Archiwa tagu: janowicz

Tradycji stało się zadość!

Australian Open wkroczył w najważniejszą fazę turnieju, czyli mecze czwartej rundy oraz ćwrćfinały. I tak jak przystało na każdy Wielki Szlem, tak i w Melbourne doświadczyliśmy już mniejszych i większych niespodzianek.
Oczywiście, tą największą jest odpadnięcie wielkiej faworytki do zgarnięcia wszelkich możliwych trofeów w tym sezonie, czyli Sereny Williams. I to odpadnięciem w pojedynku z Aną Ivanović, świetną tenisistką a jednak, w rywalizacji z Amerykanką, z góry stojącą na straconej pozycji. Prawdopodobnie porażki na tym etapie takich gwiazd jak Nadal czy Djoković, byłyby bardziej zrozumiałe dla kibiców aniżeli pożegnanie się z Australią liderki kobiecego rankingu. Tym bardziej, że w żadnym z poprzednich spotkań rozegranych przez amerykańską tenisistkę na kortach Melbourne Park, nie doświadczyliśmy z jej strony jakichkolwiek, nawet najmniejszych oznak słabości. Wydawało się, że kolejny wielkoszlemowy turniej padnie jej łupem a rywalki, jedna po drugiej, będą padały jak muchy. Tym razem jednak, pierwszą z ‚wielkich’, która padła była właśnie Serena…

Taki obrót spraw cieszy zapewne resztę stawki pozostałą jeszcze w turnieju. Odpadnięcie Williams oznacza jedno, gra zaczyna się od nowa, na równych dla wszystkich zasadach. A wśród tenisistek, które zamierzają powalczyć o pierwszy wielki skalp w tym roku, poza wspomnianą już Serbką, znajdują się jeszcze takie tuzy jak Azarenka, Szarapova, Li, Radwańska czy Janković. Jeśli nie dojdzie do kolejnych zaskakujących wydarzeń, jeśli któraś z niżej notowanych zawodniczek, którym przoduje dziś Simona Halep, nie będzie wstanie sprawić kolejnej niespodzianki, półfinały będą zapowiadać się niezwykle emocjonująco. Można rzec, że jak nigdy dotąd! Wytypować dziś zwyciężczynię Autralian Open, byłoby nie lada sztuką. Któż bowiem przed rozpoczęciem całego turnieju, a nawet jeszcze dwa dni temu, z czystym sumieniem, postawiłby chociaż przysłowiową piątkę na zwycięstwo Any Ivanović w starciu z amerykańskim cyborgiem?

Nas Polaków, cieszy oczywiście najbardziej fakt, iż w głównej drabince wciąż pozostaje Agnieszka Radwańska. Polka, choć napotkała już na swojej drodze dosyć duże przeszkody, nie ugięła się i dalej kroczy po zwycięskiej ścieżce. Jak długo? Na to pytanie, poznamy najprawdopodobniej odpowiedź dopiero w ćwierćfinale, kiedy przyjdzie się jej zmierzyć z Victorią Azarenką. Jej najgorszą zmorą ostatnich lat. Oczywiście, warunkiem koniecznym jest zwycięstwo obu tych pań w spotkaniach rozegranych podczas zbliżającej się nocy…

Dopingujmy Agnieszkę ile sił w płucach, na dzień dzisiejszy, pozostaje ona bowiem, naszą jedyną singlową nadzieją. Zarówno Łukasz Kubot jak Michał Przysiężny doświadczyli bolesnych porażek, kolejno w pierwszej i drugiej rundzie. W obu przypadkach liczyliśmy na dużo lepsze rezultaty. Jerzemu Janowiczowi natomiast, udało się dotrzeć do rundy trzeciej. Można nawet powiedzieć, że Polak jest szczęściarzem, wszak z formą jaką prezentował w Melbourne, prześlizgnięcie się do tego etapu rozgrywek, było już nie lada wyczynem. My kibice, możemy mieć tylko nadzieję, iż rzeczywiście forma ta była spowodowana kontuzją a nie wpływem jednej z polskich tenisistek. Właśnie takie wątpliwości mogą nachodzić nasze myśli, jeśli przeanalizujemy historię Pawła Korzeniowskiego. Tak czy siak, bez względu na ogólny wynik JJ, widać, że nie stracił on swojego potencjału. Serwis wciąż funkcjonuje a przecież od niego, w przypadku Janowicza, wszystko się zaczyna…

Dzisiejsza tenisowa noc, może okazać się decydującą dla przyszłości Rogera Federera. Decydującą w kwestii pozostania Rogera w grupie faworytów i najlepszych obecnie graczy. Jeśli Szwajcarowi nie uda się pokonać Jo-Wilfrieda Tsongi, jego kariera na najwyższym poziomie stanie pod wielkim znakiem zapytania. Wiadomo przecież, że im niższe miejsce rankingowe, tym cięższe pojedynki na niższych szczeblach drabinki ;-). A w przypadku Federera, także i wiek zaczyna robić swoje. na dzień dzisiejszy, w starciach z Djoko czy Nadalem, Szwajcar nie ma szans na równą walkę, w pojedynkach z tenisistami typy Tsonga natomiast, przestaje uchodzić za pewniaka. Tenis…

Czy byliśmy świadkami spotkania aktualnego lidera z jego przyszłym następcą? Oby!

Jerzy Janowicz zakończy rok na dwudziestym pierwszym miejscu w rankingu ATP a przecież równie dobrze mógłby właśnie:
- rywalizować z siedmioma innymi tenisistami na trwających właśnie Mistrzostwach Świata w Londynie…

W bardziej realistycznym na dzień dzisiejszy scenariuszu, JJ mógłby świętować właśnie kolejny sukces na paryskich kortach i cieszyć się z najwyższej pozycji rankingowej w karierze. Mógłby ale nie może…

Chyba nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że polski tenisista jest jedynym zajmującym miejsce poza czołową dziesiątką rankingu, który z powodzeniem, gdyby tylko chciał, jest w stanie wygrywać z każdym zawodnikiem świata. Mecz z Rafaelem Nadalem, choć przegrany, tylko potwierdza tę tezę.

https://www.youtube.com/watch?v=w2avc3Z8AfA

Było blisko. Gdyby ze trzy-cztery piłki zagrane przez Łodzianina w decydujących chwilach, zamiast w siatce, wylądowały w korcie, to właśnie Hiszpan schodziłby z niego pokonany. Przecież w wielu momentach tego spotkania, lider rankingu nie miał nic do powiedzenia. Mimo jego oczywistej klasy, mimo gry na wielkim poziomie, trzeba otwarcie zauważyć, iż to nie Nadal sięgnął po victorię a oddał mu ją Janowicz. Polak, kolejny już raz, przegrał ze swoimi słabościami a nie rywalem. Zabrakło mu chłodnej głowy i wyczucia.

Siatka i aut to dwie największe zmory naszego najlepszego tenisisty. Cieszymy się kiedy wali on z całych sił podczas podania i tak samo jesteśmy wściekli, kiedy robi to podczas samej wymiany. Jedno z drugim nie idzie w parze a jego głowa zbyt szybko, zbyt często i zazwyczaj w niewłaściwym momencie zapala się. Janowicz głupieje i z prostej piłki, 100% szansy na punkt, stwarza dramat.
Jak pięknie by było, gdyby Polak popracował nad swoją formą psychiczną… Wtedy, tenisiści tacy jak Nadal czy Murray nie mieliby już nad Jurkiem zbyt wielkiej przewagi, ba, gdyby Janowicz trafiał w kort z taką skutecznością jaką osiągają zawodnicy z TOP 10, mielibyśmy w Polsce lidera rankingu ATP…

https://www.youtube.com/watch?v=NX7o7BjdRjA

 

 

Nie tak miało być…

Niewątpliwie tegoroczny Wimbledon jest najlepszym tenisowym turniejem w polskiej historii tej dyscypliny ale… ciężko się pogodzić z faktem, że nie ma już w nim Polaków. Ironią losu jest to, że Agnieszka Radwańska osiągnęła w Londynie swój drugi największy wynik w karierze a Jerzy Janowicz, pierwszy raz  nie tylko w swojej karierze ale i w historii polskiego tenisa, awansował do półfinału, a mimo to ciężko się z tego cieszyć. Tak szczerze, naprawdę. Choć w głębi duszy tkwi niesamowita radość i duma, to już serce i umysł szły tym razem jedną drogą – oba czują niedosyt, szczególnie w przypadku Radwańskiej.

Agnieszka stanęła przed największą szansą w swoim życiu na wygranie turnieju Wielkiego Szlema i nie podołała. Być może drugi raz nie będzie miała takiej szansy, tego nie wiemy, choć może jednak… Nie wiadomo ile lat na kortach będziemy mogli podziwiać jeszcze Serenę Williams, Azarenka wiecznie nie będzie w formie a nawet jeśli to w końcu i na nią Isia znajdzie receptę. Pierwszy skalp w WS wciąż więc jest w zasięgu Polki ale niezmiernie ciężko jest się pogodzić z tym, że nie doczekaliśmy tego już dziś. Może gdyby mecz z Lisicką potoczyłby się inaczej, może gdyby Niemka była zdecydowanie lepsza i gładko ograła Agnieszkę, łatwiej byłoby to przyjąć do wiadomości i pogodzić się z tym faktem. Niestety, Radwańska, po pierwszym wyrównanym secie, była zdecydowanie lepsza. Tak jak można było oczekiwać, zdominowała Sabine, wywierała na niej presję i…miała zwycięstwo w kieszeni. To, co wydarzyło się później, nie tak łatwo wytłumaczyć. Chyba tylko Aga wie, co się z nią stało. Gdyby wygrała gema na 4-0 w decydującym secie… Już się nie dowiemy, jak Radwańska zagrałby przeciwko Bartoli, przeciwko tenisistce, z którą jeszcze nigdy nie przegrała…
Oczywiście, trzeba rozumieć sytuację Polki, szczególnie jej zmęczenie, poprzednimi ciężkimi meczami i po prostu pogodzić się z zaistniałym stanem rzeczy. Trzeba trzymać kciuki za następne turnieje i za to, że Agnieszka popracuje nad kilkoma rzeczami, których brak odebrał jej pierwszy tytuł w wielkoszlemowej imprezie.

Z Janowiczem jest zgoła odmienna sytuacja. Nikt chyba przed turniejem, znając jego drabinkę nie przypuszczał, że Polak dojdzie aż do półfinału tego turnieju, choć już w jego trakcie, apetyt rósł w miarę jedzenia i oczekiwania wobec JJ urosły niesamowicie. Wszyscy liczyli na finał, choć nikt tego nie wymagał, bo przecież nikt nie miał do tego prawa. Jurek spisał się w Londynie wyśmienicie a mimo to, po półfinałowym spotkaniu pozostał lekki niedosyt. Andy Murray, wielki zawodnik był w zasięgu Jurka. Mogliśmy razem z Polakiem świętować pokonanie Szkota i awans do finału a dziś możemy tylko dzielić z nim radość za życiowe osiągnięcie. Taki pokręcony jest ten świat, że nie potrafimy do końca skupić się na celebrowaniu szczęścia, kiedy gdzieś tam na dnie tkwi przekonanie o niewykorzystanej okazji, za szybko trzeba było ugasić swoje rozbudzone nadzieje.  Paradoks historii Jurka jest taki, że w decydującym spotkaniu, stojąc przed wielką szansą, Polaka zawiódł jego największy atut. JJ zagrał świetny mecz, przecież musiał sobie radzić bez swojej największej siły – serwisu, a mimo to, wielki Andy musiał się natrudzić by sięgnąć po zwycięstwo. Znów więc nachodzą nas pewne pytania, pozostawione bez odpowiedzi. Gdyby Jurek serwował przeciw Murray’owi tak, jak w meczach z Almagro czy Kubotem… Byłoby pięknie. Ale przecież jest, jest pięknie. Będzie jeszcze lepiej, kiedy Jurek przestanie się denerwować. Tak, było widać zdenerwowanie Polaka i tremę. Dyskomfort związany z zachowaniem publiczności i prawdopodobnie presją, którą, chcąc nie chcąc, wywarł na nim tenisowy świat.
W przypadku Janowicza możemy być jednak pewni, że z czasem, mając większy bagaż doświadczeń, Jurek nauczy się radzić sobie w każdych warunkach i zobaczymy go wtedy na szczycie,  nie tylko Wimbledonu ale i rankingu ATP.

Polacy podbijają Wimbledon!

Na naszych oczach tworzy się właśnie historia polskiego tenisa, jakże piękna historia…

Mamy aż trzech reprezentantów w ćwierćfinale Wimbledonu! Trzech Polaków w 1/4 najważniejszego turnieju tenisowego! Brzmi to jak piękny sen i cieszy niezmiernie a przecież jeszcze wczoraj wydawało się to zwykłą formalnością.
Łatwo jednak nie było, można wręcz rzec, że sukces rodził się w bólach i własnie z tego powodu, cieszy on podwójnie.

Niewątpliwie, dzisiejszy dzień na zawsze przejdzie do historii polskiego sportu, wszak nasi rodacy są aktualnie najliczniejszą grupą w stawce londyńskiego turnieju. Wśród 8 najlepszych tenisistów, Polskę reprezentują Łukasz Kubot i Jerzy Janowicz, u kobiet wciąż rywalizuje Agnieszka Radwańska. A przyznać trzeba, że mogłoby być jeszcze lepiej gdyby Lisicki nie grała w barwach Niemiec…
To właśnie Sabine sprawiła jak dotąd największą niespodziankę na tegorocznym Wimbledonie, choć można się tego było spodziewać już po pierwszych rundach turnieju. Serena Williams, największa faworytka do zwycięstwa, podobnie jak Rafael Nadal, musiała w końcu zapłacić frycowe za zbytnie eksploatowanie organizmu od początku tego sezonu i na pewno nie obroni tytułu wywalczonego tu przed rokiem. Amerykanka podzieliła los innych tenisowych gwiazd i pożegnała się z turniejem przedwcześnie. Chociaż doszliśmy do momentu, w którym nic nie powinno już dziwić, sprawa tytułu zarówno w drabince żeńskiej jak i męskiej, pozostaje otwarta…

Pewne jest jedno, będziemy mieli swojego reprezentanta także w półfinale tej imprezy i na pewno będzie nim mężczyzna. W bezpośredniej walce o największy sukces w swojej karierze spotkają się Kubot i Janowicz. Obaj panowie w czwartej rundzie nie raz przyprawili nas o zawał serca, mimo tego iż byli faworytami do zwycięstwa to przeciwnicy mocno dali im się we znaki a chwile grozy często zaglądały im do oczu. Nie raz pewnie i kibicom zadrżały serca w kryzysowym momencie, gdy wizja ćwierćfinału nieznacznie się odsuwała. Na całe szczęście, nasi tenisiści kolejny raz udowodnili jak wielką wolę walki mają i pokazali, że potrafią wyjść z tarapatów, obaj po ciężkich, pięciosetowych pojedynkach pokonali swoich leworęcznych rywali.
Gem, set, mats! i Janowicz, klęczący na trawie ze schowaną w dłoniach twarzą oraz Kubot, tańczący kankana, dla takich chwil warto być kibicem, warto razem z nimi przeżywać najbardziej dotkliwe porażki by później, wraz z nimi świętować największe sukcesy w karierze. Który z nich jest faworytem spotkania? Bez wątpienia Janowicz. W tym momencie chyba wszystko za nim przemawia, poza tym, że dla Łukasza może to już być ostatnia okazja do zwycięstwa na tym etapie tak dużego turnieju a JJ ma przed sobą wiele, miejmy nadzieję, pełnych sukcesów lat kariery. Choć, mając w perspektywie dalsze rundy tego turnieju, większe szanse na pokonanie Murraya czy Djokovicia będzie miał chyba Janowicz. Dziś to jednak nie ważne. Niech wygra lepszy!

Chciałoby się te same słowa wypowiedzieć w kontekście Agnieszki Radwańskiej, która staje właśnie przed olbrzymią szansą na swój największy sukces w życiu – zwycięstwo w Wimbledonie. Rok temu, po wspaniałym meczu przeciwko Serenie mówiło się przecież, że za rok się uda, za rok Isia sięgnie po swój pierwszy triumf w Wielkim Szlemie i własnie teraz, Polka dostała niesamowity prezent od losu by ziścić te przepowiednie. Na jej drodze do szczęścia nie stoi już Serena Williams, w finale nie stanie przed nią także Victoria Azarenka więc wszystko, o czym od dawna marzy nasza tenisistka jest w jej rękach. Teraz to od niej zależy, jak daleko zajdzie w tegorocznym Wimbledonie a warto zaznaczyć, że drugi raz taka okazja, taka szansa może jej nie spotkać. Trzy mecze dzielą dziś Radwańską od wejścia do grupy najlepszych tenisistek w historii – zwyciężczyń wielkoszlemowych turniejów. W zasadzie jednak, ten najtrudniejszy czeka ją właśnie teraz, w ćwierćfinale bowiem spotka się z trzecią po ww Williams i Azarence, najgorzej’”leżącą jej’ rywalką, Chinką Na Li. Śmiało można rzec, że właśnie ich pojedynek będzie małym finałem, wszak to najwyżej rozstawione zawodniczki, które wciąż pozostały w turnieju.
Prawdopodobnie, gdyby przed rozpoczęciem Wimbledonu, ktoś powiedział, że po tytuł nie sięgnie żadna z trzech najwyżej rozstawionych tenisistek rankingu WTA, wtedy w ciemno koronowano by już Radwańską, dziś jednak nikt nie ośmieli się tego powiedzieć. Faworytki padają jak muchy ale czy w meczu z Li to Aga będzie faworytką?
Według bukmacherów – nie. Ostatnie pojedynki obu tenisistek mocno forują Chinkę. Co przemawia za Polką? Na pewno zeszłoroczny finał, który z jednej strony pokazuje jak bardzo Radwańskiej ‚leży’ trawa, z drugiej natomiast jest automatyczną motywacją do ciężkiej pracy, Agnieszka musi przecież ‚obronić’ punkty i czwarte miejsce w rankingu. Li jeszcze nigdy nie zaszła w Londynie dalej niż do ćwierćfinału, tylko raz triumfowała w singlowym turnieju rozgrywanym na trawiastej nawierzchni, która nie należy raczej do jej ulubionych. W Londynie, w meczach przeciwko Halep i Zakopalovej, szósta rakieta świata nie wyglądała najlepiej i gdyby nie gładkie zwycięstwo nad Vinci, nie byłaby takim pewniakiem do finału, na jakiego jest dziś kreowana. Warto się jednak zastanowić czy Włoszka jest odpowiednią zawodniczką by przez jej pryzmat oceniać szanse Li w starciu z Agnieszką, wszak Robercie raczej nie po drodze z trawą a tym bardziej z Wimbledonem. Wszystko jednak wyjaśni się na korcie, aż sędzia wykrzyczy gem, set, mats!
Miejmy nadzieję, że Radwańska nie przegra tego meczu już w szatni, że wyjdzie i zawalczy o półfinał, w którym być może spotka się z Lisicki. Tym razem nie ma co jednak liczyć, że Sabine zaleje się łzami, ze strachu przed przegraniem seta do 0.
Oby liczba Polaków w półfinale zmniejszyła się tylko o jednego naszego reprezentanta, oby ich przygoda z Wimbledonem nie skończyła się przedwcześnie, oby zakończyła się na ostatnim meczu turnieju, na finale, z podniesionym pucharem.

C’mon Polacy! Na co możemy liczyć?

Fenomenalny Janowicz, świetny Kubot i zwycięska Agnieszka Radwańska. Mamy trójkę Polaków w czwartej rundzie Wimbledonu i patrząc realnie, powinniśmy ich oglądać w komplecie również w ćwierćfinałach. Naprawdę niewiele brakowało by swojej starszej siostrze w kolejnej rundzie towarzyszyła także Ula Radwańska, która nie wytrzymała jednak presji i kolejny już raz w karierze dała się pokonać Riske. W takim jednak momencie, momencie w którym Polacy w świetnym stylu podbijają Londyn nie warto skupiać się na porażkach a celebrować piękną grę naszych zwycięzców.

Jerzy Janowicz w imponującym stylu zrewanżował się na Nicolasie Almagro za porażkę w tegorocznym Australian Open. Cud, miód i orzeszki można by powiedzieć oceniając grę Polaka na tle świetnie spisującego się Hiszpana. Janowicz kolejny raz udowodnił swoją klasę, niezwykły talent i, co najważniejsze, pokazał całemu światu, że potrafi radzić sobie z emocjami, wyjść z dołka i zaprowadzić przeciwnika w ślepy zaułek. Chyba nikt przed meczem nie spodziewał się, że JJ tak łatwo poradzi sobie z wyżej notowanym Almagro, tym bardziej po pierwszych trzech gemach, przecież wszystkie padły łupem świetnie podającego tego dnia Hiszpana. Jurek z każdą minutą grał coraz lepiej, udowadniając, że pierwsze, słabe fragmenty były podyktowane rozkojarzeniem związanym z otwieraniem i zamykaniem dachu nad kortem centralnym. W takim stylu wygrywają tylko najwięksi i do tej grupy właśnie dołączył Janowicz. Jeśli to Almagro miał być najtrudniejszym przeciwnikiem Jurka na drodze do półfinału i spotkanie to zakończyło się łatwym zwycięstwem naszego tenisisty to czego innego jak nie właśnie awansu do najlepszej czwórki turnieju możemy oczekiwać? Finału. Tak, śmiało możemy liczyć na taki obrót spraw w wykonaniu Janowicza. Forma, jaką na trawiastych kortach londyńskiego Wielkiego Szlema prezentuje polski zawodnik oraz jego niezwykła pewność siebie dają nam ku temu powód. Nie wyjdzie? Trudno, ma jeszcze czas ale żaden wynik osiągnięty przez niego na tym turnieju powyżej ćwierćfinału nie powinien być dla nikogo niespodzianką. Jeśli ktoś twierdzi, że nasza męska rakieta numer 1 nie jest w stanie pokonać Andy’ego Murraya, powinien cofnąć się nieco pamięcią i przypomnieć sobie bezpośredni pojedynek obu panów z Paryżu a także przejrzeć listę nazwisk, które do dzisiejszego dnia Janowicz zgromadził na swojej osobistej liście pokonanych. Robią wrażenie. Prawda jest taka, że Jurek ma niesamowity wachlarz umiejętności, potrafi przystosować się do każdej nawierzchni i jest w stanie wygrać z każdym zawodnikiem z rankingu ATP ale czy jest gotowy na pierwszy triumf na wielkiej imprezie rangi Wielkiego Szlema? W oczach ekspertów i kibiców z całego świata jest w stanie dokonać tego już w tym roku. Niezmiernie cieszy sympatia, jaką fani z każdego zakątka kuli ziemskiej, darzą naszych tenisistów. Po wspaniałym triumfie nad Almagro, Janowicz zyskał rzeszę fanów, którzy nie tylko na trybunach londyńskiej areny ale i w internecie wyrazili swój podziw wobec jego gry. Wystarczy wspomnieć o „Polskim Supermanie”, „nowej gwieździe” czy „przyszłej, pierwszej rakiecie świata” by zauważyć, że JJ zawładnął sercami tenisowego świata.
Zanim jednak będziemy mogli myśleć o decydującej fazie turnieju, Jurek musi uporać się z dwoma innymi tenisistami. Pierwszym jego rywalem będzie 32 letni Melzer, który na Wimbledonie święcił niegdyś triumfy, w turnieju juniorskim oraz deblowym. Stając jednak naprzeciw Polaka jego szanse na sukces są minimalne. W ćwierćfinale powinien więc znaleźć się właśnie Jerzyk, a tam…

Wielce możliwe, że zobaczymy polski pojedynek. To byłby wspaniały i wielki dzień polskiego tenisa, gdyby na tym etapie wielkoszlemowego turnieju spotkało się dwóch naszych reprezentantów, po tym jednak co zobaczyliśmy w ich wykonaniu w rundzie trzeciej jest to scenariusz najbardziej prawdopodobny. Łukasz Kubot sprawił niesamowicie miłą niespodziankę nie tylko nam ale zapewne także sobie. Chyba nikt nie spodziewał się, że tak potoczą się losy polskiego tenisisty podczas wimledońskiej imprezy, przecież jego ostatnia forma nie napawała optymizmem, przecież już w drugiej rundzie miał trafić na Rafaela Nadala i pożegnać się z Londynem. Nic z tych rzeczy! Łukasz gra jak z nut, jakby na tej własnie trawie się urodził, można powiedzieć, że jesteśmy świadkami tego, jak Łukasz łamie swoje własne bariery, dołączając do grona tych, którzy sprawili dotychczas największe niespodzianki na kortach Wimbledonu. Po wspaniałym triumfie nad Francuzem Paire, w czwartej rundzie spotka się z jego rodakiem Mannarino i tym razem to on będzie lekkim faworytem do zwycięstwa. Tylko dwa male kroczki dzielą nas więc od historycznego spotkania Kubot – Janowicz i pewnego półfinału z udziałem polskiego tenisisty.


http://www.youtube.com/watch?v=4ekQEbNh8Mc

W 1/8 finału mamy także reprezentantkę wśród kobiet i jest nią oczywiście Agnieszka Radwańska. W przeciwieństwie do naszych panów, przed czwartą rakietą świata ciąży niebywała presja i niezwykle ciężkie zadanie. Zarówno Janowicz jak i Kubot nic nie muszą, nie mają ciśnienia na lepszy wynik, Aga przeciwnie. Finał to jej cel, poprzeczka, którą sama sobie postawiła rok wcześniej a, o której strącenie będzie dużo trudniej aniżeli w roku poprzednim. Teraz bowiem już w półfinale (jeśli nie dojdzie do kolejnych nieoczekiwanych zdarzeń) spotka się z niszczycielem w ludzkiej skórze, Sereną Williams, którą w dzisiejszych czasach pokonać może tylko choroba, kontuzja albo ona sama. Wcześniej, jeśli uda pokonać się Pironkową, na jej drodze stanie ktoś z dwójki Li – Vinci i na pewno tanio skóry nie sprzeda. Miejmy nadzieję, że nienajlepsza forma w meczu z Keys była jednodniowym spadkiem sił i w kolejnych meczach będzie już tylko lepiej, z drugiej jednak strony, pokonać tak grającą Amerykankę to też sztuka. Trzymajmy kciuki, może Agnieszka również doświadczy pomocy z niebios i uda jej się obronić zeszłoroczne punkty. W poniedziałek Polacy walczą o ćwierćfinały. C’moooon!

Wimbledon. Pechowy dla reszty, szczęśliwy dla Polski?

Wydawało się, że odpadnięcie Rafaela Nadala w pierwszej rundzie będzie największą sensacją tegorocznego Wimbledonu, teraz jednak okazuje się, że jedną wielką sensacją jest cały ten wielkoszlemowy turniej rozgrywany na londyńskich kortach.

Trzeci dzień Wimbledonu, pierwsza połowa drugiej rundy i mamy już… 4 walkowery (2 u kobiet, 2 u mężczyzn) oraz 6 kreczów (1 u kobiet, 5 u mężczyzn). Z turniejem, z powodu kontuzji pożegnali się już Cilic, Kohlschreiber, Pella, Isner, Stepanek, Tsonga, Darcis, Azarenka, Oprandi oraz Shvedova. Jeśli do listy tych, którzy nie grają już w singlu na trawiastych kortach w Londynie dopiszemy wspomnianego już Nadala oraz Wawrinkę, Rosola, Tipsarevicia, Hewitta, Querreya, Simona, Federera, Errani, Goerges, Paszek, Kirilenko, Petrovą, Rybarikovą, Hantuchovą, Ivanovic, Safarovą, Wozniacki, Cirsteą, Szarapową i Jankovic to znaczy, że coś się dzieje! A trzeba zaznaczyć, że już jutro czeka nas druga część spotkań drugiej rundy, aż strach myśleć kto będzie następny… chociaż może…. ;-)

Na razie mamy dwóch naszych reprezentantów w grupie 32 najlepszych zawodników. Obaj skorzystali dziś na wycofaniu się rywali choć trzeba przyznać, że bardziej na takim zrządzeniu losu skorzystał Łukasz Kubot. Najpierw sam, bez większych problemów uporał się z Andreevem, później Darcis wyeliminował z turnieju Nadala by na koniec oddać Łukaszowi mecz walkowerem. Teraz na jego drodze stanie rozstawiony z numerem 25 Francuz Paire, który już w pierwszej rundzie miał małe kłopoty z niżej notowanym rywalem, co by jednak nie mówić to on będzie niezaprzeczalnym faworytem meczu.

Nadala a raczej jego odpadnięcie w pełni można zrozumieć. Kiedyś musiało dojść do wyczerpania organizmu i Hiszpanowi przytrafiło się to podczas jednego z najważniejszych turniejów w sezonie, choć trzeba przyznać, że rok wcześniej jego przygoda z Londynem zakończyła się równie szybko bo już na rundzie drugiej.

O wiele bardziej zaskoczył fakt, że z turniejem pożegnał się już obrońca tytułu – Roger Federer (Czy to ta zmiana obuwia? ;-) ). Szwajcar nie grał dziś tak, jak przyzwyczaił do tego swoich fanów co w świetnym stylu wykorzystał Ukrainiec Stakhovsky i w czterech setach zakończył przygodę Federera z Wimbledonem.

Prawdopodobnie z tych samych powodów, z których w turnieju nie ma już Nadala, nie zobaczymy też Wawrinki. Szwajcar prawdopodobnie zapłacił frycowe za intensywny występ na poprzedzającym Wimbledon, turnieju w Holandii. W pierwszej rundzie wyeliminował go Hewitt, którego również nie ma już w turnieju głównym. On także nie oszczędzał sił przed startem w Londynie. Wykruszają się więc najgroźniejsi rywale z połówki drabinki Jerzego Janowicza a on sam… nie przemęcza się zbytnio. Krecz Radka Stepanka w dzisiejszym meczu z Jurkiem, chociaż nie miał zbyt dużego wpływu na końcowy rezultat (JJ raczej nie dałby urwać sobie nawet seta) to prawdopodobnie będzie miał wpływ na dalsze losy Janowicza, który dzięki wpadkom rywali staje własnie przed ogromną szansą na odniesienie najlepszego rezultatu w życiu. Dopiero w półfinale może trafić na rywala ze ścisłej czołówki – Andy’ego Murraya. Najważniejszy jednak test i jednocześnie rywal najtrudniejszy czeka na Jurka już teraz, w rundzie trzeciej Polak zagra z Nicolasem Almagro. Rozstawiony z 15 Hiszpan jest niezwykle wymagający i już raz, podczas Australian Open odprawił naszego tenisistę z kwitkiem. Ten fakt również może działać na korzyść Jurka. Jego charakter w tej sytuacji gwarantuje chęć rewanżu, nic tak przecież nie motywuje do pracy jak urażona duma. Trzymajmy kciuki za JJ, wygrana z Almagro otworzy mu drogę do półfinału, reszta rywali jest niewątpliwie w zasięgu Polaka.

Miejmy także nadzieję, że chociaż Wimbledon dla większości tenisistów i tenisistek okazał się niezwykle pechowy to dla Polaków wciąż pozostanie szczęśliwy. Zwykle wszyscy narzekaliśmy na pechowe losowanie drabinki Agnieszki Radwańskiej kiedy ta trafiała do tej samej połówki co Viktoria Azarenka, dziś takie zrządzenie losu przyjęlibyśmy z pocałowaniem ręki. Viki nie ma już w turnieju, podobnie zresztą jak, znajdujących się w tej samej części turniejowej drabinki, Mari Szarapowej, Jeleny Jankovic, Karoliny Woźniackiej oraz Any Ivanovic. Wszystkie najgroźniejsze rywalki wciąż są w grze i znajdują się w…tej samej połówce co Aga. Pamiętać jednak należy, że druga, pechowa runda wciąż przed nimi. Jeśli los ww podzieliłyby również Serena Williams oraz Na Li, wtedy drzwi do pierwszego triumfu w wielkoszlemowym turnieju stałyby przed Polką otworem. Nikomu nie życzy się złego ale gdyby to właśnie Adze udało się wyeliminować te dwie rywalki w bezpośredniej rywalizacji, to byłoby coś pięknego. Nie ujmując nic wszystkim innym zawodniczkom, to właśnie te dwie, Amerykanka i Chinka są największymi przeszkodami na drodze Isi do spełnienia marzeń.

Tegoroczny Wimbledon przejdzie do historii, patrząc na to co działo się do tej pory i ile dni jeszcze przed nami, nie wiadomo czego oczekiwać. Końcowy triumf zarówno wśród kobiet jak i mężczyzn pozostaje sprawą otwartą. Na dzień dzisiejszy faworytami są Djokovic i Williams ale nikt nie jest w stanie zagwarantować, że nie sprawią kolejnej niespodzianki i także oni nie pożegnają się przedwcześnie z Londynem. Największą sensacją w końcowym rozrachunku mogą się więc okazać nazwiska zwycięzców tego turnieju. Może tym razem (miejmy nadzieję) Pan Tomasz Zimoch wykazał się niezwykłą mocą, darem przewidywania przyszłości… Oby ;-).

Halo Wimbledon. Runda druga.

Pierwszy sprawdzian naszych singlistów w Londynie wyszedł świetnie. Polscy zawodnicy w komplecie zameldowali się w drugiej rundzie. Wimbledon więc, wciąż pozostaje jeszcze biało-czerwony a co najlepsze, po pierwszych meczach naszych reprezentantów można powiedzieć, że… apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Chyba na największe brawa zasłużył Michał Przysiężny, który dosyć łatwo uporał się z Philippem Petzschnerem 63 76 60 i udowodnił swoją grą, że ma naprawdę duży talent i predyspozycje. Jeśli 29 letni tenisista będzie miał okazję do częstszych spotkań z najlepszymi tenisistami, prawdopodobnie nie raz będziemy świadkami miłej niespodzianki z jego strony.  Teraz przed Przysiężnym stoi niewątpliwie wielkie wyzwanie, jego rywalem w drugiej rundzie będzie bowiem Kevin Anderson. 23 w rankingu ATP, reprezentant RPA, który w pierwszej rundzie, w mniej niż 1,5 godziny, uporał się z Belgiem Rochusem będzie oczywiście faworytem spotkania ale nie warto zabierać Michałowi szans bo… do póki rakieta w grze…

Najwięcej nerwów sprawiła wszystkim Ula Radwańska, która potrzebowała aż trzech setów (76 46 62) by uporać się z Amerykanką Bourdette. Polka pokazała jednak, że jest przygotowana na sytuacje podbramkowe. W dwóch decydujących momentach, tie-breaku w pierwszej partii i w secie trzecim okazała się lepsza, dzięki czemu jest już w kolejnej rundzie. Tam, na jej drodze stanie kolejna Amerykanka. Riske, która w drugiej rundzie znalazła się z powodu kreczowania swojej rywalki Oprandi, nie powinna zagrozić Polce ale akurat w przypadku młodszej z sióstr Radwańskich zawsze trzeba dmuchać na zimne. Ula jest tenisistką, która potrafi płatać figle. Najpierw pokonuje wysoko notowaną gwiazdę by następnego dnia zejść z kortu pokonana przez zupełnie anonimową rywalkę. To właśnie cała ona. Jeśli jednak uda się jej wyeliminować Riske, będzie miała okazję zmierzyć się z Kerber lub Kanepi i wtedy może być naprawdę ciekawie.

Problemów z awansem do kolejnej rundy, czego oczywiście można (a raczej trzeba) się było spodziewać, nie miała Agnieszka Radwańska. Czwarta rakieta świata pewnie (61 61) wygrała swój pojedynek z kwalifikantką Meusburger, chociaż były momenty, w których Polka musiała sięgnąć po swoje najcięższe działa. Zwycięstwo Agi, wbrew pozorom, przyniosło nam więcej radości, niż może się wydawać. W przeszłości, Isia toczyła z Austriaczką trzysetowe pojedynki, teraz rywalce udało się urwać Polce tylko 2 gemy. Niezmiernie cieszyć może serwis Radwańskiej, która zanotowała 5 asów (jeden podwójny błąd) i miała 75% skuteczność pierwszego podania a jak wiadomo w starciach z najwyżej notowanymi rywalkami, dobry serwis jest podstawą. W drugiej rundzie, rywalką Agi będzie Francuzka Mathilde Johannson, z którą jeszcze nie miała okazji się spotkać na korcie. Tu również mamy prawo oczekiwać triumfu, szybkiego, łatwego i przyjemnego ;-).

Już dziś o drugą rundę zawalczą Jerzy Janowicz i Łukasz Kubot. JJ w pierwszej nie dał szans Brytyjczykowi Kyle Edmundowi, pokonując go 62 62 64. Teraz  przed Janowiczem nie lada wyzwanie w postaci Radka Stepanka. 34 letni Czech jest bardzo groźnym rywalem dla naszej męskiej rakiety numer jeden. Może się okazać, że o zwycięstwie przesądzi serwis i właśnie w nim upatrywać należy większych szans Polaka na końcowy triumf. Stepanek jest ofensywnie grającym tenisistą, możemy więc być świadkami walki obu panów przy siatce, choć taktyką Janowicza będzie zapewne odrzucanie rywala od końcowej linii kortu aby zminimalizować jego ataki. Za nic nie można jednak lekceważyć Czecha, przecież nawierzchnia trawiasta jest dla niego podłożem idealnym.
Mecz tych tenisistów będzie emocjonował nie tylko ze względu na grę obu panów ale ich charaktery. Czech jest specjalistą w kłótniach z sędziami i brzydkim zachowaniu wobec rywali (za co jest nielubiany w tenisowym światku), kto więc może mu utrzeć nosa? Janowicz! Tak, to własnie Polak na kortach nie unika konwersacji z sędziami, prowokuje zachowaniem i jak trzeba zruga także i rywala. Będzie ciekawie i w zasadzie wygra ten, który wykaże się silniejszą psychiką.

Bez problemu w drugiej rundzie znalazł się także Łukasz Kubot. Będący ostatnio w kryzysie Polak, nie dał szans Andreevovi i pokonał go w nieco ponad 1,5 godziny 61 75 62. Być może perspektywa gry z Rafaelem Nadalem w kolejnej rundzie tak podziałała na Łukasza, że ten postanowił pokazać rywalowi swoją siłę ale koniec końców do spotkania z najlepszym tenisistą tego roku nie dojdzie. Wszystko popsuł sam Nadal, który nie ugrał nawet seta w starciu z Belgiem Darcisem. Na dzień dobry mieliśmy więc już największą sensację tegorocznego Wimbledonu, chociaż… można się było tego spodziewać. Nadal to przecież tylko człowiek, nie robot. Liczba spotkań, które rozegrał dała mu się we znaki i w końcu musiało się to tak skończyć. Już mecze z niżej notowanymi rywalami podczas Roland Garros pokazały, że porażka Hiszpana zbliża się nieubłaganie. Triumf we French Open był już skutkiem wykaraskania z siebie najbardziej skrywanych sił, po nim przyszły niesamowita radość i wyczerpanie organizmu. Własnie widzieliśmy tego konsekwencje. To samo spotka któregoś dnia także Serenę Williams, choć ciężko powiedzieć czy już podczas turnieju w Londynie. Amerykanka przecież nie musi przecież wychodzić z siebie by pokonać nawet te lepsze tenisistki.

Pierwsze problemy na swojej drodze podczas Wimbledonu napotkały już Szarapowa i Azarenka. Pierwsza musiała nieźle się zmęczyć by wygrać pierwszego seta w pojedynku z Mladenovic jednak różnica klas w końcówce dała już o sobie znać. Białorusinka natomiast musiała radzić sobie nie tylko z rywalką ale i kontuzją. Podczas wymiany, Azarenka tak się rozjechała, że nie było wiadomo czy dogra mecz do końca. Kolejny jednak raz, druga rakieta świata, mimo kłopotów zdrowotnych wróciła do rywalizacji i wygrała swój pierwszy mecz na trawie. Dziś okaże się na ile jej uraz był groźny i czy w ogóle w jej grze będą widoczne jego skutki.
Z grą singlową pożegnała się już za to Errani, która na trawie nie czuje się najlepiej ale prawdopodobnie odczuwa jeszcze mordercze skutki French Open. Co by jednak nie mówić, za dwutorową rywalizację na takim poziomie, przez taki okres, Włoszce należą się wielkie brawa.
Z męskiej drabinki ze znanych nazwisk, obok Nadala zniknęły także takie gwiazdy jak Wawrinka, Tipsarevic, Rosol, Kohlschreiber, Querrey czy Simon.

Miejmy nadzieję, że już nie długo do listy dopiszą się kolejne: Stepanek, Almagro, Anderson, Darcis, Federer…

Do póki rakieta w grze…

Polacy podbijają Paryż!

Świetny początek zanotowali Polacy na French Open! Najpierw swój wielki talent i aspiracje do nawiązania do sukcesów starszej siostry, potwierdziła Ula Radwańska. Polka pokonała Venus Williams w morderczym pojedynku, trwającym ponad trzy godziny. Pojedynku na stalowe nerwy. Zwycięstwo nad tak utytułowaną rywalką, na imprezie tak dużej rangi, jest jak do tej pory największym sukcesem Uli. Młodsza z sióstr Radwańskich nie dała się pokonać nie tylko Amerykance ale też jej fikuśnemu strojowi oraz problemom ze wzrokiem. Po efektownym zwycięstwie nad Williams, przed naszą tenisistką stanie o wiele mniejsze wyzwanie. Jej kolejną rywalką będzie mało znana Pfizenmaier, która do turnieju głównego przedzierała się przez kwalifikacje. Polka nie powinna mieć więc problemu z awansem do rundy trzeciej, a tam czekać nas będzie prawdopodobnie siostrzany pojedynek.

Agnieszka Radwańska jako druga przystąpiła do rywalizacji na francuskiej ziemi i… nie zawiodła oczekiwań kibiców. Po ostatnich, pechowych tygodniach w wykonaniu czwartej rakiety świata, były obawy przed jej występem na Roland Garros ale jak się okazało, były to obawy bezpodstawne. Polka gładko, bez większego wysiłku odprawiła z kwitkiem Shahar Peer. Reprezentantka Izraela nie potrafiła ani przez moment zagrozić Agnieszce, dając jasność, dlaczego jej pozycja w rankingu WTA jest jaka jest. Mecz dla Polski był tylko lekkim treningiem, dlatego ciężko stwierdzić, w jakiej jest aktualnie formie. Bez względu na wszystko, nie powinna mieć najmniejszych problemów z pokonaniem swojej kolejnej rywalki a będzie nią Mallory Burdette. Runda trzecia może okazać się niezwykłą gratką dla wszystkich fanów tenisa. Siostrzany pojedynek na turnieju Wielkiego Szlema to obrazek niezwykle interesujący. Można śmiało rzec, że dla Agnieszki będzie to najtrudniejszy mecz z dotychczasowych, które przyszło jej grać przeciwko Urszuli. Może być ciekawie, może Isia nie będzie zdecydowaną faworytką tego spotkania?!

Powody do radości dali nam także nasi panowie. Spisywanie na straty Jerzego Janowicza w starciu z Ramosem, nie było zbyt mądrym posunięciem. Nie raz już Jurek udowadniał swoją klasę, swój niebywały talent i inteligencję na korcie by tak łatwo odbierać mu szanse. Nawet z najtrudniejszych sytuacji JJ wychodzi obronną ręką. Jest chyba jednym z nielicznych, klasyfikowanych w rankingu ATP, którzy mogą pokonać każdego tenisistę, bez względu na nawierzchnię, na której przyjdzie im grać. Prawdziwy test w oczach niedowiarków czeka go zapewne w trzeciej i czwartej rundzie (porażka w drugiej byłaby mega sensacją). Jeśli pokona Wawrinkę i ponownie Gasqueta, zabraknie argumentów przeciwko niemu. Po prostu. Po dzisiejszym meczu Nadala z Brandsem można się było przekonać, że Hiszpan to także tylko człowiek, który wiecznie wygrywać nie będzie a każda dłuższa, zwycięska seria kiedyś się kończy. Zmęczenie dosięga każdego a rywal, który nie ma nic do stracenia lub taki, który ma wiele do udowodnienia wykorzysta to bez skrupułów. Własnie dziś, niemiecki tenisista udowodnił, że nie warto wyrokować, zanim sędzia nie krzyknie ‚Gem, set mats!’.

Michał Przysiężny także zameldował się w drugiej rundzie. Jego awans do kolejnej rundy nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem. To raczej porażka z Williamsem byłaby rozpatrywana w kategoriach niespodzianki. Sam mecz nie był jednak dla Polaka łatwy. Walka o każdy gem była naprawdę wyrównana i zwycięstwo kosztowało Polaka dużo sił. W rundzie drugiej, Przysiężny stanie naprzeciw wielkiemu tenisiście i…kibicom. Jego rywalem będzie bowiem Gasquet i to on będzie wielkim faworytem tego pojedynku.

Pierwsze dwa dni były cudowne dla polskich tenisistów. W komplecie zameldowali się w rundzie drugiej. Jutro ten wynik powinien także osiągnąć Łukasz Kubot. Z całej piątki, aż trójka będzie także głównymi kandydatami do awansu do rundy trzeciej a w przypadku Przysiężnego i Kubota zawsze można liczyć na cud ;-). Nie zapominajmy także o naszych reprezentantach w deblu. W męskiej drabince ich liczba jest niezwykle okazała. Trzymamy kciuki! Czekamy na zdobycie francuskiej ziemi!

RG na start!

Już jutro rusza drugi w tym roku turniej Wielkiego Szlema – Roland Garros. W bój ruszą Agnieszka i Ula Radwańskie, Jerzy Janowicz, Łukasz Kubot, Michał Przysiężny i debliści. Będzie więc kogo dopingować!

Najwięcej obaw budzić może występ, wydawałoby się, naszej najsilniejszej broni czyli Agnieszki Radwańskiej. Początek roku w jej wykonaniu był świetny, jednak ostatnie tygodnie nie budzą optymizmu. Słaba forma, kontuzja, do tego nawierzchnia w Paryżu – to wszystko powoduje, że porażka czwartej rakiety świata, w pierwszej rundzie z Shahar Peer, nie byłaby dla nikogo zaskoczeniem. Oczywiście, bez względu na wszystko, to Agnieszka jest faworytką tego meczu i powinna go wygrać. Jeśli tak się stanie, dopiero w trzeciej rundzie czekałyby na nią schody w postaci…
Venus Williams lub Urszuli Radwańskiej. Któraś z nich awansuje do drugiej rundy ( i prawdopodobnie trzeciej), gdyż los skojarzył obie tenisistki już na początku ich drogi po paryskich kortach. Niezwykle ciężkie zadanie czeka młodszą z sióstr Radwańskich chociaż wcale nie niewykonalne. Klasę Venus znają wszyscy, wiedzą na co ją stać ale na wiele stać przecież też Ulę. Polka jest nieobliczalna. Nie raz już w tym roku pokazała, że potrafi sprawić niemałą niespodziankę i wyeliminować murowaną faworytkę. Wszystko po to… by później dać się pokonać niżej notowanej rywalce. Ciężko więc dziś wyrokować kto awansuje do kolejnej rundy, chociaż siostrzany pojedynek w trzeciej byłby bardzo miłym i ciekawym dla kibiców obrazkiem. Chrapkę na spotkanie z siostrą będzie miała też Venus, ich potencjalny pojedynek mógłby się jednak odbyć dopiero w półfinale…
Główną faworytą do końcowego triumfu w Paryżu jest oczywiście Serena. Duże szanse na zwycięstwo ma też Maria Szarapowa. Nikt natomiast  nie wie jak spisze się i, przede wszystkim, w jakiej jest dyspozycji Azarenka. Oczywiście, wysoko w notowaniach trzeba stawiać też Na Li, która już raz cieszyła się z triumfu we French Open.

W singlu mężczyzn mamy duże powody do radości. Aż trzech naszych reprezentantów pojawi się na kortach Paryża. Naszą największą nadzieją na sukces jest oczywiście Janowicz. Eksperci upatrują w nim czarnego konia tego turnieju i po ostatnich świetnych występach JJ, nie sposób się z nimi nie zgodzić. W pierwszej rundzie Polak trafił na Alberta Ramosa. Nie wiedzieć czemu, kibice, w starciu z Hiszpanem, zaczynają upatrywać porażki Janowicza. Przegrana  Jurka w ich niedawnym trzysetowym pojedynku w Barcelonie nie jest chyba wystarczającym powodem do wyciągania takich wniosków. Wystarczy spojrzeć jak wtedy prezentował się Polak, a w jakiej formie jest obecnie. Janowicz mierzy wysoko i aby osiągnąć wyznaczone cele, tenisiści notowani w okolicach 60 miejsca nie powinni stanowić dla niego problemu. Przecież cały czas pokonuje dużo wyżej teoretycznie i rankingowo lepszych od siebie graczy. Nawet dobra gra Ramosa na tej nawierzchni nie zmieni tego, że faworytem spotkania będzie Polak. Jeśli wygra, na swojej drodze może spotkać kolejne wielkie przeszkody. W drugiej rundzie De Schepper lub Haase, w trzeciej Wawrinka a w czwartej, jego niedawny rywal Gasquet. W ćwierćfinale czeka już nie lada wyzwanie w postaci Rafaela Nadala. Wielka szkoda, że Jurek znalazł się w tej samej połówce drabinki co Nadal. Rozpędzony Hiszpan jest w zasadzie jedynym murowanym faworytem do zwycięstwa. Już dawno chyba, szanse innych tenisistów, w tym Djokovicia i Federera, nie były tak nisko oceniane w stosunku do jednego zawodnika. A może to ten polski czarny koń go zatrzyma? Jak na razie pozostaje to tylko w sferze marzeń ale przecież Paryż jest dla Jurka szczęśliwy, to tam osiągnął swój największy, dotychczasowy, sukces. Z nikim nie radzi sobie tak dobrze jak z Francuzami, więc czemu by nie sięgnąć od razu po ich najcenniejszy skalp?

Drugim z naszych reprezentantów jest Łukasz Kubot. Polak nie powinien mieć problemu z awansem do drugiej rundy, gdyż los mu sprzyjał i przydzielił mu w pierwszej kwalifikanta - Maxima Teixeira. Ciężko może być już w kolejnym meczu, gdyż jego rywalem prawdopodobnie będzie kolejny Francuz (szkoda, że to nie drabinka JJ ;-) ) Benoit Paire. Obecna forma Kubota nie powala i ciężko sobie wyobrazić by Polak obronił punkty za zeszłoroczną trzecią rundę.

Jedynym, który zdążył nam już sprawić trochę radości w Paryżu jest Michał Przysiężny. Polski tenisista znalazł się w głównej drabince dzięki udanych kwalifikacjach. W swoim ostatnim meczu na tym etapie pokonał Rhyna Williamsa, który mimo porażki awansował do turnieju jako szczęśliwy przegrany. Los spłatał figla i obaj zawodnicy spotkają się znów w pierwszej rundzie RG. Istnieje więc duża szansa, że w rundzie drugiej zobaczymy komplet naszych męskich reprezentantów. Tam na Michała czekać będzie jednak Gasquet, który będzie chciał się zrewanżować na koledze z reprezentacji swojego niedawnego pogromcy.

Nie ma chyba co liczyć na sukces w wykonaniu naszego najlepszego debla – Fyrstenberga i Matkowskiego. Polacy są w fatalnej formie i każdy zwycięski pojedynek w ich wykonaniu będzie bardzo dobrą informacją.

Liczymy więc na poprawę formy Agnieszki, niespodzianki w wykonaniu Uli, Łukasza i Michała a także potwierdzenie formy u Jurka. Półfinał któregoś z naszych reprezentantów byłby wielkim sukcesem.

Warto było nie spać!

Właśnie za takie mecze jak ten z Kirsten Flipkens kocha się Agnieszkę Radwańską. Był to jeden z najlepszych meczów, w jakich Polska brała udział, w tym roku. Niesamowicie grająca Belgijka i jeszcze lepiej grająca Isia. Już dawno nie patrzyło się na grę Agnieszki z uśmiechem w momencie kiedy…przegrywała. Tak. Nawet w pierwszym secie, wygranym przez rozstawioną z 30 numerem Flipkens, Polka pięknie walczyła. Już dawno Radwańska nie pokazywała tak niesamowitej woli walki, dotychczas, zbyt często odpuszczała piłki i punkty, w momentach kryzysowych. Dziś pokazała niebywałą ambicję, chęć i przede wszystkim grę. Grę inteligentną i wszechstronną. Zwycięstwo nie przyszło jej łatwo, choć wydawało się przed tym spotkaniem, że Belgijka będzie rywalką łatwą do ogrania, to już pierwsze gemy w jej wykonaniu udowodniły, że nie przez przypadek dotarła do ćwerć-finału turnieju w Miami. I podobnie jak w przypadku Stephens, nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Po dobrej grze oby tenisistek, momentami wymianach, po których ręce same składały się do oklasków, pierwsza partia padła łupem Flipkens. Niejednemu pewnie kibicowi serce zadrżało z obawy o pożegnanie się Polki z turniejem, w którym przecież broni tytułu. Z drugiej jednak strony, w pamięci pozostawał mecz z rundy poprzedniej,w którym również Aga wróciła do meczu po przegranym pierwszym secie. I jeszcze jedna myśl. Co raz częściej Radwańska rozgrywa trzysetowe pojedynki, do tej pory rywalki niżej notowane miały problemy ze skompletowaniem sześciu gemów w jednej partii. W czym tkwi problem? A może to będzie przepustka do jeszcze lepszej gry Agnieszki, swego rodzaju podłoże mentalne?

Wszyscy ci, którzy po przegranym secie wspominali mecz ze Sloane Stephens, mieli rację. Aga wróciła do meczu w podobnym, fantastycznym stylu. Nie minęła chwila, kiedy była powtórka z rozrywki w wykonaniu Polki i 46 30. Trzeci gem, Agnieszka Radwańska wygrała w sposób tylko sobie znany, w sposób piękny, fantastyczny i magiczny, w sposób, dzięki któremu o Polce mówi dziś cały świat. Jedno zagranie w całości opisujące jej wyjątkową osobę. Jeszcze dosadniej opisuje je reakcja Flipkens. Eksperci już okrzyknęli je zagraniem turnieju, miesiąca, roku i może czegoś więcej. Ktoś kiedyś widział coś podobnego? :-)

I ten uśmiech Radwańskiej. Piękny. Ten właśnie uśmiech mówił wszystko. Aga jest mocna i nie odpuści. Nie odpuściła, nawet kiedy Belgijka z bojową miną ruszyła do ataku i zaczęła odrabiać straty. Czwarta rakieta świata w pięknym stylu wyszła z opresji i zwyciężyła drugiego seta 64.

Sprawa zwycięstwa wciąż pozostawała otwarta i każdy wiedział, że świetnie dysponowana Belgijka tanio skóry nie sprzeda. Drugi set pokazał, że nawet przy wysokim prowadzeniu nie można być niczego pewnym, kiedy po drugiej stronie stoi nieobliczalna Flipkens. To ona pokonała Kvitovą serwując jej 60. Z Agnieszką jest jednak tak, że jest ona nieprzewidywalna. Kiedy oczekuje się od niej łatwego zwycięstwa, zdarza się jej męczyć, ba nawet przegrać. Kiedy jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi (przede wszystkim na ziemi korcie) wskazują, że czeka ją ciężka przeprawa, wtedy Polka zaczyna grać tenis na najwyższych obrotach i robi to w sposób…nie wymagający od niej większego poświęcenia. Przy prowadzeniu 50 Isia była już w półfinale i nawet dwa gemy dla rywalki jej tego nie odebrały.

Warto było czekać na ten mecz. Warto było nie spać/nastawiać budziki. Taką Radwańską chce się oglądać zawsze. Mecz był miły dla oka i nawet w przypadku porażki Radwańskiej, taki by pozostał. Dzięki postawie Agnieszki i wspaniałej woli walki był on także miły dla serca. A czego można jeszcze oczekiwać po takim spotkaniu? Chyba właśnie tylko spotkania z Sereną Williams.

To właśnie Amerykanka, po zwycięstwie nad Na Li, czekała już na rywalkę w półfinale. Poza pokazowym meczem w Kanadzie Aga jeszcze nigdy nie wygrała z Williams i znając Agnieszkę, jej pojedynki z demonami przeszłości (Azarenka, Li, Kvitova) będzie niezwykle ciężko. Wszystko w zasadzie zależy od samej Sereny, jej formy i podejścia do meczu. Wiadomo, że rakieta numer jeden nie jest w najwyższej formie, co pokazały pojedynki z Li i przede wszystkim ten wcześniejszy z Dominiką Cibulkovą. Słowaczka bliska była sprawienia sensacji i wyeliminowania Williams z turnieju, ale podobnie jak dziś Agnieszka, tak Serena wróciła do meczu w wielkim stylu. Tak wracają tylko najlepsi. Czy jednak nie lepiej smakuje finał po pokonaniu numeru jeden a nie, kiedy droga do sukcesu sama się wykrusza?

Wciąż istnieje szansa na kolejną powtórkę z rozrywki i finał Radwańska – Sharapova. W drugiej części drabinki Rosjanka musi jeszcze uporać się z Errani oraz ze zwyciężczynią pojedynku Jankovic-Vinci. Chciałoby się więc by Agnieszka kolejny raz zafundowała nam finałowe emocje, a jeszcze bardziej by kolejny raz podniosła puchar. Wszystko już teraz leży w nogach i głowie samej Radwańskiej.

***

W Miami świetnie radzi sobie nie tylko Agnieszka Radwańska ale nasz eksportowy debel Fyrstenberg/Matkowski. Polacy są już w półfinale i czekają na swoich rywali. Wcześniej wyeliminowali oni parę Kubot/Tipsarevic.

Dużo gorzej poszło naszym panom w singlu. Co się dzieje z Łukaszem Kubotem, wie chyba tylko on sam. Potrafi świetnie zacząć mecz, urywać seta faworytom, by później oddawać im pole do manewru. Chyba przydałby się mu psycholog. To samo tyczy się też Jerzego Janowicza. Chociaż akurat u niego problem tkwi gdzie indziej. Świat obiegły wieści, jakoby Polak w swoim pierwszym meczu w Miami zachowywał się karygodnie. Krzyczał, kłócił się z sędzią, beształ chłopca od podawania piłek i prowokował publiczność, na domiar złego olał swojego rywala przy podaniu mu ręki już po spotkaniu. Oczywiście Janowicz został za to wygwizdany i wybuczany, kibice informowali go mniej więcej, że ‚Do domu Polska!’. JJ został skrytykowany przez wszystkich od kibiców po ekspertów. Jak się jednak okazało to nie Polak a brazylijscy kibice Belluciego ponosili winę za takie a nie inne zachowanie naszego tenisisty. To oni go prowokowali, obrażali i nie dawali spokoju. Rzekome kłótnie z sędzią były ze strony Janowicza prośbą o zwrócenie uwagi i uciszenie publiczności. Bez efektu. Polscy kibice zasiadający na trybunach w Miami potwierdzają, że Brazylijczycy zachowywali się jak bydło. Janowicz jako młody tenisista być może nie radzi sobie jeszcze z presją trybun i bez względu na takie a nie inne ich zachowanie nie powinien łapać się na ich zaczepki. Ile prawdy jest w tym, że uderzyła mu woda sodowa do głowy nie wiadomo. W każdym stwierdzeniu jest ziarno prawdy. Jedno jest pewne: Janowiczowi potrzebny jest psycholog.