Archiwa tagu: borussia

Piłka nie jest sprawiedliwa! Ale jaka nieprzewidywalna…

Pierwsze opady śniegu w tym roku dały jasny sygnał piłkarzom: Czas kończyć rozgrywki! Czas na zimowy sen. Zaalarmowani zawodnicy nie dali się długo prosić, i tak, na początku tygodnia kibice musieli pożegnać się na dłuższy czas z Ligą Mistrzów a już w ten weekend, po raz ostatni dane im będzie ‚napawać się’ grą ulubionych ekstraklasowców ;-).

Szybko, bo już w grudniu z grą w europejskich pucharach pożegnać musiała się za to warszawska Legia (jej kibice akurat napawać nie mieli się czym). Jej występ w rozgrywkach Pucharu Europy można uznać za kompromitujący dla całego polskiego futbolu, stąd ‚euforia’ jaka zapanowała po ostatnim i jedynym wygranym (!) meczu fazy grupowej, nie tyle dziwi co boli. Nie wiadomo, skąd w Polakach takie skłonności do minimalizmu? Jeśli zawsze będziemy się zadowalać małymi sukcesikami, nigdy nie będzie nam dane fetować tych największych…

Nie Legii jednak a poważnej piłce, warto poświęcić kilka słów. A jeśli o futbolu w najlepszym wydaniu mowa to znak, że rozgrywki Champions Ligue wkroczyły w kolejną fazę, mianowicie, nadszedł czas hitowych pojedynków w 1/8 finału!

Co najciekawsze, jedynym reprezentantem Serie A, który pozostał na placu boju Ligi Mistrzów jest…AC Milan. Ten wyszydzany i wyśmiewany przez wszystkich Milan. Ten przyprawiający niekiedy swoich kibiców o ból głowy, dziewiąty zespół ligi. Milan. I to już najgorzej świadczy o sile włoskiej piłki.
Z batalii o najważniejsze trofeum w europejskim futbolu odpadli zarówno Juventus jak i Napoli. Ci pierwsi, na ostatniej prostej, w dwudniowym meczu dali się wypchnąć z walki o miejsce premiujące awansem tureckiej Galacie. I jeśli Milan możemy dziś nazywać największym farciarzem roku(gra z Ajaxem to kryminał), to miano największego przegranego wędruje właśnie do Starej Damy. Po tej samej stronie barykady, choć już z mianem największych pechowców stoją piłkarze Napoli. Dziś nikt się już z nich nie śmieje, wszyscy natomiast im współczują. Zgromadzić na swoim koncie dwanaście punktów, tyle samo co lider i wicelider tabeli i nie awansować dalej? Tego nie wymyśliłby chyba nawet najlepszy reżyser filmu akcji. Choć neapolitańczykom może się wydawać, iż ich życie napisało grono najlepszych autorów horrorów. Być może.
Champions Ligue kolejny już raz udowodniła, że nie należy do najbardziej sprawiedliwych. Czymże jest bowiem ‚marne’ sześć punkcików zgromadzonych przez Zenit przy tuzinie Napoli? I jaka różnica klas dzieli oba te zespoły?  Nieważne. To Rosjanie zagrają w 1/8 finału Ligi Mistrzów a Napoli, razem z Juventusem, Fiorentiną i Lazio będą mogli zaprezentować swoje wdzięki jedynie w Pucharze Europy, w przerwie, z nutką zazdrości, oglądając poczynania Rossonerich w tych ważniejszych rozgrywkach.

Równie dobre nastroje co w Mediolanie, panują dziś w Niemczech. Tamtejsze zespoły awansowały bowiem w komplecie do dalszej fazy Champions Ligue co nie pozostawia już złudzeń w temacie pozycji Bundesligi na tle innych europejskich lig. Na dzień dzisiejszy, biorąc pod uwagę także ubiegłorocznysezonowy skład finału, nasi sąsiedzi wyprzedzają w tym zestawieniu wszystkie inne Primery, Premiery i Serie.

Dwójka finalistów poprzedniej edycji Ligi Mistrzów sprawiła swoim kibicom prawdziwy rollercoaster. Borussia Dortmund w pojedynku z ostatnią w tabeli Marsylią miała pewnie przypieczętować awans a ledwo co, pociąg z napisem Champions Ligue odjechałby im sprzed nosa, w siną dal. Przez całe 73. minuty fani vicemistrza Niemiec przeżywali katorgi patrząc jak kolejne, idealne sytuacje marnują Robert Lewandowski i Marco Reus. Ten drugi nie pierwszy zresztą raz udowadnia, że pomimo wysokich umiejętności, nie jest jeszcze piłkarzem z najwyższej półki, na jakiego co rusz kreują go media. Wystarczy spojrzeć ileż więcej korzyści miałaby z niego Borussia, gdyby w decydujących momentach albo nie ładował piłki na chama w trybuny albo nie sępił jej swoim kolegom. Dziś, zarówno on jak i wspomniany już Lewandowski mogą bić pokłony przed Kevinem Grosskreutzem i…bramkarzem rywali. To właśnie oni na spółkę, na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry dali Dortmundczykom upragniony awans. Po tym spotkaniu, mając jednocześnie w pamięci mecz przeciwko Maladze w poprzedniej edycji rozgrywek, kibice Borussii mogli już przygotować się na kolejne piłkarskie horrory. Należy bowiem pamiętać iż człowiek przezorny/przyzwyczajony/przygotowany jest zawsze ubezpieczony. I od razu w Dortmundzie spadnie liczba ‚zawałów’ fundowanych przez piłkarzy Kloppa.
Tak jak Borussia przeszła drogę z piekła do nieba, tak Bayern również zafundował swoim fanom podniebno-podziemne transfery, jednak w ich przypadku, końcowy kierunek był zupełnie odwrotny. Najlepsza drużyna Europy poprzedniego sezonu spadła od razu sto metrów pod powierzchnię.
Mistrzowie Niemiec, pewni awansu do 1/8, walczyli z Manchesterem City już tylko (bądź aż) o pieniądze i prestiż. I już na ‚dzień dobry’ postanowili chyba pokazać przyjezdnym kto rządzi na europejskich boiskach i zapakowali im dwie bramki. Ciekawe, ilu w tym momencie kibiców Bayernu wyobrażało sobie festiwal strzelecki w wykonaniu swoich ulubieńców, rozmiarem podobny do tego, jaki urządzili sobie niedawno the Citizens w starciu z Tottenhamem? Nieważne, wszyscy krewni Andersena musieli się obejść smakiem. Po dziewięćdziesięciu minutach gry to właśnie gracze MC schodzili z murawy z podniesionymi głowami a… Bayern? Przegrał wygrany mecz.
Ktoś bardzo upierdliwy, ktoś podejrzliwy i nie mogący uwierzyć w taki obrót spraw w spotkaniu na takim poziomie mógłby nawet pomyśleć, że mecz ten jeszcze przed pierwszym gwizdkiem miał napisany scenariusz. Nie od dziś bowiem, w zakładach bukmacherskich kursy na prowadzenie gospodarza (faworyta meczu) do przerwy i końcowy triumf gości osiągają niebanalne rozmiary. No ale… Liga Mistrzów jest pod skrzydłami FIFA a czy ktoś śmie wątpić w czystość tej organizacji?…

Z drugich lokat do następnej ‚rundy’ Ligi Mistrzów awansowali Bayer Leverkusen (bez Sebastiana Boenischa w składzie, dlatego udało się im wygrać, nie tracąc przy tym bramki w wyjazdowym spotkaniu z Socidedadem) oraz Schalke, które pokonało ‚u siebie’ Basel 2-0 a mimo tego, głównymi gwiazdami wieczoru zamiast piłkarzy niemieckiego zespołu zostali… sędziowie. Po karygodnym błędzie, o którym lepiej nie pisać a zobaczyć:

https://www.youtube.com/watch?v=edPg_SD7hzY

Powinni nauczać na wszelkich kursach sędziowskich. Z cyklu: Błąd, za który arbiter powinien zakończyć profesjonalną karierę i trudnić się pracą na orlikach.
I to my, Polacy, tak narzekamy na poziom sędziowania w lidze a takie wałki kręcą w najbardziej prestiżowych rozgrywkach, gdzie błędy zdarzać się nie powinny wcale.
Niemców, pod względem ilości reprezentantów nie udało się dogonić drużynom z Primera Division. Hiszpanie, w sile trzech zespołów (odpadł Sociedad) awansowali do 1/8, fazę grupową kończąc na pierwszych pozycjach. Zarówno Real Madryt jak i Barcelona czy Atletico pokazali klasę i apetyt na zwycięstwo w całych rozgrywkach. Formą błysnął Naymar, który w meczu z Celticiem popisał się hat-trickiem jednak to Cristiano Ronaldo, bijąc kolejny rekord w swojej karierze znów stał się tematem numer jeden. Oczywiście mając na uwadze pewne trofeum, które kiedyś miało ogromną wartość…

Anglicy, podobnie jak Niemcy,  fetują awans wszystkich swoich reprezentantów do kolejnej fazy jednak w ich przypadku jest to radość połączona ze łzami. O ile City, mimo drugiego miejsca (prawdopodobnie właśnie to było ich celem) mogą być z siebie zadowoleni o tyle już Arsenal, przez porażkę z Napoli, mógł straszliwie skrócić sobie czas pobytu w tych elitarnych rozgrywkach. Rzutem na taśmę, Borussia Dortmund mogła nie tylko pozbawić ich liderowania w grupie ale i marzeń o triumfie w Lidze Mistrzów. Wśród potencjalnych rywali, na których Kanonierzy mogą trafić w kolejnej rundzie nie ma słabeuszy. Każdy, dosłownie każdy może ich odesłać do domu z kwitkiem a przyznać trzeba, że w porównaniu do początku sezonu, Arsenal strasznie obniżył loty.
Warto przy temacie drużyny Wengera zatrzymać się przy jednym nazwisku. Laurent Koscielny, Francuz polskiego pochodzenia to jedna, wielka tykająca bomba. Nie wiadomo kiedy wybuchnie, a że do tego dojdzie jest niemal pewne. Aż dziw bierze, że taki piłkarz tak długo utrzymał się w tym zespole. Przecież jeśli w grę wchodzą faule, rzuty karne bądź czerwone kartki, na 99,9% wiadomo, że sprawcą przewinienia jest Francuz. To prawdopodobnie większy pechowiec pod tym względem, niż swego czasu Arkadiusz Głowacki. Być może jego ‚problem’ tkwi właśnie w krwi. A my już nie musimy szukać usprawiedliwień na słabość polskiego futbolu. Nasi gracze już się z tym po prostu rodzą…
Wracając jednak do przedstawicieli wyspiarskiej piłki… Słabą formą poszczycić się mogą również ‚koledzy’ Szczęsnego z United i Chelsea, którzy co prawda wygrali swoje grupy ale poziom prezentowany przez ich rywali, szczególnie w przypadku tych drugich, nie zwalał z kolan. Manchester, z grą jaką prezentuje dziś w Premier League nie zajedzie za daleko a problemy może mu sprawić nawet beznadziejnie człapiący Milan. Możliwe, że wraz z Fergusonem, cały United stracił swoją wielkość. Czy odwracalnie?

Mając w wyobraźni hitowe starcia Manchesteru City, Galatasaray, Arsenalu i Milanu (plus Leverkusen, Zenit, Schalke) z United, Chelsea, Realem, Barcą, Borussią, Bayernem, PSG i Atletico Madryt aż robi się gorąco. I co kibice będą robić w przerwie zimowej? Gdyby nie Igrzyska Olimpijskie, gdyby nie spokojne weekendy w towarzystwie skoczków, biathlonistek i Justyny Kowalczyk, można by zapaść w zimowy sen…

W Lidze Mistrzów rządzi RL9! Jaki kierunkowy do Warszawy? 0-1!

Jeśli w środku tygodnia między sobą grają najlepsze drużyny w Europie, jeśli dwukrotnie do siatki trafiają piłkarze tacy jak Zlatan, Lewy czy Ronaldo a poziom zaangażowania u zawodników wzrasta o jakieś 100% to znak, że coś się dzieje. To znak, że gra Liga Mistrzów!
Fenomenu tych rozgrywek nie są w stanie wyjaśnić chyba nawet najstarsi górale bo któż z pełną świadomością potrafi odpowiedzieć na wszystkie nurtujące nas pytania. I jak to jest, że w krajowym pojedynku z ligowym średniakiem ledwo udaje się wydrzeć zwycięstwo a w meczu Ligi Mistrzów, w starciu z zespołem o porównywalnych umiejętnościach, na jego terenie wygrywa się gładko, łatwo i przyjemnie? Można by to zrzucić na karb rangi Champions Ligue i uznać, że w takich spotkaniach nikogo nie trzeba dostatecznie motywować a sama nazwa tych rozgrywek dodaje skrzydeł jak znany wszystkim napój energetyczny ale w takim razie, co z drużynami, którym dopisano już punkty przed pierwszym gwizdkiem by po ostatnim przepisać je na konto rywala? To właśnie LM, o tym nie śniło się nawet filozofom.

A my wśród wszystkich tych latających piłkarzy mamy także swojego reprezentanta. Robert Lewandowski na stałe już zadomowił się w europejskiej elicie, obok sław takich jak Messi, Ibrahimović czy Ronaldo. Chyba nadszedł już odpowiedni moment by Lewy zyskał swój unikatowy boiskowy pseudonim. Od dziś, Dariusz Szpakowski nie będzie musiał się ograniczać jedynie do cominutowego wymawiania CR7, nadszedł bowiem czas RL9! Robert bije kolejne rekordy w Bundeslidze i europejskich pucharach, mogłoby się nawet wydawać, że jest stworzony do gry w barwach Borussii Dortmund a jednak, on sam swoją przyszłość widzi na Allianz Arena. Na dzień dzisiejszy i jednej i drugiej stronie świetnie wiedzie się w ‚samotności’ i normalnym staje się zapytanie: po co to wszystko? Czy Beyernowi potrzebny jest Lewandowski i czy samemu Robertowi potrzebny jest Bayern? Z perspektywy czasu, najlepszą przestrogą okazał się jego niedawny klubowy kolega, Mario Goetze. Przykład Niemca nie jest jedynym, który nie sprostał oczekiwaniom obu stron. Oby się Lewy nie przeliczył i jego historia nie przypominała tych Falcao i Bale’a. Obaj odchodzili ze swoich klubów za wielkie pieniądze, jako niekwestionowani liderzy, aspirujący do tytułu najlepszego piłkarza na starym kontynencie a koniec końców, okazało się, że na ich transferze najwięcej zyskali ich poprzedni pracodawcy. Zarówno Atletico Madryt jak i Tottenham dzielą i rządzą dziś nie tylko na krajowych boiskach ale i europejskich. Czy taki sam los może spotkać Borussię po utracie Lewandowskiego? Zobaczymy.

Wracając jednak do Atletico Madryt, na dzień dzisiejszy to właśnie oni obok Arsenalu Londyn pretendują do miana najlepszego zespołu w Europie. W Primera Division wciąż pozostają niepokonani, pewnie utrzymując kroku Barcelonie. Warto jednak zaznaczyć, że przeciwnie do Dumy Katalonii, mają już na rozkładzie sam Real Madryt. W bezpośrednim dwumeczu z Katalończykami także nie dali się im pokonać a to już dostateczne powody by traktować ich nad wyraz poważnie. W samej Champions Ligue piłkarze ze stolicy Hiszpanii zanotowali dwa zwycięstwa i pewnie prowadzą w pucharowej tabeli.
Jak jest na przeciwnym biegunie? Jeszcze kilka dni temu dziennikarze przekrzykiwali się w typowaniu największego przegranego początku sezonu, wymieniając kandydatury Chelsea, Manchesteru United czy Realu Madryt. Nic z tych rzeczy. Największym przegranym na starcie sezonu 2013/14 okazał się być Juventus. Stara Dama może mieć poważne problemy z awansem do dalszej fazy rozgrywek. Największym zagrożeniem okazać się może Galatasaray, które właśnie wywiozło z Turynu jedno oczko. Ten punkt może się okazać kluczowy przy dwukrotnym pokonaniu Kopenhagi i przynajmniej wyrównaniu dorobku punktowego w rewanżu z Juve. Dziś wszystko leży w nogach piłkarzy ze Stambułu.

Jeszcze gorzej od piłkarzy Starej Damy, na europejskich boiskach, choć już nie w Lidze Mistrzów, prezentują się piłkarze…Legii Warszawa. Jeszcze wczoraj, nikt nie potrafił sobie wyobrazić sytuacji, w której mistrz Polski zostaje wykluczony z Ligi Europy. Teraz natomiast taka opcja byłaby chyba jedyną rozsądną decyzją piłkarskiej centrali. Ileż wstydu by nam FIFA oszczędziła. Jeśli jednak ‚na górze’ nie zdecydują się na taki krok, warto byłoby przemyśleć tę kwestię na rodzimym gruncie. Czy w historii tych rozgrywek, którykolwiek zespół zakończył fazę grupową z zerowym dorobkiem punktów i bramek? Legia może być pierwsza. Cieszmy się, zawsze to jakiś rekord a że niechlubny? No cóż…
Jan Urban, mówi, że sprawa awansu w dalszym ciągu zależy tylko od jego drużyny. I ma rację. W końcu w eliminacjach do MŚ, jeszcze przed pierwszym spotkaniem sprawa awansu także zależy tylko od piłkarzy San Marino. Poziom jakby podobny.
Z taką grą, Warszawianie mogą przygotowywać się już na mega-lanie ze strony Trabzonsporu. Wygląda na to, że Mierzejewskiemu będzie dane zapytać Skaby, w który róg posłać mu futbolówkę za pierwszym, drugim i także trzecim razem. I pomyśleć, że oni chcieli grać w Lidze Mistrzów. Toż to by była dopiero katastrofa. Piątki i szóstki jak nic. Nie w lotto, w bramce Legionistów.
Co najważniejsze, mistrzowie Polski (jak to brzmi w obecnej sytuacji?) nie powinni zganiać winy za porażkę na zamknięcie trybun Pepsi Areny. Prawda jest przecież zupełnie inna. W tym sezonie, w drodze do Chmpions Ligue jak i w fazie grupowej Ligi europy, jedynnym zespołem, który udało się Legii pokonać był… amatorski mistrz Walii. Jakoś wtedy i pełne trybuny nie pomagały.
Swoją drogą, FIFA zamykając stadion na Łazienkowskiej na mecz z Cypryjczykami wyświadczyła warszawskim kibicom wielką przysługę. Zimno przecież było i wielu z nich mogło się przeziębić. Inni, mający słabe nerwy, patrząc na grę swojego zespołu mogliby trafić na ostry dyżur a tak, można było podziwiać piękną architekturę tego obiektu.
Chodzą słuchy, że po zawieszeniu w funkcji spikera Wojciecha Hadaja, warszawski klub chce zatrudnić na to stanowisko Janusza Filipiaka. Właściciel Cracovii ma już bowiem doświadczenie w stwarzaniu atmosfery na pustym stadionie.

Jaka tu cisza, jaki tu spokój, nic się nie dzieje, Legia przegrywa a świat się śmieje…

Bayern z Pucharem Ligi Mistrzów!

Finał tegorocznej Ligi Mistrzów był niezwykle emocjonujący. Po końcowym gwizdku aż chciało się zobaczyć jeszcze dogrywkę i rzuty karne. Bo chyba właśnie te ostatnie byłyby najlepszym zakończeniem tego pięknego wieczoru.  Zarówno Bayern jak i Borussia wyszły na murawę, jak dwóch wytrawnych pięściarzy. Dwie połowy przypominały dwie rundy bokserskie. I tak – pierwsza należała do piłkarzy Jurgena Kloppa, druga do Bayernu, dodatkowo ci drudzy, przed końcowym gongiem, posłali decydujący, nokautujący cios. Borussia już się nie podniosła. Nie zdążyła.

Pierwsza połowa była chyba dla wielu wielkim zaskoczeniem. Dortmund atakował, skórę Bayernu, raz po raz, ratować musiał Neuer. Okazało się, że nie taki ten Bayern straszny jak go malują. O ile jego klasa jest niepodważalna, o tyle jeszcze dużo brakuje mu do osiągnięcia perfekcji, przewagi jaka dzieliła jakiś czas temu Barcelonę od reszty europejskiej stawki. Wydawało się, że za moment drużyna Heynckesa pożegna się z pucharem, swoje okazje marnowali jednak Lewandowski, Błaszczykowski i Reus, żaden piłkarz w czarno-żółtym trykocie nie potrafił pokonać świetnie dysponowanego bramkarza rywali. Bayern, choć wydawało się, że sami jego zawodnicy nie wiedzą co się dzieje, był tylko uśpiony. Wystarczyła chwila nieuwagi by gra przeniosła się pod pole karne Borussii. Każda akcja była niezwykle groźna, szczególnie się we znaki dawały rzuty rożne w wykonaniu gwiazd z Monachium. Kiedy w końcu Bayern włączył się do gry na 100%, poznaliśmy drugiego bohatera wieczoru. Był nim Roman Weidenfeller. Golkiper, podobnie jak wcześniej jego kolega po fachu, wyczyniał cuda w bramce. Tylko dzięki nim (lub przez nich) nie oglądaliśmy dużej ilości bramek na Wembley. Kiedy już jednak piłka wpadła do bramki, cieszyć mogli się kibice z Monachium. Ich szczęście nie trwało jednak zbyt długo, bo już osiem minut później piłkę z siatki wyjmował Neuer. Gra toczyła się na nowo. Byliśmy świadkami naprawdę ciekawego widowiska, w które nie wpasował się niestety sędzia. Być może inaczej potoczyłyby się późniejsze wydarzenia na boisku gdyby arbiter, po podyktowaniu rzutu karnego dla Borussii, pokazał także drugą żółtą (a w konsekwencji czerwoną) kartkę Dante. Później, jego los powinien podzielić także Robert Lewandowski, który najpierw uderzył a potem zdeptał Boatenga. Może jeśli oba zespoły kończyłyby ten mecz w dziesiątkę, doczekalibyśmy dogrywki, może jedna z tych ekip wygrałaby wcześniej, może padłoby jeszcze więcej bramek, a może, nie zobaczylibyśmy już żadnej – tego się nie dowiemy.  W 89 minucie spotkania, Bayern sięgnął po trofeum. Po tylu minutach starań, tylu nieudanych akcji ze strony Robbena, w końcu trafił do siatki. W swoim, z jednej strony pewnym, z drugiej rozpaczliwym, ataku na bramkę Weidenfellera, okazał się nieuchwytny i, mając w pamięci dwa poprzednie finały Champions Ligue oraz kolejne 89 minut finałowego starcia z Borussią, odkupił wszystkie swoje winy. Nikt tak jak on nie pragnął tego zwycięstwa. Zasłużył na nie, za wszystkie przegrane do tej pory spotkania, w których miał swój wielki udział, teraz w końcu to on zapewnił wygraną…

Bayern zasłużenie sięgnął po puchar lecz to samo można by powiedzieć, gdyby Ligę Mistrzów zdobyła Borussia. Oba zespoły stworzyły świetne widowisko, godne finału, oba miały swoje sytuacje i w zasadzie nikt chyba nie ośmieli się powiedzieć, że różnica między tymi drużynami była widoczna. Bayern był po prostu skuteczniejszy, świetnie poradził sobie z presją, która na nim ciążyła. Nikt dziś nie powie, że zespół Kloppa był słaby, że nie radził sobie zbyt dobrze bo przecież wcale tak nie było. Finał godny finału i finaliści godni Ligi Mistrzów.

Z presją nie poradził sobie za to Lewandowski. Dwa strzały z dalszej odległości (chociaż jeden piękny)i chamski faul na rywalu na pewno nie przyniosły mu chluby. A wręcz przeciwnie… Lewy z finału LM przypominał trochę Lewego z Reprezentacji Polski. Nie takiego Roberta chcemy oglądać…Do najlepszych meczów w swoim wykonaniu, finału nie zaliczy też Błaszczykowski, chociaż nie można mu odmówić ambicji i chęci. Starał się, szarpał, zabrakło niewiele by został bohaterem. Najlepszym z Polaków był jednak Piszczek, który dobrze wykonywał swoje zadania, nie zawiódł zaufania trenera i kibiców i chyba właśnie dlatego, to on najbardziej przeżywał tę porażkę.

http://rutube.ru/video/ba86655f76b11afafc20d0ef0ec570da/

Finał był w miarę wyrównany, zarówno Bayern jak i Borussia udowodniły swoją klasę i potwierdziły dlaczego to właśnie oni znaleźli się tego dnia na Wembley. Byli najlepsi w przeciągu całej, zakończonej właśnie edycji Champions Ligue. Tego, jaka różnica dzieliła piłkarzy obu tych drużyn od całej reszty stawki, mogliśmy się przekonać już podczas fazy grupowej.  Niezrozumiałe więc w tym momencie jest to, jaką jedenastkę Ligi Mistrzów przedstawia serwis goal.com. Kpina. Czy to miał być żart?

Zabrakło w niej miejsca dla naszych reprezentantów. W ogóle,  jedynym graczem Borussii, którego dziennikarze tego serwisu umieścili w zestawieniu jest…nieobecny w finale, Mario Goetze. W jedenastce znalazło się także ‚tylko’ trzech graczy Bayernu. Tyle samo miejsc obsadzili piłkarze Juventusu a po jednym graczu przedstawiciele Realu, Malagi, PSG i Barcelony. Nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.
Pewne miejsce, bez wątpienia, ma Cristiano Ronaldo. Portugalczyk kolejny rok z rzędu udowadnia swoją klasę. Tym razem okazał się najlepszym strzelcem Ligi Mistrzów. Można by się kłócić z obsadą bramki, gdyż trzech piłkarzy robiło różnicę na tle całej reszty. Są to Neuer, Weidenfeller i Caballero. W zestawieniu goal.com znalazł się ten ostatni ale typujący zapomnieli chyba, że Malaga rozegrała aż trzy spotkania mniej od swoich niemieckich rywali, w trakcie których, tamci popisywali się świetnymi obronami. Szczególnie Weidenfeller zasłużył na miano najlepszego bramkarza w tej edycji LM, nawet w bezpośredniej rywalizacji z Caballero, wyszedł na plus.
Nie na miejscu jest także wystawianie ‚aż’ trzech graczy Juve. Nie jest to przecież jedenastka Serie A a samych rozgrywek Ligi Mistrzów i obrońcy Starej Damy wypisali się już z niej w dwumeczu z Bayernem. 8 bramek straconych w 10 meczach było kryterium? Bayern w 13 meczach stracił 11 a w bezpośrednim starciu między tymi drużynami tylko Juventus wyciągał piłkę z siatki (4 razy)… Jeśli nie ma miejsca w jedenastce dla Piszczka, który w pojedynkę wyłączył z gry Ronaldo (4) oraz wielu innych świetnych piłkarzy, nigdy nie schodził poniżej pewnego, wysokiego poziomu, to coś w tym jest nie tak… O ile jednak można się sprzeczać na temat wielu kandydatur w linii obrony czy pomocy, tak wybór napastnika jakiego dokonali dziennikarze ów portalu może budzić jedynie zażenowanie lub współczucie… Leo Messi. W tym momencie, chyba najwierniejsi fani Barcy pukają się w czoło… Jeden dobry mecz w wykonaniu Argentyńczyka po fazie grupowej (rewanż z Milanem) nie jest chyba wystarczającym powodem by znaleźć się w tym zestawieniu. Ostatnie spotkania Barcelony w Champions Ligue w przypadku Messiego wyglądały następująco: nie grał wcale, grał ale był niewidoczny, był najsłabszym ogniwem na boisku. Bądźmy poważni. Jedynym kandydatem, który zasłużył na miejsce w tej jedenastce jest Robert Lewandowski. Pomijając finał, był najjaśniejszą gwiazdą w Dortmundzie. Był drugim strzelcem, po Ronaldo, w tych rozgrywkach a cztery gole strzelone w jednym meczu Realowi, do razu zdyskwalifikowały resztę konkurencji.

Caballero – Lahm, Bonucci, Thiago Silva, Chiellini – Schweinsteiger, Vidal – Robben, Goetze, Ronaldo – Messi

Ludzie, którzy przyczynili się do powstania tej jedenastki powinni chyba zmienić zawód bo jedynym słowem, którym można określić ich dzieło jest: KOMPROMITACJA.

Chyba nikogo już nie zdziwi, jeśli kolejny raz Złotą Piłkę dadzą Messiemu…

 

Mecz sezonu, mecz roku, mecz życia…Finał na Wembley!

Zniecierpliwieni kibice już zaczynają odliczać godziny do zbliżającego się, wielkimi krokami, finału Ligi Mistrzów. Cała Europa zmienia plany. Ekstraklasa startuje już w czwartek aby w sobotni wieczór żaden mecz nie kolidował ze spotkaniem Bayernu z Borussią. Nawet X-Factor, w obawie przed największą katastrofą słupków oglądalności, przeniósł swój finał na niedzielę. Bez wątpienia czeka nas wielkie wydarzenie a fakt, że w najważniejszym meczu tego sezonu wystąpi aż trzech Polaków, powoduje, że przed telewizorami zasiądzie zapewne dużo więcej osób aniżeli gdyby mieli oglądać finał w wykonaniu dwóch hiszpańskich potentatów. Wszystkie inne stacje telewizyjne oprócz TVP i Canal+ muszą przyjąć, że tego wieczoru będą na pozycji przegranej, chociażby dwoili i troili się, wymyślając najbardziej ciekawe programy. Piłka na najwyższym poziomie + polski akcent = sukces.

Mecz zapowiada się niezwykle emocjonująco. W finale spotkają się dwie najlepsze drużyny tej edycji Ligi Mistrzów, jednocześnie obie są przedstawicielami tej samej ligi.
Przez ostatnie sezony przygoda Borussii Dortmund z europejskimi pucharami nie wyglądała najlepiej a przecież w Bundeslidze była niekwestionowanym numerem jeden. Po latach okupowania niższych miejsc w ligowej stawce, udało się nie tylko dogonić czołówkę ale i odprawić ich z kwitkiem i to na czele z wielkim Bayernem Monachium. Wszystko było w jak najlepszym porządku a jednak ich gra w klubowych rozgrywkach europejskich stanowiła duży problem. W sezonie 2011/2012, Dortmundczycy zakończyli swój udział w Champions Ligue na fazie grupowej, w której zajęli…ostatnie miejsce. Za rywali mając Arsenal, Marsylię i Olympiakos. Gdzie dziś są te drużyny? A gdzie jest Borussia? W ciągu jednego sezonu, po kompletnej klapie na europejskim placu gry,  drużyna Jurgena Kloppa przeszła niesamowitą metamorfozę mentalną. Z zespołu nie radzącego sobie najlepiej grając przeciwko siedzącym, od dłuższego czasu, w ‚temacie’ rywalom, stała się maszynką koszącą wszystkich po kolei, bez względu na klasę przeciwnika. Dorosła. Po dwóch latach ligowej dominacji, zapragnęła czegoś więcej i aby to osiągnąć, podjęła decyzję o potraktowaniu rodzimych rozgrywek jako przeprawy przed celem ważniejszym. Znając już dobrze smak mistrzowskiego tytułu, nie chcieli kolejny sezon się nim zadowolić, tym razem chcieli poznać smak o wiele bardziej wykwintny, smak triumfu w najbardziej elitarnych rozgrywkach klubowych w Europie. Ta drużyna idealnie wkomponowuje się w ludzkość, podobnie przecież zachowuje się człowiek, który porzuca swoje dotychczasowe życie/pracę, wychodząc naprzeciw przygodzie i nowym sytuacjom. Chyba właśnie tak można zdefiniować przemianę Borussii, jaka zaszła w przeciągu kilku miesięcy, w jej szeregach. ‚Nową jakość’ od razu poczuły faworyzowane w spotkaniach z nią drużyny. Real Madryt, Manchester City i Ajax, wszystkie te zespoły, od początku do końca trwania fazy grupowej nie byli w stanie chociażby zbliżyć się piłkarsko do Dortmundczyków. Chociaż każdy kolejny mecz w wykonaniu piłkarzy Borussii udowadniał ich klasę a także dawał jasność, jaki cel postawili przed sobą, brakowało dostatecznych argumentów by przekonać o tym dużą rzeszę kibiców i bukmacherów. Nie zmieniły tego także spotkania z Szachtarem i Malagą a już (ponowna) konfrontacja z Realem Madryt wywołała wręcz masowy ruch odbierający Borussii minimalne szanse na finał. Zaskoczyli więc wszystkich nie raz i nie dwa, zaskoczyli kilkakrotnie i być może jeszcze zaskoczą nie raz. Za każdym razem startowali gdzieś z tyłu, gdzieś na straconej już pozycji a na końcu i tak wznosili w górę ręce w geście triumfu. Walczyli od początku, aż do ostatnich minut, wygrywali pewnie bądź po heroicznej walce, przeciwstawiali się losowi lub szli z nim w jednym kierunku, poczuli smak zwycięstw ale też remisów i porażki, nie raz o losach spotkania decydowała indywidualna postawa jednego piłkarza ale częściej mogliśmy oglądać niesamowitą pracę zbiorową, zespół z prawdziwego zdarzenia. Borussia przeszła niesamowitą drogę do miejsca, w którym dziś się znajduje. Bez wątpienia ta drużyna jest gotowa na finał, jest gotowa na zwycięstwo w Lidze Mistrzów.

Chociaż to właśnie końcowe zwycięstwo w tych rozgrywkach jest głównym celem drugiej drużyny Bundesligi to nie sposób nie zauważyć, że już sam finał jest wielkim sukcesem. Jeszcze kilka miesięcy temu, sami zawodnicy tego zespołu nie wyobrażali sobie, że mogliby zajść aż tak daleko, że staną przed największą szansą w swoim życiu, taką, która może im się już nigdy nie przytrafić, a na pewno nie w tej samej koszulce, z tymi samymi partnerami. Motywacja w zespole jest więc niewyobrażalna (nikt nie potrafi tak zmotywować swoich piłkarzy jak Klopp (ostatnia wypowiedź w sprawie Lewandowskiego mówi wszystko) ;-) ), bo chyba każdy z nich niczego bardziej w tym momencie nie pragnie, mimo to, gdzieś w środku, na pewno panuje przekonanie, że wcale tego nie muszą wygrać, że nic się nie stanie, jeśli puchar podniesie ktoś inny. Kolejny raz więc, ci ludzie wyjdą na murawę bez łatki faworyta, bez niepotrzebnych obciążeń w postaci oczekiwań wszystkich dookoła. Kolejny raz przystąpią do meczu by udowodnić swoją wartość, zagrają dla siebie samych, dla drużyny, dla swoich kibiców. Prawdopodobnie dla Borussii będzie to także mecz o przyszłość tego klubu. Zwycięstwo wyniosłoby ich na szczyt. Pieniądze, promocja, transfery. Porażka może spowodować drastyczny upadek, pomijając oczywiście sukces czysto piłkarski jakim jest sam finał, klub potrzebuje pieniędzy i nowych nabytków klasy porównywalnej do tych, którzy opuszczą Dortmund. Można więc śmiało rzec, że finał Ligi Mistrzów w sezonie 2012/13 będzie  meczem o sukces nie tylko tego sezonu ale i kolejnych.

Bayern Monachium stoi zupełnie po innej stronie. Ma wszystko, pieniądze, renomę, piłkarzy (obecnych oraz zakontraktowanych na następny sezon) ale przede wszystkim jasną, klarowną przyszłość. Bez względu na wynik sobotniego spotkania, Bayern będzie faworytem do wszystkich możliwych triumfów w sezonie następnym, od Ligi Mistrzów począwszy. Początek tej edycji w ich wykonaniu nie był aż tak kolorowy jak w przypadku Borussii. Przytrafiła im się niespodziewana i wstydliwa porażka z BATE Borysów. Później, rywalizowali o pierwsze miejsce w grupie z Valencią i ten bój wygrali. Na swojej dalszej drodze rywalizowali kolejno z Arsenalem, Juventusem i Barceloną. Gra przeciwko dwóm ostatnim rywalom pokazała prawdziwą siłę tego zespołu. Bayern stał się największym faworytem tej edycji Champions Ligue. Jeśli wygra, nikogo to nie zdziwi. Będzie to przypieczętowanie sezonu idealnego i, według wielu, przejęcie tronu po Barcelonie, rozpoczęcie nowej ery, nowego, najlepszego klubu świata. Jeśli jednak zespół Juppa Heynckesa przegrałby tę batalię? Chyba sami piłkarze nie wierzą w taki scenariusz, a przecież większość z nich nie raz już przechodziła przez te trudne chwile. Bayern, od reformy tych rozgrywek czyli 1993 roku, tylko raz sięgnął po puchar. Ostatnimi czasy, w finałach musiał uznać wyższość Interu i Chelsea, podobnie ma się sprawa reprezentacji Niemiec, w której dużą liczbę stanowią piłkarze Bayernu. I do MŚ i ME, drużyna przystępuje jako faworyt, mimo to, nie sięga po puchary. Czy to pech? Czy może zbyt wielka pewność siebie, nieadekwatna do możliwości? Porażka w finale LM nie byłaby niczym nowym, niczym, czego wcześniej nie doświadczyliby w Monachium ale byłaby za to podwójnie bolesna. Chyba każdy zdaje sobie sprawę, że w obecnej sytuacji, kiedy Bayern przez dwa lata musiał przyjmować na barki upokorzenia ze strony Borussii i gdy w końcu udało im się przemóc, udowodnić na rodzimych boiskach, że są lepsi, porażka w najważniejszym meczu sezonu, odbiłaby się na ich psychice. Ciężko byłoby znieść kolejne upokorzenie, tym bardziej od zespołu teoretycznie słabszego, nad którym ma się ogromną przewagę w tabeli ligowej. To, jak duże znaczenie ma triumf w LM dla wielu osób związanych z Bayernem, pokazał ostatni ligowy mecz z Borussią. Niektórzy nie wytrzymali presji, mimo tego, że przecież tamto spotkanie nie miało żadnego znaczenia w kontekście przeszłości jak i przyszłości. Jeśli można stwierdzić, że Borussia jest gotowa to zwycięstwo, można też powiedzieć, że Bayern nie jest gotowy na porażkę w finale, nie w sytuacji, w której jest prawie murowanym faworytem według opinii publicznej, bukmacherów, jak i zapewne samych siebie.

Oba zespoły zasługują na ten puchar. Oba w swoich szeregach mają świetnych piłkarzy, którzy potrafią zrobić różnicę. Ciężko odpowiedzieć, który z nich ma silniej obsadzone poszczególne pozycje. Można by porównywać klasę Neuera i Weidenfellera, Lewandowskiego i Mandzukicia, Lahma czy Piszczka itd…Każdy z nich jest niepowtarzalny, każdy ma wady i zalety, każdy może w odpowiednim momencie zaliczyć mecz życia i tak samo, popełnić karygodny błąd, który będzie kosztował jego zespół stratę bramki. O końcowym triumfie nie zdecyduje forma poszczególnych piłkarzy ale forma całego zespołu, nie umiejętności prezentowane przez cały sezon ale tego jednego wieczoru. Forma dnia. Oczywiście, zadecyduje też trenerski nos. Geniusz Kloppa i Heynckesa. Obaj są największymi ojcami sukcesu, bez których piłkarze Borussii i Bayernu nie stanęliby przed taką szansą. Puchar Ligi Mistrzów będzie więc wielkim początkiem bądź końcem trenerskiej kariery. Klopp może z hukiem rozpocząć swoją przygodę na ławce trenerskiej, Heynckes natomiast, może pożegnać się z trybunami, w najlepszy, możliwy sposób. Jako zwycięzca. Jedynym zespołem, który trenerowi Bayernu może w tym przeszkodzić jest właśnie Borussia. Nikt tak dobrze ich nie zna jak właśnie drużyna Kloppa, nikt tak jak oni, nie rozumie gry Monachijczyków…

Bez względu na to, co wydarzy się w sobotni wieczór, kibice oczekują wyrównanej walki i mnóstwa emocji. Nie warto wyrokować nad szansami obu drużyn. W futbolu przecież wszystko jest możliwe a zanim zabrzmi pierwszy gwizdek, oba zespoły mają po 50% szans. Dopiero boisko zweryfikuje nasze wyobrażenia wobec najważniejszego meczu w tym roku.

Komu półfinał, komu? Liga Mistrzów.

Wszystkie mecze ćwierćfinałowe Champions Ligue już za nami. Wśród pretendentów do tytułu najlepszej drużyny Europy pozostały trzy zespoły hiszpańskie, dwie niemieckie i po jednej włoskiej, francuskiej i tureckiej. Mimo kolejnych dowodów na to, że FIFA i UEFA aż nazbyt wtrącają się w sprawy natury i w dużym stopniu reżyserują scenariusz tych rozgrywek, nie straciły one w oczach wielu kibiców swojego prestiżu i wartości. Wciąż wywołuje wielkie emocje, niejednokrotnie jest powodem do euforii lub płaczu. To po prostu Liga Mistrzów. I czy kiedyś w ogóle się to zmieni?

Na pierwszy ogień do walki o trofeum przystąpili Bayern Monachium z Juventusem Turyn. Dwa silne ogniwa, teoretycznie najbardziej wymagający i najniebezpieczniejsi dla hiszpańskich potentatów, zostały skojarzone przez ‚los’ już w ćwierćfinale. Zawsze to jedna przeszkoda mniej na drodze i większa atrakcyjność spotkania na tym etapie rozgrywek ;-). Faworytem pierwszego meczu tych drużyn byli gospodarze, to także oni typowani są w opinii publicznej do miana jedynej przeszkody na drodze Barcelony i Realu to końcowego triumfu. Niespodzianki nie było i to właśnie vice-mistrz Niemiec zapisał zwycięstwo na swoim koncie. Być może całe spotkanie potoczyłoby się inaczej gdyby, Bianconeri nie zostali zaskoczeni już w pierwszej minucie, kiedy to na bramkę Buffona uderzył David Alaba i ta, ku zaskoczeniu samego Austriaka, wtoczyła się do bramki. Juventus grał słabo, nieporadnie i wyglądało to wszystko tak, jakby czekali na kolejny cios ze strony Monachijczyków. Dostali go wreszcie w 63. minucie i jedyne co można po tym meczu powiedzieć, to, że jest to ledwie 2-0. Jeśli lider Serie A nagle obudzi się w rewanżu, jeśli zapragnie rzucić wszystko na poczet tego meczu, zawalczyć jak Arsenal, to skromna wygrana Bayernu na własnym obiekcie, może po prostu nie wystarczyć. Nawet jeżeli na dzień dzisiejszy to Bayern jest w gazie, zarówno w Bundeslidze jak i w europejskich pucharach idzie po ścieżce zwycięstw, nie jest powiedziane, że nagle z niej nie zboczy, że dwubramkowa zaliczka nie odbije mu się czkawką. Wystarczy przytoczyć chociażby ostatnie spotkanie Barcelony z Milanem, czy wcześniejsze Bayernu z Kanonierami by zobaczyć jak szybko zaliczka z pierwszego spotkania może okazać się nic nie warta.

http://rutube.ru/video/6a906e8ae0a940045df98ef6ac4f2eb4/

Drugim wtorkowym meczem było starcie PSG i Barcelony. Ten zestaw elektryzował od początku kibiców na świecie. po pierwsze dlatego, że najniżej notowany ze wszystkich reprezentant Francji miał być łatwym celem dla Dumy Katalonii. Zwycięstwo Barcy w Paryżu miało wszystkim udowodnić, że powraca ona na wyżyny. Po drugie, wszyscy ostrzyli sobie zęby na bezpośredni pojedynek Ibrahimovicia z Messim. Początkowo Szwed miał nie zagrać w pierwszym spotkaniu za karę nałożoną po czerwonej kartce ale… nie wiadomo czy wpływ na decyzję piłkarskich władz miały korzyści wynikające z większego zainteresowania meczem w przypadku gry Ibry, czy może Szejkowie i ich bogate kieszenie ;-). Skoro już wiadomo było, że Zlatan zagra, wiadomo też było, że trafi on do siatki. Każdy kto przeczytał książkę napastnika PSG, doskonale poznał jego naturę i przede wszystkim ambicję. To, że Ibra strzeli gola Barcelonie było pewne bardziej niż wszystkie inne zakłady przyjmowane na to spotkanie. Barca mogła ten mecz wygrać, wygrać nawet różnicą kilku goli, ale Zlatan miał trafić do siatki. Tak się stało…
Sam mecz rozpoczął się trochę inaczej aniżeli wcześniej układał się w głowach kibiców. To gospodarze ruszali do ataków i gdyby nie słupek, mogli nawet prowadzić. Tak było przez dłuższą chwilę pierwszej połowy, wtedy do głosu doszli piłkarze Blaugrany i objęli prowadzenie za sprawą Messiego. Argentyńczyk w jednej chwili wlał w serca kibiców Barcy hektolitry serca, by dosłownie za chwilę wprawić ich w niepokój i smutek. Ku zaskoczeniu całego świata 8-O  okazało się bowiem, że Leo nie jest niezniszczalny i także jego dotykają kontuzje. Na drugą połowę Barca wyszła więc już bez Messiego w składzie ale wciąż z prowadzeniem. Początkowe wieści na temat stanu zdrowia mówiły o dłuższej przerwie Argentyńczyka (ok. 3 tygodni) i braku możliwości gry w rewanżu, później jednak czas absencji skrócił się do tego stopnia, że nie wiadomo kiedy Lionel zamelduje się na murawie. Może już w następnym spotkaniu? A może dopiero w rewanżu?. Barca bez swojego lidera, nie przestała atakować. Kolejne próby podwyższenia wyniku spełzły na niczym, co obudziło nieco zaspane PSG. Paryżanie poczuli szansę i zaatakowali. Poskutkowało to wyrównującą bramką. W 80. minucie gola strzelił Ibrahimovic. Bramka jednak nie powinna być uznana, gdyż Szwed znajdował się na pozycji spalonej. Sędzia jednak podtrzymał poziom swoich pracodawców i zaliczył gola Szwedowi. Było 1-1 i wydawało się, że takim właśnie wynikiem zakończy się mecz. Nic bardziej mylnego. Barca nie chciała dać za wygraną, dzięki temu uporowi dostała karnego, którego zamieniła na bramkę. Wydawało się, że dającą jej zwycięstwo ale wtedy znów, stało się coś niesamowitego (za dużo jak na jeden wieczór! ;-) ). W ostatniej akcji spotkania, Liderowi Ligue 1 udało się uratować remis. To dopiero był psikus dla wszystkich. W meczu więc remis, w starciu Ibry z Messim też (chociaż pomogły okoliczności) i stety/niestety (wedle uznania) Barca nie udowodniła jeszcze, że wraca na tron. 2-2 z PSG nie jest tym czego od niej oczekiwano. Chociaż zapewne awans do półfinału w kieszeni ma.

http://rutube.ru/video/7540279ceafa303cc1b02e3997cec272/

Po wtorkowych emocjach, oczekiwano, że podobnie będzie także w środę. Grał Real z Galatasaray i kibice szykowali się na ostrzeliwanie bramki gości. Królewskich nie trzeba dwa razy prosić o pokaz siły, tym bardziej jeśli w składzie jest Ronaldo. Portugalczyk potrzebował zaledwie 9 minut by wpisać się na listę strzelców i otworzyć worek z bramkami. Tureckiej ekipie na nic zdały się transfery Drogby i Sneijdera, wciąż bowiem nie widać w nich zespołu na miarę sukcesów w Europie. Jeszcze nie teraz. Real grający wcale nie rewelacyjnie, grał o klasę (a nawet dwie) lepiej niż Galata. I nawet niepodyktowany karny dla gości (gdyby zaowocował bramką) nie zmieniłby obrazu gry, a mógłby jeszcze bardziej rozwścieczyć Królewskich i mogłoby się to zakończyć jeszcze większymi cyframi. Real więc jest już nie jedną ale dwoma nogami, a nawet całym ciałem w półfinale.

http://rutube.ru/video/587e07ae156701a0114fb64973bb378f/

Ostatni i najciekawsze dla Polaków zarazem ćwierćfinałowy mecz odbył się w Maladze. Grały dwie rewelacje. Zwycięzca grupy,w  której był Milan i zwycięzca grupy z Realem, Ajaxem i City. Pogromcy Porto i Szachatara. nie trzeba było więcej mówić by zachęcić kibiców do obejrzenia tego spotkania. Miało być mnóstwo bramek i rywalizacja od pierwszej do ostatniej minuty. I chyba na ‚miało być’ warto zakończyć. Borussia była lepsza, kolejny raz udowodniła, że jest gotowa na sukces, że dojrzała do gry na najwyższym poziomie europejskim. Czy Począwszy od pierwszego spotkania w fazie grupowej aż do teraz, piłkarze Kloppa zagrali chociaż jedno słabe spotkanie? Czy zagrali bez wyrazu, bez pomysłu i wreszcie bez zaangażowania? Czy odpuścili jakiś mecz? Odpowiedź jest prosta: Nie. wszystkim innym się to zdarzyło, wszystkim poza Borussią. Za świetną grę w Lidze Mistrzów w Dortmundzie zapłacili wysoką cenę – mistrzostwa Niemiec. Tylko jaką wartość mogłoby mieć dla nich trzeci tytuł z rzędu, jeśli w LM mieliby odpaść w przedbiegach. Chyba każdy wolałby triumfować w Champions Ligue aniżeli kolejny rok smakować to co już poznane. Na ostry bój na obu frontach przyjdzie jeszcze czas, może w następnym sezonie?
Piłkarze Borussii, choć przez cały mecz byli bez wątpienia zespołem o klasę lepszym, nie znaleźli drogi do pokonania świetnie spisującego się Willy’ego Caballero. To właśnie bramkarz Malagi bezdyskusyjnie był MVP tego meczu.  Zaczarował bramkę i żaden z piłkarzy gości nie umiał jej odczarować, a okazji mieli bez liku. Postawa Caballero automatycznie sprawiła, że za najgorszych aktorów wieczornego widowiska zostali uznani ci, którzy nie potrafili wykorzystać 100% sytuacji. Bezdyskusyjnie, najgorszym graczem meczu został więc Goetze. Co ciekawe bliski odebrania mu tego miana był Robert Lewandowski, który otrzymał od dziennikarzy najniższą ocenę. Przeciwnie jednak ocenili go kibice, dla których Lewy był jednym z najlepszych na boisku. Dobrze spisał się także Piszczek, Błaszczykowskiego z powodu kontuzji zabrakło w składzie i… być może właśnie jego zabrakło do zwycięstwa Borussii w tym spotkaniu.

http://rutube.ru/video/bffcf6a68c493e6517d3797ac4084b4f/

Po czterech meczach można uznać, że w półfinałach zagrają dwie hiszpańskie ekipy (Barca, Real) oraz dwie niemieckie (Bayern, Borussia) i tylko niespodzianka zmieni skład ostatnich w tej edycji LM dwumeczy. Już teraz można więc zastanawiać się jak półfinałowe pary zestawi FIFA los. Czy zmierzy to w kierunku hiszpańskiego/niemieckiego finału, czy może… Gdyby podejrzenia wobec europejskiej centrali znalazły odzwierciedlenie także w kolejnym losowaniu, obejrzymy pewnie pojedynki : Barcelona – Borussia oraz Real – Bayern. Ale przecież nie warto wyprzedzać przyszłości…

Karma wraca a świat zwariował.

- To był niewiarygodny tydzień, wygraliśmy dwukrotnie El Clasico, a teraz przeszliśmy dalej w Champions League. Nasza forma jest dobra i wierzymy, że ją utrzymamy, ponieważ za cel stawiamy sobie wywalczenie Pucharu Europy – To słowa Cristiano Ronaldo.

O ile z pierwszą częścią zgodzić się trzeba bo jest to stwierdzenie faktów to już druga część wypowiedzi Portugalczyka daje powody do zastanowienia i zadania sobie pytania ‚Czy Real jest w wystarczająco wysokiej formie by wygrać Ligę Mistrzów?’.

Jeszcze kilka miesięcy temu fakt, że Real ograłby dwukrotnie Barcę i wyrzucił United z Ligi Mistrzów spowodowałby oddanie w ich ręce Pucharu Europy jeszcze zanim wywalczyliby go na boisku, kto inny bowiem miałby z nimi rywalizować w tej walce… Dziś jednak sytuacja jest zgoła odmienna bo sukcesy Realu nie do końca świadczą o jego sile. FC Barcelona jest kompletnie bez formy, straciła wszystkie swoje atuty i w obecnej chwili nie byłaby groźnym rywalem dla większości europejskich potęg bo w ciągu kilku tygodni stała się zwykłym średniakiem piłkarskim. Wciąż silnym kadrowo ale takim, który stracił sens życia, piłkarskiego życia. Dwa zwycięstwa nad słabą Barceloną nie były więc tak ciężkim do wykonania planem. Realowi było łatwo jak nigdy w ciągu ostatnich kilku sezonów i każdy kto dostrzegał u Dumy Katalonii jej nadciągający koniec, ten miał pewność, że w obu spotkaniach faworytem będą Królewscy. Real więc wykonał swój plan w 100%, dwukrotnie pokonał swojego największego rywala, czym jeszcze bardziej go zdołował. Odbębniono więc wielki sukces i powrót Królewskich do formy. Kolejnym dowodem miał być drugi mecz z Czerwonymi Diabłami, przecież wygrana z najlepszą drużyną świata, według wielu, daje prawo do tego, by wskoczyć na tron w miejsce pokonanego. Przyszedł więc mecz z Manchesterem, jednocześnie będący próbą dla Realu. Szansą na udowodnienie swojej wartości, formy i siły. Chociaż po pierwszym spotkaniu na Santiago Barnabeu wydawało się, że Real postawi wszystko na jedną kartę i znów będzie chciał przejechać się po United, wierząc w to, że tym razem piłka będzie sprawiedliwa i zwieńczeniem lepszej gry będą bramki i końcowy triumf. Mecz jednak ułożył się zupełnie inaczej niż oczekiwano bo to Manchester prowadził grę, był lepszy i bliższy zdobycia bramki. Czarne chmury zbierały się nad Realem a zwieńczeniem tego było ładne i sprytne trafienie…Ramosa. Widać było w grze piłkarzy Jose Mourinho, że nie potrafili grać swojej piłki, wyglądało to jakby chcieli ale nie mogli, jakby bili głową w mur, jakby niewidoczna siła zatrzymywała wszelkie ich ataki już w zarodku. Z pomocą przyszedł sędzia, który wyrzucił z boiska Naniego. Czy słusznie czy nie, nie warto się sprzeczać, gdyż na ten temat jest tyle opinii ile osób je wygłasza. Dla jednych faul był ewidentny i sędzia bez trudu wybroni się z takiej a nie innej decyzji, jeszcze inni eksperci twierdzą, że maksymalną karą za faul była kartka żółta. I rzeczywiście po wypowiedzi Arbeloi to właśnie żółtko było odpowiednim kolorem, obrońca Realu przyznał bowiem, iż Nani go nie zauważył. Decyzja sędziego była decydującym momentem dla dalszych losów spotkania. Nie chodzi jednak o stratę liczebną w ekipie gospodarzy i druzgocący wpływ na organizację gry Czerwonych Diabłów ale na podejście do meczu piłkarzy Realu. Po wspomnianej bowiem kontrowersji Królewscy, jak za odjęciem czarodziejskiej różdżki, zaczęli wierzyć w zwycięstwo i walczyć o to, zaczęli w końcu wykonywać plan z jakim przyjechali do Anglii. ManU w dalszym ciągu, nawet grając w osłabieniu, potrafili nawiązywać walkę z Realem i  mieli szanse na kolejne trafienia. Każdy znający się na piłce kibic doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że czerwona kartka nie jest wyrokiem skazującym na porażkę i klub taki jak United jest na tyle dojrzałym by w zaistniałej sytuacji sobie poradzić, by przy prowadzeniu 1-0 i mając w kieszeni awans, utrzymać taki stan rzeczy. Historia piłki nożnej zna masę przykładów, w których zespół silniejszy gra w przewadze a mimo to nie potrafi udokumentować swojej przewagi golem a nawet daje sobie odebrać trzy punkty (vide mecz Reims z PSG). Jak więc widać czerwona kartka nie jest wyrokiem a jedynie może być jednym (często najważniejszym) z kilku powodów do nagłej zmiany gry. Tym razem była bodźcem dla Królewskich, których otrzeźwiła decyzja sędziego i naniosła zmiany na ich grę. Prawdą więc jest,  że kartka zmieniła losy meczu, ale była powodem do lepszej gry u gości, niż gorszej u piłkarzy Fergusona. Mimo zwycięstwa i awansu do kolejnej fazy Ligi Mistrzów, mecz z Manchesterem zasiał kolejne ziarno wątpliwości co do formy Królewskich. Zwycięstwa nad Barceloną i Manchesterem nie dają powodu by koronować Real, nie wydaje się bowiem by piłkarze Jose Mourinho byli dziś silniejszym sportowo zespołem niż wtedy kiedy przegrywał z Borussią Dortmund czy remisował z Manchesterem City. Mistrzowie Hiszpanii mają takie same szanse na triumf w Champions Ligue jak pozostałe zespoły, aktualna edycja tych rozgrywek jest na tyle wyrównana, że nie ma w niej bezsprzecznych faworytów.

http://www.youtube.com/watch?v=XwgRFI7Dhb8

Trener Realu Madryt na pomeczowej konferencji zaszokował cały świat. Do tej pory tylko on nanosił czarne plamy na nieskazitelnie czystą katalońsko-madrycką opinię. W światku oba te zespoły, chociaż przede wszystkim Barca, uchodziły za niezwykle czyste i kulturalne, dalekie od wszystkich kontrowersyjnych, chamskich zachowań i skandali. Zachowanie Portugalczyka może świadczyć o tym, że świat zwariował. U niektórych zawodników Barcy słoma wychodzi z butów (vide Valdes i…)

a Mourinho pokazuje klasę. Obrót o 180 stopni i nie warto w tej chwili doszukiwać się drugiego dna w takich a nie innych słowach trenera Realu bo wszystko co powiedział było przecież prawdą. Chociaż Portugalczyk znany jest z narcystycznych zachowań, otwarcie przyznał, że mecz przegrał zespól lepszy. Wczorajszego wieczoru to United byli przez większą część spotkania drużyną lepszą ale… karma wraca!

W pierwszym spotkaniu Królewscy byli jak walec, który przejeżdżał po Manchesterze ale on ciągle się podnosił z kolan. Real był lepszy i mimo to meczu nie wygrał, wczoraj sytuacja się odmieniła i to co w pierwszym meczu natura zabrała piłkarzom z Madrytu, oddała w rewanżu. Real gra dalej i wciąż ma szanse na końcowe zwycięstwo, chociaż wcale nie większe niż reszta ekip.

***

Swój mecz wygrała też Borussia Dortmund. Szachtar Donieck nie był wczoraj żadnym przeciwnikiem dla piłkarzy z Dortmundu a prym u gospodarzy wiedli Polacy. Asystą przy drugim golu popisał się Lewandowski a trzecią, decydującą bramkę zdobył Błaszczykowski. Borussia potwierdziła, że walczy o zwycięstwo w Lidze Mistrzów i będzie silnym rywalem dla każdego zespołu. Dla nas to świetna informacja przed meczem Polski z Ukrainą, ci sami zawodnicy zagrają na przeciw siebie także w meczu Reprezentacji i dziwne by było gdyby nagle role dominacji na boisku miały się odmienić.

http://www.youtube.com/watch?v=LUpIZbomU2c

Ach te walentynki i inne…

Walentynki w sportowym świecie przez najbliższych kilka lat będą przypominać o Pistoriusie i tym „feralnym” dniu lekkoatlety z RPA. Jeśli prawdą jest, że Oscar w tak ‚wystrzałowy’ sposób zareagował na miłosną niespodziankę swojej dziewczyny to należy mu współczuć. W jednej chwili, przez pomyłkę stracił wszystko co było w jego życiu najważniejsze: kobietę, karierę i wolność. Jeśli jednak prawdziwe okażą się dochodzące do nas wieści o tym, iż zabił swoją dziewczynę z premedytacją, można go żałować tym bardziej… Byłby to kolejny sportowiec, gwiazdor, który stacza się. Stacza w jeden z najgorszych sposobów, w najmniej odpowiedniej chwili, niszcząc nie tylko swoje ale także innych życie. Niepełnosprawny biegacz przebywa w areszcie. Postawiony będzie mu zarzut morderstwa z premedytacją i kurcze, nawet w RPA mają chyba lepsze sądy niż u nas. Tylko tutaj za zamordowanie dziecka dopiero po roku padają zarzuty…

*

jedna z naszych biathlonistek, Agnieszka Cyl nagle zakończyła karierę. Nic nikomu nie mówiąc, zostawiła karabin i wyjechała. Na Facebooku powiadomiła o swojej decyzji fanów, jednocześnie nie informując o jej powodach. Zaznaczyła, że nie ma to związku ze słabą formą czy pechem, który podąża za nią od początku tego sezonu. Dziś jednak doszły do nas pewne informacje, mianowicie wypowiedzi pozostałych naszych biathlonistek, z których można uformować wnioski nt powodów zakończenia kariery przez Cyl. Nowakowska-Ziemniak i Pałka wypowiadają się o swojej koleżance z reprezentacji w sposób, który jednoznacznie daje do zrozumienia, że w polskiej ekipie mieliśmy do czynienia z konfliktem na linii dziewczyny – Agnieszka Cyl. Po wypowiedziach reszty naszych pań widać, że nie darzyły Cyl wielkim uwielbieniem a jej odejście tylko zaostrzyło tę niechęć. Być może także ten fakt odbił się na niektórych naszych reprezentantkach na tyle, że ich występ podczas zmagań sztafet był poniżej poziomu. Czas teraz by głos w sprawie zabrała sama zainteresowana, jeśli rzeczywiście jej odejście było konsekwencją sporu – będzie ciekawie!

A tu fajna reklama braci Fourcade :) Nawet w reklamówce Martin nie daje wygrać SimonowiMrugnięcie okiem

Swoją drogą to patrząc na ostatnie sytuacje, jak i na ogół wszelkich spraw to ludzie, a w szczególności my, Polacy potrafimy utrudniać życie sobie i innym w sposób niebywały. Ile mniej byłoby wszystkich problemów gdyby osoby zainteresowane w danej sytuacji mówiły głośno i wyraźnie o pewnych sprawach a tak mamy do czynienia z niekończącymi się spekulacjami, kłamstwami, bajkami i w konsekwencji niezdrową atmosferą… (Odniesienie to ma prawie w każdej dyscyplinie sportowej, o której głośno jest w mediach ale przede wszystkim w innych sferach życiowych).

*

Wiemy już, że zachowanie Radwańskiej na konferencji prasowej wynikało z zachowania izraelskich kibiców. Podobno Agnieszka i Ula nasłuchały się jak nigdy a wyzwiskiem wywołującym największe kontrowersje było określenie sióstr mianem „katolickie suki”. Za sprawę wziął się już nawet Radosław Sikorski. I bardzo dobrze. Trzeba walczyć o nasz kraj. Umieją Rosjanie i Amerykanie a Polscy politycy zawsze jakoś tak pozwalali na poniżanie i obrażanie obywateli swojego kraju. Strach nie pozwalał im otworzyć ust wobec Niemców (te ich reklamy) i innych narodów… Inaczej sytuacja się ma jeśli spojrzy się na wyciąganie konsekwencji wobec Polaków, którzy w niepochlebny sposób wypowiedzą się o obcokrajowcach. Oj biada im! Politycy i przewrażliwione media do perfekcji opanowali sztukę łapania za język i wyciągania najmniejszych szczególików z wypowiadanych przez polskich obywateli słów by móc ich publicznie ganić za antysemityzm i brak tolerancji (vide Dykiel, Wojewódzki)… Co tam, nam nie wolno nawet żartować  na temat innych nacji ale obcokrajowcom wolno wszystko, gnoić, tępić i wyśmiewać, bo przecież któż o ten kraj zawalczy? Kiedy robią to kibice to się ich karze…

A wracając do Radwańskiej to właśnie awansowała do półfinału turnieju w Katarze.Agnieszka oczywiście bo jej siostra Ula odpadła. Odpadła jednak w spotkaniu z Sereną Williams, co było pewne ale już jej poprzednie spotkanie z Vinci było bardzo miłą niespodzianką. Na Pucharze Federacji młodsza Radwańska zaprezentowała się z nie najlepszej strony i wydawało się, że jej kariera się cofa a tu proszę…

Agnieszka najpierw rozprawiła się z Ivanovic (ta to chyba zacznie mieć kompleks Isi), by dziś pokonać w świetnym stylu Wozniacki. Reprezentantka Dani nie jest w stanie walczyć z Agnieszką, kiedy ta gra na 100% (a dziś czasem odpuszczała), chociaż przyznać trzeba, że i Carolina zagrała świetny mecz a można nawet odnieść wrażenie, że gdyby nie wizyta i rady jej ojca w drugim secie mogłaby ugrać chociaż jedną partięMrugnięcie okiem Obie tenisistki miały ciężką przeprawę ze względu na to, że są przyjaciółkami i doskonale się znają. To jednak Aga okazała się lepszą wróżką i lepiej przewidywała zagrania Wozniackiej. Dzięki wygranej, Polka została czwartą półfinalistką, obroniła punkty z przed roku i po długiej przerwie znów ma okazję walczyć z Azarenką. Wydaje się, że forma w jakiej teraz znajduje się Agnieszka (chociaż niepokojące są oplastrowane nogi i objawy choroby – katar i kaszel) oraz stopień niższa niż w roku poprzednim, dyspozycja Białorusinki, dają nadzieję. Nadzieję na to, że Agnieszka powalczy o zwycięstwo i przerwanie fatalnej passy. Oby tak się stało.Kurs na zwycięstwo Radwańskiej oscyluje wokół 4, tak więc może warto zaryzykować?

http://www.youtube.com/watch?v=UUa9gfQRYZo

W drugiej parze półfinałowej walkę stoczą Williams z Szarapową. Śmieszne oceniać ten pojedynek w kontekście tego, że dziś Amerykanka toczyła heroiczny bój z Petrą Kvitovą, w ostatnim momencie udało jej się uciec z przed topora i wygrać. Tak cieszącej się Sereny po zwycięstwie na tym etapie dawno nie oglądaliśmy ale powody przecież były naprawdę ważne. Od poniedziałku bowiem to właśnie Williams będzie numerem 1. rankingu WTA, dodatkowo pokonała nie tylko Czeszkę ale przede wszystkim chorobę (kolejna chora, już wiadomo skąd wzięła się nazwa tego krajuMrugnięcie okiem…jeśli Polacy awansują na MŚ to w tym będą upatrywać przyczyn swoich porażek…). Te dwie rzeczy dziś powodujące u Amerykanki radość, jutro mogą spowodować ją u Szarapowej. Jeśli Williams zadowoli się awansem na 1 miejsce rankingu i nie będzie chciała w większym stopniu narażać swojego zdrowia to otworzy się wielka szansa przed Rosjanką na wejście do finału tylnymi drzwiami. Jeśli jednak Serena nie odpuści to kolejny raz będziemy mieli do czynienia z przegraniem pojedynku już w szatni i Marii ciężko będzie realizować swój plan. I jak tu stawiać na którąkolwiek, jeśli wszystko zależy od podejścia do meczu tylko jednej z nich?

*

Mario Balotelli znów daje trzy punkty Milanowi. Można obstawiać już, w którym meczu nie trafi do siatki?

http://www.dailymotion.com/video/xxjerv_milan-vs-parma-2-1-match-highlights_sport

Dwaliszwili został piłkarzem Legii. Lider tabeli się wzmacnia kosztem rywala zza miedzy i jeszcze kilka miesięcy temu jednego z największych kandydatów do mistrzostwa. Fajnie grała Polonia, na tyle by mierzyć w najwyższe cele a teraz niech się Król cieszy, że mają taką przewagę bo pewnie, gdyby sezon się dopiero rozpoczynał, byliby pierwszym kandydatem do spadku. Kilku piłkarzy z papierami na grę na wysokim poziomie jeszcze tam zostało, że też inne kluby jeszcze się nie rzucają, po sezonie może się zrobić tłok…

Znów  o Borussii będzie ale to przecież najgorętszy temat. Polacy grający w jej barwach są świetni i idealnie opisuje ich popularny tekst ” Można ich kochać albo nienawidzić”. To prawda… Od kilku dni furrorę robi filmik przedstawiający reklamę Opla z trójką naszych piłkarzy w rolach głównych. Robi nie dlatego, że oni w niej grają ale dlatego, że ma taką fajną i prawdziwą fabułę. Odzwierciedlenie rzeczywistości. Swoją drogą przeróbka również niczego sobie.

http://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=4YDKjiY07FI

Co wiemy po pierwszych meczach LM?

Pierwsze cztery pojedynki Ligi Mistrzów już za nami, co po nich wiemy? Z jednej strony wydaje się, że nic nowego lecz z drugiej…bardzo wiele.

Po pierwsze formę potwierdziły zespoły, które zajęły pierwsze miejsca w swoich grupach, w poprzedniej fazie rozgrywek. Zarówno Juventus jak i Paris Saint-Germain wygrały swoje wyjazdowe pojedynki a Borussia i Manchester United zremisowały. Te wyniki przed rewanżami stawiają ich w lepszej sytuacji, chociaż tylko teoretycznie.

Juventus nie miał litości dla Celticu. Wynik spotkania potwierdza tylko fakt, że ekipa ze Szkocji była najsłabszą ze wszystkich, które wyszły z grup. Tylko wielka katastrofa lub nieprzewidziana sytuacja, której konsekwencją byłby walkower dla The Boys, odebrałaby awans piłkarzom z Turynu. Mistrz Włoch już po pierwszym spotkaniu stał się więc ćwierćfinalistą tej edycji Ligi Mistrzów a to było przed spotkaniem pewne, tak samo, jak to, że jest luty.

Po meczu Valencii z PSG również dowiedzieliśmy się wielu rzeczy. Wielu kibicom wydawało się, że PSG nie jest gotowe na sukcesy na międzynarodowej arenie bo „Pieniądze to nie wszystko”. Pierwsze miejsce w grupie tłumaczono tym, że ” Słaba grupa i Porto bez formy”. Nie przewidywano dalszego awansu, gdyż ” Valencia gra w najsilniejszej lidze świata a gra PSG opiera się tylko na Ibrahimovicu”. Dziś można stwierdzić, że każdy kto wysuwał takie wnioski, nie jest do końca zorientowany i daleko mu od obiektywności. Szejkowie, właściciele francuskiej drużyny wyłożyli nie małe pieniądze na stworzenie tego zespołu i chociaż stwierdzenie, że pieniądze to nie wszystko jest prawdziwe to nijak się ono ma do zespołu Carlo Ancelottiego. Wysuwanie tego typu insynuacji wobec jakiejkolwiek drużyny, w tych czasach, jest po prostu głupie. Piłka nożna kręci się w okół kasy, dobrym piłkarzom trzeba słono płacić za grę, bez odpowiedniej gotówki nie będzie bowiem sukcesów. Podczas tworzenia nowej jakości w PSG nie powielono błędów, które czkawką odbijają się dziś w Manchesterze City gdzie również były pieniądze ale nie ma mocno scalonej drużyny. Jednoosobowe ogniwa, gwiazdy, indywidualiści wystarczyli na zdominowanie angielskiej Premier Ligue ale nie na zdobycie czegokolwiek w Europie. Różnicę w ocenie sytuacji i mądremu planowaniu widać w zespole z Paryża gdzie drużyna z każdym meczem staje się całością. Krok po kroku budowana jest z silnych jednostek. Widać też, że podejście do Ligi Mistrzów również jest inne, bardziej dojrzałe, stawiane jako cel do osiągnięcia, w pierwszej kolejności najbliższy mecz, później dalsza realizacja wyznaczonych planów. Inaczej sytuacja wyglądała w City, gdzie wydawało się, że zespół chce w jednej chwili sięgnąć po wszystkie trofea i nagle w tym wyścigu zabrakło oddechu na cokolwiek. Liderem PSG rzeczywiście jest Zlatan Ibrahimovic. Jest to normalna sytuacja. Ibra stworzony jest bowiem do bycia numerem jeden w każdym klubie, to na nim ma się opierać gra, on gwarantuje sukcesy. Prawdą więc jest, że Zlatan jest najmocniejszym ogniwem , natomiast głupotą jest stwierdzenie, że tylko on jeden jest siłą napędową tego klubu. PSG ma mnóstwo indywidualnych gwiazd na każdej pozycji. Dzięki pracy Carlo Ancelottiego udało się stworzyć z nich mocny team. O ile na początku ich współpracy można było mówić o Ibrze i całej reszcie (bez niego gra niemal nie istniała), dziś pozostaje to melodią przeszłości. Być może na wygranie rozgrywek czy chociażby dotarcie do półfinału  tego zespołu jest jeszcze za wcześnie, jednak patrząc jakie postępy robi PSG warto o nich pamiętać w kontekście kolejnej edycji Ligi Mistrzów. Na dzień dzisiejszy, będą ciężką przeszkodą dla każdego przeciwnika. Jak na razie, są już jedną nogą w kolejnej rundzie. Valencia natomiast zaprezentowała się poniżej oczekiwań, była typowana jako faworyt tego dwumeczu, tym bardziej, że… o tym na końcu tekstu.

http://www.youtube.com/watch?v=R60zlq0t5Vo

Szachtar Donieck i Borussia Dortmund przed ostatnią kolejką grupowej rywalizacji stali się mocnymi kandydatami na pomieszanie szyków głównym faworytom, dlatego z dużym żalem przyjęto, że los (albo układy) skrzyżowały ich drogi już na tej fazie rozgrywek. Ktoś musi odpaść aby ktoś mógł grać dalej, więc kto odpadnie? Teoretycznie w lepszej sytuacji przed rewanżem są Niemcy, ale tylko teoretycznie. W pierwszym spotkaniu oglądaliśmy ciekawe akcje, raz z jednej, raz z drugiej strony. Raz to gospodarze byli stroną dominującą, by za chwilę sytuacją diametralnie się odwróciła. Kiedy Borussia bliska była zdobycia gola, do siatki trafili piłkarze Szachtara. Kiedy wydawało się, że pierwszy mecz wygrają gospodarze, piłkarze Kloppa doprowadzili do remisu. Po tym meczu wiemy już, że gra podobnie może wyglądać w Niemczech. Jeśli Borussii udawało się przejąć inicjatywę na boisku rywala, sytuacja może być odwrotna w rewanżu. W takiej sytuacji nawet dwie bramki strzelone na wyjeździe (o to zwykle walczą piłkarze w rozgrywkach pucharowych) mogą nie wystarczyć do awansu, jeśli Borussia będzie chciała „grać na remis”. Z takim przeciwnikiem jakim jest Szachtar można bowiem nadziać się na bolesne w skutkach kontry. Sam mecz był ciekawy dla oka, oprócz wszystkich akcji mnóstwo było świetnych zagrań ale też nie obyło się bez wielkich kiksów. Cztery gole w dużym stopniu wynagrodziły kibicom brak transmisji z meczu Realu z Manchesterem. tym bardziej, że jedną z nich zdobył Robert Lewandowski. To jego kolejny gol w kolejnym meczu. Z powodu zawieszenia (jeszcze nie potwierdzonego na 100%) licznik zatrzyma się właśnie na trafieniu z Szachtarem, na pewno więc w rewanżu przed Lewym stanie  jasny cel w postaci bramek. O zaangażowanie na tym froncie martwić się akurat nie musimyMrugnięcie okiem

Real Madryt w najciekawiej zapowiadanym pojedynku zmierzył się z Manchesterem. Po tym spotkaniu, w kontekście awansu do kolejnej fazy, wiemy najmniej. Niby to United powinni być faworytami i na papierze nimi są ale oglądając ich poczynania w pierwszym meczu można wierzyć w pozbycie się pecha Realu i wtedy już w ciemno stawiać na Królewskich.  Piłkarze Fergusona stwarzali wrażenie zespołu debiutantów, którzy przyjechali bronić się za wszelką cenę. Co najlepsze/ najgorsze (niepotrzebne skreślić) udało się im to świetnie. Być może wraz z nimi przyleciał jakiś Czarnoksięznik, który zaczarował bramkę strzeżoną przez Davida de Gea, być może własnie to było powodem tego, że bombardowana strzałami piłkarzy Realu raz po raz bramka tylko raz  wpuściła w swe sidła futbolówkę. Ten jeden raz wystarczył tylko na remis a to właśnie w roli faworyta stawia Manchester. Real robił co mógł, był o stokroć lepszy od gości, jednak piłka nie polega nna byciu lepszym, ilu to kibiców oddałoby to za sukcesy? Ile razy ich zespół „był lepszy” a przegrywał? To właśnie cała uroda tego sportu, chociaż bardzo krzywdząca to jednak rzeczywista. To nie gra ale wynik idzie w świat…

http://www.youtube.com/watch?v=oNT4KNptWhI

Dużo przed pierwszymi meczami tej fazy słyszało się (z ust fachowców przede wszystkim) o tym, że Real (przede wszystkim) i Valencia, a później także Barcelona i Malaga udowodnią siłę ligi hiszpańskiej. Prościej mówiąc pokażą, że Primera Division jest najsilniejszą ligą świata. Mówili to otwarcie, bez zbędnego kręcenia czy owijania w bawełnę. Byli pewni swoich słów… Po meczach wiemy już, że zbyt pochopnie wypowiadali je. Sukcesy Barcelony na arenie międzynarodowej doprowadziły do ogólnego szału na punkcie jej i całej hiszpańskiej ligi. Po hegemonii Premier Ligue zaczęto wręcz wywierać presję na zespołach hiszpańskich by w końcu zamieniły się miejscem na tronie z ich angielskim odpowiednikiem. W poprzednim sezonie dwie najsilniejsze hiszpańskie ekipy musiały uznać wyższość reprezentantów Anglii i Niemiec, w tym jak na razie Real najpierw dostał lanie od Niemców, teraz nie dał rady Anglikom. Valencia również nie miała argumentów by walczyć z Francuzami. Nieciekawie jest także w Lidze Europy gdzie Atletico dostało baty od Rosjan. Jak na razie honor w pucharach ratuje Levante, które radzi sobie w dalszym ciągu świetnie, chociaż wydaje się, że cierpi na tym ich ligowa dyspozycja. Wracając do Realu, ewidentnie widać, że nie jest to udany sezon dla Królewskich. Jeśli nie wyeliminują United w rewanżu, zostaną największymi przegranymi tego sezonu, obok, oczywiście, Manchesteru City. Valencia też prawdopodobnie pożegna się z Ligą Mistrzów, na placu boju pozostaną więc Barca, która walczyć będzie z dobrym znajomym, Milanem oraz Malaga, której forma przypomina sinusoidę. Primera Division jest jedną z najsilniejszych lig świata ale czy rzeczywiście najsilniejszą? By szukać odpowiedzi, trzeba poczekać do końca rozgrywek ale nie jest za wcześnie na to by wysnuć kilka wniosków. W kontekście zdobycia przez Chelsea najważniejszego trofeum w klubowej piłce nietaktem jest wypowiadanie się niepochlebnie o tamtych rozgrywkach, czy umniejszanie tego sukcesu by wysforować na czoło któryś z hiszpańskich zespołów, podobnie zresztą jak pomijanie piłkarzy zdobywcy trofeum w plebiscytach czy jedenastce roku na rzecz tych występujących w Primera Division. Trzeba pamiętać o tym, iż forma, podobnie jak kobieta, zmienną jest, dlatego wczoraj najlepsza była Chelsea, dziś kto inny sięgnie po trofeum, nie warto więc podniecać się czy gorączkować tytułem najlepszej ligi na dłuższy okres. W poprzednim sezonie to Primera Division zawładnęła Ligą Europy, teraz sytuacja jest zgoła odmienna, jak na razie prym wiodą rosyjskie drużyny. Wszystko się zmienia i żaden zespół wiecznie nie będzie grać świetnie, więc uznawanie którejś z lig za najlepszą w kontekście tylko jednego czy dwóch zespołów nie jest logiczne. Barcelona czy Real nie są odzwierciedleniem poziomu tamtejszej ligi. Są oni jej przedstawicielami i dodatkowo między nimi a resztą stawki od kilku sezonów była różnica kilku klas. Dziś znów sytuacja się zmieniła, może się wydawać, że reszta stawki doruwnuje poziomem do ww dwójki, jednak znów jest to mylne wyobrażenie. Barcelona utrzymuje swój poziom z roku poprzedniego, natomiast Królewscy strasznie obniżyli swoje loty, przez co ich ligowi rywali doszusowali do walki o vice mistrzostwo Hiszpanii. Ich występy na arenie międzynarodowej weryfikują tym bardziej słowa o ich rosnącej jakości. Nie bądźmy subiektywni i patrzmy na wszystko z jasnym umysłem. Ważmy też słowa bo przekonani o wspaniałości czegoś bądź kogoś nagle dostaniemy mocnego kopniaka w tyłek na otrzeźwienie. Podobnie jak „lepsza gra” nie decyduje o końcowym triumfie, tak też ilość zespołów w danych rozgrywkach nie przesądza o lepszej jakości, nawet pięć zespołów z jednego kraju, w ostatecznym rozrachunku może okazać się gorszymi od jednego reprezentanta kraju innego.

Co w sporcie piszczy…

1.TENIS

Polki w składzie: A.Radwańska, U.Radwańska, Kania, Rosolska pokonały trzy inne reprezentacje, kolejno: Turcję, Izrael i Chorwację dzięki czemu awansowały do baraży o Grupę Światowa II Pucharu Federacji. Plan na ten turniej był prosty : Ula i Agnieszka wygrywają swoje mecze singlowe, wtedy do debla desygnowane są Paula Kania i Alicja Rosolska. W przypadku porażki jednej z sióstr w meczu singla, wtedy to one rywalizują także w grze podwójnej o decydujący punkt.  Plan był prosty i łatwa miała być jego realizacja, niestety, sukces rodził się w bólach. Tak można nazwać grę Urszuli Radwańskiej. Młodsza siostra Agnieszki potwierdziła, że jest bez formy. Zamiast przeć do przodu, cofa się. Gdyby nie dyspozycja czwartej rakiety świata, byłoby nieciekawie. To także kolejny dowód dla tych, którzy zarzucają starszej Radwańskiej grę dla kasy i olewanie ojczyzny. Aga udowodniła, że tak nie jest, że walczy nawet w Pucharze Federacji i robi to na 100%. Turniej ten udowodnił także jej wysoką formę i to, że porażka z Li była tylko konsekwencją zmęczenia. Jest dobrze i oby było tylko lepiej!

Głośniejszym echem, niż zwycięstwo naszych tenisistek, odbiła się w polskich mediach konferencja z udziałem obu sióstr Radwańskich i Tomasza Wiktorowskiego. Nie znamy powodu ‚wściekłości” Agnieszki i jej towarzyszy, można jedynie snuć na ten temat domysły (jeśli rzeczywiście o kibiców Izraelskich i przyjęcie naszej reprezentacji chodzi to wszystko wyjaśnia). Sama zainteresowana nie wspomina nic na ten temat na swoim Facebooku.

http://www.youtube.com/watch?v=2Ub61osobQU

 

2. SKOKI NARCIARSKIE

http://www.youtube.com/watch?v=DA9ZZnfnftA

Willingen. Zaczęło się dla nas źle. Kwalifikacje ukazały jak bardzo ta skocznia nie leży naszym. Potwierdził to także konkurs dróżynowy, który nasza ekipa zakończyła na miejscu 5. I co? Lament! Tak. Miejsce piąte naszych skoczków kojarzy się teraz z porażką. To wystarczy by ukazać jaki progres poczynili oni w ciągu jednego roku. Nawet za czasów Adama Małysza często musieliśmy marzyć o piątej pozycji, teraz jest uznawana za porażkę. Konkurs indywidualny był dla nas szczęśliwy. Szczęśliwy z powodu tego, że go nie było. W tej sytuacji nieudane kwalifikacje pójdą w zapomnienie. Kibiców, którzy znajdowali się pod skocznią próbowali rozerwać skoczkowie w konkursie pocieszenia gdzie brylował Żyła, mimo, że tak się pośpieszył, że nawet mu nie zmierzono odległości Mrugnięcie okiem. Miło wspominać nie będzie go za to MacKenzie Boyd-Clowes , który zaliczył groźny upadek na brzuch, stracił przytomność i złamał obojczyk… Głównymi gwiazdami nierozegranego konkursu w Willingen pozostawali jednak ludzie z TVP, którzy woleli relacjonować serial o wietrze niż medalowy bieg Krystyny Pałki. Oni zawsze wiedzą czego pragną kibice.

3.PIŁKA NOŻNA

Sprawa numer jeden w mediach to oczywiście czerwona kartka Roberta Lewandowskiego. Piłkarz, który jednocześnie jest najlepszym polskim napastnikiem i najgorszym napastnikiem Reprezentacji Polski również w meczu Borussii z Hamburgiem zaprezentował dwie odsłony. Tym razem jednak druga nie była do końca jego indywidualnym działaniem. Lewy szybko wprowadził swoich fanów w stan ekstazy, strzelając bramkę w piątym meczu z rzędu, jednocześnie zrównując się w klasyfikacji strzelców z Mandzukiciem i Kiesslingiem. Szczęście w Dortmundzie nie trwało jednak zbyt długo. Lewandowski szybko został sprowadzony na ziemię a wraz z nim kibice i cała drużyna Borussii. Polak obejrzał bowiem pierwszą czerwoną kartkę w Bundeslidze, a i w Lechu nawet takowej nie było przecież. Na murawie rozpętała się burza i lekkie przepychanki. Lewandowski zszedł z boiska, Borussia przegrała 1-4 jednak nikt nie miał wątpliwości kto jest winien tej porażki. Nie Lewandowski a sędzia. Robert nie zasłużył na czerwień, kartka powinna być koloru żółtego. Smaczku całej sytuacji dodaje fakt, że już po meczu Rafael Van Der Vaart przyznał, że specjalnie odegrał mały teatrzyk, by niezdecydowany sędzia pokazał Lewemu kartkę czerwoną, która w rzeczywistości mu się nie należała. Oburzony tymi słowami był przede wszystkim Jurgen Klopp i ma on rację. Dziś Lewandowski czeka w niepewności na to, czy zostanie zdyskwalifikowany nawet na trzy kolejne spotkania. Żałosne jest to, że żyjemy w czasach kiedy na boisko wkracza technologia czy większa ilość sędziów, kiedy zawodników za niesportowe zagrania, faule, czy wyzwiska można karać po zapisie wideo a do tej pory nikt nie napomknął nawet by karać boiskowych aktorów. Tak wielu ich jest, z każdym dniem więcej i wciąż pozostają bezkarni. Wbrew temu co mówi Holender, piłka nożna nie polega na grze aktorskiej ale tej czysto sportowej, nogami na murawie.

http://www.youtube.com/watch?v=gGZa8Vu9hjg

Media nie zdążyły ucichnąć po jednej akcji z Lewandowskim a już raczą nas kolejną. Tym razem nie chodzi jednak o plotki transferowe, którymi kibice już „rzygają” ale o wywiad jakiego udzielił sam zainteresowany. Już raz Robert pokazał, że wywiadów to on powinien unikać, kiedy to obsmarował Smudę po ME a potem jak gdyby nigdy nic wyparł się swoich słów. Teraz, kolejny raz mówił o Reprezentacji Polski. Lewandowski szukał powodów porażki. Znalazł je w braku rozgrywającego, w braku rywalizacji wśród napastników, znalazł je wszędzie tylko nie w sobie. Szkoda, że nie potrafi dostrzec błędu u siebie samego, a skoro ich nie widzi, ciężko wymagać poprawy w jego grze…

Polscy bramkarze na Wyspach. Po krótkim kryzysie znów możemy być dumni z naszych golkiperów. Artur Boruc, Wojtek Szczęsny i Tomasz Kuszczak, wszyscy trzej zasłużyli na miano piłkarza meczu. Ten ostatni po kilku słabszych występach, w których zawalił bramki, powrócił w wielkim stylu. Szczęsny swoją świetną postawą uratował zwycięstwo Kanonierów a Boruc? Boruc zatrzymał Mistrza Anglii! W bezpośrednim pojedynku z Hartem, wciągnął go nosem. Oby tak samo było w meczu Polki z Anglią w Eliminacjach do MŚ. Jeśli cała trójka utrzyma wysoki poziom z tej kolejki, trener Reprezentacji nie będzie miał problemu w wyborze bramkarzy, do których wysłać powołania. Problem pojawi się dopiero przy wyborze bramkarza numer jeden…

http://www.youtube.com/watch?v=3AqWt17UdG4

http://www.youtube.com/watch?v=abCfpejeNVk

Jeśli przy bramkarzach jesteśmy  to nie tylko na Wyspach Polacy byli bohaterami ale i w innej silnej lidze. Filip Kurto, były bramkarz Wisły Kraków zatrzymał Ajax Amsterdam. W Krakowie nigdy nie otrzymał szansy na grę czy chociaż na pokazanie swoich umiejętności, tym bardziej więc cieszy jego dobry występ przeciw takiemu rywalowi, być może ten sezon będzie jego ostatnim w Rodzie a kolejny rozpocznie w składzie silniejszej ekipy.

Wróćmy do Niemczech. Tym razem jednak do drugiej Bundesligi. Tam dzieją się cuda! Oczywiście ich autorem jest nie kto inny jak Franek Smuda. Po wp…. laniu jakie dostał od Herthy w kolejce poprzedniej, tym razem jego Regensburg wygrał wyjazdowy mecz z wyżej notowanym Bochum. Być może jego trenerska kariera nie skończyła się w chwili zakończenia pierwszego meczu. Oby mu się wiodło. Im lepsze wyniki będzie osiągał w Niemczech, tym dalej będzie od polskich zespołówMrugnięcie okiem

Zbliżają się mecze Ligi Mistrzów, oczy wszystkich zwrócone będą na Madryt gdzie pierwszy bój o kolejną rundę stoczą Real z Manchesterem United. Starcie Mourinho z Fergusonem. Starcie Ronaldo z Van Persim. Na to czekają kibice na całym świecie. Wydawało się, że przed takim meczem jedni i drudzy odpuszczą ligowe starcia kolejno z Sewillą i Evertonem ale obie drużyny zawalczyły o pełną pulę. Real. mimo że szans na obronę tytułu już nie ma popisał się efektownym zwycięstwem aż 4-1. Rywali postraszył przede wszystkim Ronaldo, który popisał się kolejnym hat trickiem w tym sezonie. Manchester również dał jasny przekaz rywalom i bez większych problemów pokonał przeciwnika z Liverpoolu. Drugim najciekawszym meczem będzie wyrównany bój między Shakhtarem i Borussią. Mimo tego, że większość kibiców o ekipie z Dortmundu słuchać nie chce i tak z niecierpliwością będą spoglądać na ekran telewizora w oczekiwaniu na dobry występ trójki Polaków. Równie ciekawie zapowiada się pojedynek Valencii i PSG. Wydaje się, że awans w dużej mierze zależeć będzie od dyspozycji Zlatana Ibrahimovicia. Szwed jest w stanie sam zdecydować o losach meczu a jego gole w wyjazdowym pojedynku o kwestii awansu. Ostatnim meczem, chociaż najmniej emocjonującym jest starcie Celticu z Juventusem. Wydaje się, że Włosi wyjadą ze Szkocji z pewnym awansem ale po meczu Celticu z Barceloną można mieć co do tego wątpliwości…

Nigeria wygrała Puchar Narodów Afryki. Niespodzianki nie ma, bowiem była ona jednym z faworytów do końcowego triumfu. Dużym zaskoczeniem może być jednak rywal Nigerii w walce o ten tytuł – Burkina Faso. To miła niespodzianka także dla nas Polaków. W składzie finalisty znajdują się znani nam dobrze z Ekstraklasowych boisk – Prejuce Nakoulma i Razack Traore. Ten pierwszy nawet, dzięki swojej dobrej grze, załatwił sobie transfer do Rubina Kazań. Teraz tylko od niego zależy czy zamieni Zabrze na Rosję.

Koniec protestu kibiców Wisły Kraków! Klub doszedł do porozumienia ze Stowarzyszeniem Kibiców Wisły Kraków i obie strony podpisały stosowna ugodę. Oby był to pierwszy znak poprawy sytuacji w klubie z Reymonta.

Polskie Niemcy

Żyjemy w czasach, w których piłka niemiecka Polakami stoi. Zaczęło się od… Reprezentacji Niemiec, w której pierwsze skrzypce grali Podolski i Klose, dziś, co raz więcej naszych piłkarzy reprezentuje barwy zespołów występujących w Bundeslidze i na jej zapleczu. Co więcej, większość z nich ma decydujący wpływ na losy meczu.

W meczu rozegranym na BayArenie mieliśmy okazję podziwiać grę aż pięciu Polaków. W ekipie gości, jak zwykle, wystąpili Łukasz Piszczek, Kuba Błaszczykowski i Robert Lewandowski. Barwy Leverkusen od pierwszej minuty reprezentował Sebastian Boenisch, natomiast swój debiut w najwyższej klasie rozgrywkowej, wchodząc na ostatnie minuty spotkania, zaliczył Arkadiusz Milik. Mecz był niezwykle emocjonujący, naprawdę dużo się działo a duży w tym udział naszych rodaków.

Borussia szybko objęła dwubramkowe prowadzenie. Przy golu Reusa asystę zaliczył Lewandowski, chwilę później karnego, podyktowanego na Lewym, na bramkę zamienił Błaszczykowski. Kiedy wydawało się, że Borussia pewnie sięgnie po trzy oczka, do roboty wzięli się Aptekarze. Co raz śmielej także poczynał sobie Boenisch, który zaliczył asystę przy jednej z dwóch bramek Stefana Reinartza. Po jego trafieniach mieliśmy remis, jednak taki stan rzeczy trwał tylko chwilę. Napędzona stratą bramki Borussia rzuciła się do ataku. Piłkę na 3-2 do siatki skierował nie kto inny jak Lewandowski, który walczy o koronę króla strzelców m.in z Kießlingiem, piłkarzem Bayeru. Drużyna Jurgena Kloppa miała okazję podwyższyć wynik spotkania. W 69 minucie meczu sędzia podyktował kolejny rzut karny, kiedy to Boenisch podcinał Lewandowskiego. Do piłki ponownie podszedł Błaszczykowski, niestety tym razem bramkarz wyczuł intencję polskiego pomocnika i wynik nie uległ już zmianie. 19 letni Milik swój udział w meczu zaznaczył zagraniem ręką w polu karnym Borussii. Spotkanie drugiej i trzeciej drużyny Bundesligi (po meczu była zamiana miejsc) dostarczyła nam, kibicom, nie tylko wielkich emocji, ale też utwierdziła wszystkich w przekonaniu o formie naszych czterech pewniaków do gry w kadrze.

http://www.dailymotion.com/video/xx93ur_leverkusen-vs-dortmund-2-3-highlights_sport#from=embediframe

Polskie akcenty, chociaż już na trenerskiej ławce, dobiegały dziś do nas z 2 Bundesligi. Regensburg prowadzony przez Franciszka Smudę, w jego trenerskim debiucie, został zmiażdżony przez Herthę Berlin. Ostatnia drużyna zaplecza Bundesligi przegrała 1-5, co jest najgorszym wynikiem tego zespołu w tym sezonie. Do tej pory nie przegrali żadnego spotkania więcej niż różnicą dwóch bramek, nie stracili też w żadnym meczu więcej niż czterech goli, dwa razy przegrywali w stosunku 2-4. W poprzedniej rundzie, na własnym stadionie Hertha pokonała Regensburg „tylko” 2-1, różnica więc jest widoczna gołym okiem. Ręka Smudy już czyni cuda, dzieło zniszczenia rozpoczęte…Mrugnięcie okiem

Na zdjęciu Franek pokazuje ile sztuk dostał w swoim debiucie Śmiech