Archiwa tagu: finał

Champions League w Królewskim wydaniu!

ramos

Gdyby dziś, dzień po emocjonującym finale Ligi Mistrzów, w którym Real po rzutach karnych pokonał Atletico Madryt, ktoś zapytał piłkarzy Królewskich czy w następnym sezonie woleliby odzyskać prymat na boiskach Primera Division, czy obronić tytuł Champions League – bez wątpienia wybraliby to drugie.
Real zdecydowanie jest zespołem lubującym się w tych rozgrywkach. Wygrał je już jedenaście razy,co czyni go najbardziej utytułowanym klubem Europy. No ale przecież przydomek do czegoś zobowiązuje…

W ogóle, wczorajszy triumf Realu, biorąc pod uwagę z jakimi problemami na przestrzenie całego sezonu musiała zmagać się ta drużyna oraz z ilu sytuacji podbramkowych musiała się wykaraskać, czyni go chyba jednym z najbardziej cennych w historii.
Mimo wszelkich przeciwności losu oraz swoich własnych słabości, Królewscy zaliczą ten sezon do bardzo udanych. Co prawda w La Liga zajęli ‚dopiero’ drugą pozycję ale patrząc na formę, jaką prezentowała przez prawie cały sezon Barcelona, tylko punkt straty do Dumy Katalonii na finiszu rozgrywek może być rozpatrywany bardziej w kategoriach sukcesu aniżeli porażki. I bez względu na wszystko, na słowa kibiców i piłkarzy Barcy, Bayernu i innych klubów – zwycięstwo w LM czyni Real Madryt największym wygranym tego sezonu, to im bowiem dane było wznieść w górę najbardziej pożądane wśród wszystkich piłkarzy świata trofeum. Zarzekanie się po czasie i lekceważenie finału oraz ujmowanie mu należytej rangi czy prestiżu, a co za tym wszystkim idzie wykazywanie braku szacunku wobec Królewskich jest najzwyczajniej w świecie niesmaczne…

Sam finał był dosyć wyrównany. Real przeważał w pierwszej połowie, Atletico – w drugiej. Remis, sprawiedliwy remis. Karne. Loteria? Nie – pokaz siły charakteru. Nie wytrzymał jej Juanfran, wytrzymał i zapewnił triumf swojemu klubowi – Ronaldo. Najmniej widoczny piłkarz meczu. Ale któż o tym będzie pamiętał za rok,dwa czy kilkanaście? Przecież zwycięzców się nie sądzi, tym bardziej takich zwycięzców!
Historia Cristiano w tym spotkaniu to zupełne przeciwieństwo Jana Oblaka. To właśnie ten ostatni, mimo porażki Atletico został największą gwiazdą finału. Jego spektakularnego występu podczas serii jedenastek nie przyćmili ani Ramos, ani Pepe, ani żaden z innych zawodników biegających tego wieczoru po stadionie San Siro. Jego postawa na linii bramkowej już dorobiła się rzeszy fanów. Chyba żaden inny goalkeeper na świecie nie stosuje podobnej taktyki. Wybicie przeciwników z rytmu na poziomie mistrzowskim. Zasłużył na specjalne wyróżnienie! Jakaś wycieczka do kopalni soli w Wieliczce? Świetnie by się wkomponował…

Mecz sezonu, mecz roku, mecz życia…Finał na Wembley!

Zniecierpliwieni kibice już zaczynają odliczać godziny do zbliżającego się, wielkimi krokami, finału Ligi Mistrzów. Cała Europa zmienia plany. Ekstraklasa startuje już w czwartek aby w sobotni wieczór żaden mecz nie kolidował ze spotkaniem Bayernu z Borussią. Nawet X-Factor, w obawie przed największą katastrofą słupków oglądalności, przeniósł swój finał na niedzielę. Bez wątpienia czeka nas wielkie wydarzenie a fakt, że w najważniejszym meczu tego sezonu wystąpi aż trzech Polaków, powoduje, że przed telewizorami zasiądzie zapewne dużo więcej osób aniżeli gdyby mieli oglądać finał w wykonaniu dwóch hiszpańskich potentatów. Wszystkie inne stacje telewizyjne oprócz TVP i Canal+ muszą przyjąć, że tego wieczoru będą na pozycji przegranej, chociażby dwoili i troili się, wymyślając najbardziej ciekawe programy. Piłka na najwyższym poziomie + polski akcent = sukces.

Mecz zapowiada się niezwykle emocjonująco. W finale spotkają się dwie najlepsze drużyny tej edycji Ligi Mistrzów, jednocześnie obie są przedstawicielami tej samej ligi.
Przez ostatnie sezony przygoda Borussii Dortmund z europejskimi pucharami nie wyglądała najlepiej a przecież w Bundeslidze była niekwestionowanym numerem jeden. Po latach okupowania niższych miejsc w ligowej stawce, udało się nie tylko dogonić czołówkę ale i odprawić ich z kwitkiem i to na czele z wielkim Bayernem Monachium. Wszystko było w jak najlepszym porządku a jednak ich gra w klubowych rozgrywkach europejskich stanowiła duży problem. W sezonie 2011/2012, Dortmundczycy zakończyli swój udział w Champions Ligue na fazie grupowej, w której zajęli…ostatnie miejsce. Za rywali mając Arsenal, Marsylię i Olympiakos. Gdzie dziś są te drużyny? A gdzie jest Borussia? W ciągu jednego sezonu, po kompletnej klapie na europejskim placu gry,  drużyna Jurgena Kloppa przeszła niesamowitą metamorfozę mentalną. Z zespołu nie radzącego sobie najlepiej grając przeciwko siedzącym, od dłuższego czasu, w ‚temacie’ rywalom, stała się maszynką koszącą wszystkich po kolei, bez względu na klasę przeciwnika. Dorosła. Po dwóch latach ligowej dominacji, zapragnęła czegoś więcej i aby to osiągnąć, podjęła decyzję o potraktowaniu rodzimych rozgrywek jako przeprawy przed celem ważniejszym. Znając już dobrze smak mistrzowskiego tytułu, nie chcieli kolejny sezon się nim zadowolić, tym razem chcieli poznać smak o wiele bardziej wykwintny, smak triumfu w najbardziej elitarnych rozgrywkach klubowych w Europie. Ta drużyna idealnie wkomponowuje się w ludzkość, podobnie przecież zachowuje się człowiek, który porzuca swoje dotychczasowe życie/pracę, wychodząc naprzeciw przygodzie i nowym sytuacjom. Chyba właśnie tak można zdefiniować przemianę Borussii, jaka zaszła w przeciągu kilku miesięcy, w jej szeregach. ‚Nową jakość’ od razu poczuły faworyzowane w spotkaniach z nią drużyny. Real Madryt, Manchester City i Ajax, wszystkie te zespoły, od początku do końca trwania fazy grupowej nie byli w stanie chociażby zbliżyć się piłkarsko do Dortmundczyków. Chociaż każdy kolejny mecz w wykonaniu piłkarzy Borussii udowadniał ich klasę a także dawał jasność, jaki cel postawili przed sobą, brakowało dostatecznych argumentów by przekonać o tym dużą rzeszę kibiców i bukmacherów. Nie zmieniły tego także spotkania z Szachtarem i Malagą a już (ponowna) konfrontacja z Realem Madryt wywołała wręcz masowy ruch odbierający Borussii minimalne szanse na finał. Zaskoczyli więc wszystkich nie raz i nie dwa, zaskoczyli kilkakrotnie i być może jeszcze zaskoczą nie raz. Za każdym razem startowali gdzieś z tyłu, gdzieś na straconej już pozycji a na końcu i tak wznosili w górę ręce w geście triumfu. Walczyli od początku, aż do ostatnich minut, wygrywali pewnie bądź po heroicznej walce, przeciwstawiali się losowi lub szli z nim w jednym kierunku, poczuli smak zwycięstw ale też remisów i porażki, nie raz o losach spotkania decydowała indywidualna postawa jednego piłkarza ale częściej mogliśmy oglądać niesamowitą pracę zbiorową, zespół z prawdziwego zdarzenia. Borussia przeszła niesamowitą drogę do miejsca, w którym dziś się znajduje. Bez wątpienia ta drużyna jest gotowa na finał, jest gotowa na zwycięstwo w Lidze Mistrzów.

Chociaż to właśnie końcowe zwycięstwo w tych rozgrywkach jest głównym celem drugiej drużyny Bundesligi to nie sposób nie zauważyć, że już sam finał jest wielkim sukcesem. Jeszcze kilka miesięcy temu, sami zawodnicy tego zespołu nie wyobrażali sobie, że mogliby zajść aż tak daleko, że staną przed największą szansą w swoim życiu, taką, która może im się już nigdy nie przytrafić, a na pewno nie w tej samej koszulce, z tymi samymi partnerami. Motywacja w zespole jest więc niewyobrażalna (nikt nie potrafi tak zmotywować swoich piłkarzy jak Klopp (ostatnia wypowiedź w sprawie Lewandowskiego mówi wszystko) ;-) ), bo chyba każdy z nich niczego bardziej w tym momencie nie pragnie, mimo to, gdzieś w środku, na pewno panuje przekonanie, że wcale tego nie muszą wygrać, że nic się nie stanie, jeśli puchar podniesie ktoś inny. Kolejny raz więc, ci ludzie wyjdą na murawę bez łatki faworyta, bez niepotrzebnych obciążeń w postaci oczekiwań wszystkich dookoła. Kolejny raz przystąpią do meczu by udowodnić swoją wartość, zagrają dla siebie samych, dla drużyny, dla swoich kibiców. Prawdopodobnie dla Borussii będzie to także mecz o przyszłość tego klubu. Zwycięstwo wyniosłoby ich na szczyt. Pieniądze, promocja, transfery. Porażka może spowodować drastyczny upadek, pomijając oczywiście sukces czysto piłkarski jakim jest sam finał, klub potrzebuje pieniędzy i nowych nabytków klasy porównywalnej do tych, którzy opuszczą Dortmund. Można więc śmiało rzec, że finał Ligi Mistrzów w sezonie 2012/13 będzie  meczem o sukces nie tylko tego sezonu ale i kolejnych.

Bayern Monachium stoi zupełnie po innej stronie. Ma wszystko, pieniądze, renomę, piłkarzy (obecnych oraz zakontraktowanych na następny sezon) ale przede wszystkim jasną, klarowną przyszłość. Bez względu na wynik sobotniego spotkania, Bayern będzie faworytem do wszystkich możliwych triumfów w sezonie następnym, od Ligi Mistrzów począwszy. Początek tej edycji w ich wykonaniu nie był aż tak kolorowy jak w przypadku Borussii. Przytrafiła im się niespodziewana i wstydliwa porażka z BATE Borysów. Później, rywalizowali o pierwsze miejsce w grupie z Valencią i ten bój wygrali. Na swojej dalszej drodze rywalizowali kolejno z Arsenalem, Juventusem i Barceloną. Gra przeciwko dwóm ostatnim rywalom pokazała prawdziwą siłę tego zespołu. Bayern stał się największym faworytem tej edycji Champions Ligue. Jeśli wygra, nikogo to nie zdziwi. Będzie to przypieczętowanie sezonu idealnego i, według wielu, przejęcie tronu po Barcelonie, rozpoczęcie nowej ery, nowego, najlepszego klubu świata. Jeśli jednak zespół Juppa Heynckesa przegrałby tę batalię? Chyba sami piłkarze nie wierzą w taki scenariusz, a przecież większość z nich nie raz już przechodziła przez te trudne chwile. Bayern, od reformy tych rozgrywek czyli 1993 roku, tylko raz sięgnął po puchar. Ostatnimi czasy, w finałach musiał uznać wyższość Interu i Chelsea, podobnie ma się sprawa reprezentacji Niemiec, w której dużą liczbę stanowią piłkarze Bayernu. I do MŚ i ME, drużyna przystępuje jako faworyt, mimo to, nie sięga po puchary. Czy to pech? Czy może zbyt wielka pewność siebie, nieadekwatna do możliwości? Porażka w finale LM nie byłaby niczym nowym, niczym, czego wcześniej nie doświadczyliby w Monachium ale byłaby za to podwójnie bolesna. Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że w obecnej sytuacji, kiedy Bayern przez dwa lata musiał przyjmować na barki upokorzenia ze strony Borussii i gdy w końcu udało im się przemóc, udowodnić na rodzimych boiskach, że są lepsi, porażka w najważniejszym meczu sezonu, odbiłaby się na ich psychice. Ciężko byłoby znieść kolejne upokorzenie, tym bardziej od zespołu teoretycznie słabszego, nad którym ma się ogromną przewagę w tabeli ligowej. To, jak duże znaczenie ma triumf w LM dla wielu osób związanych z Bayernem, pokazał ostatni ligowy mecz z Borussią. Niektórzy nie wytrzymali presji, mimo tego, że przecież tamto spotkanie nie miało żadnego znaczenia w kontekście przeszłości jak i przyszłości. Jeśli można stwierdzić, że Borussia jest gotowa to zwycięstwo, można też powiedzieć, że Bayern nie jest gotowy na porażkę w finale, nie w sytuacji, w której jest prawie murowanym faworytem według opinii publicznej, bukmacherów, jak i zapewne samych siebie.

Oba zespoły zasługują na ten puchar. Oba w swoich szeregach mają świetnych piłkarzy, którzy potrafią zrobić różnicę. Ciężko odpowiedzieć, który z nich ma silniej obsadzone poszczególne pozycje. Można by porównywać klasę Neuera i Weidenfellera, Lewandowskiego i Mandzukicia, Lahma czy Piszczka itd…Każdy z nich jest niepowtarzalny, każdy ma wady i zalety, każdy może w odpowiednim momencie zaliczyć mecz życia i tak samo, popełnić karygodny błąd, który będzie kosztował jego zespół stratę bramki. O końcowym triumfie nie zdecyduje forma poszczególnych piłkarzy ale forma całego zespołu, nie umiejętności prezentowane przez cały sezon ale tego jednego wieczoru. Forma dnia. Oczywiście, zadecyduje też trenerski nos. Geniusz Kloppa i Heynckesa. Obaj są największymi ojcami sukcesu, bez których piłkarze Borussii i Bayernu nie stanęliby przed taką szansą. Puchar Ligi Mistrzów będzie więc wielkim początkiem bądź końcem trenerskiej kariery. Klopp może z hukiem rozpocząć swoją przygodę na ławce trenerskiej, Heynckes natomiast, może pożegnać się z trybunami, w najlepszy, możliwy sposób. Jako zwycięzca. Jedynym zespołem, który trenerowi Bayernu może w tym przeszkodzić jest właśnie Borussia. Nikt tak dobrze ich nie zna jak właśnie drużyna Kloppa, nikt tak jak oni, nie rozumie gry Monachijczyków…

Bez względu na to, co wydarzy się w sobotni wieczór, kibice oczekują wyrównanej walki i mnóstwa emocji. Nie warto wyrokować nad szansami obu drużyn. W futbolu przecież wszystko jest możliwe a zanim zabrzmi pierwszy gwizdek, oba zespoły mają po 50% szans. Dopiero boisko zweryfikuje nasze wyobrażenia wobec najważniejszego meczu w tym roku.