Archiwa tagu: kibice

Ramirez jak Wenger. Powódź w Krakowie.

 871483610741

Na dzień dzisiejszy, po 10 kolejce Ekstraklasy, Wisła Kraków zajmuje w tabeli miejsce w górnej ósemce i do lidera traci tylko trzy punkty. Trzy punkty to prawie nic, prawda? No właśnie. Mogłoby się nawet wydawać, że po długim pobycie na piłkarskim oddziale intensywnej terapii, w Krakowie zaczną za chwilę odpalać fajerwerki zwiastujące powrót 13-krotnego Mistrza Polski do świata żywych, jednak prawda jest taka, że na Reymonta nikomu nie jest do śmiechu a szampanów, jeśli po dawanych latach sukcesów  w ogóle jeszcze jakieś ostały się w klubowym barku, nikt nie zamierza na razie wyciągać.

 O tym, że w krakowskiej Wiśle nie dzieje się najlepiej da się usłyszeć już od jakiegoś czasu i to prawie każdego dnia. Kiedy media co rusz donoszą, że po ostatnich, dosyć obwitych opadach, woda w Wiśle przekroczyła stan ostrzegawczy co poskutkowało wydaniem ostrzeżenia przeciwpowodziowego, gdzieś obok zalanych właśnie Bulwarów Wiślanych pokaźna powódź zalewa także klub z Reymonta. Ta jednak nadciągnęła prosto z Hiszpanii…

 Teoretycznie, nikt  nie powinien mieć pretensji do drużyny z Krakowa bo aktualny dorobek punktowy po prostu na to nie pozwala. Trzy punkty straty do pierwszego miejsca, trzy punkty straty do chwalonych Górnika Zabrze i Zagłębia Lubin, dwa do Lecha Poznań oraz Jagiellonii i tyle samo zgromadzonych punktów co Legia czy Śląsk. Wisła trzyma się więc w doborowym towarzystwie i ciągle jest w grze o mistrzowski tytuł, skąd w takim razie ten zmasowany atak na Kiko Ramireza i jego piłkarzy?
A no właśnie. Z jednej strony, można by zauważyć, że gdyby nie pechowa końcówka spotkania z Lechią, Wisła byłaby dziś tuż za plecami liderów, z drugiej, gdyby nie maksimum szczęścia i zaangażowania w ostatnich minutach meczów kolejno z Bruk-Betem, Wisłą Płock, Cracovią oraz Piastem, Wiślacy cumowaliby dziś gdzieś w okolicach rywali zza Błoń.

 Wisła Kraków to wielki klub z ogromnymi sukcesami na koncie ale także klub, który w ostatnich latach przeżywał ogromny kryzys, zarówno sportowy jak i finansowy. W Krakowie wciąż pamiętają jednak te złote lata a na potwierdzenie wystarczy chociażby wspomnieć oprawę kibiców, która jakiś czas temu zdobiła trybuny przy Reymonta: „Żyją w nas stale, te lata w glorii i chwale”.
Fani jasno i wyraźnie dają znać, że chcą powrotu wielkiej piłki do swojego ukochanego klubu. I przyznać trzeba, że głód sukcesów na miarę tych, gdy do Krakowa przyjeżdżały wielkie firmy, takie jak Schalke czy Barcelona, jest naprawdę ogromny. Wisła potrzebuje tych sukcesów ale Wielkiej Wisły, tak naprawdę, potrzebują wszyscy.
Pamiętać jednak trzeba, że wraz z marzeniami o sukcesach rosną także wymagania oraz oczekiwania wobec działaczy, piłkarzy i trenerów, a tych, na dzień dzisiejszy, nikt z wymienionych nie spełnia.

 Krakowianie uzbierali dotychczas 16 punktów. To najlepszy wynik od trzech sezonów ale jeżeli komuś wydaje się, że wyrwane na siłę punkty, i to wyrwane przeważnie dzięki zaangażowaniu jednego lub dwóch piłkarzy, wystarczą by zadowolić kibiców – niestety jest w błędzie.
Być może, gdyby na miejscu Wisły były dziś Cracovia, Termalica lub Lechia – ich zwolennicy odbębniliby sukces opowiadając o skutecznej dotychczas walce o miejsce premiowane awansem do europejskich pucharów ale… na Wiśle to nie przejdzie. Ewidentnie bowiem, przy Reymonta nic nie działa tak jak powinno. I na nieszczęście albo i szczęście Wiślaków, widzą to wszyscy dookoła.

 Fani, czy to klubu z Krakowa czy któregokolwiek innego, nie są ciemną masą, która klaszcze kiedy zobaczy kartkę z napisem „Aplauz!” lub uwierzy, że drużyna jest na dobrej drodze do walki o najwyższe cele, jeżeli zespół prezentuje kieski poziom i ciuła punkty w niewyobrażalnych wręcz bólach. Ci ludzie od kilkunastu lub nawet kilkudziesięciu lat oglądają w akcji zapewne nie tylko polskich piłkarzy i bez wątpienia mają pojęcie o wszystkich aspektach takiego tworu jakim jest piłka nożna. Na czele z taktyką. Robić ich w bambuko na słodkie oczy się nie da. To nie te czasy.  Jeżeli na pokładzie klubowym znajduje się jakaś czarna owca, psująca od środka kolektyw drużyny, z całą pewnością, kibice będą pierwszymi, którzy wskażą zatrute źródło. Nieważne czy będzie to trener, jeden czy kilku piłkarzy czy chociażby działacz. W Wiśle przerabiali to już nie raz…

 Mimo zgromadzonego dorobku punktowego, gra Wiślaków nie tylko nie zachwyca ale wręcz kłuje w oczy. Bez ładu i składu. I co najgorsze, bez pomysłu na grę bo: ‚długa na Carlitosa i nich on coś wymyśli’ pomysłem profesjonalnej drużyny piłkarskiej na pewno nie jest. Choć trzeba w tym miejscu przyznać, że od początku sezonu to jedyna treść, jaką piłkarze Wisły przenoszą z założeń na murawę.
Poza samym Carlosem Lopezem na próżno szukać jakichkolwiek pozytywów w grze Wiślaków. No, może wspomniana już ‚gra do końca’, jak przystało na prawdziwych mężczyzn mogłaby działać na korzyść piłkarzy oraz trenera ale nawet to nie zamazuje krytycznej opinii całokształtu.
Wszyscy dokoła wiedzą, że na samym Carlitosie krakowianie nie dojadą za daleko a choćby się chciało znaleźć jakiś inny punkt zaczepienia, na podstawie którego Wisła miałaby oprzeć swoją dobrą grę – będzie o to niezwykle ciężko.
Patrząc na spotkania drużyny Kiko Ramireza – co prawda można by czekać na jakiś fajny akcent z ich strony ale prawda jest taka, że prawdopodobnie, czekać będzie się od pierwszej do ostatniej minuty meczu i poza samotnym błyskiem hiszpańskiego snajpera nie uświadczy się nic, co ruszyłoby odpowiedzialną za odczuwanie przez nas przyjemności część naszego mózgu.

 Naprawdę, jak mawia klasyk: Nie ma się co śmiać. Kibicom Wisły można jedynie współczuć.
Dla obserwatora z boku, sprawa wydaje się niby prosta bo w klubie z Reymonta jest aktualnie pokaźna grupa naprawdę dobrej jakości piłkarzy. Cały paradoks tkwi jednak w małym szczególe (lub dużym, jak kto woli) – Nikt bowiem nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, co dzieje się z zasobami ich umiejętności i talentu w momencie kiedy postawią nogę na murawie. Czy ktoś tych panów zaczarował?
Nikt mi nie powie, że nagle cała grupa piłkarzy zapomniała, jak grać w piłkę. Tak to nie działa…

 Na papierze, Wisła Kraków ma chyba najsilniejszą kadrę w lidze. +/- osiemnastu piłkarzy, którzy talentem, umiejętnościami czy doświadczeniem prezentują się naprawdę nieźle. Jakim cudem ci sami zawodnicy na murawie prezentują się jak juniorzy? To naprawdę niezwykle trudno wytłumaczyć.
Sadlok, Małecki, Cywka – w poprzednim sezonie, cała trójka nie raz i nie dwa potrafiła zachwycić swoją grą. Małecki znów prezentował poziom, z jakiego znany był w czasach swojej świetności w Wiśle. Cywka rozegrał chyba najlepszy sezon w swojej karierze, kibice, na widok jego gry przecierali oczy ze zdumienia, nikt wcześniej nawet nie przypuszczał, że ten zawodnik w ogóle potrafi wejść na takie obroty. Sadlok prezentował wyśmienitą formę i aspirował do tytułu najlepszego ofensywnego obrońcy w lidze. Cała trójka, nie tylko w oczach kibiców Wisły, mocno pukała do drzwi z napisem Reprezentacja Polski. Temu pierwszemu otworzył je przecież sam Adam Nawałka.
Na dzień dzisiejszy, ktoś kto nie zna możliwości tych panów, mógłby zapytać czy naprawdę są to piłkarze profesjonalni czy jednak wyciągnięto ich z amatorskiej osiedlowej drużyny. Cała trójka nie prezentuje nawet pięćdziesięciu procent zaangażowania, którym raczyła nas w zeszłym sezonie. Na dzień dzisiejszy, ciężko powiedzieć czy któryś z nich załapałby się na angaż w Garbarni. Przecież taki Małecki, od początku sezonu nie zagrał ani jednego przyzwoitego spotkania a jedynym błyskiem z jego strony była przepiękna bramka. O pozostałych można nawet nie wspominać, bo o czym?  Co się stało z formą ale przede wszystkim z ambicją ww. piłkarzy?

Jedźmy dalej, obrona w składzie -wspomniani już -Sadlok i Cywka oraz Głowacki i Gonzalez. Niby z daleka wieje doświadczeniem i pełną profeską a rezultat z połączenia tych panów jest taki, że Wisła traci bramki jak na zawołanie. I najczęściej, rywale wcale nie muszą się natrudzić aby je zdobyć. W trakcie meczów, określenia jakie nasuwają się względem gry formacji obronnej Wisły, nie nadają się do publikacji. Aż dziw bierze, że dotychczas żadnemu z komentatorów nie wymsknęły się salwy śmiechu, patrząc na parodię odstawianą przez defensorów Wisły. Brawo oni. Naprawdę, szacunek Panowie.
O ile obecną formę Głowackiego można wytłumaczyć jeszcze jego wiekiem o tyle na zachwycającego w tamtym sezonie Hiszpana, w tym bardzo trudno znaleźć wytłumaczenie jego słabej gry.

Środek pola – do póki w drużynie był Brlek – można było użyć wobec gry krakowskiej drużyny jakichś przymiotników kojarzących się z dobrą grą. W momencie gdy Chorwat zamienił polską ligę na Serie A, wszyscy na siłę szukają jakiegokolwiek powiewu pozytywnej gry i można by wymienić nazwiska Lloncha, Bashy, Wojtkowskiego czy Halilovicia ale poza pojedynczymi przebłyskami, obraz całości jest niespójny i niestety dla wszystkich bezproduktywny.
Patrząc na brak zaangażowania obrońców i defensywnych pomocników Wisły, tęskno robi się nawet na wspomnienie o Alanie Urydze…

Nie możemy zapominać także o Brożku czy Boguskim, którzy podobnie jak reszta ‚starych’ Polaków mocno obniżyła loty. Czy w przypadku ww. dwójki oraz Głowackiego, Sadloka, Małeckiego i Cywki możemy już podejrzewać jakieś przejawy buntu wobec hiszpańskiej rewolucji?

No właśnie, Hiszpanie i gracze z Hiszpanii, czyli transfery Manuela Junco i Kiko Ramireza: Cuesta, Gonzalez, Velez, Llonch, Perez, Carlitos, Imaz, Ze Manuel – wszyscy wymienieni, swoim doświadczeniem oraz piłkarskim CV nakrywają większość ligowców czapką. Oczekiwano, że wraz z Arsenicem, Halilovicem i Kostalem wniosą do Wisły nową, lepszą jakość. Że wprowadzą do polskiej ligi trochę…hmmm, może inaczej, że dzięki nim, zarówno Wisła, jak i polska liga wejdzie na wyższy poziom. Level expert?
Niestety, coś poszło nie tak i poza Lopezem cała reszta wygląda jakby przyjechała tu za karę. Na truskawki czy coś…

 Niby z boku wszystko jest tak, jak być powinno. Są piłkarze, naprawdę świetni jak na polską ligę gracze. Klub wychodzi z długów, w tabeli Wisła zajmuje wysoką pozycję a jednak jakiś szkopuł powoduje, że piłkarski Kraków płacze. 1/3 opłakuje ostatnią pozycję klubu z Kałuży a cała reszta tkwi w zawieszeniu, gdzieś pomiędzy nadzieją, zwątpieniem i zmartwieniem z powodu niezrozumienia tego co aktualnie dzieje się w ich ukochanej Wisełce.
Tak naprawdę, chyba łatwiej byłoby zrozumieć i oglądać grę występy drużyny z Reymonta gdyby była ona po prostu słaba sama w sobie. Za słaba na wygrywanie, za słaba na walkę o puchary. Cały problem tkwi w tym jednak, że Wisła jest mocna i ma predyspozycje aby walczyć o najwyższe cele a wszystko wskazuje na to, że za chwilę będzie walczyć ale o utrzymanie…

 Wszyscy, którzy szukali winnych słabości Wisły, którzy oczywiście nie wierzą w to, że gracze sprowadzeni do Krakowa to piłkarski szrot a jedynie chwilowo nie potrafią pokazać pełni swoich umiejętności, winą za słabą grę obarczają trenera – Kiko Ramireza. Czy słusznie? W tym momencie to chyba jedyny właściwy trop.
O ile na początku można było wierzyć, że Hiszpan jest naprawdę niezłym trenerem, na którym nikt dotychczas się nie poznał, o tyle na dzień dzisiejszy można zacząć wierzyć, że dobra runda w wykonaniu Wisły pod wodzą Ramireza, jeszcze na początku jego pobytu w klubie, była jeszcze zasługą pracy Dariusza Wdowczyka a Kiko zebrał tylko laury, wprowadzając w chłopaków nieco świeżości.
W ogóle z hiszpańskim szkoleniowcem jest taki problem, że pod jego wodzą Wisła zawodzi przeważnie kiedy akurat nikt się tego nie spodziewa. Przed meczem zapowiada się na ogromną chęć dokopania rywalom, wyciągnięcie najcięższych dział i w ogóle ambicjonalne podejście do obowiązków by później, kibice, z grobową miną i niedowierzaniem zapytali: dlaczego?
Dlaczego Wisła prezentuje tak żenującą grę? Dlaczego z uporem maniaka Kiko wystawia Carlitosa na szpicy, kiedy najlepiej prezentuje się on za plecami innego napastnika, kiedy dostaje nieco miejsca i swobody do czarowania piłką? Dlaczego większość piłkarzy nie prezentuje poziomu nawet w połowie zbliżonego do tego z poprzedniego sezonu? Dlaczego nowi piłkarze z miejsca wchodzą do wyjściowego składu, mimo że nie wywalczyli sobie tego prawa dobrą grą?
Kurcze, aż chciałoby się teraz przenieść na salę, być może konferencję prasową lub konfrontację piłkarzy i trenerów z dziennikarzami i kibicami. Aż chciałoby się usłyszeć odpowiedzi na nurtujące nas wszystkich pytania i przede wszystkim u źródła dowiedzieć się, kto bierze na barki winę za tak tragicznie słabą grę drużyny?

 Kiko Ramirez swoimi decyzjami, doborem piłkarzy do taktyki oraz brakiem jakiegokolwiek pomysłu na grę swojego zespołu, w zastraszającym tempie zatracił zaufanie, jakim przez długi czas obdarowywali go kibice i działacze Wisły. Pan Ramirez jakby nie pasował do układanki, której sam jest autorem. Co najgorsze, szkoleniowiec jest bardzo sympatycznym człowiekiem a po wystąpieniu w Canal+ czy podczas wywiadów przedmeczowych dał się poznać także jako niezwykle inteligentny. Jak widać, wszystkiego mieć nie można…
Błędy Hiszpana w prowadzeniu krakowskiego klubu wyrastają jak grzyby po deszczu, a wraz z nimi mnożą się nieprzychylne szkoleniowcowi opinie.
W ostatnim czasie, w Internetach, Ramireza (wzorem wielkiego Arsena Wengera) powoli zaczyna się żegnać, albo raczej dawać mu do zrozumienia iż sam powinien powiedzieć pas, hashtagiem #KikoOut. Czy jednak Hiszpan, albo chociaż działacze Wisły zrozumieją ten przekaz?
Czy może warto jednak jeszcze poczekać i dać trenerowi Wisły nieco swobody? Z jednej strony zwalnianie Ramireza już teraz, może wiązać się ze sporym ryzykiem. Jeżeli do Krakowa zawita inny szkoleniowiec, który nie będzie umiał ujarzmić hiszpańskiej grupy piłkarzy lub rzeczywiście, okażą się oni jedynie piłkarskim szrotem, Wisła będzie miała jeszcze większy problem a dotknięty Kiko zatriumfuje.
Z drugiej strony, jeżeli jakiś inny trener będzie potrafił wyciągnąć z obecnej kadry jakość, którą wydaje się, że większość z piłkarzy posiada, a której nie pokazują, Wisła mogłaby jeszcze wiele ugrać w tym sezonie.
Na Wiślackich forach, coraz częściej daje się zauważyć nazwisko Kazimierza Moskala jako potencjalnego następcy Kiko i… może rzeczywiście, powrót legendy krakowskiego klubu wcale nie byłby takim głupim pomysłem. Za jego rządów, Wisła grała naprawdę fajną dla oka piłkę, za to miała niewyobrażalnie dużo nieszczęścia, szczególnie w stosunku do sędziów.  Miała też wtedy słabą i dosyć dziurawą kadrę. Biorąc więc pod uwagę, że obecnie karma do klubu z Reymonta wraca i nieco szczęśliwie oddaje punkty Krakowianom a kadra zespołu pęka w szwach – z tej mąki mógłby wyjść niezły chleb.
Więc jak? Może warto zaryzykować? Bo… Kto nie ryzykuje ten nie pije szampana! A jeśli w klubowym barku nic w tym momencie nie ma, do ‚Żabki’ naprawdę niedaleko…

Polska trenerami stoi… Czyli Nawałka wybrał szeroki skład na Euro!

adam-nawalka_25605732

Na chwilę dało się chyba zapomnieć, że nasz ukochany kraj zamieszkuje niezliczona ilość trenerskich talentów. Oczywiście, tylko garstka jak się okazuje, może poszczycić się papierami potwierdzającymi fach w ręku ale cała reszta, oj,  ta cała reszta ma niewyobrażalny… trenerski nos! Jakieś 80% polskiego społeczeństwa doskonale zna się na wszystkich tajnikach pracy szkoleniowca i choć w swoich CV nie mogą dopisać sobie żadnej notki potwierdzającej wykonywanie jakichkolwiek czynności w ów zawodzie, mają świadomość swojego talentu i przeznaczenia. Oj marnują się nam rodacy… Aż dziw bierze, że w całej historii futbolu, tylko dwóm szkoleniowcom udało się osiągnąć dobry wynik na arenie międzynarodowej. Niestety tylko jeden z nich prowadził naszą reprezentację…

Ale do rzeczy: Adam Nawałka ogłosił szeroką kadrę na zgrupowanie przed wyjazdem na Mistrzostwa Europy do Francji. Kadra ta liczy 28 zawodników:

Bramkarze: Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, Artur Boruc, Przemysław Tytoń

Obrońcy: Thiago Cionek, Paweł Dawidowicz, Kamil Glik, Artur Jędrzejczyk, Michał Pazdan, Łukasz Piszczek, Bartosz Salamon, Jakub Wawrzyniak

Pomocnicy: Jakub Błaszczykowski, Kamil Grosicki, Tomasz Jodłowiec, Bartosz Kapustka, Grzegorz Krychowiak, Karol Linetty, Krzysztof Mączyński, Sławomir Peszko, Maciej Rybus, Filip Starzyński, Paweł Wszołek, Piotr Zieliński

Napastnicy: Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik, Mariusz Stępiński, Artur Sobiech

Na turniej, nasz selekcjoner może zabrać jedynie (Ranieri pewnie powiedziałby w tym miejscu ‚aż’ ) dwudziestu trzech graczy i wiadomo, że nie dla wszystkich zbliżające się wielkimi krokami zgrupowanie, będzie miało szczęśliwe zakończenie. Pięciu graczy będzie bowiem musiało opuścić je ze skwaszonymi minami i poczuciem niewykorzystanej szansy.
Patrząc jednak na reakcję większości Polaków, Nawałka decydując się na taką a nie inną ekipę, wywołał burzę lamentów, jaką swego czasu udało się już wytworzyć Pawłowi Janasowi. Każdy to zna: Dlaczego ten a nie tamten? Co w kadrze robi ten, dlaczego nie ma tamtego? itd…
Naprawdę, komentarze kibiców polskich selekcjonerów (z zamiłowania, nie z wykształcenia) dają do myślenia. Niektóre wręcz prowokują do rzeczowego myślenia i chęci zadania wielu pytań. Np: Czy nie sensowniej było powołać 48-osobową kadrę i z bliska przyjrzeć się każdemu? Może jakieś dodatkowe testy? Frank de Boer będąc w tak klarownej sytuacji jaką ma Adam Nawałka, zapewne zdecydowałby się na wyścigi sprinterskie i na Euro pojechaliby ci najszybsi. Milik przynajmniej nie musiałby się przejmować jakimś turniejem we Francji i zamiast tego, przebierałby w wakacyjnych ofertach. Może podobnego problemu nie miałby też Lewandowski? Rzeczywiście, Nawałka słabo kombinuje. Ale zaraz, zaraz… Może po ostatnim spotkaniu Lechii z Legią, stwierdził, że pomysł na zaskoczenie rywala wystawieniem nawet sobie nieznanego składu, pożądanego efektu na pewno nie przyniesie? Dobrze, że mógł wyciągnąć wnioski z błędów Czerczesowa bo dla nas Polaków oznacza to mniej więcej tyle, iż na ten moment, turniej dla naszej reprezentacji jeszcze się nie zakończył.

Teraz na serio, czy przez cały okres swojej kadencji Nawałka dał komuś powody do wątpliwości na temat jego pracy czy jakichkolwiek podjętych decyzji? No właśnie! Nawet kiedy wydawało się, że jego wybory to są oderwane od rzeczywistości i większość z nas kręciła na nie nosem, zawsze wychodził z nich obronną ręką, ba prawie zawsze okazywało się, że po prostu miał rację. Najlepiej więc, dla nas i dla niego będzie, jeśli każdy Polak czujący się lepszym kandydatem od Nawałki na stanowisko selekcjonera, przynajmniej do zakończenia Euro 2016, najzwyklej w świecie – odpuści. Nawałka doskonale zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i konsekwencji swoich decyzji. Były one na pewno przemyślane i dokładnie analizowane. Do Francji pojedzie grupa zgrana i idealnie dopasowana. Z gotowym planem A, B i C. A pewnie i w zanadrzu Nawałka będzie miał kilka dodatkowych kart, by w decydującym momencie sięgnąć po jokera…
W tym momencie to w jego rękach spoczywa los naszej drużyny i jeśli w meczu przeciwko Niemcom chciałby wystawić Dawidowicza, albo jeśli w ataku na Ukrainę wyszedłby Boruc – powinniśmy to zaakceptować. Sąd ostateczny nad selekcjonerem będzie miał miejsce dopiero po finałach a jeśli wtedy, dane nam będzie świętować jakiś sukces, wszystkim niedowiarkom będzie po prostu wstyd. Ale czy wtedy ktoś się przyzna, że zwątpił?

Do szerokiej kadry nie udało się trafić Borysiukowi, Teodorczykowi, Mili, Wolskiemu czy Szukale. Wśród niezadowolonych, pojawiają się także głosy wspominające o Wasilewskim czy Małeckim. I owszem, wśród tych zawodników są tacy, którzy tej drużynie mogliby coś dać ale… jeśli nie zdaliby egzaminu, za ich powołanie oberwałby Nawałka, nie grupa wszechwiedzących treneiro (z zamiłowania, nie z wykształcenia). Fajnie, że o powołaniach decydowała aktualna forma i umiejętności oraz sto tysięcy innych argumentów, o których nie mamy nawet pojęcia a nie zasługi. Te szybko mogłyby wyjść nam bokiem w sytuacji zagrożenia, kiedy potrzebowalibyśmy wyjścia awaryjnego…

Dzień po jednej z ważniejszych decyzji ale jeszcze nie najważniejszej w wykonaniu Adama Nawałki, śmiało możemy przyznać, że dobrze, iż papierów trenerskich nie można od tak kupić sobie na czarnym rynku!

Świetnie opakowany spektakl z fatalną obsadą i buraczaną publiką!

635978083851590664

Chyba pierwszy raz w historii rodzimej piłki, Puchar Polski osiągnął rangę, jaką jego zagraniczne odpowiedniki mogą poszczycić się już od wielu lat. To zasługa przede wszystkim Zbigniewa Bońka, który z powodzeniem podnosi poziom polskiego futbolu na różnych jego odnogach, od piłkarskich akademii, przez rozgrywki seniorów, aż po Reprezentację Polski. Teraz w sposób iście królewski opakował kolejne sportowe wydarzenie, drugie, po Mistrzostwie Polski trofeum, któremu do tej pory brakowało wiele by w jakiś szczególny sposób mógł budzić większe zainteresowanie u piłkarzy i kibiców. Do teraz, choć poziom organizacji, pomysłu na to wydarzenie i blichtru w okół niego to jedno, a drugie to ludzie, którzy wywalczyli sobie prawo do uczestnictwa w tym wielkim piłkarskim święcie, przy czym nie do końca zaznajomili się wcześniej z regulaminem imprezy…

W ogóle, finał PP w tym roku mógł nieco przypominać spektakl w teatrze, na który tabunami wybierają się szkoły. Niby miejsce i okazja zobowiązują do pewnych zachowań albo i ich zaniechania a jednak, słoma z butów oraz brak wychowania wychodzi.
Wielkie widowisko na jednym z najpiękniejszych stadionów świata, sędziowane przez najlepszego polskiego arbitra, z udziałem przynajmniej czysto teoretycznie dwóch najlepszych polskich klubów ostatnich lat, przy akompaniamencie dwóch czołowych grup kibicowskich w kraju, w towarzystwie Prezydenta RP oraz wielu innych ważnych osobistości polskiej sceny politycznej i sportowej. Cego chcieć więcej, chciałoby się zapytać?

A no właśnie… Ze wspólnego święta postanowili jako pierwsi wypisać się sami aktorzy tego widowiska, czyli piłkarze Lecha Poznań i Legii Warszawa, których gra tylko momentami dawała jakieś oznaki, iż mecz ten ma jakieś poważne podłoże sportowo – finansowe. Sorry panowie, z taką grą to wy na pewno nie zawojujecie świata, o Ekstraklasie nie wspominając. Z tego też powodu właśnie, fani klubu ze stolicy, powinni chyba na ostatnią prostą ligowej rywalizacji przygotować dla siebie i znajomych jakieś tabletki uspokajające, gdyż już w niedzielę ich podopiecznych czeka najważniejszy mecz tego sezonu i trudno przypuszczać by wracający do coraz lepszej formy Piast Gliwice, zagrał tak samo tragicznie, jak dzisiejszy rywal Legionistów… Podobno nic dwa razy się nie zdarza a każdy inny wynik niż zwycięstwo nad gośćmi z Gliwic, może dla Warszawiaków oznaczać pożegnanie z tytułem Mistrza kraju. Ich zwycięstwo nad Lechem w PP, wbrew pozorom tylko podniosło poziom trudności ich kolejnych spotkań ligowych. Dlaczego? Na dzień dzisiejszy, jeśli Legia sięgnęłaby po Mistrzostwo, równoczesne zdobycie przez nią Pucharu Polski, otwiera drogę do europejskich pucharów czwartej drużynie Ekstraklasy a o miejsce to walczą przecież kolejni rywale Warszawiaków, Lechia oraz Pogoń Szczecin. Trochę to wszystko zagmatwane ale czyż futbol nie jest wtedy ciekawszy? ESA37 świetnie zdaje swój egzamin, do ostatnich kolejek rywalizacja stoi na wysokim poziomie i w przeciwieństwie do poprzednich sezonów, nie ma czasu i możliwości na pamiętne mecze ‚ o pietruszkę’…

Wracając jednak jeszcze do zakończonego właśnie spotkania o Puchar Polski i kolejnego niepasującego do idealnej układanki elementu, trzeba spojrzeć na trybuny stadionu Narodowego, na którym aż roiło się od buractwa. Na ‚dzień dobry’, nie popisali się fani obu ekip, którzy wspólnie wygwizdali człowieka, piastującego najważniejszą funkcję w państwie. Brawo. Tysiące ludzi, na co dzień dumnie nazywających się patriotami, którzy nie potrafią okazać szacunku Prezydentowi. Polska jest chyba jedynym krajem na świecie, w którym aż tak duża grupa ludności wykazywałaby się w tym temacie tak dużą dozą hipokryzji. Ciekawe ilu z gwizdających ustawiło się w kolejce po pieniądze w programie 500+…
Jeśli komuś wydawało się, że pokaz buractwa zakończył się na ‚przywitaniu’ Prezydenta a kibice Lecha i Legii już do końca spotkania skupią się na dopingu i prezentowaniu kolejnych opraw, okraszonych racami, musiał porzucić swe nadzieje w momencie, w którym piłkarze ze stolicy zdobyli zwycięską, jak się później okazało, bramkę.
Fani Kolejorza, oburzeni fatalną postawą swoich zawodników, w jednej chwili postanowili zaprzepaścić lata walki polskiej sceny kibicowskiej o legalizację pirotechniki na stadionach. Brawo oni! Kolejne race lądujące na murawie Stadionu Narodowego, powodujące kolejne przerwy w meczu, szczególnie te trafiające w bramkarza oraz sędziego na pewno zostaną zapamiętane na długo. Szczególnie przez kieszenie właściciela klubu z Poznania. A i zapewne samych zainteresowanych.

Pewne jest jedno. Poznańscy kibice nie potrafili dorównać poziomem tym z Warszawy. Być może przez kompleksy a może po prostu próbowali zniżyć się do poziomu swoich piłkarzy, którzy nie tylko od dłuższego czasu kiepsko prezentują się na boisku ale także poza murawą, przynajmniej w osobie kapitana obrażają swoich fanów… Źle się dzieje w Poznaniu. W miejscu i klubie gdzie jeszcze niedawno uśmiech nie schodził z twarzy piłkarzy i kibiców mistrza Polski, teraz trwa jedna wielka żałoba.

Miejmy nadzieję, że za rok w finale kolejnej edycji Pucharu Polski spotkają się dwa zespoły, których zarówno piłkarze, jak i kibice staną na wysokości zadania i dopasują się swoją grą oraz postawą na trybunach do wielkiego święta, jakie miało mieć miejsce na Narodowym.

 

Barcelona obala swój własny mit! Blaugrana wcale nie taka wspaniała, jak ją malują…

barca

Ileż to razy w ciągu ostatnich kilku – kilkunastu miesięcy dane nam wszystkim było słuchać teorii o Barcelonie, jako najlepszej drużynie w historii wszech czasów? Drużynie, będącej maszyną do zabijania przeciwników i mającej być tą pierwszą, której dane będzie obronić tytuł najlepszego zespołu Europy?
‚Zbyt wiele’ – to chyba jedyna, właściwa odpowiedź.
Zbyt wiele słów i teorii w kontekście Blaugrany padło, by napompowany nimi balonik, w końcu nie wytrzymał ciśnienia i zwyczajnie pękł, rozpadając się na setki małych kawałeczków. Tysiące, jeśli nie miliony twierdzeń, dziś zamieniających się w wątpliwości, choć tak naprawdę, jedynym pytaniem, które dziś powinno nam się nasunąć na myśl, jest to, czy Luis Enrique ma wystarczająco mocny klej, by w krótkim czasie udało mu się na nowo posklejać te kawałeczki w jedną całość? Na Camp Nou nikt nie ma chyba wątpliwości, że ani trener, ani żaden z piłkarzy Barcelony nie mają czasu na żadne próby generalne i z marszu podejdą do testu, który ostatecznie da odpowiedź na to czy w kontekście tej drużyny będzie można kiedykolwiek użyć słów ‚NAJLEPSZA’, oraz czy jej szkoleniowca będzie można w ogóle brać pod uwagę w zestawieniach profesjonalistów.
Przecież Duma Katalonii jest właśnie na najlepszej drodze do koncertowego przerżnięcia sezonu 2015/16 i zyskania miana największych frajerów roku. A wiadomo, że jeśli tak się stanie, jeśli po odpadnięciu z rywalizacji Champions League, Blaugranie nie uda się wywalczyć także mistrzostwa kraju, winą za to, zostanie obarczony właśnie Enrique. Już widać te tytuły zrzucające karb odpowiedzialności za wyniki na słabe przygotowania i nieodpowiednie wymierzenie czasu osiągnięcia apogeum formy, które przypadło na sam… początek sezonu.

Właśnie tak. Barca od początku wskoczyła na poziom, który zarówno u kibiców jak i rywali wywoływał wielkie: ‚WOW’. Styl gry – niepowtarzalny i zapierający dech w piersiach. Kosmiczne posiadanie piłki, fantastyczna gra trio: Messi, Naymar i Suarez. Punkty nagromadzone przez drużynę Enrique oraz problemy największego jej rywala, Realu Madryt a także kolejne potknięcia Atletico, sprawiły, że Barca urosła do miana głównego faworyta wszelkich rozgrywek a jej kibice oraz media zaczęli spekulować, czy ta drużyna nie prezentuje poziomu, pozwalającego jej na zaszczytne miano najlepszej drużyny w historii futbolu.
Z każdym kolejnym spotkaniem, coraz więcej osób zaczynało wierzyć, iż w Europie nie ma dostatecznie dobrego rywala mogącego konkurować z Dumą Katalonii na jakimkolwiek polu. Już w styczniu ukoronowaną ją więc zarówno tytułem mistrza Hiszpanii, jak i Pucharem Króla oraz, przede wszystkim, zwycięstwem w elitarnych rozgrywkach Ligi Mistrzów. PRO-Barcelońska fala zachwytu urosła do ogromnych rozmiarów i zaczęła niekontrolowanie wymykać się poza dopuszczalny obszar. Cóż, dla niektórych, z różnych względów to okazało się zbyt wiele. A konsekwencje są niestety dla nich bolesne…

Fani Katalończyków niepotrzebnie dumnie prężyli się na wszelkich forach, naśmiewając z Realu Madryt, trapionego kolejnymi problemami. Wypominali im sprawę Benzemy, zakaz transferowy, wyrzucenie z Pucharu Króla, kompromitację w Grand Derbi, ogromną stratę punktową do ich klubu a nawet zatrudnienie na ławce trenerskiej niedoświadczonego Zidane’a. Jakby zapomnieli, że karma wraca i życie nie raz potrafi spłatać figle. Dziś sytuacja zmieniła się o 180 stopni i to Barcelona znalazła się na prześmiewczym świeczniku a jej kibice chowają swoje głowy w piasek. Jeśli chodzi o sprawę z zakazem transferowym, Real i Atletico na razie kary uniknęli, za to Barcelona już dawno musiała ją odcierpieć. O problemach z prawem Benzemy już raczej nikt nie pamięta, za to na czołówki gazet kryminalnych coraz częściej trafiają Messi i Neymar. Odpadnięcia z Pucharu Króla poprzez incydent z Czeryszewem, nawet nie sposób porównywać do odpadnięcia z Champions League na etapie ćwierćfinału a Zinedine Zidane, wbrew wszystkim swoim krytykom, jako szkoleniowiec Królewskich osiąga rezultaty lepsze niż jego bardziej doświadczeni poprzednicy. Kto mieczem wojuje – ten od miecza ginie?
W przypadku socios Barcelony, na pewno. Przede wszystkim dla nich, sytuacja w jakiej aktualnie znalazł się ich klub, powinna być lekcją na przyszłość i to bez względu na to, kto w końcowym rozrachunku zostanie Mistrzem La Liga. Ich zachowanie na pewno nie pomoże klubowi a całą otoczką jaką budują wokół niego, na pewno nie przysporzy jej kolejnych zwolenników. Włodarze Blaugrany nie powinni się więc dziwić, iż większość ligowych rywali, w walce o mistrzostwo kibicować będzie nie Barcelonie ale dwójce z Madrytu. I tutaj, biorąc pod uwagę podejście do rywalizacji w ostatnich kolejkach sezonu być może będzie to czynnik decydujący.

„Do póki piłka w grze…”, skąd my to znamy? Choć Katalończycy w pewnym momencie znaleźli się na królewskiej pozycji, z której wydawało się, iż będą tylko rządzić i dzielić, los okrutnie z nich zażartował. Pięć spotkań w lidze (z Villarealem, Realem Madryt, Realem Sociedad oraz Valencią) a także rewanżowy mecz z Atletico w LM wystarczyło by piłkarze Blaugrany zaprzepaścili wszystko co dotąd ugrali. Pięć spotkań! Właśnie o tyle, jak się okazało, Barca w przekroju całego sezonu(na pięć kolejek przed końcem) była lepsza od Atletico Madryt. To tyle co nic, a przecież swego czasu, wydawało się, że Barcelonę od całej reszty dzielą lata świetlne. Jakież to było naiwne… Sytuacja zmieniła się diametralnie i w wyścigu o mistrzostwo szanse wszystkich trzech zespołów stoją mniej więcej równo.
Mentalnie zarówno Atletico jak i Real biją dziś Barcę na głowę ale… Jak prezentuje się terminarz?

Barcelona: La Coruna (wyjazd), Gijon (dom), Betis (wyjazd), Espanyol (dom), Granada (wyjazd).
Atletico: Bilbao (wyjazd), Malaga (dom), Vallecano (dom), Levante (wyjazd), Celta (dom).
Real: Villareal (dom), Vallecano (wyjazd), Sociedad (wyjazd), Valencia (dom), La Coruna (wyjazd).

Najbardziej sprzyjający plan gier ma właśnie Duma Katalonii. Co więcej, tytuł w dalszym ciągu zależy tylko od nich i jeśli do końca rozgrywek uda im się uzbierać komplet punktów – będą mogli świętować. Real traci do swoich rywali jeden punkt, więc wciąż musi liczyć na ich potknięcie a Atletico, bez wątpienia, czeka najtrudniejsze zadanie.  Dodatkowo, zarówno Królewscy jak i Los Rojiblancos będą musieli skupić się nie tylko na walce o ligowe punkty ale także, a może przede wszystkim o finał Ligi Mistrzów, a jak wiadomo, gra na dwóch frontach nie raz dawała się we znaki.

Bez względu na wszystko, na to czy jednak to Barcelonie uda się obronić w walce o mistrzostwo Primera Division i wywalczyć Puchar Króla, i tak zostaną największymi przegranymi tego sezonu. Startując z nieosiągalnego dla wielu pułapu, na ostatniej prostej do piłkarskiego nieba, dali się ogolić na łyso. Koncertowo dali się ograć swojemu największemu rywalowi w Grand Derbi, jak dzieci pozwolili wyrzucić się z elity Europy Atletico, a także w mistrzowskim stylu roztrwonili całą przewagę nad tymi samymi rywalami w walce o mistrzostwo Hiszpanii. Barcelona właśnie osiągnęła dno. W kilka tygodni obaliła swój własny mit – najlepszej drużyny wszech czasów, notując przy tym najgorszą serię od ponad trzynastu lat. Całe wyobrażenie o tym zespole jako kwintesencji futbolu, właśnie zaczyna mijać. Kibice przecierają oczy ze zdumienia, uświadamiając sobie, że Barca wcale nie jest taka, jaką przez ostatnie miesiące wszędzie malowano. Jej wyobrażenie, zaczęło już uchodzić za piłkarską legendę. A krok dzieli ją od momentu, w którym teorię o jej wielkości włożymy między bajki.
Już teraz możemy być także pewni, iż w kolejnym plebiscycie Złotej Piłki, w czołowej trójce nie znajdzie się miejsce dla żadnego z piłkarzy Barcelony. Po raz pierwszy od dawna. Już teraz w wyścigu o miano najlepszego piłkarza w Europie trio MSN wyprzedzają półfinaliści Ligi Mistrzów, na czele z Cristiano Ronaldo, który szturmem podbija zarówno Champions League jak i La Ligę, a przecież przed nami Mistrzostwa Europy we Francji, na których zabraknie zarówno Messiego, jak i Suareza oraz Naymara. Możemy tylko przypuszczać, że po tym turnieju na głosy swoich rywali w większej mierze będą mogli liczyć chociażby Griezmann, Lewandowski, Vardy, czy kilku Niemców. I niech ten fakt mówi sam za siebie, bo choć echo odpadnięcia z LM jest nieco tonowane to jego skutki dla Blaugrany mogą być niezwykle bolesne. Jeśli Barca nie podniesie się z kolan, straci tytuł oraz da się ograć Sewilli w finale Pucharu Króla, sytuacja na Cam Nou będzie nie do pozazdroszczenia. Okazało się, że Katalończycy to nie nad-ludzie a styl naniesiony przez Enrique przestał robić wrażenie na rywalach, jak niegdyś dryblingi Ronaldinho. Co więcej, ostatnie porażki musiały zaboleć dużą grupę szkoleniowców, którzy odkąd stawiali swoje pierwsze kroki na kursie trenerskim, na którym uczeni byli jak ważnym elementem gry jest utrzymywanie się przy piłce. Ta teoria właśnie legła w gruzach, wraz z całym zespołem Barcelony.
Choć rzeczywiście, w jakimś stopniu piłkarze i trener piszą historię – chyba jeszcze nikomu nie udało się tak spartaczyć idealnej sytuacji. Kolejny raz zrobili coś spektakularnego ale tym razem nie słychać zewsząd braw ale gwizdy. Głośne buczenie obrazujące widok poległych. Życie, jak widać, jest niezwykle brutalne, a piłka nożna jeszcze bardziej. Jeśli ktoś jeszcze ma co do tego wątpliwości, niech zapyta fanów Dumy Katalonii. 

Wesołych Świąt!

boże-narodzenie-piłka-nożna_19-129498

Wszystkim kibicom w tym szczególnym okresie życzę…

By Reprezentacja Polski na zbliżającym się Euro sprawiła nam wszystkim wyjątkowy prezent…
By Ekstraklasa po zimowej przerwie wciąż dostarczała nam wspaniałych emocji…
By Mistrz Polski (ktokolwiek nim będzie) awansował w końcu do upragnionej LM…
By Agnieszka Radwańska wygrała w końcu turniej Wielkiego Szlema…
By Jerzy Janowicz wrócił do swojej najwyższej formy…
By Piłkarze ręczni walczyli jak lwy na ME…
By siatkarze grali jak wtedy gdy zdobywali złoty medal MŚ…
By biathlonistki sięgnęły po medale MŚ…
By skoczkowie latali najdalej… i wiatr im nie przeszkadzał ;)
By Marcin Gortat bił kolejne rekordy w NBA…
By Artur Szpilka nokautował rywali w pierwszej rundzie…
By wszyscy reprezentanci Polski godnie reprezentowali nasz kraj na międzynarodowej arenie i dostarczali kibicom mnóstwa radości i wzruszeń!
Sukcesów, zdrowia, siły i wytrwałości!

Kibice i sportowcy a syryjscy uchodźcy. Polscy kibice ponad podziałami!

Pudzian-Unia-415x260

Temat uchodźców jest aktualnie na piedestale zainteresowań wszystkich Europejczyków więc nie ma się co dziwić, że swój głos w sprawie zabierają także sportowcy i kibice. Jednym los pokrzywdzonych jest na tyle ważny, że angażują się nie tylko w słowa wsparcia ale też materialną pomoc, inni, którzy w imigrantach widzą jedynie konia trojańskiego, nie tylko głośno ich krytykują ale też jasno i wymownie pokazują swój sprzeciw inicjatywie przyjęcia ich na teren Starego Kontynentu.

Tenisista Andy Murray zapowiedział, że na pomoc dla Syryjczyków przekaże 50 funtów za każdego zaserwowanego asa do końca roku.
Cristiano Ronaldo wraz ze swoim klubem zaprosili do Madrytu dwójkę uchodźców – ojca z synem. Temu pierwszemu, pracę zaproponowało Getafe.
Barcelona i Atletico wsparły kampanię zbierającą pieniądze dla uchodźców m.in. przeznaczając na licytację koszulkę z podpisami zawodników.
UEFA nakazała wszystkim klubom, które dotarły do fazy grupowej LM i LE by te przekazały na rzecz uchodźców część od każdego sprzedanego biletu na mecz tych rozgrywek.

Wiele innych znanych klubów oraz osobistości ze świata sportu dołącza do akcji pomocy islamskim imigrantom, jednak po przeciwnej stronie barykady stoi dużo większe grono…

Mariusz Pudzianowski na swoich fan page’ach ostro wypowiada się na temat nie tylko samych przybyszów z Syrii ale też wszystkich, którzy pragną nieść im pomoc.
Polskie kluby, Lech Poznań i Legia Warszawa sprzeciwiły się całej inicjatywie, jednak aby nie narazić się piłkarskiej centrali, sprytnie ominęli nakaz UEFA, przekazując pieniądze… polskim uchodźcom.

Jeszcze bardziej alergicznie na całą sprawę reagują polscy kibice, którzy co mecz dają do zrozumienia gdzie mają uchodźców i do czego może dojść, jeśli ci zostaną wpuszczeni na tereny Polski.

z18803247II witajcie-w-piekle kibice-wigier-suwalki-z-banerem-przeciwko-imigrantom-e1442253193961 e6906f4b01_2 dscn1043.360 11059952_1008687892521467_282429491191545041_n 635778390852491428

Choć nie wiadomo jak i czy w ogóle zakończy się problem z imigrantami, w Polsce tak bardzo niechcianymi, to trzeba przyznać, że dzięki nim, czy też przez nich, możemy zobaczyć coś pięknego, co aktualnie się dzieje na naszym podwórku. Kibice wszystkich klubów jednoczą się dla swojego kraju. Pod sztandarem polskiej flagi, są w stanie zapomnieć o nienawiści, którą na co dzień do siebie żywią i stanąć ramię w ramię by walczyć o wolność dla Polski. To wszystko napawa dumą i optymizmem. A przynajmniej powinno. Można sobie wyobrazić, że w razie potrzeby, kiedy politycy zabunkrują się w bezpiecznych schronach lub będą błagać o litość, albo gorsza, uciekną za granice naszego kraju, kibice zostaną, jako ostatni zejdą z placu boju, nie ważne czy z tarczą, czy na tarczy, ważne, że z honorem. To im przyjdzie ratować życie tym, którzy na co dzień im je uprzykrzają ale o tym media nigdy nie napiszą…

Czy Biała Gwiazda wróci do gry? Wisła Kraków to nasza historia…

Któż jeszcze kilka lat temu przypuszczałby, że najlepszy wtedy polski klub piłkarski tak bliski będzie dna? Chyba nawet najstarszym góralom nie śniło się, że zespół, który sezon w sezon w cuglach sięga po mistrzowski tytuł, że drużyna, która co roku, z lepszym bądź gorszym skutkiem,  reprezentuje Polskę na międzynarodowej arenie nagle stanie się zwykłym średniakiem, który każdą złotówkę najpierw dokładnie oglądnie z obu stron i trzy razy zastanowi się zanim ją wyda. Tak to wygląda obecnie. Ile jeszcze potrwa taki stan rzeczy?

Włodarze krakowskiego klubu, jego kibice oraz zapewne wszyscy, którzy mają dobro polskiej piłki na sercu, mocno wierzą w to, że już niedługo wszystko się zmieni. W tym celu stworzono projekt odbudowy potęgi klubu z Reymonta, w którym to główną rolę odgrywają właśnie fani Białej Gwiazdy. Klub przygotował dla nich kilkanaście wspaniałych nagród, które za pośrednictwem strony: fans4club.com/pl-nasza-historia mogą oni wykupić i wspomóc swój ukochany klub.
Wisła ustanowiła trzy cele akcji, każdemu przyporządkowując daną kwotę, która jednocześnie odpowiada ilości zajętych miejsc na stadionie im. Henryka Reymana w czasie zwieńczenia całego przedsięwzięcia, czyli na wielkim meczu, w którym przyjdzie się zmierzyć obecnym piłkarzom z byłymi klubowymi gwiazdami.
To na pewno nie lada gratka dla sympatyków krakowskiej drużyny a dla wielu z nich zapewne spełnienie marzeń. Już teraz wiadomo, że w drużynie Gwiazd zagrają na pewno: Tomasz Frankowski, Kamil Kosowski, Maciej Stolarczyk czy Mirek Szymkowiak. Jeśli Wiśle udałoby się ściągnąć także zawodników pokroju Mauro Cantoro, Juniora Diaza, Marcelo, Jakuba Błaszczykowskiego, Sergieja Pareiko, Marcina Kuźbę, Angelo Huguesa, Marcina Baszczyńskiego, Kalu Uche, Jeana Paulistę, Tomasza Kłosa czy Radka Sobolewskiego, nikt nie martwiłby się o frekwencję i końcową sumę całego projektu.
Krakowski klub na pewno mógłby odetchnąć z ulgą i co najważniejsze, zyskać drugie życie…

Cała akcja trwa dopiero sześć dni. Na ten moment wzięło w niej udział ‚tylko’ 1597 kibiców a zebrano już ponad 221 tysięcy złotych, co stanowi 58% wykonanego planu. Codziennie o akcji dowiadują się kolejne osoby a klub dorzuca następne nagrody, które w mgnieniu oka znajdują swoich nabywców. Jeśli wszystko będzie rozwijać się w takim tempie, Wisła osiągnie więcej, niż zakładała. Być może mecz, który zostanie rozegrany na Reymonta już 10.10.2015 roku nie tylko będzie zwieńczeniem akcji ale wielką imprezą świętującą powrót Białej Gwiazdy na salony. Miejmy nadzieję, na zdrowie polskiej piłce!

Czy Radwańską stać na wielki powrót?

635714531417541353

Przeciętnemu kibicowi Tenisa w Polsce z dużą trudnością przyjdzie chyba przypomnienie sobie ostatniego pro-Wimbledońskiego okresu, który byłby aż tak słabo naelektryzowany nadzieją na sukces w tym turnieju Agnieszki Radwańskiej, jak miało to miejsce w tym roku. I prawdopodobnie, każdy stwierdziłby, że było to ładnych parę lat temu, wtedy, kiedy Agnieszka dopiero pukała do bram tenisowej elity. To prawda. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. I u Radwańskiej, i w głowach kibiców.
Jeszcze trzy, dwa lata temu, zarówno nasza reprezentantka jak i jej fani podchodzili do londyńskiego turnieju, jak do najważniejszej imprezy w całym sezonie, licząc na wielki sukces i zdobycie upragnionego trofeum. Radwańska wygrywała turnieje, pokonywała kolejne rywalki i toczyła niezapomniane boje z najsilniejszymi tenisistkami rankingu WTA. Z każdym turniejem, coraz bardziej umacniając swoją pozycję w czołowej dziesiątce tegoż rankingu.  Każdy kibic Isi wiedział, że stać ją na zwycięstwo w największych imprezach i kiedyś w końcu do tego dojdzie, a gdzie jeśli nie na jej ukochanej trawie? Teraz wszystko obróciło się o 180 stopni i po tragicznym okresie gry w jej wykonaniu, po kilku fatalnych występach i wstydliwych porażkach, obraz łączący Radwańską z pucharem Wielkiego Szlema potraktowano by raczej jako cud, aniżeli spełnienie marzeń czy nadziei. Co po niektórzy słysząc owe zestawienie słów, pokręciliby zapewne głową z niedowierzaniem, lub po prostu zaśmiali, traktując to jako żart. I do tych ostatnich, nawet najwierniejsi fani talentu naszej reprezentantki nie powinni mieć pretensji, gdyż Agnieszka w ostatnim czasie nie tylko nie rozpieszczała nas swoją grą ale często doprowadzała do rozpaczy. Nie wystarczy też dwojga rąk by policzyć, ileż to zawiedzionych serc zostawiła, schodząc z kortu jako pokonana…

Ale dziś, czyż w tunelu wreszcie nie pojawiło się światełko? Czy analizując pierwszą, zakończoną już część dwutygodniowej londyńskiej batalii, oraz tę drugą, sondując szanse, tych, którzy wciąż utrzymali się na rozpędzonym rollercoasterze, Agnieszka Radwańska nie wyrasta na kogoś, kto śmiało mógłby się wcielić w postać czarnego konia Wimbledonu? Któż jak nie ona? Bramy do raju, czyli finału londyńskiego turnieju, stoją przed Polką otworem!

Śmieszny w tym wszystkim jest jednak fakt, iż owe bramy otworzyła przed Polką nie jej świetna gra a Jelena Janković. Tak, Serbka wyeliminowała z drogi do finału Radwańskiej, największą przeszkodę, na jaką Agnieszka mogła natrafić, czyli Petrę Kvitovą. A skoro z kursu kolizyjnego zniknęła zawodniczka, traktowana przez kibiców jako większa faworytka do triumfu, niż takie tenisistki jak chociażby Szarapova czy Azarenka, to któż mógłby zatrzymać rozpędzoną maszynę z Polski?
Zacznijmy od tego, że mówimy teraz tylko i wyłącznie o połówce drabinki. Patrząc bowiem na listę wszystkich zawodniczek pozostałych w turnieju, sytuacja Agnieszki, już tak klarownie by się nie przedstawiała. Na jej korzyść świadczy jednak fakt, iż najmocniejsze ogniwa kobiecego Tenisa znalazły się po przeciwnej części drabinki i Radwańska mogłaby się z nimi spotkać dopiero w finale. Obie siostry Williams, Azarenka, Bencic, Szarapowa, Diyas, Vandeweghe i Safarova – o nich, na ten moment, Polka myśleć nie musi, za to zestaw jej potencjalnych rywalek w drodze do finału, nie prezentuje aż takiej siły rażenia, co rzeczywiście może u kibiców budzić nowe nadzieje.  Bo czy rywalizacja, patrząc po kolei, z pogromczynią Kvitovej, Janković, Keys, Govortsovą, Bacsinszky, Niculescu, Maguruzą czy Woźniacki budzi w kibicach strach, podobny do tego, który towarzyszy nam przy okazji pojedynków z Sereną Williams czy Marią Szarapową? Nie oszukujmy się. Agnieszka nie mogła lepiej trafić. Teoretycznie najmocniejsze z tej grupy, Jankovic i Wozniacki, nie będą w starciu z Radwańską faworytkami, pierwsza ze względu na formę i bezpośrednie pojedynki, druga, przede wszystkim, ze względu na nawierzchnię. Polka, jeśli sama czegoś nie spieprzy i rzeczywiście uwierzy w swoje możliwości, powinna awansować do finału.

Może się okazać, że Aga poprawi swój największy wynik w karierze i to dosyć niespodziewanie, w czasie gdy rozczarowywała swoją grą kibiców i samą siebie, gdy tak wielu zdążyło spisać ją już na straty i szumnie głosić upadek polskiego Tenisa. Oczywiście, nie czas jeszcze na pompowanie balonika i głoszenie sukcesów, kiedy turniej jeszcze nie wkroczył nawet na ostatnią prostą i tak naprawdę, kiedy nikt do końca jeszcze nie wie, w jakiej formie jest Radwańska, bo, z całym szacunkiem, Dellaqua, Tomljanovic i Hradecka nie są tenisistkami, z którymi zwycięstwo można jakoś nad wyraz świętować, ani nawet ogłaszać wielkiego powrotu do ścisłej czołówki ale… to chyba odpowiedni czas by okoliczności i wiara znów dały nam się ponieść tej hurraoptymistycznej fali wypełnionej po brzegi nadzieją na sukces. Aga! Nie spieprz tego!

Wojna w Krakowie! Kiedy swój ruch wykona Cupiał?

W ostatnich tygodniach świat piłki elektryzowały wielkie pojedynki hegemonów (m.in. Realu z Barceloną czy Manchesteru United z The Citizens)oraz informacja o planowanej rewolucji w futbolu reprezentacyjnym. Kibiców w Polsce natomiast, wciąż jeszcze rozgrzewa wojna pomiędzy Jackiem Bednarzem i fanami Wisły…

Kiedy wydawało się, że krakowski klub wraca na właściwe tory a na Reymonta znów zaświeci słońce, wybuchła prawdziwa bomba. Bomba, którą w podziemiach własnoręcznie skonstruował Jacek Bednarz, i która przyniosła ogromną liczbę ofiar.
Race… Z tego właśnie powodu, Prezes Wisły wytoczył w kierunku kibiców potężne działa. Co nim kierowało, kiedy obmyślał swój misterny plan? Nie wiadomo. Jedni uznają, że pójście na otwartą wymianę ciosów ze środowiskiem kiboli charakteryzuje się nie lada odwagą ale przecież w tym przypadku, o odwadze mowy być nie może. Nie, na usta i klawiaturę ciśnie się raczej słowo: ‚GŁUPOTA’…Trzeba być przecież niespełna rozumu aby rozpętać wojnę, której wygrać się nie ma prawa…

Stosunki pomiędzy Jackiem Bednarzem a kibicami Wisły od początku były napięte. Ci drudzy nie akceptowali go jeszcze na długo przed tym, zanim postawił on nogę na Reymonta. Nie bez przyczyny. Przecież Bednarz od zawsze był Legionistą i tego fani krakowskiego klubu zdzierżyć nie mogli. Ale nawet ci najbardziej przeciwni osobie prezesa nie przypuszczali chyba, że ich żarty o koniu trojańskim tak szybko znajdą odzwierciedlenie w rzeczywistości… I dziwić ich może tylko brak reakcji Bogusława Cupiała na karygodne zachowanie Bednarza. Po wszystkim, czego w ostatnich tygodniach dokonuje ten człowiek, niezrozumiałe jest to, dlaczego wciąż jest pracownikiem klubu. Przecież za działanie na szkodę pracodawcy, co niewątpliwie czyni właśnie J.B., już dawno powinien być zwolniony…

Bez względu na powody, jakimi w swoich działaniach kieruje się Prezes, front anty-kibicowski wychodzi mu dosyć słabo. Na dzień dzisiejszy, to wciąż on stoi na straconej pozycji. Prawdopodobnie nie dociera do niego, fakt, że nie tak łatwo jest złamać kibica, a kiedy próbuje się to zrobić z całą ich rzeszą, zadanie to urasta do rangi niemal niemożliwego.

Najgorsze w całej tej wojnie jest to, że najbardziej poszkodowani są ci, którzy nie powinni. I właśnie oni, powinni postąpić z Bednarzem, działając na jego zasadach. Czyli gdzie? W sądzie. Wiadomo, że żyjemy w Polsce, kraju absurdów i nie będzie to takie proste ale nie trzeba być prawnikiem, nie trzeba nawet studiować kodeksów prawnych by wiedzieć, że wyciąganie konsekwencji czy karanie osób niewinnych jest działaniem niezgodnym z prawem a pan Bednarz, jako prawnik, najlepiej powinien o tym wiedzieć.
Gdyby cała ta sytuacja miała miejsce w Stanach, Prezes nie wypłaciłby się do końca swoich dni…

Dla osoby, dla której Wisła Kraków jest sensem życia, stadion drugim domem a mecze działają jak tlen, odebranie możliwości przyjścia na stadion jest nie lada katorgą. Bez powodu? I jeszcze ten ktoś nie miał do czynienia z racą? Ktoś bardzo nerwowy, ktoś nieradzący sobie zbyt dobrze z zachowaniem równowagi psychicznej mógłby nawet nabawić się traumy. A oszkalowana opinia wśród znajomych i rodziny? Przecież ktoś, usłyszawszy, że dana osoba dostała zakaz stadionowy, może pomyśleć, iż ma do czynienia z bandytą (przecież taki obraz kibica maluje sam Bednarz)  i odwrócić się od niego, rozsiewając przy tym okropne plotki. Jak więc widać, niejednej osobie z grupy, która w trakcie meczu zasiadała w przy stadionowej restauracji, Prezes mógł zniszczyć życie. Załamanie psychiczne, zniszczona opinia na mieście i wiele innych, toż to dostatecznie dużo by odpowiedzieć Bednarzowi w jedyny sposób jaki on sam akceptuje…
Każdy kto przebywał w restauracji ‚U Wiślaków’ powinien spróbować zakupić bilet na kolejne spotkanie, w przypadku zablokowaniu konta, z odpowiednim potwierdzeniem pisemnym  takiego stanu rzeczy, powinien udać się do sądu. Prawie pięćset oskarżeń, nie mogłoby zostać zamiecionych pod dywan…

No dobra, Bednarz działa w imieniu klubu, a kibice, wiadomo, w przeciwieństwie do Prezesa, nie chcą działać na jego szkodę. Ale zaraz… Gdyby nawet mieli zawalczyć o odszkodowanie z kasy klubowej, dałoby się to załatwić na plus dla obu stron. Przecież cała kwota, mogłaby przejść z powrotem w ręce Wisły, z zaznaczeniem, iż jest to wkład w transfery. Czy ktoś by oponował?

Czas mija, stadion pustoszeje. Pieniędzy w kasie, zamiast przybywać, ubywa. Piłkarze bez wsparcia trybun, dostają łomot od każdego a Bednarz z uśmiechem na ustach przyjmuje powolny rozkład Wisły…

Dlaczego telewizja milczy?

Poniższe filmiki powinny być jednym z głównych tematów ostatnich dni…

Przyzwyczajeni już do oglądania wszelakich starć kibiców, czy to z policją, czy meksykańskimi marynarzami, a nawet kibiców z kibicami, chyba właśnie tego oczekiwalibyśmy od mediów. Tak się jednak nie dzieje. Niestety.
Ktoś zapyta: Dlaczego? To proste. W sytuacjach, w których nie tak łatwo jest znaleźć głównego winowajcę, wróć, inaczej, w sytuacjach, w których łatwo jest zgonić całą winę na kibiców, telewizja znajduje dla siebie pożywienie. Temat gorący, pożądany i modny. Temat akceptowany przez Rząd i przede wszystkim wygodny dla głównych zainteresowanych. Nic, tylko pokazywać i siać propagandę anty-kibolską. A jakże, niech ciemny lud wie jacy źli są chuligani, niech się ich przestrzega przed złym środowiskiem, niech nie przyjdzie nikomu do głowy ich bronić i wspierać…
Telewizja jak nikt inny potrafi zmanipulować materiały na temat kibiców piłki nożnej, jak nikt inny potrafi zmontować materiał przedstawiający ich w złym świetle. Wystarczy dać im pierwszą stronę książki, z szybkością światła dorobią kolejnych dwieście stron akt… Daj im Boże, że kibice ci nie mają akurat wystarczających dowodów na swoją obronę, ooo, wtedy to media dopiero mogą sobie poużywać. Wtedy żadne argumenty fanatyków nie są w stanie przebić się przez natłok krzywdzących dla nich, sfałszowanych informacji.
Inaczej sytuacja wygląda kiedy kibice mają w ręce ewidentne dowody winy rywala, w tym przypadku funkcjonariuszy policji. Wtedy, co oczywiste, media milczą. I kto im coś zrobi? Kibice mogą krzyczeć, mogą zalewać materiałami cały internet a i tak połowa populacji tego kraju nawet ich nie obejrzy. I wciąż pozostaną w ciemnej dupie, w świecie, który zbudowały media, w zakłamanym surrealistycznym obrazie życia, wyimaginowanym przez ludzi słono za to opłacanych. Bo przecież tak jest im wygodnie. A Ty człowieku, włącz sobie wiadomości na jednym bądź drugim kanale, żyj dalej w świecie fikcji i kłamstwa. Nieświadomie lub wręcz przeciwnie. Bo tak jest przecież modnie…

A potem spójrz na Ukrainę, spójrz na Putina i zapytaj, czy właśnie tak ma wyglądać przyszłość Twoich dzieci?