Archiwa tagu: boniek

Nawałka – kierunek Euro 2016.

Pewnie wielu kibiców liczyło po cichu, iż mimo pojawiających się doniesień o Adamie Nawałce jako nowym selekcjonerze, w rzeczywistości będzie nim kto inny. Tak się nie stało. PZPN nie umiał, przez te wcześniej ustalone dwa tygodnie, trzymać języka za zębami i jeszcze zanim Zbigniew Boniek podał do wiadomości publicznej nazwisko następcy Waldemara Fornalika, znała je cała Polska.
Nie było więc dreszczyku emocji, niecierpliwego oczekiwania, niepewności i zaskoczenia. Spalone gary…
Oby kadra pod wodzą Adama Nawałki była mniej przewidywalna niż proces, w którym aktualny jeszcze trener Górnika Zabrze, otrzymał stanowisko selekcjonera Reprezentacji Polski.

Choć za wcześnie jeszcze by ferować wyroki czy czepiać się czegokolwiek, wszak były reprezentant kraju nie rozpoczął jeszcze pracy z drużyną narodową, to chyba można zaryzykować stwierdzenie, iż gorzej niż za Fornalika na pewno nie będzie.
Nawałka będzie jeździł, obserwował i rozmawiał. To ważne. Możemy ufać temu, że wszelkie powołania będą przemyślane.  O ile mogą zdarzyć się w nich jakieś pomyłki, o tyle nie będzie tam ludzi z przypadku. A to akurat u nas nowość.

Fajnie, że nowy trener naszych Orłów nie przekreślił tzw. „farbowanych lisów”. Przecież tak jak życie, tak i potencjał reprezentacji trzeba wycisnąć do ostatniej kropli. Nie mamy w kraju piętnastu Błaszczykowskich, więc trzeba sięgać w każdy kąt, w którym czai się klasowy piłkarz z polskim paszportem. O ile Boenisch czy Perquis nie stanowią na dzień dzisiejszy żadnej gwarancji sukcesu a ten pierwszy wzbudza ostatnio jedynie odruch wymiotny, o tyle Obraniak czy Polanski, pod batutą Nawałki, mogą wnieść do drużyny sporo dobrego.
Cała ta dyskusja na temat ‚obcokrajowców’ w naszym narodowym zespole powinna mieć swój początek i koniec w chwili, kiedy swój pierwszy oficjalny mecz zagrał w niej Emanuel Olisadebe. Później przewinął się jeszcze Roger i to własnie ta dwójka przetarła szlak piłkarzom, na których dziś się tak narzeka. Wobec nich, cała ta nagonka jest więc…niesprawiedliwa. Jasne, że lepiej by było, i dla nas kibiców, i dla całej drużyny, gdyby w składzie było jedenastu urodzonych w Polsce Polaków ale nie warto wybrzydzać. Najnormalniej w świecie, nie stać nas na to. Gdyby Niemcy i Francuzi tak wybrzydzali, zapewne kopaliby się dziś w dole rankingu… razem z nami.

Wracając do samego Nawałki i jego wyższości nad odchodzącym już w zapomnienie Fornalikiem – Polska będzie w końcu drużyną charakterną. Przecież mając na stołku kogoś takiego za trenera, kogoś z taką charyzmą i ‚twardą ręką’, inaczej być nie może. Czy ktoś wyobraża sobie Lewandowskiego gryzącego trawę w walce o każdą piłkę? Czas zacząć. To naprawdę może się udać.
Musimy także na nowo nauczyć się rzeczywistego układu/obrazu, jaki powinien panować w każdej narodowej drużynie, a który za czasów Pana Waldka, mocno został u nas zachwiany, mianowicie: to trener rządzi a nie ‚futbolowe gwiazdeczki’. O odpowiednią hierarchię, martwić się więc nie musimy. Chyba…

I już na dzień dobry, Adam Nawałka udowadnia nam, że mimo ważnych jeszcze obowiązków w klubie z Zabrza, poważnie podchodzi do nowej posady. Już myśli o zmianach, już chce robić porządki i na początek… chce zmienić kapitana. A przynajmniej tak można wywnioskować z jego wypowiedzi.
Fajnie, że Nawałka zamierza robić generalny remont ale czy akurat w tej kwestii, potrzebne są jakiekolwiek zmiany? Czy Błaszczykowski jest złym kapitanem? Któż inny bardziej zasłużył na opaskę od skrzydłowego Borussii Dortmund?
Pod względem czysto sportowym, żaden z pozostałych kadrowiczów nie zasłużył na ten zaszczyt bardziej od Kuby. Jeśli chodzi o charakter, jest jeden osobnik, który mógłby uchodzić za przywódcę z prawdziwego zdarzenia a jest nim oczywiście Artur Boruc. Pierwszy mógłby mobilizować i pokazywać przykład swoją grą i ambicją, drugi zaś słowami i gestami. Gdyby selekcjoner zdecydował się zamienić na tej funkcji właśnie tych panów, raczej nie byłoby problemu. Jeśli jednak ktoś inny zostałby ‚uhonorowany’ tym cennym tytułem, z powodów innych niż reprezentacyjna forma i charakter, na wizerunku Nawałki pojawiłaby się pierwsza zadra. To już także nie te czasy by mianować kapitanem najstarszego w drużynie. Dajmy przykład reszcie zawodników, niech równają do najlepszych i najtwardszych.

Co by jednak się nie działo – zaufajmy trenerowi i Bońkowi. Bądźmy cierpliwi, aż do pierwszego poważnego sprawdzianu. Jeśli pójdzie źle, będzie czas na krytykę. Bo właśnie tych największych krytykantów wybór Nawałki zabolał chyba najbardziej, wszak o ile trudniej jest dokopać komuś kto nie jest w stanie dać nam gwarancji na sukces, kto nie zaczyna jako obwieszony zwycięstwami super-szkoleniowiec z bogatą trenerską przeszłością, niż zwykłemu nowicjuszowi, który poza nadzieją, nie może nam dać nic. Wybór niezwykle ryzykowny ale i fascynujący.
Zadaniem, które PZPN postawił przed nowym selekcjonerem jest awans na Euro 2016. Uda się? Kto ma wierzyć, jeśli nie my kibice…
 

Polacy zdobyli Wembley!

Osiemnaście tysięcy polskich kibiców podbiło wczorajszego wieczoru „Świątynię futbolu”, bijąc jednocześnie rekord frekwencji przyjezdnych na tym obiekcie. To, że jeszcze długo nikt nie pobije tej liczy, jest raczej pewne, podobnie jak to, że prawdopodobnie nigdy nikt, nie wkurzy tak angielskich fanów  jak właśnie Polacy. I nie ma się im co dziwić, w końcu na ‚swoich śmieciach’ zostali kompletnie zmiażdżeni pod względem wokalno-wizualnym. Piłkarze Fornalika przez całe 90 minut rzeczywiście mogli myśleć, iż „Grają u siebie”, niestety, mimo tego, nie udało się im podbić murawy. Ale przecież…zrobili to za nich kibice. A w zasadzie jeden z nich. 60. minuta spotkania, kiedy polski fan wbiegł na murawę by przybić piątkę z Wojtkowiakiem, była dla wszystkich najciekawszym momentem w wykonaniu naszych rodaków na tej części obiektu.
Polscy kibice po raz kolejny udowodnili, że na nich zawsze można liczyć. Szkoda, że w cały ten polski nastrój na Wembley nie wpasowała się także Reprezentacja Polski ale z racji tego, iż temat MŚ w Brazylii już się dla nas zakończył, nie warto o nich wspominać…

Wśród całej tej grupy piłkarsko-trenerskiej, która skompromitowała nasz kraj na międzynarodowej arenie jest jednak jeden taki osobnik, któremu trzeba poświęcić kilka słów a jest nim nie kto inny jak – Robert Lewandowski. Napastnik Borussii Dortmund w meczu przeciw Anglii zaprezentował trzykrotnie wyższy poziom zaangażowania i ambicji aniżeli miało to miejsce w meczach poprzednich. Wbrew pozorom, zapominając już o całym tym Wembley, wcale to o nim dobrze nie świadczy. Gra Lewego tylko nam wszystkim potwierdziła tezę, jakoby kadra była mu kulą u nogi. No bo jak to tak? Przeciwko Mołdawii czy Czarnogórze się nie dało a już z wielką Anglią się da? Wtedy nawet brak wysokiej klasy partnerów obok nie jest mu potrzebny? Coś w tym jest. Może z nim jest tak jak z tymi wszystkimi trenerami, którzy nie nadają się do kadry ale do prowadzenia klubu już jak najbardziej? Trzeba chyba poważnie przemyśleć tę sprawę, zanim kolejny selekcjoner sparzy się na klubowej dyspozycji Lewandowskiego.

Ciekawie na temat Roberta wypowiedział się dziś na Facebooku Krzysztof Stanowski:

Nic dodać, nic ująć. A może nie, w miejsce Żurawskiego i jego zwodu, z podobnym skutkiem możemy włożyć także Frankowskiego ze swoją ‚podcinką’. Obaj ci panowie słynęli z pięknych i wartościowych bramek na wszystkich frontach. Nie ważne czy była to Ekstraklasa, Puchar Polski, europejskie puchary czy właśnie Reprezentacja Polski. Nie narzekali na partnerów, robili swoje i co najważniejsze, potrafili pociągnąć grę całego zespołu. Tej własnie cechy, odróżniającej go także od Ronaldo czy Messiego, brakuje właśnie Lewandowskiemu. Klasy sportowej odmówić mu nie można, także techniki mu nie brakuje a jednak nie jest on w pełni wartościowym ‚produktem piłkarskim’.
Wspomniani już Żurawski z Frankowskim, choć nigdy nie osiągnęli tak oszałamiających wyników, jakie na swoim koncie ma w wieku 25 lat Lewy, swoją grą dla reprezentacji i polskich klubów nakrywają Roberta czapką. Taka jest prawda. Idąc jeszcze dalej, dzięki tym wszystkim bramkom obaj zawodnicy zasłużyli sobie na szacunek u polskich kibiców w rozmiarach takich, na jakie napastnik Borussii może nie zasłużyć sobie nigdy. Oczywiście, żeby było jasne, wciąż jesteśmy w temacie czysto polskim – naszej reprezentacji i rodzimych klubów. Prawdopodobnie, gdyby dziś Żuraw i Franek graliby w piłkę i prezentowali poziom z najlepszych swoich lat, przy dosyć inteligentnym selekcjonerze, zabrakłoby powołania dla Lewandowskiego…

A propos tematu selekcjonera – mogło się wydawać, że po podaniu do wiadomości informacji o zwolnieniu z tej funkcji Waldemara Fornalika ( żegnamy bez żalu, szkoda, że zabrakło mu honoru i sam nie podał się do dymisji po zawaleniu roboty), poznamy nazwisko jego następcy. Tak się jednak nie stało. Zbigniew Boniek poinformował natomiast o terminie, w jakim związek przekaże Polakom tę informację. 2 długie tygodnie – tyle będziemy nękani kolejnymi doniesieniami dziennikarzy na temat ‚pewnych’ kandydatów na tę posadę. Może być ciężko przetrzymać ten czas oczekiwania. Żeby na koniec się nie okazało, że wybór został przyjęty nie z zachwytem czy nadziejami a zwykłą ulgą.
Fajnie, że Prezes, choć pewnie ma już nowego trenera ‚pod ręką’, dał wszystkim czas na oswojenie się z nową sytuacją i próbuje stwarzać pozory profesjonalnie przeprowadzonego procesu wyboru nowego selekcjonera. PZPN jasno chce pokazać, że nie działa na ‚hop-siup’ jak ich poprzednicy.
Według dziennikarzy, największe szanse na prowadzenie polskiej kadry ma na dzień dzisiejszy Adam Nawałka. Na dzień dzisiejszy. Jutro to wszystko może się już zmienić. Są tez inne kandydatury ale czy ludzie tacy jak Smuda czy Fornalik nie są dostatecznymi przestrogami w tej sprawie? Czy nie czas uczyć się na błędach? Kto jak kto ale Polska nie ma czasu na kolejne eksperymenty czy niepewne rozwiązania? Tak jak w przypadku wyżej wymienionej dwójki, tak samo w przypadku Adama Nawałki nie ma żadnej pewności co do sukcesu na arenie reprezentacyjnej. Klub to nie kadra. Kolejny raz możemy obudzić się z ręką w nocniku.
Potrzebujemy kogoś, kto będzie w stanie wywalczyć awans na ME, mając zawodników dla siebie tylko przez kilkanaście dni w roku. Z miejsca trzeba więc nie tylko zdobyć sobie pozycję ale też nauczyć zawodników taktyki i ambicji. Zadanie ciężkie, choć dla kogoś z doświadczeniem nie powinno stanowić problemu. Biorąc pod uwagę to wszystko a także fakt, że w pierwszej kolejności poszukujemy trenera-Polaka, oczywistym kandydatem staje się…Henryk Kasperczak. Weźmy go. Ma wszystko to, co powinien mieć nowy selekcjoner polskiej kadry…

Nie ważne ile chcesz dostać w łapę, ważne czy jesteś wariatem! Czyli kto trenerem Reprezentacji?

W jakiej obecnie sytuacji znajduje się Reprezentacja Polski – wie każdy. Szanse na awans na przyszłoroczny Mundial w Brazylii  mamy mniej więcej takie same jak Podbeskidzie na mistrzostwo Polski bądź Wayne Rooney na tytuł mistera roku czyli – prawie żadne. Iluzoryczne, matematyczne i pozostające raczej w sferze fantazji. Z tegoż właśnie powodu po 15-tym października znajdzie się wolny wakat na stanowisku trenera polskiej kadry. Fakt ten spowodował uaktywnienie się społecznych jasnowidzów, których ponadprzeciętne umiejętności, godne samego Krzysztofa Jackowskiego, pozwalają na przedwczesne poznanie personaliów następcy Waldemara Fornalika. Kandydatów na to zaszczytne stanowisko jest naprawdę wielu, w zasadzie wśród pojawiających się w fusach z kawy czy magicznej kuli postaci, pojawiają się dosyć znane i te mniej znane nazwiska. W wybór nowego selekcjonera oficjalnie bądź wręcz przeciwnie, włączyli się już wszyscy. Jedni na poważnie, próbując dołożyć cegiełkę do wybudowania nowej drużyny, inni dla frajdy czy zabicia czasu. Jedynym, który nie chce włączyć się do naszej narodowej zabawy jest sam Waldemar Fornalik, który swoim hojnym gestem wszem i wobec zakomunikował, że tanio to on skóry sprzedać nie zamierza i ostro zabrał się za misję ukraińsko-angielską, która ma na celu zgarnięcie pełnej puli punktów i uratowanie jeńców comiesięcznych wypłat. Tonący brzytwy się chwyta a pan Waldemar chwycił się… przeszłości.

Stara dobra akcja. Jak już nie ma się co wymyślić, trzeba zagrać na uczuciach kibiców: „Niech wiedzą, że ich głos się dla mnie liczy” – pomyślał prawdopodobnie Fornalik i nie (!) powołał Sebastiana Boenischa.

„Jestem otwarty na pomoc innych. Robię wszystko co mogę. Co złego to nie ja” – powołał więc poczciwego Mariusza (nie mylić z Robertem) Lewandowskiego. W końcu jak nikt inny zna Ukrainę, ukraińską mowę i ukraińskich zawodników. Prawie jak koń trojański (nie mylić z wirusem) tylko trochę inaczej.

„U mnie każdy ma czystą kartkę. Umiem wybaczać. Liczy się tylko forma sportowa” – Jest i Sławek Peszko. Taksówkarze zacierają ręce.

„Wasyla lubią, Wasyla pamiętają jako największego walczaka” – Wasyl czyli druga liga kontra największe gwiazdy Premier Ligue. Z motyką na słońce, tyle, że z Wasilewskim zamiast Marka Motyki.

Podobno chłopaki (piłkarze rzecz jasna) będą przygrywać trenerowi na zgrupowaniu. A co tam! Wierzymy i my! ;-).

Wracając jednak do realnego świata, wydawać by się mogło, że przy życiu (czytaj: na etacie) utrzymuje jeszcze Fornalika Zbigniew Boniek. Zibi nie daje pluć na selekcjonera i co by nie mówić, zachowanie to godne podziwu. Wiadomo, że nie on go mianował trenerem Reprezentacji i wybór jego poprzedników satysfakcjonować go raczej nie mógł, wiadomo także, że przez cały ten czas trzymał go na stanowisku z czystej uprzejmości i szacunku bo wyników to pan Waldek nie miał przecież żadnych. Jak przystało jednak na człowieka honorowego, Boniek dał mu dokończyć to co zaczął. W końcu on jak nikt inny kieruje się znaną nam wszystkim maksymą: „Do póki piłka w grze…” Po wszystkim, z czystym sumieniem, będzie mógł przystąpić do wyboru następcy. Tym razem, już w stu procentach trenera gotowego na wielkie wyzwania a właśnie takim jest prowadzenie polskich ciam…piłkarzy. Kto nim będzie?

PZPN jest jedną z tych organizacji, której kryzys w oczy nie zagląda. Ma się świetnie i będzie miał jeszcze wiele długich lat. Poprzednicy nie zdążyli wybrać wszystkiego więc Zbigniewa Bońka stać (fizycznie – bo kasa i psychicznie – bo kontakty) na każdego trenera chodzącego po tej planecie. Mourinho, Gaurdiola, Wenger, Blanc itd., do wyboru do koloru. Nie ważne. Stać nas! Mamy więc najważniejszą kartę w ręku ale z racji tego, że współpracą muszą być zainteresowane obie strony – zaczynają się schody.
Co najmniej połowa trenerów mających odpowiednie kwalifikacje nie chciałaby pracować z polskimi piłkarzami. Dlaczego? Strach by im na to nie pozwolił. To zrozumiałe. Potrzebujemy wariata bo tylko wariat zgodzi się wziąć na barki tak wielkie ryzyko i zagwarantować sukces. Z jednej strony wielkie nadzieje milionów kibiców, których zawieść nie można, z drugiej dżentelmeńska umowa ze znanym i szanowanym w futbolowym światku Bońkiem i w końcu także reputacja samego trenera. To wszystko, plus oczywiście słabiutki poziom polskich zawodników od razu dyskwalifikują większość kandydatów. W tym właśnie momencie, można dojść do wniosku, że żadna suma na koncie, żadna nawet renoma czy kunszt trenerski któregoś z delikwentów nie zagwarantują nam sukcesów. Jak pokazał przykład Smudy czy w mniejszym stopniu właśnie Fornalika,  nawet najlepszy trener klubowy, może okazać się bezzębną piranią w reprezentacyjnym morzu.  Warto więc na etapie rekrutacyjnym zachować tylko te CV, które w pozycji sukcesów rzeczywiście zawierają bogaty dorobek na płaszczyźnie reprezentacji. I oczywiście, aby te sukcesy nie pamiętały wynalezienia tabliczek świetlnych.
Warto także zastanowić się nad narodowością kandydatów. Czy trener zza granicy rzeczywiście byłby lepszy? Tak i nie. Pod względem czysto technicznym na pewno ale jeśli już o znajomość polskich graczy chodzi – mamy zupełnie odwrotną sytuację. W tym drugim przypadku, nie obyłoby się więc bez polskich pomocników, więc tak czy siak oglądalibyśmy na boisku pewną część ‚polskiej myśli szkoleniowej’, od której tak wielu się dziś wzbrania. Przykład Benhakera pokazuje, że należy zwrócić uwagę przede wszystkim na mentalność ów trenera. Nie potrzebujemy kolejnego idealisty, który zamiast naprawiać drużynę, zechce naprawić samych Polaków. O w połowie pełnej szklance i szałasach nikt już przecież nie chce słuchać. Holendrzy odpadają więc w przedbiegach. Ciężko tak naprawdę będzie w Polsce każdemu, kto nie będzie potrafił wymienić więcej niż trzech zawodników z polskim paszportem, oczywiście tych grających w Borussii Dortmund. Może więc warto rozejrzeć się także na rodzimym podwórku? Dlaczego jeszcze nigdy szansy na prowadzenie Reprezentacji nie otrzymał Henryk Kasperczak???
Ktokolwiek zasiądzie na trenerskiej ławce, możemy być spokojni. Boniek nie da skrzywdzić tej drużyny. Jemu możemy zaufać.

Kosecki odgrywa swój autorski dramat…

Dziś już śmiało można wskazać największy błąd , jaki za swojej kadencji na stołku prezesa PZPN popełnił Zbigniew Boniek. Jest nim oczywiście, zatrudnienie na stanowisku wiceprezesa Związku Romana Koseckiego. Chyba nawet sam „Zibi” nie przypuszczał, że tak szybko przyjdzie mu pożałować swojej decyzji.
To właśnie Kosecki, wedle opinii publicznej, był największym rywalem Bońka w walce o prezesurę, jednak rzeczywistość okazała się dla niego brutalna. Wybory przegrał z kretesem. „Kosy” nie byłoby więc dziś w Związku, gdyby nie…Boniek. To właśnie on wyciągnął rękę do swojego kontrkandydata i dał posadę. Czy zrobił to z litości, czy może rzeczywiście imponowały mu pomysły Koseckiego? Dziś, to już nieważne.
Ewidentnie widać, że drogi obu panów rozeszły się a ich relacje mocno się ochłodziły.
Fakty są takie, że RK na oczach wszystkich zaczyna kąsać rękę, która go karmi. Wszystko, co robi i o czym mówi, jasno daje do zrozumienia, że nie ugnie się przed niczym by osiągnąć swój cel. A wygląda na to, że jest nim udowodnienie wszystkim, że to on a nie Boniek, powinien rządzić polską piłką.
O ich konflikcie zrobiło się głośno, kiedy Kosecki po raz pierwszy publicznie sprzeciwił się Bońkowi na posiedzeniu PZPN-u. „Zibi” słusznie skrytykował wtedy swojego podwładnego za ‘wywlekanie brudów’ na światło dzienne. W odwecie, „Kosa” rozpoczął medialną nagonkę na Prezesa. Nagle zaczęło mu przeszkadzać, że Boniek swoją twarzą firmuje jednego z Bukmacherów, choć wcześniej, kiedy ten temat nie schodził z pierwszych stron gazet, Kosecki milczał. Na łamach prasy wylewa żale, wbijając kolejne szpilki w Bońka, kreując jego postać niemal na demonicznego dyktatora.
Mogłoby się wydawać, że, tylko naprawdę odważny człowiek wdaje się w otwartą wojnę z kimś takim jak ZB, choć w jego przypadku, to chyba zwykła bezmyślność, wszak w ostatnim czasie nie raz już się nią wykazał.
Najbardziej jednak w zachowaniu Koseckiego razi jego brak wdzięczności i lojalności wobec osoby, dzięki której dziś w ogóle ma możliwość decydowania o losach polskiego futbolu. Sam jakby o tym zapomniał, w wywiadach daje bowiem do zrozumienia, że posadę w PZPN zyskał dzięki głosowaniu jego członków a przecież każdy wie, jak było naprawdę.
„Kosa” nie przypuszczał chyba, że w niedługim czasie, on sam wskoczy pod nastawiony przez siebie topór a tak właśnie się stało. Odwrócili się od niego już kibice, nie wiadomo jednak, jak długo zachowanie swojego podwładnego, tolerować będzie sam Boniek…

Okładka Faktu wciąż aktualna…

Dziś chyba nawet bardziej odpowiednia aniżeli w roku 2006, kiedy to pojawiła się na łamach tej gazety.  Można by jeszcze dodać kilka-kilkanaście kolejnych, cierpkich słów pod adresem polskiej kadry, które idealnie zobrazują odczucia kibiców. Mimo tego…ciężko cokolwiek z siebie wydusić. Czy to rzeczywiście są reprezentanci naszego kraju? Może to tylko zły sen, może zaraz się obudzimy i wszyscy ci parodyści po prostu znikną? Reprezentacja Polski – brzmi tak dumnie. A jak bardzo odbiega od tej oczywistości. Nie można pozwalać tym ludziom na ośmieszanie naszego kraju, będąc zawodnikami drużyny narodowej, stają się przecież jej wizytówką, jej przedstawicielami na arenie międzynarodowej i do ich obowiązków należy godne reprezentowanie biało-czerwonych barw i nas wszystkich. Piłkarze dobitnie pokazują jednak, gdzie mają to wszystko…

Nie zagramy na Mistrzostwach Świata w Brazylii, chociaż mało kto chyba wierzył w awans, jeszcze zanim Polacy wyszli na murawę stadionu w Kiszyniowie. Wielka przepaść dzieli ich od drużyn Anglii, Ukrainy a może nawet i Czarnogóry. Skoro nie potrafią nawet pokonać Mołdawii a ledwo co udało się im ustrzelić Liechtenstein, z czym więc do ludzi?…
To powinien być ostatni dzień pracy z kadrą Waldemara Fornalika. Może i spisał się on w Chorzowie, może i nominacja dla niego była w tamtym momencie dosyć zrozumiała to dziś śmiało można stwierdzić, że nie wypełnił nawet w małym stopniu pokładanych w nich nadziei. Pożegnamy go więc bez żalu, z nadzieją na lepsze jutro. Fornalik, choć sympatyczniejsze sprawiał wrażenie od swojego poprzednika to okazał się kolejną porażką na stanowisku selekcjonera. Najbardziej odpowiednim przymiotnikiem, opisującym Fornalika jest: Posłuszny. Właśnie tak. Fornalik był niesamowicie posłuszny. Kibicom i dziennikarzom, gdy powoływał z marszu wszystkich, o których dopominali się fani reprezentacji oraz media. I o ile to działało na jego korzyść, miał w rękawie asa na swoją obronę to już posłuszeństwo wobec piłkarzy, w całości go pogrążyło. Zabrakło mu cech niezbędnych do wyników: asertywności, pewności siebie, odwagi, ambicji, bezkompromisowości. Bez posiadania powyższych cech, być może można prowadzić zespół w słabej lidze ale nie Reprezentację, której celem jest awans na największą imprezę piłkarską na świecie.
Nie ważne, z jakiego kraju powinien być następca byłego trenera Ruchu Chorzów, ważne by posiadał on odpowiednie predyspozycje i cechy, które na wstępie uświadomią piłkarzom, kto w tej relacji jest szefem. Bez znaczenia będzie to, gdzie i z kim ów trener w przeszłości pracował. Zawodnicy mają szanować go i wykonywać jego polecenia ze względu na to jakim jest człowiekiem i trenerem oraz jak pracuje. Wiadomo, że osoba Zbigniewa Bońka i budżet jakim dysponuje PZPN, mogłyby na ławkę Polski sprowadzić naprawdę głośne nazwisko. Ucząc się jednak na błędach, warto zatrudnić kogoś, kto w ostatnich latach, odnosił sukcesy właśnie na płaszczyźnie reprezentacyjnej. Dobitnie się przekonaliśmy, że nawet najlepszy trener klubowy, może być słabiutki w roli selekcjonera. Co by nie mówić…wszystko w rękach Zbigniewa Bońka. Skoro sam selekcjoner zadaje pytania, czemu ma się podać do dymisji, to właśnie prezes PZPN, jest w tym momencie osobą, która powinna mu to umiejętnie wytłumaczyć.

Ile by nie mówić na temat katastrofy jaką było połączenie Fornalika z kadrą, już zawsze będzie on wspominany jako ten, który otworzył jej drzwi przed Zielińskim, Salamonem czy (ponownie) Borucem. Ironią losu jest to, że właśnie dwaj pierwsi (młodziak i debiutant oraz piłkarz z długą przerwą od gry w klubie) byli najlepszymi piłkarzami na boisku. To już podwójny powód do wstydu dla reszty drużyny, w szczególności tych,w których pokładano największe nadzieje. No właśnie. Wszystkie tłumaczenia i gadki o tym, że nie jesteśmy mocarstwem i nie mamy prawa porównywać się z Anglią czy Niemcami, są głupie. My naprawdę mamy dobrych piłkarzy, przecież nie przypadkiem znaleźli się w dobrych, europejskich zespołach, w których kilku gra nawet pierwsze skrzypce. Mamy potencjał na bycie drużyną na dobrym poziomie i ewidentnie, na dzień dzisiejszy brakuje właśnie lidera z prawdziwego zdarzenia, który potrząsnąłby szatnią i ułożył tę kostkę Rubika.
Europa co raz częściej sięga po młodych polskich piłkarzy i można mieć pewność, że z tej mąki będzie chleb. Skoro do Brazylii nasi piłkarze pojadą już tylko w roli obserwatorów lub turystów, to czas chyba zacząć budować nowy zespół już od najbliższych spotkań eliminacyjnych. Tym razem jednak, bardziej efektywnie aniżeli przed eliminacjami do zbliżającego się właśnie Mundialu, kolejnego, na którym nas zabraknie…

 

Jak będzie bez Obraniaka?

Nawet Richard Gasquet nie pozwalał wczoraj zapomnieć o sprawie Ludovika Obraniaka. Czy to jakaś rodzina?  ;-)
Zdania na temat decyzji pomocnika Bordeaux są podzielone. Jedni mają powody do świętowania, wszak już od dawna mieli dość Obraniaka w Reprezentacji Polski i tylko czekali na taki obrót spraw. Inni natomiast żałują tego, że kadra Polski straci wartościowego piłkarza i rugają Waldemara Fornalika za taki obrót spraw.

Bez wątpienia w każdym ziarenku jest trochę prawdy. Prawdą jest, że Obraniak swoim zachowaniem nie okazywał wdzięczności za wyciągniętą do niego rękę, w momencie gdy starał się o grę dla naszej reprezentacji. Na każdym kroku dalo się odczuć olewkę z jego strony. Na początku chciał przecież nauczyć się polskości, poznać kraj a kiedy dostał już to na czym mu zależało, głęboko w d… miał nasz rodzimy język. Nie poczuwał się nawet trochę do tego by zawalczyć o jak najlepszy kontakt z kolegami z drużyny. Na boisku, w dużej mierze właśnie z powodu bariery językowej, nie było chemii między nim a resztą zespołu. Z czasem odwrócili się od niego sami piłkarze, na czele z kapitanem. Do krytyki dołączył się także Zbigniew Boniek i, stojący do tej pory murem za Ludovikiem Fornalik, zadał mu decydujący cios. W momencie kiedy akurat do Obraniaka nie można było mieć pretensji, trener go odsunął. Dał jasny sygnał, że nie ma dla niego miejsca w drużynie, zamiast niego postawił na wielką niewiadomą i każdy widział, jak się to skończyło. Prawdą jest, że tak doświadczony piłkarz, jakim jest Ludo, nie powinien reagować jak rozkapryszone dziecko a tak właśnie zareagował i obraził się ale chyba każdy z nas jest w stanie w tym momencie postawić się na jego miejscu i wyobrazić sobie, że to my jesteśmy zaszczuci, traktowani jak piąte koło u wozu, czujemy się oszukani. Ci, którzy mają mocną psychikę, wyjdą na boisko i zrobią wszystko by udowodnić, że wszyscy się mylili, ci, którzy takowej nie mają, zrobią dokładnie to, co zrobił Obraniak.
Na pewno duży błąd popełnił Waldemar Fornalik, który za bardzo w tej sytuacji przypominał swojego poprzednika. Jeśli dochodzi do takich sytuacji i ewidentnie widać, że szatnia nie jest scalona a to skutkuje słabą postawą na murawie to wtedy działać musi trener. Fornalik nie ma chyba dostatecznie dużego poważania by to wszystko scementować i przez to ukazują się nam małe elementy kolejnych konfliktów w kadrze. Tak, elementy. Nikt kto na co dzień nie przebywa z tą drużyną, nie wie co się dzieje i jaka panuje tam atmosfera, możemy bazować jedynie na tym co do nas dociera za pośrednictwem mediów.
Ciężko powiedzieć już dziś, czy możemy sobie pozwolić na stratę Obraniaka. Nie powinniśmy za to cieszyć się, że już go w niej nie ma, z powodu jego słabej postawy. Przecież w porównaniu z Robertem Lewandowskim, wniósł trochę więcej do tej drużyny, a przecież napastnik z Dortmundu problemu z komunikacją nie ma żadnego. Być może jego odejście uzdrowi chociaż szatnię, być może nic się nie zmieni ale do póki nie poznamy prawdziwych kulis konfliktu na linii Obraniak – Fornalik, lepiej nie wyrokować i nie osądzać. Bo to, że konflikt między tymi panami istniał, nie ulega wątpliwości, Ludo jasno dał do zrozumienia, że tylko osoba trenera stoi mu na przeszkodzie do gry.
Cieszy postawa Zbigniewa Bońka, który wstrzymał się od komentowania, można przypuszczać, że gdyby się na niego zdecydował to Ludovikowi poszłoby w pięty. Prezes zamierza najpierw porozmawiać z Obraniakiem i dopiero potem wyciągnąć z tego wnioski.
Jaka będzie kadra bez Obraniaka? Okaże się w praniu. Oby tylko Fornalik nie strzelił sobie w stopę…

Właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Wystarczyło niecałe pięć miesięcy by bez wyrzutów sumienia przyznać, że Zbigniew Boniek jest tym, na kogo kibice czekali od lat. Chociaż większość kibiców wyczekała aż Zibi w końcu zajmie stołek Prezesa PZPN-u i uporządkuje cały bałagan, który stworzyli jego poprzednicy, to jego wybór, zaraz po wielkiej euforii, przyniósł także niepewność. Dużo było wątpliwości, czy aby na pewno były piłkarz Reprezentacji Polski sprawdzi się także na czele Związku, czy wszystko co obiecywał do tej pory, nie będzie jedynie pustym słowem, które tylko pomogło mu osiągnąć wymarzony cel. Być może Boniek nie sprawdził się jako trener ale udowodnił już, że jako Prezes PZPN-u jest najlepszy. Być może, jest nawet lepszym Prezesem niż był piłkarzem a przecież piłkarzem był Z-N-A-K-O-M-I-T-Y-M!

Nie trzeba było długo czekać by Boniek zaczął robić porządek. Od pierwszych minut swojej prezesury pokazał, że dobro polskiej piłki jest dla niego najważniejsze. Otoczył się ludźmi, którzy nie zawsze byli po jego stronie ale ludźmi inteligentnymi, odpowiedzialnymi, z kontaktami i z pomysłem ale przede wszystkim tymi, którzy, podobnie jak ich szef, na pierwszym miejscu stawiają dobro piłki i świetne relacje na linii kibice – PZPN.

Tak jak nowy Papież został nazwany Papieżem biedaków, tak Zibi stał się Prezesem kibiców. Każdy kolejny ruch szefa Związku imponuje kibicom i daje się we znaki władzy. Rząd nie spodziewał się, że Boniek będzie osobą tak inną od nich wszystkich. Osobą uczciwą, która walczy o cele najważniejsze, pomijając przy tym korzyści swoje. Krytyka ustawy anty-hazardowej, reklamowanie swoim nazwiskiem Bukmachera oraz zrzeczenie się pensji za pracę w PZPN tylko pogorszyło obraz obecnej władzy w oczach rodaków. Politycy mają świadomość, że Boniek udowadnia wszystkim, że da się walczyć o ludzi i idee w taki sposób by nikt nie ucierpiał. Wyznaje zupełnie odwrotną filozofię niż Polski Rząd. W czasach kiedy najwyższe w kraju persony toczą otwartą wojnę przeciw kibicom, na przeciw nim wychodzi Boniek, udowadniając swoją klasę jako człowieka sprawiedliwego, u którego rzeczy takie jak chociażby korupcja miejsca mieć nie będą.

Dzięki Prezesowi na światło dzienne wychodzą wszystkie zaniedbania jakich nabawił się Związek pod rządami jego poprzedników. Wszystkie, niekorzystne umowy podpisane za kadencji Laty, jak m.in. głośna sprawa autokarowa, ta związana z prawami telewizyjnymi czy ziemią pod nową siedzibę Związku. Kumoterstwo, korupcja, szantaże, konflikty – to wszystko jest już za nami, a stało się tak dzięki Bońkowi i ludziom, którzy go otaczają. Wszyscy ci, którzy działali na szkodę PZPN-u stracili już posady. Jedyną rysą na szkle w jego wizerunku jest zwolnienie z pracy Mirosława Dawidowskiego, który prowadził kadrę Polski u-16. Tu jednak nie o samo zwolnienie chodzi, bo Boniek był temu przeciwny, ale o to, że dał za wygraną Romanowi Koseckiemu (odpowiadającemu za szkolenie) i nie wymógł na nim decyzji o powrocie trenera na ławkę.

Mimo tego, że wiele mediów tylko czeka na najmniejsze potknięcie czy błąd pana Zbyszka, ten ze spokojem robi swoje. Wszystkie ataki, wszystkie wypowiedzi anty-bońkowe wywołują jedynie szyderczy śmiech i politowanie dla autorów. Jak na razie Prezes nie popełnił żadnych karygodnych działań, za które należałaby mu się ostra krytyka. Większość próbuje iść drogą krętą i zasadą: Kiedy nie ma tematów to trzeba je wymyślić.

Zbigniew Boniek walczy o wizerunek Związku, Ekstraklasy i przede wszystkim Polskiej Reprezentacji. Najświeższym więc tematem do dyskusji i ‚czepiania się’ Prezesa jest jego wypowiedź o braku akceptacji na powoływanie obcokrajowców do kadry. Przecież właśnie to było jednym z głównych powodów krytyki poprzednich władz i Franciszka Smudy, którzy lubowali się w ‚sprowadzaniu’ do drużyny narodowej piłkarzy nie mających zbyt wiele wspólnego z Polską. Dziś mamy pewność, iż tylko prawdziwi Polacy, kochający Polskę i mówiący w języku ojczystym będą reprezentować nasz kraj. W końcu będziemy mogli utożsamiać się z kadrą.

Najważniejsze jednak w działaniach Bońka jest jego podejście do kibiców. Sytuacja w jakiej się oni znaleźli jest fatalna, kiedy wydawało się, że nie ma nadziei na polepszenie relacji władzy z fanami piłki, pojawił się właśnie on. Jako jedyny ma świadomość tego, kto w środowisku piłkarskim jest najważniejszy i kto, mimo tego jest traktowany jak margines społeczny. Człowiek ten udowadnia, że zna wartość kibica. Docenia to, że fanatycy w imię miłości do barw klubowych poświęcają wszystko, niejednokrotnie swoje własne życie. Rozumie ich wybory i argumenty, co więcej chce walczyć o ich prawa, które rękami władzy i służb są im odbierane na każdym kroku. Idący na mecz, często traktowani gorzej niż zwierzęta. Boniek, patrzący trzeźwo na takie działania, otwarcie gani i jednocześnie wymaga poniesienia odpowiedzialności przez winnych takiego stanu rzeczy. Prezes popiera także rzeczy dla fanatyków najważniejsze, czyli race i oprawy, rzeczy bezpieczne a jednak zakazywane. Zakazywane tylko w wyniku ludzkiej złośliwości. Jest także przeciwny kartom kibica, które są teraz wymagane przy wejściu na ligowe stadiony. Aby pokazać, że ufa kibicom anulował im wyjazdowe zakazy i chce naprawić stan rzeczy jaki aktualnie panuje podczas podróży na wyjazdowy mecz swojego zespołu. Fani również odwdzięczają się mu zaufaniem, najlepiej świadczy o tym fakt, że z większości stadionów zniknęła przyśpiewka „Jebać PZPN”. Bo przecież Boniek z nieudolnością sędziów ma niewiele wspólnego ale z jego pomocą i ten problem da się załatwić.

Wojna rządu, służb i mediów z kibicami trwa w najlepsze, rzeczywistość jest zakłamywana i do tej pory ta walka była nierówna, teraz jednak kibice zyskali sojusznika, którego nie da się zamieść pod dywan, i który będzie pierwszym w pojedynku o sprawiedliwość. W końcu mamy Prezesa, który robi świetną robotę i dąży do poprawy całego środowiska piłkarskiego w tym kraju. Dziś nie trzeba się już bać o przyszłość. Boniek to właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Nadeszło nowe, lepsze jutro!

Zbigniew Boniek został dziś nowym Prezesem PZPN! To jedyny słuszny wybór, wybór kibiców, mediów i jak się okazało także ludzi decyzyjnych. Dziś, nawiązując do przemowy zwycięzcy, doszło do zjednoczenia wszystkich ludzi, którzy kochają polską piłkę a wybranie na Prezesa Bońka jest tego największym dowodem. Najważniejszym co zmieni się dla polskiej piłki na arenie międzynarodowej dzięki Zibiemu to szacunek w FIFA i UEFA. Już nikt nie będzie lekceważył nas w najwyższych strukturach światowej i europejskiej piłki. Więcej nie narazimy się na śmiechy i chichy u innych federacji za takie akcje jak ze Stadionem Narodowym. Możemy mieć pewność, że polska piłka pójdzie w lepszym kierunku, że polskie drużyny w dłuższej perspektywie zaczną osiągać sukcesy na arenie międzynarodowej, że sędziowie przestaną przekręcać mecze, nieudolni zmienią zawód i znikną z polskich aren sportowych, znikną znamiona korupcji zarówno w ligach jak i związku. Świetna to wiadomość przede wszystkim dla kibiców. Skończy się złe traktowanie przez ochronę czy policję. Boniek doskonale zdaje sobie sprawę, że piłka nożna jest produktem stworzonym dla kibiców i gdyby nie oni nie byłoby by też piłki, skończyłyby się transmisję telewizyjne, stadiony też z powrotem zamieniłyby się w bazary… Jedno jest pewne pożegnaliśmy Lato a w raz z nim najgorszego Prezesa z możliwych, nadeszła jesień w kolorze rudym tak jak czupryna Bońka, oby wraz z nią nadeszły lepsze czasy dla polskiej piłki nożnej i kibiców.

Cuda się zdarzają…

Wraz z zakończeniem lata odchodzi też drugie Lato -  Grzegorz. Dziś nie prima aprilis czy jak mówi Zbigniew Boniek :

http://www.youtube.com/watch?v=xAH8uCv-vsw

ani nie Światowy dzień dobroci. Dziś zdarzył się cud. Grzegorz Lato został „zmuszony” do nie kandydowania na Prezesa PZPNu. Zmusiła go do tego sytuacja, mianowicie brak potrzebnej ilości głosów poparcia dla jego kandydatury. Brawa należą się tym, którzy się odwrócili gdy jeszcze obecny Prezes o te głosy prosił. Ciekawi fakt, jak uzyskał je Zdzisław Kręcina. Kto widziałby go w fotelu prezesa? I Czy Ci, którzy te głosy mu oddali chcieliby znaleźć się pod jego rządami?…Miejmy nadzieję, że nadejdą wreszcie zmiany na lepsze. Wszyscy niekompetentni ludzie odejdą ze Związku wraz z Grzegorzem.

Na stanowisko Prezesa PZPNu kandydują: Boniek, Kosecki, Antkowiak, Potok, Kręcina. Lato odeszło oby jesień miała kolor rudyUśmiech

Zbliża się „lepsze jutro”?

Wielkimi krokami zbliża się dzień, kiedy oficjalnie zaprezentowani zostaną kandydaci na nowego prezesa PZPN. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jednym z nich będzie również Zbigniew Boniek. Świetna to wiadomość dla kibiców i wszystkich tych, którzy pragną zmian, ozdrowienia polskiej piłki a co za tym idzie również wyższego poziomu naszych drużyn narodowych jak i klubowych. Przede wszystkim Prezesa, który będzie walczył o dobro kibiców. Z kimś takim jak Boniek na czele Związku nikt w Futbolowej Centrali nie będzie już traktował Polski jako gorszego gatunku. Człowiek, który budzi respekt i szacunek u ludzi na całym świecie. Inteligentny, szanowany, racjonalnie myślący. Z pomysłem na „lepsze jutro” dla rodzimej piłki. Po tylu latach ciężko sobie wyobrazić PZPN jako Związek wolny od oszustwa, korupcji, kumoterstwa, wyrachowania i przy tym chamstwa, braku kultury i elokwencji. Do tej pory byliśmy tego wszyscy świadkami, bezradni wobec nieuczciwych gierek. Teraz nadchodzi moment, by na czele stanął odpowiedni człowiek. Kibice nie mają prawa głosu w wyborach ale głośno mogą wpłynąć na tych, którzy prawo to posiadają. To szansa by poprzeć jedyny słuszny wybór. Aby móc kandydować w wyborach na Prezesa PZPN, trzeba zebrać 15 głosów poparcia od członków organizacji(wojewódzkich ZPN, klubów Ekstraklasy lub 1 ligi), z tym problemu być nie powinno. Wśród innych kandydatów na Prezesa są: Roman Kosecki, Tomasz Jagodziński, Grzegorz Lato, Zdzisław Kręcina, Ryszard Czarnecki, Mieczysław Golba, Andrzej Olechowski, Eugeniusz Nowak oraz w tym momencie główny faworyt Stefan Antkowiak. Obecny Prezes Grzegorz ‚Summer” Lato szanse ma raczej nie wielkie. Już nie tylko kibice zauważają problem i otwarcie żądają zmian ale także posiadający prawo głosu „Baronowie”. Ktokolwiek nie zostałby nowym Prezesem, zmiany są raczej pewne. Gorzej już (chyba) być nie może. Pozostaje mieć jednak nadzieję, że 26 października to Zibi stanie na czele PZPN-u.