Archiwa tagu: Kamil Stoch

Złota Polska!

Kto by się tego spodziewał? Szczerze? Chyba nikt… Można było liczyć na osiem – dziesięć, przy dobrych wiatrach nawet i na dwanaście medali naszych reprezentantów w Rosji. Liczby padające w tym kontekście osiągały naprawdę zróżnicowane rozmiary ale aż cztery krążki z najcenniejszego kruszcu chyba nikomu nie przeszły nawet przez myśl. Przecież w przeszłości, na żadnej takiej imprezie nie udało się nam wywalczyć chociażby dwóch złotych medali. Aż do teraz. A przecież to jeszcze nie koniec… Kamil Stoch, Justyna Kowalczyk, Zbigniew Bródka – nasza święta złota trójca, która dostarczyła nam tylu niezapomnianych emocji i ta, która nasz dorobek medalowy może jeszcze powiększyć. Stoch został już podwójnym indywidualnym mistrzem olimpijskim a już dziś postara się o dostatecznie duży dorobek punktowy w rywalizacji drużynowej. Czy mamy szansę na medal? Mamy. Na złoto? Jak najbardziej! Wystarczy wspomnieć, że gdyby zliczano wyniki poszczególnych skoczków z sobotniego konkursu, Polacy uplasowaliby się na drugim miejscu. Na skoczni normalnej mielibyśmy złoto. Forma, choć nie za wysoka, jest stabilna. Na tyle, iż pozwala poważnie myśleć o najwyższej lokacie. Oczywiście, wkład w taki stan myślowy mają także rywale a raczej ich umiarkowana słabość. Apetyt na medal olimpijski polskiej ekipy wzrósł jeszcze bardziej po wczorajszych treningach, na których zarówno Maciek Kot jak i Piotrek Żyła, zaprezentowali się z bardzo dobrej strony. Jeśli w konkursie cała nasza czwórka odda po dwa równe skoki, co najważniejsze, odległością bliskie sto trzydziestego metra, z medalem nie będzie problemu. Prawdopodobnie z medalem koloru złotego, co przecież interesuje nas najbardziej. Kto może nam zagrozić? Wbrew wszystkiemu, legendach o Austriakach, ostatnich sukcesach Słoweńców, czy w miarę dobrej formie Niemców, najbardziej powinniśmy się obawiać…Japończyków. Kasai, Takeuchi, Shimizu – wszyscy potrafią dokonać na skoczni niemożliwego a Soczi jak na razie, jest dla nich niezwykle szczęśliwe. I tylko ten Watase pozostaje wielką niewiadomą i potencjalnym koniem trojańskim naszej ekipy. Jeśli skoczkom z Japonii powinęłaby się noga, sprawa mistrzostwa pozostałaby otwarta bo wszystko wskazuje na to, że konkurs olimpijski będzie najbardziej wyrównaną i zażartą rywalizacją w ciągu ostatnich kilku lat rywalizacji drużynowej…No ale…My mamy przecież Stocha! Już na starcie mamy więc przewagę a biorąc pod uwagę ostatnie słowa Hannu Lepistoe, mówiące o trzech złotach Kamila, widać, że to nie żaden objaw szaleństwa a otaczające nas realia. Do boju chłopaki!

Justyna Kowalczyk, podobnie jak nasz złoty skoczek, ma szansę na powiększenie swojego dorobku medalowego do trzech krążków. Przed mistrzynią z biegu na 10 km klasykiem pozostają jeszcze starty na 30 km stylem dowolnym i drużynowy sprint w parze z Sylwią Jaśkowiec. O ile w przypadku tego pierwszego biegu można mieć duże wątpliwości co do sił Justyny (każdy pamięta jej wypowiedź po 10 km), o tyle w przypadku biegu par, jako kibice, mamy wręcz obowiązek wierzyć w niezwykle miłą niespodziankę ze strony naszych pań. Justyna nie odpuści, to pewne. A Sylwia? Ona ma niezwykle dużo do udowodnienia po upadku w sprincie indywidualnym. Na co ją stać, pokazała już w sztafecie. Jeśli tylko zdrowie pozwoli, możemy doświadczyć cudu, a właśnie takim byłby jakikolwiek medal w tej konkurencji….
Wracając  jeszcze do startu na 30 km i szans Kowalczyk… Może inaczej, kto mógłby być lepszy od Justyny? Czy Norweżki będą w stanie wrócić do gry? W sztafecie, każda z nich wyglądała jak cień samej siebie, a nawet gorzej. Marit Bjoergen zaprezentowała się wręcz katastrofalnie, jakby uszło z niej całe powietrze. Z zapowiadanego przez tę zawodniczkę kompletu medali, pozostał w tym momencie szyderczy śmiech kibiców innych nacji. Jej koleżanki także nie wyglądają na kogoś, kto miałby walczyć o zwycięstwo na najbardziej wyczerpującym dystansie. Z tej Polsko-norweskiej rywalizacji, górą wychodzi na dzień dzisiejszy Justyna i jeśli nagle, jej skandynawskie rywalki nie dostaną jakichś dodatkowych ‚sił witalnych’, ciężko będzie w ogóle nazwać to rywalizacją. Nie myślmy jednak, że Polka ma już kieszeni złoty medal. Może gdyby bieg rozgrywany był klasykiem, już zacieralibyśmy ręce ale… Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać bez bicia, zarówno Szwedki, jak i Finki, są dziś faworytkami do zwycięstwa. Jeśli nie wypompował ich bieg sztafetowy, będą walczyć jak lwice a szczególnie Kalla, która na Igrzyska przygotowała się w mistrzowskim stylu. Trafiła. Czy trafi i Justyna? Nam nie pozostaje nic innego jak…wierzyć. Wierzyć i jeszcze raz wierzyć! Wiarą można i góry i rywalki przenosić.

Stoch i Kowalczyk do Polski mogą wrócić z trzema medalami, o jeden mniej może wywalczyć za to Zbigniew Bródka, który postara się zaprowadzić na szczyt swoich kolegów z drużyny. Może nie na sam szczyt, gdzie od dawna zaklepane miejsce mają Holendrzy ale już miejsce za ich plecami jest jak najbardziej realne. Wszystko jednak leży w nogach naszych panczenistów. O ile o Bródkę martwić się raczej nie musimy, o tyle kciuki, i to mocno(!), trzymać trzeba za Konrada Niedźwieckiego i Jana Szymańskiego. Liczyć się będzie przecież czas tego ostatniego…I tej ostatniej, bo przecież nie tylko nasi panowie mogą przywieźć z Soczi medal. Natalia Czerwonka, Luiza Złotkowska i Katarzyna Bachleda-Curuś przyjechały bronić brązowego medalu z poprzednich Igrzysk a może nawet i zawalczyć o coś więcej… Szanse mamy ogromną, polki, podobnie jak ich koledzy są w stanie wywalczyć srebrne medale. Wszystko musi się zgrać, w ten jeden dzień,, w tej jednej chwili, w tych ułamkach sekund. To najważniejsza chwila w ich życiu, szansa na nowe, lepsze jutro a raczej wspaniałą niedzielę, dzień w którym zakończą igrzyska jako medaliści…

Wspominając o naszych szansach medalowych, nie sposób nie zwrócić uwagi na nasze biathlonistki. Choć dotychczasowe ich starty nie napawają zbytnim optymizmem, nie można od razu przekreślać ich szans. Czy ktoś liczył na medale Pałki i Hojnisz na ubiegłorocznych MŚ? Czy ktoś tej drugiej zawodniczce dawał wtedy jakiekolwiek szanse na podium? Nie. Może i tym razem, w tym samym biegu, Monika postara się zawalczyć o upragnioną zdobycz. Może zachowa więcej zimnej krwi niż w biegu pościgowym, gdzie na strzelnicy straciła szansę na dobry rezultat. Nie warto także odbierać wszystkich szans Weronice Nowakowskiej-Ziemniak, która przy odrobinie szczęścia na strzelnicy z powodzeniem mogłaby walczyć nawet o zwycięstwo. Może jak Zbigniew Bródka, tak i jej ‚Zbyszek’ dokona rzeczy niemożliwej? A nasza sztafeta? Krysia Pałka i Magda Gwizdoń mają coś do udowodnienia. Nie udało się w PŚ, kiedy wszyscy liczyli na te dziewczyny, może uda się na najważniejszej imprezie, kiedy na sukces nie liczy prawie nikt. To byłby piękny dzień dla polskiego biathlonu i całego sportu. Już teraz, nasi sportowcy dokonali cudów, z czterema złotymi medalami osiągnęli najlepszy wynik w historii zimowych Igrzysk a moga ten dorobek jeszcze poprawić. Co jednak najważniejsze, po tych czterech ‚złotach’, ważne by reszta naszych zawodniczek i zawodników nie pomyślała, że celujemy tylko w najwyższy stopień podium. Nie, inne medale także nas uszczęśliwią, w niektórych przypadkach może nawet bardziej niż złoto, bo przecież do każdego przypadku należy podejść idywidualnie ;-).

PS. Przy okazji sukcesów naszego panczenisty, rozgorzała dyskusja na temat wybudowania, czy też zadaszenia już wybudowanych torów. Kwoty, które padają z ust różnych ludzi, osiągają kosmiczne wymiary. Pod wątpliwość poddawane są w ogóle pomysły tych inwestycji…

Śmieszne jest to, że dopiero tak niebywały sukces, jak olimpijskie złoto, pchnął naszych polityków i działaczy do ruszenia tyłków w kierunku niesienia pomocy polskim sportowcom. Stan obiektów sportowych w Polsce woła o pomstę do nieba. Mamy stadiony piłkarskie, na których nie możemy oglądać nikogo wartościowego a nie mamy obiektów (poza skoczniami i niektórymi halami do siatkówki), na których moglibyśmy święcić polskie triumfy. To jest dopiero skandal. Sportowcy muszą tracić własne pieniądze by finansować sobie treningi za granicami kraju, który później przypisze sobie zasługi przy potencjalnych sukcesach na mistrzowskich czy olimpijskich arenach. Pieniądze, które Ministerstwo Sportu daje takiemu zawodnikowi…ehh, lepiej głośno nie mówić bo jeszcze usłyszą Niemcy czy Austriacy i spalimy się ze wstydu. Jest źle i na temat sensu powstania sportowych aren nie powinno być w ogóle żadnych dywagacji. Na stole już dawno powinny leżeć plany działania. Budowlańcy już powinni szykować materiały. Każda dyscyplina sportowa, szczególnie olimpijska powinna mieć nowoczesny obiekt, na którym sportowcy mogliby szlifować formę bez konieczności opuszczania murów naszego kraju. Trasy biegowe dla biegaczek i biathlonistek są koniecznością, trasy zjazdowe dla narciarzy są potrzebne by wychować przyszłych Bode Millerów, areny dla łyżwiarzy szybkich i figurowych muszą powstać w tempie natychmiastowym i nie zapominajmy o innych sportowcach, także tych reprezentujących letnie dyscypliny. Skupmy się przede wszystkim na tenisie i pływaniu. Muszą powstać długodystansowe baseny i korty z każdą możliwą nawierzchnią. Przyjmy do przodu, byśmy za kilka lat, w większości sportowych dyscyplin byli potęgą. Czy tak dużo potrzeba? Nie liczmy kosztów powstawania aren sportowych, jeśli nie liczymy innych, mniej ważnych wydatków. A jeśli komuś przeszkadza wydatek kilku milionów na sportowy obiekt, niech pójdzie inną drogą i kolosalne pieniądze jakie za swoją marną pracę otrzymują dziś niektórzy urzędnicy przeznaczy dla zasłużonych sportowców, których nie stać niekiedy nawet na zagraniczny wyjazd na trening. Oni na pewno lepiej je spożytkują, z korzyścią dla Polski oczywiście. Może wtedy, dziennikarze nie będą patrzeć na sportowców, jak na ludzi, którzy ‚tylko’ wykonują swój zawód. Może nie będą ich porównywać do pań siedzących w okienkach na poczcie. Może docenią w końcu ich trud i pracę w dawanie radości swoim rodakom i popatrzą na nich jak na bohaterów. No, chyba, że pieczętowanie korespondencji na poczcie wzbudza w niektórych ludziach o wiele większe emocje aniżeli zawody, w których Kamil Stoch bądź Zbigniew Bródka sięgają po złoty medal. Ciekawe czy pani z poczty wygrywa w osobistym rankingu także z Leo Messim…

Czas napompować balon… Bo czemu by nie?!

Do rozpoczęcia Igrzysk Olimpijskich w Soczi pozostało już tylko kilka dni. Na tę chwilę, na moment, w którym zapłonie olimpijski znicz czeka cały świat. Czekamy i my, Polacy. Czekamy  z niecierpliwością, wszak jeszcze nigdy nasze nadzieje na medale nie miały tak silnego podłoża, jakim charakteryzują się na dzień dzisiejszy. To może być najlepsza zimowa Olimpiada w wykonaniu polskich sportowców w historii ich startów. A skoro tak? To czas już najwyższy by napompować balonik! Czas porozdawać złote, srebrne i brązowe krążki. Niech Polacy też coś mają! A jak się nie uda? Trudno. Po prostu…

Do Rosji udaje się 59 reprezentantów Polski. Tylko, ilu z nich, ilu z tak licznej grupy naprawdę ma szansę  na medalowe miejsce? Na ile krążków możemy liczyć, by później, w razie wielkiej klęski naszych sportowców (odpukać!), nie odchorowywać rozczarowania przez kilka następnych tygodni? Agencja prasowa Associated Press uważa, że ‚tylko’ cztery medale trafią na szyje Polaków, natomiast Apoloniusz Tajner, już w dwunastu startach upatruje szansy na podium. Trochę duży przeskok. Wygląda na to, że w pierwszym przypadku, do Rosji uda się sama Justyna Kowalczyk (3) w asyście Kamila Stocha (1), natomiast sądząc po słowach Prezesa PZN, śmiało można by pomyśleć, iż Polacy wylecieli do Soczi jako jeden z hegemonów zimowych sportów. Jaka jednak jest rzeczywistość?

Najwięcej medali na zbliżających się Igrzyskach zdobyć może oczywiście Justyna Kowalczyk. To Polka wjechała do olimpijskiej wioski z tytułem naszej największej gwiazdy i faworytki do wszelkiej maści medali. Bez względu na aktualną formę, bez względu na kontuzję stopy i zachwiane przygotowania, kibice są przekonani o sile naszej narciarki i mają wszelkie prawo oczekiwać od niej sukcesów, czytaj: złotych medali. Szczególnie w biegu na 10 km, na koronnym dystansie polskiej biegaczki, będziemy ‚regulować odbiorniki’ by cała okolica, która akurat nie jest zainteresowana trzytygodniowym maratonem sportowym, także mogła napawać się pięknem Mazurka Dąbrowskiego.
Nie oszukujmy się, Justyna Kowalczyk jest Justyną Kowalczyk a jak wiemy, Justyna Kowalczyk jest królową biegów narciarskich. Któż więc jeśli nie ona, miałby na dekoracji medalowej pochylać głowę w celu ułatwienia organizatorom założenia na szyję najcenniejszego krążka? Wiadomo, że jest przecież jeden szkopuł i nosi on imię Marit ale… Miejsc na podium jest przecież więcej niż jedno, w każdym ze startów do ‚wygrania’ będą aż trzy medale i w każdym biegu na długim dystansie, Justyna będzie jedną z dwóch największych faworytek. Także każde inne miejsce niż pierwsze (w klasyku), drugie lub trzecie (w stylu dowolnym) naszej zawodniczki będzie porażką. Choć, jakby się dłużej nad tym zastanowić, biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, generując najczarniejszy z możliwych scenariuszy, wychodzi na to, że Kowalczyk równie dobrze mogłaby zostać najjaśniejszą gwiazdą IO, jak i największą przegraną tej imprezy. I prawdopodobnie, polskich kibiców nic a nic by to nie zdziwiło. Zawiało paradoksem na kilometr ale właśnie tak należy postrzegać sytuację polskiej biegaczki. Liczymy na medale, wręcz tego od niej oczekujemy, gdzieś jednak w głębi mamy pewną obawę, przeradzającą się niekiedy w negatywną pewność, iż w posiadaniu Justyny może nie znaleźć się ani jeden krążek…

O ile pewność kibiców co do zwycięstw naszej biegaczki mogła w ostatnim czasie sporo osłabnąć, o tyle w oczach fanów na głównego i jedynego pewniaka do ‚złota’ wyrósł Kamil Stoch. Któż inny, chciałoby się zapytać ale lepiej nie zapeszać. Jest forma, co najważniejsze, jest technika, za którą idą wysokie noty i jest dobra wyjściowa pozycja (lider). Wszystko inne leży w nogach i głowie Stocha. Jeśli wykorzysta swoje wszystkie atuty a wiatr nie będzie się w to wszystko mieszał, na co najmniej 95% będziemy mieli mistrza olimpijskiego. Ale zaraz, tak samo mówiliśmy przed Turniejem Czterech Skoczni i każdy wie jak to się skończyło…

Kamil zawalczy o zwycięstwo na skoczni normalnej i dużej, zawalczy także wraz z kolegami o medal w drużynówce. Czy jednak reszta naszego zespołu, czyli Piotrek Żyła, Dawid Kubacki, Maciek Kot i Janek Ziobro są w stanie pomóc naszemu liderowi w konkursie drużynowym a także zaskoczyć w konkursach indywidualnych? Chciałoby się krzyknąć: czemu nie?! Skoro Ziobro i Biegun potrafili wygrać konkursy w PŚ, dlaczego tego samego nie miałby dokonać kolejny Polak? Wszystko jest możliwe, stąd odbieranie naszym skoczkom wszelkich szans na olimpijskie podium, byłoby czystą głupotą…

Obok Justyny Kowalczyk i skoczków narciarskich, duże i przede wszystkim liczne szanse na sukces, będą miały biathlonistki. Magdalena Gwizdoń, Krystyna Pałka, Weronika Nowakowska – Ziemniak i Monika Hojnisz czyli nasza nieprzewidywalna czwórka. W przypadku tych dziewczyn, nie trzeba szukać powodów, które miałyby forować właśnie Polki w starciu z zawodniczkami takimi jak Tora Berger czy Daria Domraczewa, wystarczy cofnąć się w czasie do Mistrzostw Świata i przypomnieć sobie, z jakiej pozycji startowały wtedy Pałka i Hojnisz oraz ile radości sprawiły nam sięgając po medale… Może tym razem o niespodziankę postarają się Magda i Weronika? Może, choć najwięcej radości sprawiłby nam bezsprtzecznie medal w sztafecie…

Ostatnią ‚grupą’, na którą będziemy spoglądać z nadzieją są oczywiście nasi panczeniści. Zarówno kobiety jak i mężczyźni nie będą walczyć tylko o honor. Medale? Przy dobrych wiatrach szybkich łyżwach, optymista mógłby pomyśleć o czterech szansach. W obu startach drużynowych oraz indywidualnych Zbigniewa Bródki i Kasi Bachledy. W ich przypadku, dodatkowym plusem będzie złość spowodowana fatalnymi warunkami zakwaterowania. Co jak co ale akurat takie ‚pobudki’ najlepiej potrafią wstrząsnąć Polakami i zmotywować ich do działania. Nawet jeśli nie udałoby się sięgnąć po cztery krążki olimpijskie, przyjemność sprawiłby nam chociaż jeden, mały brązowy medalik. Bo czemu by nie?

Jak zawsze, jak co dwa lata (licząc letnie i zimowe Igrzyska), na największą sportową imprezę, Polska wysyła małą grupę sportowców mających realne szanse medalowe a także większą zgraję turystów, którzy na IO jadą bardziej w celu pojawienia się na liście startowej aniżeli walki o chociażby pierwszą dziesiątkę. Tak to już jest i raczej tego się nie zmieni a jedynym dla nas plusem takiego stanu rzeczy jest fakt, iż nasza reprezentacja dużo lepiej wygląda na ceremonii otwarcia Igrzysk w liczbie 50+, niż jeśli miałoby tam kroczyć zaledwie kilkunastu sportowców. Przecież nie jesteśmy pionkami, przecież to Biało – czerwona armia a nie jednoosobowa delegacja z Jamajki. A skoro tak, to…

Wariantem optymistycznym na Soczi będzie 8 albo i więcej medali. 2 złote Kamila Stocha i chociaż brąz w drużynówce skoczków, co najmniej trzy medale Justyny Kowalczyk i chociaż po jednym w Biathlonie i Łyżwiarstwie Szybkim. Da się zrobić? Da się! Napompujmy balon! Niech nasi sportowcy mają dodatkowy bodziec w walce o szczyt!

O wariancie pesymistycznym lepiej nie wspominać. Chyba każdy zna tę początkową cyfrę, której nie chcielibyśmy za żadne skarby oglądać w dorobku naszych Olimpijczyków…

I znowu to samo…

Jeśli w jakiejkolwiek dyscyplinie sportowej srebrny medal znaczy więcej od złota, jeśli vice-mistrzostwo ma większe znaczenie aniżeli mistrzowski tytuł to prawdopodobnie są to biegi narciarskie i cała ta ‚szopka’ ma miejsce w Polsce…
Już drugi rok z rzędu, Polacy dokonują masakry na plebiscycie na najlepszego polskiego sportowca. Litości… Nie ma sensu drugi raz rozpisywać się na ten sam temat ale po prostu nie da się obejść koło tego obojętnie. Od ‚ostatniego razu’ minęło już przecież dwanaście długich miesięcy a i sytuacja też się trochę zmieniła…

Rok temu,  ’największymi przegranymi’ plebiscytu okazali się nasi złoci medaliści OLIMPIJSCY, Tomek Majewski i Adrian Zieliński. Wtedy nawet najcenniejsze dla każdego sportowca trofeum nie pozwoliło na pokonanie (w krajowym konkursie) drugiej zawodniczki Pucharu Świata i zwyciężczyni cyklu Tour de Ski. W tym roku natomiast, niechlubną palmę pierwszeństwa przejął Kamil Stoch. Nasz indywidualny mistrz świata, brązowy medalista w konkursie drużynowym i trzeci zawodnik PŚ przegrał ze zwyciężczynią PŚ, TdS i srebrną medalistką MŚ. Choć osiągnięcia Justyny Kowalczyk jako sportowca są godne podziwu, to już w porównaniu do lat poprzednich, czy biorąc pod uwagę oczekiwania jakie wobec zawodniczki stawiano przed mistrzostwami, nie można się nimi zachwycać. Tym bardziej, jeśli zdamy sobie sprawę, że zarówno skoki narciarskie jak i biegi, wchodzą w jedną kategorię, narciarstwa klasycznego…

Albo doceniamy zwycięzców, albo robimy sobie konkurs popularności. Niestety, w tym momencie, z rzetelną oceną dokonań polskich sportowców, kibice mają ogromny problem. Już sama świadomość braku rozeznania społeczeństwa w ‚hierarchii’ medalowej, czy to olimpijskiej czy Mistrzostw Świata, niezmiernie smuci. Nieświadomość Polaków, napędzana przez ubogie relacje TVP właśnie zbiera żniwa. Fakty są jednoznaczne. Kiedy w USA, Niemczech, Wielkiej Brytanii czy u innych sportowych hegemonów, dyscypliny takie jak Tenis, Lekkoatletyka czy Koszykówka (NBA) są niezwykle spopularyzowane a ich główni aktorzy wynoszeni pod niebiosa, w Polsce, większość kibiców ma nie tylko o nich marne pojęcie ale i uważa je za niszowe. I jak tu żyć?! Wiadomo, że wszystkiemu winna jest telewizja, która obrała niewłaściwy kierunek i próbuje przeforsować w świadomości swoich odbiorców zainteresowanie ściśle określonymi przez nich kierunkami ale na Boga, czy ludzie nie mają internetu? Czy tak ciężko zwrócić czasem uwagę na innych sportowców niż Justyna Kowalczyk? Jeśli tak, po co głosować. Skoro żal komuś poświęcić kilka minut na zasięgnięcie informacji o danym sportowcu, dowiedzeniu się co i gdzie on zdobył, dlaczego zasłużył na miano sportowca roku, to dziwne, że nie żal mu kilku złotych na wysłanego smsa czy pocztowy znaczek. Właśnie tyle kosztuje pokazanie mistrzowi świata, że nie jest nic wart. A na pewno nie jest wart więcej, niż srebrny medal na szyi Justyny Kowalczyk. Smutne.

Warto odnotować, że jeśli na polskiego sporowca roku głosowaliby Amerykanie, pierwszą pozycję, bezdyskusyjnie zajęłaby Agnieszka Radwańska. Za jej plecami natomiast, biliby się pewnie Marcin Gortat, Jerzy Janowicz czy Robert Kubica. Gdyby to nasi niemieccy sąsiedzi zasiedli do głosowania, o triumf powalczyliby zapewne między sobą Robert Lewandowski, Kamil Stoch, Paweł Fajdek, a na wysokie miejsce mogłyby na pewno liczyć nasze biathlonistki, Krysia Pałka i Monika Hojnisz. Prawda jest bowiem taka, że, obok krajów skandynawskich, to właśnie w Polsce, głównie dzięki Justynie Kowalczyk i jej zwycięstwom, biegi narciarskie mają jakieś większe znaczenie. U reszty populacji natomiast, poza oczywiście małym gronem fanów i trenującymi tę dyscyplinę zawodnikami, nikogo ona ani nie grzeje ani nie ziębi. Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Fajnie jest doceniać sukcesy naszych gwiazd ale nie fajnie jest ich nie doceniać a właśnie to robią głosujący w plebiscycie PS.
Szkoda, że tak wielu ludzie, zanim wyśle sms, bądź zaznaczy krzyżyk przy niewłaściwym nazwisku, nie pomyśli nad krzywdzącą, dla zasłużonych sportowców, decyzją.
Ciężko przypuszczać by cokolwiek w tym temacie się zmieniło. Z Justyną Kowalczyk jest jak z Leo Messim. Mogliby nie startować/ grać cały rok a i tak w świadomości fanów są głównymi kandydatami do triumfu w różnorakich plebiscytach. W tym drugim przypadku, sytuacja prawdopodobnie się już nie zmieni ale jeśli chodzi o nasz kraj, jeśli kibice w dalszym ciągu chcieliby robić szopkę z potencjalnie profesjonalnego plebiscytu, nadszedłby chyba czas by pomyśleć o jego zlikwidowaniu…

Adam Małysz? To już przeszłość. Piękna ale przeszłość.

To dopiero początek sezonu w wykonaniu polskich skoczków narciarskich, pierwsze treningi i pierwsze kwalifikacje ale…
Jeśli nasi zawodnicy przez cały sezon będą latali tak daleko, jak dziś w Klingenthal, to kibice przestaną w końcu tęsknić za Adamem Małyszem. Zamiast ze łzami w oczach wspominać jego wspaniałe występy na wszystkich skoczniach świata, dane nam będzie fetować triumfy jego następców, tym razem nie tylko w konkursach indywidualnych ale i drużynowych. Sezon zimowy 2013/14 w wykonaniu polskich sportowców zapowiada się znakomicie…

Piotr Żyła udowodnił dziś, że nie zamierza być jedynie mistrzem wywiadów i chce sięgnąć także po tytuły na skoczni. Na początek wygrał dwa treningi i kwalifikacje w Klingenthal. Czas na zawody? Oby. Szyki pokrzyżować mu mogą jednak…inni Polacy. Kamil Stoch, Jan Ziobro, Dawid Kubacki i Krzysztof Biegun. Wszyscy spisali się znakomicie, doprowadzając Łukasza Kruczka do…bólu głowy. Przed trenerem stoi teraz ogromna odpowiedzialność, musi on bowiem wybrać skład na jutrzejszy konkurs drużynowy, w którym, miejmy nadzieję, odniesiemy wielki sukces. W formie, w jakiej dziś zaprezentowali się Polacy, jutro nie powalczymy o nic innego, niż zwycięstwo…

Miejmy jednak nadzieję, iż forma naszych latających orłów nie przyszła za wcześnie, że uda się ją utrzymać, bądź jeszcze poprawić do czasu Igrzysk Olimpijskich. Jeśli tak się stanie, jeśli dodatkowo w Soczi dobrze zaprezentują się Justyna Kowalczyk, polskie biathlonistki i panczenistki, możemy być świadkami najlepszej zimowej Olimpiady w wykonaniu polskich sportowców :-).

Mamy złoty medal!

Cały tydzień Polacy musieli czekać na to by na Mistrzostwach Świata w Narciarstwie Klasycznym organizatorzy puścili Mazurka Dąbrowskiego. Zmusił ich do tego Kamil Stoch. Zrobił to w fenomenalnym stylu. Choć dużo było mówione o słabej psychice naszego skoczka to właśnie dziś, jakby chciał temu wszystkiemu zaprzeczyć, był opanowany i niezwykle skupiony, bez problemu poradził sobie z presją i w całości wynagrodził sobie i nam wszystkim straconą szansę ze skoczni normalnej.

http://www.youtube.com/watch?v=8xY0u4XXWlY

Piękny wieczór zgotował nam nasz Mistrz Świata. Tak, tym mianem od dziś możemy nazywać tego chłopaka w pełni zasłużenie. Wygrał on bowiem w stylu wielkim, stylu który prezentują tylko najlepsi. To godny następca Adama Małysza i ma przed sobą jeszcze wiele czasu na to by chociaż połowicznie powtórzyć sukcesy naszego Orła z Wisły. Dziś sam Adam, osobiście meldując się na skoczni w Val di Fiemme przyniósł szczęście Biało – Czerwonym. Być może przyniesie je także w konkursie drużynowym i chłopaki poniesieni sukcesem Kamila również postarają się o dalekie skoki.

Dla takich właśnie chwil warto być kibicem. Warto być ze sportowcem na dobre i złe, warto go dopingować nawet kiedy mu nie idzie bo po wielu przykrych momentach przyjdzie w końcu ten jeden, który wynagrodzi wszystkie wpadki, wynagrodzi w niesamowity sposób. Kamil Stoch zawładnął sercami kibiców, a zespół Weekend podbił chyba już niejeden kraj, kiedy ogląda się masę kibiców bawiących się przy ‚Ona tańczy dla mnie’ naprawdę pojawia się na twarzy uśmiech i swego rodzaju duma Mrugnięcie okiem

Zapewne gdyby ktoś usłyszał, że pierwszy medal dla Polski w Val di Fiemme zdobędzie Stoch, popukałby się w głowę. Przecież do tego czasu co najmniej jeden złoty w kieszeni miała mieć Justyna. Tak się jednak nie stało. Justyna nie ma ani złotego ani z żadnego innego kruszcu. Już wiadomo, że będą to dla niej mistrzostwa nieudane. Chociaż nasza Królowa Nart medal pewnie zdobędzie i prawdopodobne, że będzie on złoty, to niesmak pozostanie. Dziś Kowalczyk pokazała klasę i dała jasny znak rywalkom, że bez walki nie odda im zwycięstwa na 30 km stylem klasycznym.

Po miłych informacjach z dnia dzisiejszego nie sposób odnieść się do biegu sztafetowego kobiet. O ile przyzwoicie spisała się na pierwszej zmianie Kornelia Kubińska, Justyna Kowalczyk zmiażdżyła konkurencję, to dwie nasze reprezentantki biegnące na ostatnich zmianach skompromitowały się niemiłosiernie. Tym bardziej teraz boli fakt, że nie zaproszono do współpracy naszych biathlonistek. Nie ulega wątpliwości, że biegnące dwa razy szybciej od Pauliny Maciuszek i Agnieszki Szymańczak, Magdalena Gwizdoń i Krystyna Pałka bądź Weronika Nowakowska-Ziemniak wcale nie musiały stracić 40-sekundowej przewagi nad Finlandią i Szwecją. A nawet gdyby to i czwarte miejsce w tej konkurencji byłoby dla nas sukcesem niewyobrażalnym. Występ Maciuszek i Szymańczak daje więc kolejny powód by zapytać, jakim prawem rząd zamierza wspierać sportowców, którzy nie mają najmniejszych szans na jakiekolwiek sukcesy kosztem tych, którzy te sukcesy mają na wyciągnięcie ręki, a to czy je zdobędą, zależy przede wszystkim od wsparcia finansowego.

Wracając jeszcze do skoków narciarskich to warto wspomnieć o o największym przegranym tej imprezy. Bez wątpienia jest nim Gregor Schlierenzauer. Austriak, lider PŚ, przyjechał do Włoch by zdobyć dwa złote medale indywidualnie i trzeci dołożyć w drużynówce. Mistrzostwa kończy jednak tylko z jednym srebrnym medalem indywidualnie, jednym, tego samego koloru w drużynówce mieszanej. Patrząc na formę poszczególnych zawodników także o złoto w drużynie może być Austriakom ciężko. Norwegowie, Japończycy i Niemcy (a może i Polacy) tanio skóry nie sprzedadzą.

Wielkim wygranym Mistrzostw, chociaż w cieniu Stocha i Bardala, został Prevc. Nikt chyba nie liczył na jakikolwiek medal tego zawodnika a jako jedyny zdobył on aż dwa indywidualnie. Na skoczni normalnej wywalczył brąz, dziś cieszył się ze srebra.