z kadrą jest po drodze. Nawet w wyjątkowych okolicznościach, walcząc o tzw. piłkarskie życie, nie potrafili stanąć na wysokości zadania. Mężczyźni…
Wszyscy zdawali sobie sprawę, że tak może wyglądać dzisiejszy wieczór. To było nawet bardziej niż pewne. Mimo tego, niesieni napompowanym balonikiem, zaślepieni piękną przemową reprezentantów kibice – uwierzyli. Bez sensu…

Z Fornalikiem na ławce to nie mogło się udać. Chyba każdy kibic w tym kraju przeklina dzień i godzinę, w których został on mianowany selekcjonerem. Nie było ku temu powodów i dziś wszyscy nad tym bolejemy. Można to było przerwać już na początku, niestety ówcześni pracodawcy pana Waldka zachowali się tak, jak dzisiaj Wojtkowiak. I żeby było jasne, to nie wina Fornalika, on podobnie jak jego poprzednik, Franciszek Smuda, nie nadają się na trenera reprezentacyjnego. Sprawę zawalił PZPN.
I pomyśleć tylko, że po przegranych imprezach, mocno po uszach obrywali Janas czy Engel. Dziś dalibyśmy wiele by nasza reprezentacja, chociaż w połowie grała tak, jak te prowadzone przez nich. Dziś, nie jesteśmy już nawet w stanie zakwalifikować się do jakiejkolwiek imprezy, nie mówiąc już o przegranych na niej spotkaniach. Przepaść.

Szczytem wszystkiego jest dywagowanie na temat najlepszego meczu biało-czerwonych w tym roku i/lub całych eliminacjach. Czy my właśnie przegraliśmy awans? Oczywiście, przegraliśmy go już dawno, w meczach z Czarnogórą i Mołdawią i pierwszym meczu z Ukrainą, dziś tylko dopełniliśmy dzieła. Mecz w wykonaniu naszych zawodników wcale nie był dobry. A i nasi rywale nie zagrali rewelacyjnie. Prawdą jest, że wizualnie byliśmy ciut lepsi. Czysto statystycznie – przegraliśmy 1-0 a tylko to się liczy. Zarówno Artur Boruc jak i Pyatov byli dziś bezrobotni a przez większą część meczu, na murawie wiało nudą. Teraz to jednak nieważne. Przegraliśmy tę wojnę.
Popatrzmy jednak na naszych orłów nasze gołębie:  Jeśli w przeciągu 90 minut meczu o wszystko, nie potrafią oni skonstruować ani jednej perfekcyjnej akcji, przemyślanej od A do Z, to o jakim dobrym meczu w ich wykonaniu możemy mówić? Bądźmy obiektywni.
Cała gra opierała się na znanym w Polsce schemacie „Albo się udo, albo się nie udo”. Piłki wbijane w pole karne na oślep, inne wrzucane gdzieś przed nogi Lewandowskiego z nadzieją, że „może coś ustrzeli”, choć on sam kopał się raczej po czole aniżeli celował w bramkę Ukraińców. Nasi są chyba jedynym na świecie profesjonalnym zespołem, którym piłka aż tak odskakuje. Obrona, jak w każdym spotkaniu, posklejana nawet nie na kropelce czy super glue ale na taśmie klejącej. To się udać nie mogło. Ponadto, Polakom zabrakło ognia w ofensywie. Tylko przez chwilę, w momencie gdy na bramkę rywali szarżował Jakub Błaszczykowski, dało się poznać, że nasi muszą ten mecz wygrać by pozostać w grze. Kuba był jednym reprezentantem Polski, który w całych eliminacjach na murawie zostawiał serce. W każdym meczu. Nie straszne mu były warunki pogodowe ani urazy, nawet koledzy w drużynie o słabszych umiejętnościach nie byli mu kulą u nogi. Z czystym sumieniem możemy odtrąbić, że jak przystało na kapitana z prawdziwego zdarzenia, Błaszczykowski ostatni zszedł z tonącego okrętu. O reszcie lepiej zapomnieć. Przynajmniej na razie.

Skoro kwestia wyjazdu do Brazylii, została już rozwiązana. Przy okazji zwycięstwa Ukrainy, warto na przyszłość wziąć sobie do serca lekcję futbolu od naszego pogromcy. Uczmy się od lepszych. Akurat w tym przypadku zachodzi pewien paradoks, którego pół Polski, w tym oczywiście najważniejszy trener w kraju, nie potrafi zrozumieć. To my mamy lepszych piłkarzy, grających w lepszych klubach i o bardziej znanych nazwiskach a jednak to my przegrywamy. To my bowiem nie mamy drużyny, którą ma Ukraina. Ot, cała różnica. Niby taka mała a jakie kolosalne robi wrażenie. Skoro naszym sąsiadom udało się zbudować silną reprezentację nie stawiając fundamentów na wartości pieniądza czy sławy, dlaczego ma się nie udać to Polakom?
Warto zaryzykować tezę, że drużyna złożona z najlepszych graczy Legii Warszawa, Wisły Kraków, Górnika Zabrze i Śląska Wrocław mogłaby dziś w Charkowie wywalczyć trzy punkty. Niby krytykujemy tę ligę ile wlezie, czepiamy się wszystkiego co z nią związane ale poziom spotkań naszych ekstraklasowiczów niejednokrotnie przewyższa ten w wykonaniu polskiej reprezentacji. Na dzień dzisiejszy jesteśmy zmuszani do oglądania zerowego zrozumienia kadrowiczów. Brakuje nam swego rodzaju pewności, wzajemnego zaufania, gry ‚na pamięć’. Bez tego nigdy nie osiągniemy sukcesu. Nie da nam go nawet dziesięciu Lewandowskich ani ośmiu Glików.
Wbrew temu co mówi Zbigniew Boniek, może to właśnie nam potrzebna jest taka Liga Narodów. Więcej meczów o stawkę w reprezentacyjnym składzie przyniosłoby oczekiwane rezultaty. Jak ci ludzie mają się zgrywać, jeśli każdy z nich na co dzień rozsiany jest w innym kraju, innej lidze i zupełnie innym środowisku?

Jeszcze jedno. Czy jest w ogóle sens jechać na Wembley? Warto przeanalizować tę sprawę, wszak walkowerem dostaniemy tylko trójkę, jeśli jednak przyszłoby nam rozegrać spotkanie z Anglikami, na trzech mogłoby się  nie skończyć a i wstydu chłopaki oszczędzą sobie i nam… ;-)

Nie ważne ile chcesz dostać w łapę, ważne czy jesteś wariatem! Czyli kto trenerem Reprezentacji?

W jakiej obecnie sytuacji znajduje się Reprezentacja Polski – wie każdy. Szanse na awans na przyszłoroczny Mundial w Brazylii  mamy mniej więcej takie same jak Podbeskidzie na mistrzostwo Polski bądź Wayne Rooney na tytuł mistera roku czyli – prawie żadne. Iluzoryczne, matematyczne i pozostające raczej w sferze fantazji. Z tegoż właśnie powodu po 15-tym października znajdzie się wolny wakat na stanowisku trenera polskiej kadry. Fakt ten spowodował uaktywnienie się społecznych jasnowidzów, których ponadprzeciętne umiejętności, godne samego Krzysztofa Jackowskiego, pozwalają na przedwczesne poznanie personaliów następcy Waldemara Fornalika. Kandydatów na to zaszczytne stanowisko jest naprawdę wielu, w zasadzie wśród pojawiających się w fusach z kawy czy magicznej kuli postaci, pojawiają się dosyć znane i te mniej znane nazwiska. W wybór nowego selekcjonera oficjalnie bądź wręcz przeciwnie, włączyli się już wszyscy. Jedni na poważnie, próbując dołożyć cegiełkę do wybudowania nowej drużyny, inni dla frajdy czy zabicia czasu. Jedynym, który nie chce włączyć się do naszej narodowej zabawy jest sam Waldemar Fornalik, który swoim hojnym gestem wszem i wobec zakomunikował, że tanio to on skóry sprzedać nie zamierza i ostro zabrał się za misję ukraińsko-angielską, która ma na celu zgarnięcie pełnej puli punktów i uratowanie jeńców comiesięcznych wypłat. Tonący brzytwy się chwyta a pan Waldemar chwycił się… przeszłości.

Stara dobra akcja. Jak już nie ma się co wymyślić, trzeba zagrać na uczuciach kibiców: „Niech wiedzą, że ich głos się dla mnie liczy” – pomyślał prawdopodobnie Fornalik i nie (!) powołał Sebastiana Boenischa.

„Jestem otwarty na pomoc innych. Robię wszystko co mogę. Co złego to nie ja” – powołał więc poczciwego Mariusza (nie mylić z Robertem) Lewandowskiego. W końcu jak nikt inny zna Ukrainę, ukraińską mowę i ukraińskich zawodników. Prawie jak koń trojański (nie mylić z wirusem) tylko trochę inaczej.

„U mnie każdy ma czystą kartkę. Umiem wybaczać. Liczy się tylko forma sportowa” – Jest i Sławek Peszko. Taksówkarze zacierają ręce.

„Wasyla lubią, Wasyla pamiętają jako największego walczaka” – Wasyl czyli druga liga kontra największe gwiazdy Premier Ligue. Z motyką na słońce, tyle, że z Wasilewskim zamiast Marka Motyki.

Podobno chłopaki (piłkarze rzecz jasna) będą przygrywać trenerowi na zgrupowaniu. A co tam! Wierzymy i my! ;-).

Wracając jednak do realnego świata, wydawać by się mogło, że przy życiu (czytaj: na etacie) utrzymuje jeszcze Fornalika Zbigniew Boniek. Zibi nie daje pluć na selekcjonera i co by nie mówić, zachowanie to godne podziwu. Wiadomo, że nie on go mianował trenerem Reprezentacji i wybór jego poprzedników satysfakcjonować go raczej nie mógł, wiadomo także, że przez cały ten czas trzymał go na stanowisku z czystej uprzejmości i szacunku bo wyników to pan Waldek nie miał przecież żadnych. Jak przystało jednak na człowieka honorowego, Boniek dał mu dokończyć to co zaczął. W końcu on jak nikt inny kieruje się znaną nam wszystkim maksymą: „Do póki piłka w grze…” Po wszystkim, z czystym sumieniem, będzie mógł przystąpić do wyboru następcy. Tym razem, już w stu procentach trenera gotowego na wielkie wyzwania a właśnie takim jest prowadzenie polskich ciam…piłkarzy. Kto nim będzie?

PZPN jest jedną z tych organizacji, której kryzys w oczy nie zagląda. Ma się świetnie i będzie miał jeszcze wiele długich lat. Poprzednicy nie zdążyli wybrać wszystkiego więc Zbigniewa Bońka stać (fizycznie – bo kasa i psychicznie – bo kontakty) na każdego trenera chodzącego po tej planecie. Mourinho, Gaurdiola, Wenger, Blanc itd., do wyboru do koloru. Nie ważne. Stać nas! Mamy więc najważniejszą kartę w ręku ale z racji tego, że współpracą muszą być zainteresowane obie strony – zaczynają się schody.
Co najmniej połowa trenerów mających odpowiednie kwalifikacje nie chciałaby pracować z polskimi piłkarzami. Dlaczego? Strach by im na to nie pozwolił. To zrozumiałe. Potrzebujemy wariata bo tylko wariat zgodzi się wziąć na barki tak wielkie ryzyko i zagwarantować sukces. Z jednej strony wielkie nadzieje milionów kibiców, których zawieść nie można, z drugiej dżentelmeńska umowa ze znanym i szanowanym w futbolowym światku Bońkiem i w końcu także reputacja samego trenera. To wszystko, plus oczywiście słabiutki poziom polskich zawodników od razu dyskwalifikują większość kandydatów. W tym właśnie momencie, można dojść do wniosku, że żadna suma na koncie, żadna nawet renoma czy kunszt trenerski któregoś z delikwentów nie zagwarantują nam sukcesów. Jak pokazał przykład Smudy czy w mniejszym stopniu właśnie Fornalika,  nawet najlepszy trener klubowy, może okazać się bezzębną piranią w reprezentacyjnym morzu.  Warto więc na etapie rekrutacyjnym zachować tylko te CV, które w pozycji sukcesów rzeczywiście zawierają bogaty dorobek na płaszczyźnie reprezentacji. I oczywiście, aby te sukcesy nie pamiętały wynalezienia tabliczek świetlnych.
Warto także zastanowić się nad narodowością kandydatów. Czy trener zza granicy rzeczywiście byłby lepszy? Tak i nie. Pod względem czysto technicznym na pewno ale jeśli już o znajomość polskich graczy chodzi – mamy zupełnie odwrotną sytuację. W tym drugim przypadku, nie obyłoby się więc bez polskich pomocników, więc tak czy siak oglądalibyśmy na boisku pewną część ‚polskiej myśli szkoleniowej’, od której tak wielu się dziś wzbrania. Przykład Benhakera pokazuje, że należy zwrócić uwagę przede wszystkim na mentalność ów trenera. Nie potrzebujemy kolejnego idealisty, który zamiast naprawiać drużynę, zechce naprawić samych Polaków. O w połowie pełnej szklance i szałasach nikt już przecież nie chce słuchać. Holendrzy odpadają więc w przedbiegach. Ciężko tak naprawdę będzie w Polsce każdemu, kto nie będzie potrafił wymienić więcej niż trzech zawodników z polskim paszportem, oczywiście tych grających w Borussii Dortmund. Może więc warto rozejrzeć się także na rodzimym podwórku? Dlaczego jeszcze nigdy szansy na prowadzenie Reprezentacji nie otrzymał Henryk Kasperczak???
Ktokolwiek zasiądzie na trenerskiej ławce, możemy być spokojni. Boniek nie da skrzywdzić tej drużyny. Jemu możemy zaufać.

Nic się nie stało! – moda bez sukcesów odc 10 056…

Mniej więcej jak „Moda na sukces” ciągnie się także serial z polskimi piłkarzami w roli głównej. Tym razem jednak, fabuła bynajmniej nie kręci się w okół sukcesów. Na coraz dłużej liście porażek, możemy już dziś odnotować kolejną – przegrane Mistrzostwa Świata w Brazylii, ba eliminacje do nich. Polska w meczu ostatniej szansy nie potrafiła pokonać Czarnogóry i już tylko siły wyższe mogą sprawić, by ta drużyna jednak pojawiła się na przyszłorocznym Mundialu.

Można doszukiwać się powodów takiego stanu rzeczy, można zganiać całą winę na sędziego, który nie podyktował karnego za faul na Waldku Sobocie ale nie można nie zauważyć, że Czarnogóra tego dnia była tak beznadziejna, że sztuką było jej nie pokonać. Ta sztuka udała się naszej Reprezentacji. Niestety.
Przez pierwsze minuty wszystko wyglądało nadzwyczaj dobrze, wydawało się nawet, że nasi piłkarze chcą tego dnia nie tylko wygrać to spotkanie ale i rozstrzelać rywala na drobny mak. Nawet bramka dla gości nie zmieniła tego nastawienia i nadziei na końcowy sukces. Gol i odblokowanie się Roberta Lewandowskiego tylko utwierdziły wszystkich w przekonaniu, że trzy punkty trafią na nasze konto szybciej niż zdążymy się obejrzeć. Gra chłopaków wyjątkowo mogła się podobać, choć gorzej już było ze skutecznością. Na liczniku wciąż widniała tylko jedna bramka napastnika Borussii a czas leciał nieubłaganie. Z każdą kolejną minutą zwiększała się niepewność kibiców i, co było widać, samych zawodników. W momencie kiedy warzyły się losy końcowego rezultatu, kiedy można było coś jeszcze zmienić, ulepszyć, zadać Czarnogórcom decydujący cios, selekcjoner zdecydował się na krok, ‚dzięki’ któremu nasza drużyna oddała awans walkowerem. Wpuszczenie na murawę Wszołka i Mierzejewskiego było strzałem w stopę tego zespołu. Pierwszy stwarzał zagrożenie w NASZEJ defensywie, drugi nie robił zagrożenia w ofensywie a na koniec stanął w miejscu, w,którym stać nie powinien. Trzeba także zdać sobie sprawę, że Wszołka w tym momencie w ogóle nie powinno być wśród powołanych kadrowiczów. Nie gra w klubie i o wiele bardziej przydałby się naszej młodzieżówce, która osłabiona wspomnianym Wszołkiem i Zielińskim, poniosła porażkę ze Szwecją. Jeśli ktokolwiek z tamtej drużyny miał prawo znaleźć się wśród reprezentantów pierwszego zespołu, to tą osobą był Pawłowski.
W chwili zmiany, zamiast zawodnika Sampdorii, na murawę Stadionu Narodowego powinien wybiec Paweł Brożek, nominalny snajper. I chyba każdy na miejscu Fornalika, gdyby przed oczami stanęła mu przyszłość nie tylko jego ale i całego polskiego futbolu, sięgnąłby po napastnika Wisły, jako ostatnią deskę ratunku. Niestety, selekcjoner poszedł na łatwiznę i wybrał bezpieczniejsze (dla opinii publicznej oczywiście) rozwiązanie. Już samo powołanie Pawła (mimo, że słuszne)było szeroko krytykowane, więc strach przed jeszcze większą nagonką ze strony społeczeństwa musiał wpłynąć na brak decyzji o wprowadzeniu go na boisko. A szkoda, dziś, patrząc na to jak w spotkaniach Ekstraklasy prezentuje się Brożek, można było liczyć na wartościowy występ z jego strony.

Jeśli ktoś przegrał na starcie te eliminacje, to tą osobą jest właśnie nasz selekcjoner. Nie możemy wiecznie zwalać odpowiedzialności na słaby poziom polskich piłkarzy ponieważ… w większości, oni wcale nie są słabi. Mamy trzon naprawdę klasowych grajków i tylko odpowiedniego trenera im brakuje. Nie trzeba szukać daleko bo wystarczy spojrzeć na naszą grupę eliminacyjną by te słowa znalazły potwierdzenie. Bo czy Czarnogóra lub Ukraina mają w swoich szeregach graczy z wyższej półki niż my? Ilu ich jest? No właśnie.

Swoje trzy grosze o Reprezentacji Polski dopowiedział także Mirko Vucinić i trzeba przyznać, że ma facet rację:
„Mam wrażenie, że jesteście rozpieszczeni. Za szybko się poddajecie, zamiast walczyć o swoje.”
Coś w tym jest. Niby nasz kraj, ludzi zawsze charakteryzowała waleczność a wśród sportowców w ostatnich czasach mamy do czynienia z zatrważającą ilością bojaźliwości czy strachu, o braku ambicji nie wspominając. Dzieje się tak od dawna, od czasu, kiedy trenerem przestał być Janas. Wszyscy kolejni selekcjonerzy nie zawracali już sobie głowy dostatecznie wysokim poziomem zaangażowania swoich piłkarzy. A wiadomo, że bez chęci to i sukcesów nie będzie.

Aż dziw bierze, że Waldemar Fornalik nie zdecydował się jeszcze na rezygnację ze stanowiska selekcjonera. W obecnej sytuacji chyba tego wymagała by zwykła ludzka kultura. Przegrał wszystko co było do przegrania, odebrał milionom kibiców radość z futbolu i po prostu nie wypada w takich okolicznościach trzymać się kurczowo wysoko opłacanego stanowiska. Miejmy nadzieję, że dymisja została jedynie odroczona do zakończenia zbliżającego się meczu z San Marino. Oby…

Na koniec coś o kibicach. Na trybuny powrócił doping, była oprawa stworzona przez dzieciaki z Kolorujemy i tylko zwycięstwa brakowało do pełni szczęścia ale…
To uczucie, to szczęście i niesamowita radość w chwili zdobycia (jeszcze wtedy uznanej) bramki przez Błaszczykowskiego. Czy ktoś przyjął tę informację bez większych emocji? To właśnie jest miłość. Reprezentacja, bez względu na skład i wyniki, wciąż ma swoje miejsce w sercach kibiców. Bezwarunkowo i co by się nie mówiło, na koniec i tak zaśpiewamy: Nic się nie stało!