Archiwa tagu: błaszczykowski

Mamy dream team! Czyli…Na co stać Reprezentację Polski?

0005MF42XPPIFJHT-C122-F4

Cały czas, począwszy od spotkania z Irlandią Północną, przez Niemcy i Ukrainę, aż po mecz ze Szwajcarią, nie mogę pozbyć się jakiegoś dziwnego, mocno zakorzenionego w mojej głowie przeczucia, że Reprezentacja Polski cały czas gra na jakimś minimum swoich możliwości, i że w odpowiednim, być może decydującym o naszych losach na tym turnieju momencie, Adam Nawałka wysypie z rękawa kilka asów…

Wszystko zaczęło się od dwóch sparingów naszej drużyny, rozegranych na chwilę przed wylotem do Francji. Tyle było po nich lamentu i zgrzytania zębami, że nawet najwięksi optymiści zaczynali wątpić w jakość zespołu. Już na samym turnieju, okazało się, że zarówno mecz z Holandią, jak i Litwą były świetnie zrealizowanym spektaklem, mającym dać odpowiedzi naszemu sztabowi szkoleniowemu na ostatnie nurtujące ich pytania, a przy okazji, nie obnażyć się przed turniejowymi rywalami. Udało się? Udało. I to jak!

Na początek, Polacy rozgnietli Irlandię Północną. Malkontenci zapewne powiedzą, że wygrali tylko jedną bramką ale historia Irlandczyków na tym turnieju, oraz fakt, że w żadnym z kolejnych spotkań, mierząc się z zespołami teoretycznie mocniejszymi od nas, nie dali się nikomu pokonać więcej niż jednym trafieniem, powinny ich satysfakcjonować. Tym bardziej, że o ile wynik wysoki nie był, Polacy pokazali, że nie przyjechali do Francji na wakacje ale żeby osiągnąć jak najlepszy rezultat.
Z Niemcami, ekipą MŚ i głównymi pretendentami do tytułu, tylko potwierdzili swój akces do walki o najlepszy wynik w historii występów Polski na ME. Przez chwilę, można się było zastanawiać, czy to Polacy grali tak świetnie, że nasi sąsiedzi nie byli w stanie ani przez chwilę nam zagrozić, czy może to oni nie są przygotowani do tego turnieju w 100%. Wątpliwości szybko zostały rozwiane w kolejnych meczach zarówno polskiej, jak i niemieckiej ekipy.
I tylko z Ukrainą, Polacy momentami nie zachwycali. Ale… Zwycięzców się przecież nie sądzi a i skład lekko eksperymentalny, dający nieco odpocząć kilku naszym Orłom, powinien znów nas pamięcią przywrócić do ostatnich naszych meczów towarzyskich…

Ostatni bój ze Szwajcarią, rozwiał już chyba wszelkie wątpliwości na temat siły polskiej reprezentacji. W pierwszej połowie graliśmy jak z nut, w drugiej znów schowaliśmy umiejętności pod koc. Jakbyśmy nie chcieli by kolejni rywale dowiedzieli się o nas zbyt wiele…
Na całe szczęście, Polacy uchylili nieco rąbka tajemnicy w karnych, gdzie potwierdzili swoją wielkość i bezbłędnie wprowadzili nas do ćwierćfinału – dokonując rzeczy historycznych…

Polacy podczas Euro zachwycają formacją defensywną. Jedyną dotąd bramkę straciliśmy po fenomenalnym strzale Szwajcara. Bez wątpienia – bramka turnieju a także mocny kandydat do nagrody Puskasa podczas ceremonii przyznania Złotej Piłki. Po prostu – nic nie dało się zrobić…

Równie wspaniale, jak nasi brakarze i obrońcy, radzą sobie dotychczas nasi skrzydłowi. Radę daje także środek pola, choć, trzeba to powiedzieć głośno –  szczególnie po Grzegorzu Krychowiaku, spodziewamy się jeszcze lepszych występów.
Nieco zastrzeżeń możemy mieć, a w zasadzie musimy, do polskiego ataku, który współtworzą Lewandowski i Milik. Ten pierwszy, rzadko decyduje się na indywidualne szarże czy strzały z daleka, a jeśli już, zwykle są mocno oddalone od światła bramki. W przypadku drugiego, chyba nie trzeba tego mówić… dziesiątki sytuacji, pudło, pudło i jeszcze jedno pudło… Nie wiadomo, co nagle stało się z Arkiem i dlaczego nawet jego lewa noga, jedna z najlepszych w Europie, nie funkcjonuje… Zdajemy sobie sprawę jak wielką pracę obaj wykonują i jak przeciwko nim grają rywale ale bez względu na te niedogodności powinni dać z siebie więcej.
Pomyślcie, co by było, gdyby w kolejnych spotkaniach, Reprezentacja Polski została wzmocniona Lewym i Milikiem, jakich znamy z występów w eliminacjach do Euro? To byłoby coś wielkiego!
Ale zaraz… może i to jest małym elementem spektaklu, który dopiero ma wypalić? I z odpaleniem najcięższych dział, Adam Nawałka czeka do decydującej fazy turnieju?

No właśnie. Mamy wspaniały kolektyw. Drużynę, której wystarczy dokręcić lekko śrubkę, by była demolującym rywala potworem. Tych chłopaków cechuje niesamowity spokój i opanowanie, a także, co u nas jest nowością, przekonanie o swojej sile. W końcu, po latach upokorzeń, możemy być dumni z polskich piłkarzy a znamiennym obrazkiem, potwierdzającym ten fakt jest przedmeczowe spotkanie w tunelu z kolejnymi rywalami. Nadeszły wreszcie czasy, kiedy to przeciwnicy z dozą respektu, podziwu i zazdrości spoglądają w stronę Polaków. Dumnie stojących i przede wszystkich uśmiechniętych Polaków. Naprawdę, serce się raduje, kiedy patrzy się na tak zmotywowanych i walecznych reprezentantów naszego kraju.
Wraz z jakością czysto sportową, od kadrowiczów emanuje niesamowity wręcz humor i poczucie przynależności do ekipy. Choć w tym miejscu, chyba odpowiedniejszym słowem byłaby: Rodzina. Bo Reprezentacja Polski na dzień dzisiejszy jest jedną wielką rodziną. Mającą swoje słabe i mocne strony, momenty kłótni i sporów, mającą ciche dni, ale która w momencie zagrożenia, pójdzie za sobą w ogień .
Najlepszym dowodem na to wszystko jest zachowanie Roberta Lewandowskiego i Kuby Błaszczykowskiego, pomiędzy którymi nie ma wielkiej przyjaźni a którzy w kolejnych meczach udowadniają, iż w taki ogień za sobą by skoczyli, nawet jeśli tym gorącym płomieniem są tylko nasi rywale. No cóż, nie ma co mówić – mamy prawdziwy dream team. Drużynę, która stąpa mocno po ziemi i pewnie prze do celu.

Jakiż więc mamy ten cel, drodzy Państwo? Choć nasi skromni panowie się nie przyznają, choć nie chcą zapeszać, nie bójmy się chociaż my tego przyznać – Idziemy po Mistrzostwo Europy! Jak Grecja czy Dania w przeszłości… Idziemy i nie zatrzyma nas żadna zgraja gwiazdek, ponieważ mamy nad nimi ogromną przewagę. Kilkunastu mocnych charakterów. 100% ambicji i 100% waleczności.
Jedyną przeszkodę na drodze do zwycięstwa może się okazać zmęczenie. Jeśli zdrowie pozwoli, nie wątpmy w siłę Reprezentacji Polski i Adama Nawałki. Dobitnie już nam udowodnili jak wielką mają wartość. Bez względu na wszystko – Już są zwycięzcami!

A po Euro? No właśnie, bez względu na wynik Polacy już wygrali te Mistrzostwa. Zaraz po nich, będą rozchwytywani przez największe kluby Europy. A kolejne propozycje popłyną w stronę Ekstraklasy, gdzie menadżerowie z całego świata, będą szukać kolejnych diamentów na miarę obecnych reprezentantów. Niby to zwykła kolej rzeczy ale cieszy jak diabli. I duma rozpiera serce! I wiecie co? Jak nigdy, życzę kolejnych bramek Kubie Błaszczykowskiemu. Zasłużył jak nikt inny. Niech walnie Portugalii ze trzy bramki i weźmie sobie tytuł króla strzelców! Bo dlaczego nie?

Obraz po Serbii… Spostrzeżenia.

blaszczykowski_11

Za nami pierwszy mecz Polaków po dłuższej przerwie. Mecz towarzyski a to oznacza mniej więcej tyle, że nie należy oceniać go do końca poważnie. Nie należy płakać i zarzucać naszym reprezentantom słabszej postawy, nie lamentować i bluzgać pod adresem Biało-Czerwonych i co najważniejsze, nie wyobrażać sobie sromotnej porażki naszej kadry podczas Euro we Francji. Nie czas na to. Mecz z Serbią, jak już wspomniałam, był meczem towarzyskim, spotkaniem, w którym Adam Nawałka szukał odpowiedzi na nurtujące go pytania i testował pewne rozwiązania, o których większość z nas zapewne nie ma pojęcia. Nikt z nas nie powinien więc oczekiwać, że Lewandowski walnie kolejnych pięć bramek, albo jeszcze lepiej, że Krychowiak będzie jeździł na dupie od jednego pola karnego do drugiego. To nie ta kategoria spotkania i trzeba mieć świadomość, iż w tym momencie nie są nam potrzebne żadne kontuzje u kluczowych zawodników. Spotkanie z Serbią, podobnie zresztą jak to z Finlandią są ostatnim etapem przygotowań drużyny do najważniejszego turnieju, być może najważniejszego nie tylko w tym roku ale w całej polskiej historii. Dopiero ostatnie zgrupowanie kadry przed Mistrzostwami Europy będzie już tylko formalnością, szlifowaniem diamentu, który olśniewać ma u Trójkolorowych. I dopiero wtedy będziemy mogli oceniać przygotowanie naszych zawodników do zawojowania Europy.
Na dzień dzisiejszy, możemy więc wysnuć jedynie kilka wniosków:

1. Jakub Błaszczykowski kolejny raz udowadnia jak ważną postacią jest dla Reprezentacji Polski. W zasadzie był najjaśniej świecącą gwiazdą meczu z Serbią i bez wątpienia, tym występem zabukował już sobie bilet do Francji. Wszyscy w okół, kibice i dziennikarze martwili się, czy nie dostający szans na grę w Fiorentinie Kuba, będzie w stanie dać jakość Reprezentacji Polski i sam zainteresowany dał im chyba najlepszą odpowiedź. W ogóle, aż dziw bierze, że komukolwiek do głowy przychodzą takie wątpliwości. Szczególnie jeśli chodzi o dziennikarzy, którzy notabene w tej kadrze siedzą od środka już od wielu lat. Przecież każdy przeciętny kibic kadry, zdążył już dawno zauważyć, że Błaszczykowski najlepsze mecze w Reprezentacji rozgrywa wtedy, kiedy ma problemy w klubie lub kiedy dopiero wraca po kontuzji i w okół jego osoby pojawia się masa pytajników. To walczak z krwi i kości. Gdyby każdemu z naszych chciało się tak jak jemu, bylibyśmy spokojni o… Mistrzostwo Świata. Forma Kuby nie jest dla nas problemem, za to problem ma jego klubowy trener, może powinien w końcu zauważyć, że kiedy stawiał na Błaszczykowskiego, Fiorentina była liderem Serie A, a dziś wszyscy widzą, jak na klub z Florencji zadziałały jego roszady…

2. Polska jest niesamowicie bogatą reprezentacją! Tak, mamy coś czego nie ma nikt inny! Na jednej pozycji mamy taki urodzaj, że prawdopodobnie zazdroszczą nam tego wszyscy selekcjonerzy świata… Bramkarze! Mamy nie jednego, nie dwóch ale aż kilku światowej sławy goalkeeperów. Można zachwycać się Neuerem czy Buffonem ale z nimi jest tak, jak w znanym przysłowiu: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Szczęsny, Fabiański czy Boruc również mają wysokie umiejętności ale wiadomo, nie grają aż w tak utytułowanych klubach i nie mają tam na tyle dobrych kolegów w formacji obronnej, jak ww gracze, stąd też ich medialność jest dużo mniejsza i wydają się przez to słabsi. Ale my wcale nie mamy czego się wstydzić. Każdy z nich mógłby śmiało w pojedynkę uratować naszej drużynie wynik i popisać się w trakcie spotkania kilkoma niebywałymi interwencjami. Doceńmy ich klasę. I zauważcie, że jeśli któregokolwiek bramkarza innej reprezentacji wykluczyłaby z gry kontuzja, jego kolegów z drużyny ogarnąłby głęboki niepokój, czego konsekwencją mogłaby być lawina błędów. U nas tego nie ma. Bez względu na to, kto stoi u nas między słupkami, obrońcy nie muszą się niczego obawiać. Poziom jakości u każdego z nich jest bowiem podobny. Ta sama dobra szkoła. Dobre bo POLSKIE!

3. Grosicki, podobnie chyba jak wspomniany wyżej Kuba, ma tendencję do słabszej postawy, kiedy jego sytuacja klubowa jest unormowana. Mimo, że mecz z Serbią był tylko testem, wypadałoby by taki piłkarz jak zawodnik Rennes, nawet wyrwany w środku nocy ze snu, potrafi dograć idealną piłkę na głowę (czy tam nogę) naszych rosłych przecież napastników. Przecież ich widać! W tym elemencie, dużo lepiej prezentował się Łukasz Piszczek, widać tę niemiecką jakość i dbałość o szczegóły. Co więcej, warto zauważyć, że mimo rozłamu klubowego byłej trójki z Dortmundu, ich zgranie i szukanie się na boisku, wciąż może być naszym atutem i na Euro przynieść nam wiele korzyści.

4. Brakowało ligowców! O ile meczu z Serbią nie możemy traktować tak poważnie jak spotkań eliminacyjnych, o tyle mamy prawo porównywać je do innych towarzyskich meczów, między innymi tego z Islandią. Wczorajsza potyczka była pierwszą od dwóch lat, w której podstawową jedenastką tworzyli gracze, występujący jedynie na boiskach lig zagranicznych. I co? Kadra zaprezentowała się średnio dobrze. Wygrali bo wygrali, ale momentami nasz rywal ( można o nim powiedzieć wiele złego, co w dniu meczu przelewało się przez polskie media), złożony z kilku światowych gwiazd, stawiał nam poprzeczkę nad wyraz wysoko. Nie możemy dopuścić do tego, by którykolwiek nasz rywal na Euro, pozwalał sobie na taką swobodę w pobliżu pola karnego Polaków. U Niemców czy Ukraińców jest ogrom piłkarzy, którzy, w przeciwieństwie do Serbów, potrafią świetnie przymierzyć. A trzeba pamiętać, iż wtedy nie będzie już czasu na poprawę. Teraz jeszcze go mamy. Czego więc nam trzeba?

5. Lepszy środek pola! Może Krychowiak i Zieliński są odpowiednią parą na Euro ale na pewno nie w formie, w jakiej wczoraj zaprezentowali się polskim kibicom. Wiadomo, ten pierwszy potrzebuje czasu by wrócić do gry, którą czarował przed kontuzją ale czasu na przebudowę wszystkiego jest za mało. Z Zielińskim w ogóle jest dziwna sytuacja. Kiedy przejrzymy wypowiedzi na temat jego gry dziennikarzy i kibiców, znajdziemy masę skrajnych opinii. No właśnie. Gro osób uważa Zielińskiego za najlepszego piłkarza meczu, podczas gdy inni po tym spotkaniu wykreślili jego nazwisko z podstawowej jedenastki.
Piotrek bez wątpienia jest świetnym piłkarzem dużo widzi na boisku ale zauważmy, że nasz środek w tym spotkaniu nie zrobił zbyt wiele by zatrzymać Serbów i nie dopuścić ich do naszego pola karnego, a także niewiele by stworzyć sytuację dla Lewandowskiego i Milika. Dużo częściej grę prowadzono skrzydłami a piłki dogrywali Błaszczykowski, Grosicki, Piszczek i Rybus. Nie tak to ma wyglądać i zarówno Zieliński jak i Krychowiak muszą wziąć odpowiedzialność na barki.

6. Więcej wniosków z gry wyciągniemy po meczu z Finlandią. Oby nie było po niej kaca ale szansa na to się zwiększyła po tym, kiedy Adam Nawałka nie wysłał powołań dla Sławka Peszko i naszego byłego Prezydenta ;-).
Z innych pozaboiskowych spostrzeżeń, warto zwrócić uwagę na fakt, iż dużo lepiej mecze naszych Orłów ogląda się kiedy za transmisję bierze się profesjonalna ekipa Polsatu. Szczególnie jeśli skupimy się na komentarzu. Dobrze, że zamiast Szpakowskiego, za mikrofonem będziemy mieć Borka i Hajto. Bramki Polaków na pewną będą lepiej smakować a przestoje w grze zostaną wzbogacone nutką piłkarskiej historii, może wrócimy wspomnieniami do któregoś ze składów Reprezentacji Polski? Na pewno nikomu nie przyjdzie do głowy by się zdrzemnąć w trakcie transmisji, bo słuchając przez dłuższy czas głosu zasłużonego Pana Darka, nie raz miało się na to ochotę…

Gramy o pełną pulę! Szkocja i Irlandia na rozkładzie czyli wygrajmy marzenia!

ggg

Już za kilka dni czekają nas wielkie emocje i przede wszystkim ciężkie zadania. Arcyważny i arcytrudny test, którymi będą eliminacyjne mecze ze Szkocją (wyjazd) i Irlandią (dom). Zagramy o awans na Mistrzostwa Europy 2016 i przyszłość całej polskiej piłki nożnej. Tak, wbrew pozorom, nasi piłkarze nie grają tylko o bilety do Francji.
Jeśli w tych spotkaniach zdobędą odpowiednią liczbę punktów i załatwią sobie prawo gry na najważniejszej europejskiej imprezie futbolowej co będzie ogromnym sukcesem, w końcowym rozrachunku może się to okazać swoistym fundamentem pod naprawdę okazałą budowlę.

O co więc walczą jeszcze nasi reprezentanci? Łatwo odpowiedzieć – o przyszłość swoją i całej polskiej piłki.
Oczywiście, walczą już od dawna, nie tylko podczas eliminacyjnych meczów ale także w swoich klubach, codziennie od kilkunastu miesięcy.
Cofając się pamięcią wstecz co najmniej o kilka lat, kiedy o sile naszej kadry stanowili przede wszystkim Smolarek, Krzynówek czy Dudek, czyli piłkarze grający na co dzień w bardzo dobrych europejskich markach, można było zauważyć naszą dumę. Mieliśmy kilka powodów do uśmiechów co weekend. Z szarej rzeczywistości przenosiliśmy się na wyższy poziom, gdzie kilku wybrańcom dane było uczestniczyć w piłkarskich świętach, obok wielkich gwiazd, wielkich nazwisk. Kiedyś tak, a dziś? Dziś przecież tych radości mamy o wiele więcej. Wręcz ton kilka, od groma i jeszcze trochę. Już nie cieszymy się widząc Polaka obok nawet masy gwiazdorów ponieważ to Polacy aspirują do miana tychże gwiazd. To o naszych zawodnikach rozpisują się kibice, gazety, internety i całe grono kolegów po fachu. Z dumą w sercu możemy obserwować jak coraz większa ilość polskich piłkarzy staje się gorącym towarem na transferowym rynku, o których biją się najpotężniejsze kluby świata. Co więcej, a dla nas chyba najważniejsze, sukcesy i status Polaków przerodziły się w największą siłę Reprezentacji Polski od wielu lat. Prawie wszystko, czego od tej drużyny oczekiwaliśmy, jest już na swoim miejscu.
Lewandowski to w tej chwili piłkarz numer jeden ostatniego tygodnia. Mówią o nim wszyscy. Stoi w jednym szeregu obok Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo a chyba nawet o tej dwójce zapomniano na chwil kilka, kiedy Robert pakował kolejne gole w ostatnich trzech meczach.
Błaszczykowski, kiedy wydawało się, że kończy swoją wielką karierę na najwyższym poziomie, zrobił ruch, który zaskoczył nas wszystkich, a jak się okazało, rozbił tym bank. Dzięki transferowi do Fiorentiny, Kuba utrzymał się w topie i wciąż gra o najwyższe cele. Wystarczyły mu trzy mecze by przekonać do siebie fanów swojego nowego klubu oraz by umocnić się w gronie silnych ogniw naszej kadry.
Milik, mimo chwilowych problemów, wciąż trzyma poziom w Ajaxie a w parze z Lewym biją inne duety reprezentacyjne na głowę.
Krychowiak w dalszym ciągu stanowi o sile środka pola reprezentacji choć w swoim klubie, po zdobyciu pucharu LE,  przechodzi ogromny kryzys. Wydaje się jednak, że w końcu czarna seria musi się skończyć i jeśli wszystko pójdzie w dobrym kierunku Sewilla odblokuje się w meczu z najlepszym z rywali, czyli Barcą a Grzesiek odzyskując pewność gry, wróci z tą siłą na mecze ze Szkocją i Irlandią.
Glik i nie trzeba mówić więcej, czołowy piłkarz w całej Italii. Gwiazda i ostoja. Klasa sama w sobie.
O bramkarzach mówić nie trzeba, mamy na tym polu wielki urodzaj, jak żadna inna reprezentacja. Kogo byśmy tam nie wystawili, Szczęsnego, Boruca, Fabiańskiego, Kuszczaka czy ze dwóch, trzech goalkeeperów z Ekstraklasy, możemy być spokojni. Tylko co wśród powołanych notorycznie robi Tytoń, wciąż pozostaje tajemnicą selekcjonera… Ale tak czy siak, na grę szans on nie ma, więc nie ma się czym przejmować.
Dalej można wymieniać innych graczy, którzy co mecz mają swój duży udział w punktach, które do tej pory zgromadziliśmy na koncie, nie ważne czy to piłkarze na co dzień występujący za granicami kraju, czy ci z polskiej ligi. Każdy, dosłownie każdy dołożył swoją cegiełkę w dotychczasowy sukces. Największą jednak zapisujemy na konto Adama Nawałki, który całą zbieraninę indywidualności, często samolubnych do szczytu możliwości lub ociekających gwiazdorstwem na kilometr, zebrał w kupę i stworzył z niej świetnie rozumiejącą się maszynkę do wygrywania. Wznosimy się na szczyt, na razie nie wśród piłkarskich potęg, a solidnych europejskich drużyn ale… wszystko przed nami!
Mamy dobry zespół, który jeśli ma gorsze momenty, to ze względu na pojedyncze słabe ogniwa. Trzeba albo je wyeliminować albo dać im czas, którego jednak w tym momencie nie mamy. Szkoda, że nasz selekcjoner nie decydował się na pójście na całość i sięgnięcie po czarne konie, ludzi, którzy mogliby zasiąść na ławce i w ciężkim momencie spróbować pomóc drużynie. Bo o ile na bramce, czy w ataku mamy na ten moment zdecydowanych pewniaków to już w pozostałych dwóch strefach, obronie i pomocy, potrzebujemy dodatkowego ognia. Wydaje się nawet, że to odpowiednia chwila by wrócić do propozycji Ojgena Polańskiego, który jest przecież piłkarzem bardzo dobrym i przede wszystkim ma ogromne doświadczenie w meczach o stawkę na wysokim poziomie. Ewidentnie brakuje nam w reprezentacji kogoś takiego jak on. Tutaj jednak wszystko leży w rękach Nawałki.
Warto też rozważyć kandydatury defensorów z Ekstraklasy, którzy mogliby wspomóc drużynę narodową i nawiązać rywalizację z piłkarzami, takimi jak m.in. Szukała, któremu zdarzają się wręcz wielbłądy… Może Burliga? Golla?
No nic, bez selekcjonera i jego decyzji, możemy tylko gdybać, gadać i myśleć. Albo mu zaufać, wszak od kilkunastu miesięcy udowadnia nam, że jest człowiekiem odpowiednim na to stanowisko. Na pewno wie co robi. Oby tylko nie stało się jak z Janasem, za czasów którego też wydawało się, że to ten, że ma głowę na karku a potem jednym wyborem wszystko szlag trafił.
Wracając jednak do tematu szans na potęgę naszej piłki, którą zapoczątkować miałby awans na Euro,…
Wyobraźcie sobie, że Lewandowski w dalszym ciągu utrzymuje formę z ostatnich dni, że z każdym meczem co raz lepiej idzie Błaszczykowskiemu, Milikowi i całej reszcie. Media, szczególnie te zagraniczne, pieją z zachwytu. Oczy włodarzy największych klubów Europy zwracają się ku naszym gwiazdom. Ich myśli kierują się na Ekstraklasę, w której chcą znaleźć kolejne diamenty, podobne do wyżej wymienionych piłkarzy. Prosty schemat ludzkiej wyobraźni…
Jeśli więc Lewy i spółka nie spuszczą z tonu, a wręcz przeciwnie, ze swojej gry, będą czerpać pełnymi garściami, zaowocuje to świetną grą Reprezentacji Polski, awansem na Euro, popularnością i popytem na rynku transferowym ich samych ale też innych Polaków, tych już grających za granicą, oraz młodych zawodników z rodzimych lig. Co za tym idzie? Kasa, wielkie pieniądze na… transfery. Jeśli nasze kluby będą sprzedawać za grube pieniądze, będzie ich stać na zastąpienie dziur piłkarzami większego formatu niż dotychczas sprowadzany szrot z kartą w ręku. Biznes goni biznes. Jak widać w rękach nogach powołanych na spotkania ze Szkocją i Irlandią leży przyszłość całego polskiego futbolu. Więc… Do boju Polsko!

Nawałka – kierunek Euro 2016.

Pewnie wielu kibiców liczyło po cichu, iż mimo pojawiających się doniesień o Adamie Nawałce jako nowym selekcjonerze, w rzeczywistości będzie nim kto inny. Tak się nie stało. PZPN nie umiał, przez te wcześniej ustalone dwa tygodnie, trzymać języka za zębami i jeszcze zanim Zbigniew Boniek podał do wiadomości publicznej nazwisko następcy Waldemara Fornalika, znała je cała Polska.
Nie było więc dreszczyku emocji, niecierpliwego oczekiwania, niepewności i zaskoczenia. Spalone gary…
Oby kadra pod wodzą Adama Nawałki była mniej przewidywalna niż proces, w którym aktualny jeszcze trener Górnika Zabrze, otrzymał stanowisko selekcjonera Reprezentacji Polski.

Choć za wcześnie jeszcze by ferować wyroki czy czepiać się czegokolwiek, wszak były reprezentant kraju nie rozpoczął jeszcze pracy z drużyną narodową, to chyba można zaryzykować stwierdzenie, iż gorzej niż za Fornalika na pewno nie będzie.
Nawałka będzie jeździł, obserwował i rozmawiał. To ważne. Możemy ufać temu, że wszelkie powołania będą przemyślane.  O ile mogą zdarzyć się w nich jakieś pomyłki, o tyle nie będzie tam ludzi z przypadku. A to akurat u nas nowość.

Fajnie, że nowy trener naszych Orłów nie przekreślił tzw. „farbowanych lisów”. Przecież tak jak życie, tak i potencjał reprezentacji trzeba wycisnąć do ostatniej kropli. Nie mamy w kraju piętnastu Błaszczykowskich, więc trzeba sięgać w każdy kąt, w którym czai się klasowy piłkarz z polskim paszportem. O ile Boenisch czy Perquis nie stanowią na dzień dzisiejszy żadnej gwarancji sukcesu a ten pierwszy wzbudza ostatnio jedynie odruch wymiotny, o tyle Obraniak czy Polanski, pod batutą Nawałki, mogą wnieść do drużyny sporo dobrego.
Cała ta dyskusja na temat ‚obcokrajowców’ w naszym narodowym zespole powinna mieć swój początek i koniec w chwili, kiedy swój pierwszy oficjalny mecz zagrał w niej Emanuel Olisadebe. Później przewinął się jeszcze Roger i to własnie ta dwójka przetarła szlak piłkarzom, na których dziś się tak narzeka. Wobec nich, cała ta nagonka jest więc…niesprawiedliwa. Jasne, że lepiej by było, i dla nas kibiców, i dla całej drużyny, gdyby w składzie było jedenastu urodzonych w Polsce Polaków ale nie warto wybrzydzać. Najnormalniej w świecie, nie stać nas na to. Gdyby Niemcy i Francuzi tak wybrzydzali, zapewne kopaliby się dziś w dole rankingu… razem z nami.

Wracając do samego Nawałki i jego wyższości nad odchodzącym już w zapomnienie Fornalikiem – Polska będzie w końcu drużyną charakterną. Przecież mając na stołku kogoś takiego za trenera, kogoś z taką charyzmą i ‚twardą ręką’, inaczej być nie może. Czy ktoś wyobraża sobie Lewandowskiego gryzącego trawę w walce o każdą piłkę? Czas zacząć. To naprawdę może się udać.
Musimy także na nowo nauczyć się rzeczywistego układu/obrazu, jaki powinien panować w każdej narodowej drużynie, a który za czasów Pana Waldka, mocno został u nas zachwiany, mianowicie: to trener rządzi a nie ‚futbolowe gwiazdeczki’. O odpowiednią hierarchię, martwić się więc nie musimy. Chyba…

I już na dzień dobry, Adam Nawałka udowadnia nam, że mimo ważnych jeszcze obowiązków w klubie z Zabrza, poważnie podchodzi do nowej posady. Już myśli o zmianach, już chce robić porządki i na początek… chce zmienić kapitana. A przynajmniej tak można wywnioskować z jego wypowiedzi.
Fajnie, że Nawałka zamierza robić generalny remont ale czy akurat w tej kwestii, potrzebne są jakiekolwiek zmiany? Czy Błaszczykowski jest złym kapitanem? Któż inny bardziej zasłużył na opaskę od skrzydłowego Borussii Dortmund?
Pod względem czysto sportowym, żaden z pozostałych kadrowiczów nie zasłużył na ten zaszczyt bardziej od Kuby. Jeśli chodzi o charakter, jest jeden osobnik, który mógłby uchodzić za przywódcę z prawdziwego zdarzenia a jest nim oczywiście Artur Boruc. Pierwszy mógłby mobilizować i pokazywać przykład swoją grą i ambicją, drugi zaś słowami i gestami. Gdyby selekcjoner zdecydował się zamienić na tej funkcji właśnie tych panów, raczej nie byłoby problemu. Jeśli jednak ktoś inny zostałby ‚uhonorowany’ tym cennym tytułem, z powodów innych niż reprezentacyjna forma i charakter, na wizerunku Nawałki pojawiłaby się pierwsza zadra. To już także nie te czasy by mianować kapitanem najstarszego w drużynie. Dajmy przykład reszcie zawodników, niech równają do najlepszych i najtwardszych.

Co by jednak się nie działo – zaufajmy trenerowi i Bońkowi. Bądźmy cierpliwi, aż do pierwszego poważnego sprawdzianu. Jeśli pójdzie źle, będzie czas na krytykę. Bo właśnie tych największych krytykantów wybór Nawałki zabolał chyba najbardziej, wszak o ile trudniej jest dokopać komuś kto nie jest w stanie dać nam gwarancji na sukces, kto nie zaczyna jako obwieszony zwycięstwami super-szkoleniowiec z bogatą trenerską przeszłością, niż zwykłemu nowicjuszowi, który poza nadzieją, nie może nam dać nic. Wybór niezwykle ryzykowny ale i fascynujący.
Zadaniem, które PZPN postawił przed nowym selekcjonerem jest awans na Euro 2016. Uda się? Kto ma wierzyć, jeśli nie my kibice…
 

Szczyt marzeń Reprezentacji Polski na dziś: przegrać trzy mecze na MŚ.

Co teraz Panie Fornalik, co teraz Panowie piłkarze, co teraz drodzy dziennikarze? Gdzie ten wasz cały awans? Jak teraz wynagrodzicie ludziom straty duchowe poniesione poprzez wasze wymuszone u kibiców poparcie? Co z utraconą wiarą i nadzieją? gdzie teraz jesteście?! I na co wam to wszystko było? Wypadało by chociaż przeprosić…

Nie ma awansu, nie pojedziemy do Brazylii a przecież jeszcze kilka lat temu, sytuacja, w której miałoby  nas zabraknąć na największej imprezie futbolowej świata, byłaby nie do pomyślenia. Euro? Ok, tam nasza absencja była czymś normalnym ale żeby nasi na Mundial nie jechali? Czy to zły sen? Nie, to rzeczywistość. To brak umiejętności zarówno tych piłkarskich jak i taktycznych.
Dziś wszyscy możemy czuć się idiotami. Tylko człowiek niespełna rozumu mógł bowiem uwierzyć w ten zespół w tych ludzi.
Nie mamy zespołu, nie mamy drużyny. Mamy za to zlepek indywidualistów, którym nie zawsze z kadrą jest po drodze. Nawet w wyjątkowych okolicznościach, walcząc o tzw. piłkarskie życie, nie potrafili stanąć na wysokości zadania. Mężczyźni…
Wszyscy zdawali sobie sprawę, że tak może wyglądać dzisiejszy wieczór. To było nawet bardziej niż pewne. Mimo tego, niesieni napompowanym balonikiem, zaślepieni piękną przemową reprezentantów kibice – uwierzyli. Bez sensu…

Z Fornalikiem na ławce to nie mogło się udać. Chyba każdy kibic w tym kraju przeklina dzień i godzinę, w których został on mianowany selekcjonerem. Nie było ku temu powodów i dziś wszyscy nad tym bolejemy. Można to było przerwać już na początku, niestety ówcześni pracodawcy pana Waldka zachowali się tak, jak dzisiaj Wojtkowiak. I żeby było jasne, to nie wina Fornalika, on podobnie jak jego poprzednik, Franciszek Smuda, nie nadają się na trenera reprezentacyjnego. Sprawę zawalił PZPN.
I pomyśleć tylko, że po przegranych imprezach, mocno po uszach obrywali Janas czy Engel. Dziś dalibyśmy wiele by nasza reprezentacja, chociaż w połowie grała tak, jak te prowadzone przez nich. Dziś, nie jesteśmy już nawet w stanie zakwalifikować się do jakiejkolwiek imprezy, nie mówiąc już o przegranych na niej spotkaniach. Przepaść.

Szczytem wszystkiego jest dywagowanie na temat najlepszego meczu biało-czerwonych w tym roku i/lub całych eliminacjach. Czy my właśnie przegraliśmy awans? Oczywiście, przegraliśmy go już dawno, w meczach z Czarnogórą i Mołdawią i pierwszym meczu z Ukrainą, dziś tylko dopełniliśmy dzieła. Mecz w wykonaniu naszych zawodników wcale nie był dobry. A i nasi rywale nie zagrali rewelacyjnie. Prawdą jest, że wizualnie byliśmy ciut lepsi. Czysto statystycznie – przegraliśmy 1-0 a tylko to się liczy. Zarówno Artur Boruc jak i Pyatov byli dziś bezrobotni a przez większą część meczu, na murawie wiało nudą. Teraz to jednak nieważne. Przegraliśmy tę wojnę.
Popatrzmy jednak na naszych orłów nasze gołębie:  Jeśli w przeciągu 90 minut meczu o wszystko, nie potrafią oni skonstruować ani jednej perfekcyjnej akcji, przemyślanej od A do Z, to o jakim dobrym meczu w ich wykonaniu możemy mówić? Bądźmy obiektywni.
Cała gra opierała się na znanym w Polsce schemacie „Albo się udo, albo się nie udo”. Piłki wbijane w pole karne na oślep, inne wrzucane gdzieś przed nogi Lewandowskiego z nadzieją, że „może coś ustrzeli”, choć on sam kopał się raczej po czole aniżeli celował w bramkę Ukraińców. Nasi są chyba jedynym na świecie profesjonalnym zespołem, którym piłka aż tak odskakuje. Obrona, jak w każdym spotkaniu, posklejana nawet nie na kropelce czy super glue ale na taśmie klejącej. To się udać nie mogło. Ponadto, Polakom zabrakło ognia w ofensywie. Tylko przez chwilę, w momencie gdy na bramkę rywali szarżował Jakub Błaszczykowski, dało się poznać, że nasi muszą ten mecz wygrać by pozostać w grze. Kuba był jednym reprezentantem Polski, który w całych eliminacjach na murawie zostawiał serce. W każdym meczu. Nie straszne mu były warunki pogodowe ani urazy, nawet koledzy w drużynie o słabszych umiejętnościach nie byli mu kulą u nogi. Z czystym sumieniem możemy odtrąbić, że jak przystało na kapitana z prawdziwego zdarzenia, Błaszczykowski ostatni zszedł z tonącego okrętu. O reszcie lepiej zapomnieć. Przynajmniej na razie.

Skoro kwestia wyjazdu do Brazylii, została już rozwiązana. Przy okazji zwycięstwa Ukrainy, warto na przyszłość wziąć sobie do serca lekcję futbolu od naszego pogromcy. Uczmy się od lepszych. Akurat w tym przypadku zachodzi pewien paradoks, którego pół Polski, w tym oczywiście najważniejszy trener w kraju, nie potrafi zrozumieć. To my mamy lepszych piłkarzy, grających w lepszych klubach i o bardziej znanych nazwiskach a jednak to my przegrywamy. To my bowiem nie mamy drużyny, którą ma Ukraina. Ot, cała różnica. Niby taka mała a jakie kolosalne robi wrażenie. Skoro naszym sąsiadom udało się zbudować silną reprezentację nie stawiając fundamentów na wartości pieniądza czy sławy, dlaczego ma się nie udać to Polakom?
Warto zaryzykować tezę, że drużyna złożona z najlepszych graczy Legii Warszawa, Wisły Kraków, Górnika Zabrze i Śląska Wrocław mogłaby dziś w Charkowie wywalczyć trzy punkty. Niby krytykujemy tę ligę ile wlezie, czepiamy się wszystkiego co z nią związane ale poziom spotkań naszych ekstraklasowiczów niejednokrotnie przewyższa ten w wykonaniu polskiej reprezentacji. Na dzień dzisiejszy jesteśmy zmuszani do oglądania zerowego zrozumienia kadrowiczów. Brakuje nam swego rodzaju pewności, wzajemnego zaufania, gry ‚na pamięć’. Bez tego nigdy nie osiągniemy sukcesu. Nie da nam go nawet dziesięciu Lewandowskich ani ośmiu Glików.
Wbrew temu co mówi Zbigniew Boniek, może to właśnie nam potrzebna jest taka Liga Narodów. Więcej meczów o stawkę w reprezentacyjnym składzie przyniosłoby oczekiwane rezultaty. Jak ci ludzie mają się zgrywać, jeśli każdy z nich na co dzień rozsiany jest w innym kraju, innej lidze i zupełnie innym środowisku?

Jeszcze jedno. Czy jest w ogóle sens jechać na Wembley? Warto przeanalizować tę sprawę, wszak walkowerem dostaniemy tylko trójkę, jeśli jednak przyszłoby nam rozegrać spotkanie z Anglikami, na trzech mogłoby się  nie skończyć a i wstydu chłopaki oszczędzą sobie i nam… ;-)

Po San Marino…

Jakub Błaszczykowski przed meczem powiedział, że jeszcze wierzy w awans. Z czym do ludzi chłopaku? Sam ich nie pokonasz a na swoich kolegów, z małymi wyjątkami, nie masz co liczyć. Taka prawda…

W spotkaniu z San Marino, na plus zagrali jedynie Zieliński, Klich i wspomniany już Błaszczykowski. Warto, dla jasności, powtórzyć: San Marino. Na plus – trzech piłkarzy. To jest dopiero kpina. Ze strony polskich zawodników, oczywiście.
Ktoś powie, że przecież wygraliśmy i to aż 5-1, i przecież nie ma się czego czepiać. Owszem jest. Wygraliśmy co prawda mecz i to aż 5-1 ale uśmiech z twarzy znika szybciej niż skończymy wypowiadać nazwę zespołu, z którym się mierzyliśmy. Nie ma powodów do zadowolenia a nawet więcej, są powody do kolejnych już zmartwień…

- W rywalizacji z drużynami z najwyższej półki (Hiszpania, Anglia, Włochy itd.) nie liczy się „jak” ale by wygrać. Styl ma najmniejsze znaczenie. Hierarchia ta zmienia się odpowiednio do klasy rywala, i tak, grając np. z Czarnogórą czy Czechami oczekujemy już nie tylko dobrego wyniku ale też gry na odpowiednim, zadowalającym poziomie. Dochodząc więc do zespołów takich jak San Marino czyli amatorów, sytuacja zmienia się o 180 stopni i wynik, a raczej jego wysokość, staje się rzeczą najmniej istotną. Takie mecze trzeba wygrywać i to wysoko, priorytetem w takiej sytuacji staje się…styl. Nie owijając w bawełnę, na „ogórkach” trzeba się wyżyć, pokazać swoją wyższość i wielką różnicę sportowej klasy. Żeby nie przypisywać każdej z pozycji odpowiedniej charakterystyki, wystarczy stwierdzić, że w rywalizacji z drużynami pokroju San Marino, Reprezentacja Polski powinna prezentować się analogicznie do Barcelony, która swego czasu rządziła i dzieliła na większości światowych boisk. Albo jak Hiszpania w pojedynku z nami…

-Pr zez całe pięć lat San Marino nie umiało strzelić gola swoim rywalom aż do momentu, w którym na przeciw nim stanęli Polacy. Wszystko pięknie, ładnie, gratulacje i te sprawy, niesamowita radość u mieszkańców tego kraju ale co potem? Potem człowiek się opamiętuje i jest mu po prostu wstyd. Dlaczego akurat my? Drużyna prezentująca przyzwoity poziom posiada na tyle ogarniętą defensywę by przez dziewięćdziesiąt minut nie dopuścić do starty bramki z amatorskim, grającym dla przyjemności rywalem. Czy 1,5 godziny maksymalnej koncentracji jest niewykonalnym zadaniem dla większości polskich piłkarzy? Na to właśnie wygląda, okazało się bowiem, że ten zespół nie prezentuje na dzień dzisiejszy nawet przyzwoitego poziomu.

- Ostatnimi dwoma występkami w narodowej drużynie z listy potencjalnych reprezentantów powinien wykreślić się Sebastian Boenisch. Dożywotnio. Toż to obciach na skalę światową, że ów zawodnik dostaje szanse, ba jest podstawowym zawodnikiem, zespołu walczącego na tak wysokim poziomie rozgrywek (bo przecież nie naszym). Gdyby ktoś go nie znał/ nie wiedział, że na co dzień reprezentuje barwy jednej z niemieckich drużyn Bundesligi, zapytałby czy Polska postanowiła dać fory rywalom i również wystawić w pierwszej jedenastce kilku amatorów. Serio. Na tle graczy San Marino, Boenisch wcale się nie wyróżniał.

- Trwa nagonka na Brożka. Spieprzył kilka setek i stał się kozłem ofiarnym całego zespołu. Bronić go nie ma czemu bo rzeczywiście zagrał słabo ale…
Po pierwsze: Porównanie. Brożek, Lewy i Robak. Napastnik Wisły miał kilka stuprocentowych sytuacji i żadnej nie wykorzystał. Zaliczył asystę przy jednej z bramek. Gra całej drużyny wyglądała lepiej, kiedy Paweł był obecny na boisku i co najważniejsze, niewielu w tym kraju mamy piłkarzy, którym dochodzenie do sytuacji bramkowych przychodzi tak łatwo. Brożek opanował tę sztukę w stopniu bardzo dobrym. Gorzej u niego ze skutecznością ale… ten sam problem dotyczy wszystkich snajperów z Polski. Na czele z Robertem Lewandowskim, który w poprzednim meczu z San Marino, także nie potrafił zdobyć gola „z gry”. Mógł przecież arbiter i tym razem podyktować dwa rzuty karne i zarówno Brożek jak i Robak, poszczyciliby się dwiema bramkami. Ten ostatni akurat, w ostatnim meczu wszedł z ławki i przestraszył się chyba groźnych „Sanmaryńczyków”, ponieważ…unikał gry. Zasłynął jedynie żółtym kartonikiem i jeśli na tej podstawie, ktoś ma czelność oceniać go wyżej niż Brożka, to trzeba mu tylko pogratulować wyobraźni albo jak najszybciej wysłać karetkę na sygnale. Błędów nie popełnia przecież tylko ten kto nic nie robi.
Po drugie: Przeszłość. Kibicom Wisły przypominać nie trzeba ale już całej reszcie chyba się powinno. Paweł Brożek to ten sam Paweł Brożek, który od zawsze znany był z tego, że marnował kilka/naście setek w trakcie spotkania. Raz trafiał, innym razem mu się nie udawało. To właśnie cały Broziu. Na Reymonta jak mantrę powtarzano, że musi Paweł spieprzyć najpierw trzy stuprocentowe sytuacje by później, w równie dogodnej albo i dużo słabszej, skierować piłkę do siatki. Tak właśnie było, nawet w sezonach kiedy sięgał on po koronę króla strzelców.
Po trzecie: To jest dziwne akurat. Kibice mają za złe Brożkowi, że w ogóle wystąpił w spotkaniu z San Marino a nawet, uwaga, dostał powołanie na oba mecze. Przecież decyzja o powołaniu Brożka i Robaka była najrozsądniejszą, jaką mógł podjąć w tamtej chwili Fornalik. Nie ma różnicy czy w ich miejsce pojawiliby się Saganowski czy Buzała albo jeszcze ktoś inny. Skoro selekcjoner nie mógł skorzystać z pomocy kilku napastników ze swojego osobistego topu, jasne jak słońce staje się to, że sięgnie on po kolejnych nominalnych piłkarzy na tę pozycję. Czy inny przedstawiciel Ekstraklasy zagrałby lepiej niż ta dwójka? Ta jasne…

- Szanse na awans są matematyczne, teoretyczne i… liczymy na cud. Sprowadźmy od razu wróżkę i jakąś szamankę. Zrobimy laleczki woodoo anglików i piłkarzy Ukrainy i dopiero będzie ubaw.
Koniec żartów. Najsmutniejsze jest to, że co roku, co dwa lata, co miesiąc, bez względu na wszystko to zawsze my, Polacy analizujemy: „Co musi się stać, żeby Polska awansowała…”. Zacznijmy lepiej kopać w piłkę, tak jak robią to inne drużyny a nie będzie trzeba robić durnych obliczeń. Za niedługo dojdzie do tego, że w rankingu przegoni nas samo San Marino.

 

Czy Polacy zawojują świat?

Bartłomiej Pawłowski prawdopodobnie podpisze za chwilę kontrakt z Malagą. Prawdopodobnie, ponieważ… Po pierwsze, musi jeszcze przejść testy medyczne, po drugie, nie do końca wiadomo czyim piłkarzem jest aktualnie Pawłowski. Pojawiła się Malaga, wraz z nią kłopoty, słowny bój o napastnika toczą Widzew i Jagiellonia. To jednak teraz nie ważne. Ważne, że kolejny bardzo dobry europejski klub sięgnął po polskiego piłkarza.

Pomijając czasy, kiedy byliśmy jedną z piłkarskich potęg, czasy Bońka, Deyny czy Młynarczyka, Polacy nie budzili zainteresowania u włodarzy europejskich klubów. Mieliśmy oczywiście swoje perełki, raz na jakiś czas polskie nazwisko pojawiało się w kadrze wielkiego klubu, choć najczęściej na pozycji bramkarza. Najpierw był Dudek, później Boruc, Kuszczak, Fabiański i Szczęsny. W pewnej chwili zaczęło się nawet utrwalać mit o tym, że Polska bramkarzami stoi. Jednak wśród piłkarzy z pola, można było dopingować tylko kilku naszych, m.in. Krzynówka, Smolarka czy Mariusza Lewandowskiego ale ich zespoły nie stanowiły wtedy czołówki futbolu na starym kontynencie. Mieliśmy do czynienia z kilkoma głośnymi, obiecującymi transferami do dużych klubów ale prawie zawsze kończyło się to wielkim niewypałem i powrotem z podkulonym ogonem. Nawet najlepsi ligowcy i tak wracali, nawet jeśli na początku udało się im lekko zawojować nowym miejscem (vide Żurawski czy Szymkowiak), w końcu i tak kończyli tak samo jak reszta. Niezwykle ciężko było znaleźć odpowiedź na  nurtujące wszystkich pytanie: „Dlaczego udaje się wszystkim innym a nie udaje się nam?” Wielkie kariery robili przecież piłkarze z Afryki, Ameryki Południowej czy Azji, z dużo mniejszych europejskich państw niż Polska, z krajów gdzie piłka nie jest aż tak popularna jak u nas, im jednak się udało.

Poziom Ekstraklasy przecież się nie podniósł, ba zapewne wielu uzna, że w porównaniu do kilku lat wstecz, jest jeszcze słabszy.  Nasza Reprezentacja także zaliczyła totalny zjazd formy a całe Euro w jej wykonaniu było jedną wielką kompromitacją polskiej piłki. Coś jednak się zmieniło. Na rynku transferowym, Polacy są coraz bardziej rozchwytywani. Może nie osiąga to jakichś wielkich rozmiarów, nie mamy do czynienia z wieloma, wysoko gotówkowymi transakcjami ale i tak progres jest zauważalny.

Trenerzy z najsilniejszych lig europejskich przestali omijać Polskę szerokim łukiem a źródło takiego stanu rzeczy jest wszystkim nam dobrze znane. Dortmund – to w tym mieście narodził się na nowo polski futbol. Wszystko zaczęło się jednak wiele lat temu, kiedy do Niemiec wyruszył Łukasz Piszczek. Znacie takiego napastnika? Fakt, że Piszczu w przeszłości grał na pozycji snajpera lub ofensywnego pomocnika, wielu uszedł już z pamięci. Nie ma się co jednak dziwić, gdyż  Łukasz jest dziś jednym z najlepszych obrońców świata a to czego nauczył się występując w ofensywnych formacjach, wciąż procentuje podczas kolejnych meczów w barwach Borussii. Zachwyceni Piszczkiem włodarze klubu z Zagłębia Ruhry znów zapuścili sieci na polskich piłkarzy. Z Wisły Kraków ściągnęli oni Jakuba Błaszczykowskiego. Mimo tego, że grając w Krakowie, Kuba i tak był najlepszy w lidze, dopiero w Dortmundzie stał się skrzydłowym z prawdziwego zdarzenia, piłkarzem kompletnym. Szybko zawładnął nie tylko sercami kibiców ale i boiskiem, dziś jest jedną z najważniejszych postaci w zespole Jurgena Kloppa. Wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc można się było spodziewać, że na Piszczku i Błaszczykowskim się nie skończy. Kolejnym Polakiem, który podpisał kontrakt z Borussią został Robert Lewandowski. Lewy do Dortmundu trafił z poznańskiego Lecha, gdzie strzelał jak na zawołanie, dziś również kontynuuje tą passę, różnica jest jednak taka, że nie trafia już do bramek rywali z polskiej Ekstraklasy ale największych klubów świata.
Dzięki świetnej grze, wartość tej trójki automatycznie wskoczyła na niebotyczny, jak na polskie warunki poziom. Oczy trenerów klubów z Bundesligi ale także z innych europejskich lig, zaczęły kierować się na polskich graczy. Skoro w jednym klubie udało się zebrać trzy wielkie talenty, być może w ich kraju jest ich jeszcze więcej.  Tym sposobem do niemieckich klubów trafili kolejni Polacy, m.in Borysiuk, Sobiech, Stępiński, Wojtkowiak czy ostatnio Milik.
Co raz lepszą renomę, polscy piłkarze zdobywają także na ziemi włoskiej. W Torino, formacją defensywną dyryguje Kamil Glik, który po kolejnym udanym sezonie został mianowany…kapitanem zespołu (!).  Inny polski obrońca, Bartosz Salamon wywołał niemałe zamieszanie, kiedy podpisał kontrakt z wielkim Milanem. Dla mediolańskiego klubu, Bartek jest jednak melodią przyszłości, dlatego jak na razie wypożyczyli go oni do Sampdorii, by tam zdobył cenne doświadczenie i rozegrał się na boiskach Serie A. W Genui polski defensor nie będzie jednak sam, gdyż w ostatnim okienku transferowym, klub sprowadził Pawła Wszołka (o którego przecież dopiero co zabiegali Niemcy). Już po okresie przygotowawczym włoskiego klubu, można dojść do wniosku, że były piłkarz Polonii Warszawa będzie miał szansę na regularną grę. Tego samego oczekuje inny polski talent, Piotr Zieliński. Młody piłkarz przebojem wdarł się do składu Udinese Calcio, pod koniec poprzedniego sezonu i zachwycił nie tylko polskich kibiców ale i włoskich fachowców. Wszystko wskazuje na to, że jedynym czego brakuje Zielińskiemu by stać się gwiazdą włoskiej ekstraklasy jest doświadczenie. A z jego zdobyciem, większych problemów mieć nie powinien. Nie zapominajmy, że w Udine mamy jeszcze jednego polskiego reprezentanta, Wojtka Pawłowskiego, który jednak na dzień dzisiejszy ma minimalne szanse na występy w bramce swojego zespołu. Kilka dni temu, kontrakt z Romą podpisał następny bramkarz z Polski, Łukasz Skorupski, w jego przypadku także szanse na grę nie są zbyt duże, tym bardziej, że już w swoim debiucie popełnił wielki błąd. Wielkie nadzieje wiązać można za to z Rafałem Wolskim, który może okazać się pewnym punktem Fiorentiny.

We Francji, nazwisko Obraniak jest chyba znane każdemu kibicowi piłki nożnej a co raz lepiej na swoją renomę pracuje także Krychowiak. Wcześniej, wstydu nie przynieśli nam na boiskach Ligue 1, Jeleń i Dudka. Można się więc spodziewać, że to nie ostatni nasi rodacy występujący na francuskiej ziemi.
Podbijać zaczynamy także ligi holenderską, rumuńską, azerską czy rosyjską, w których liczba Polaków wciąż się powiększa. W Anglii, w dalszym ciągu naszą dumą pozostają bramkarze ale jeśli tak dalej pójdzie, nie można wykluczyć, że w niedługim czasie, będziemy mieć kogoś w polu nie tylko w Championship ale i Premier Ligue.

W Hiszpanii, jak na razie, polscy piłkarze grywali raczej w drugiej klasie rozgrywkowej. W Primera Division, jeśli już bliżej im było do ławki rezerwowych aniżeli wyjściowej jedenastki. Na dzień dzisiejszy mamy tam dwa polskie akcenty, w kadrze Levante znajduje się bowiem Dariusz Dudka, a w Betisie, Perquis. Teraz do tej dwójki, dołączyć ma Pawłowski.

Jeśli dla wszystkich wspomnianych piłkarzy, przepustką do kariery okazali się Piszczek, Błaszczykowski i Lewandowski, to miejmy nadzieję, że teraz oni, dzięki swojej dobrej grze, okażą się dobrą reklamą innych naszych zawodników. To także dobra lekcja dla polskich klubów. Może ich włodarze także otworzą szeroko oczy i zamiast wydawać pieniądze na zagraniczny szrot, sięgną po polskiego nastolatka, za którego przyjdzie im zapłacić może 500 zł i kilka piłek a za kilka lat, będzie on warty kilkanaście milionów euro…

Wszystko już wiemy… Brawo Polacy!

W Madrycie wszystko ułożyło się tak, jak myślała większość. Nie zdarzył się jednak cud, o który z całych sił modlili się Hiszpanie. Real od początku ruszył do ataków na bramkę strzeżoną przez Weidenfellera i… to chyba właśnie nazwisko niemieckiego goalkeepera będą przeklinać przez następne tygodnie. Jeśli trzeba wskazać zawodnika Borussii, któremu Dortmund może zawdzięczać awans po meczu w Madrycie, bez wątpienia jest nim właśnie Weidenfeller. Pierwszy kwadrans spotkania był w jego wykonaniu świetny. Hiszpański kibice łapali się za głowy kiedy futbolówka, kolejny raz, zamiast wylądować w siatce, lądowała w rękach Romana. Ale czy jest powód by dziwić się jego dyspozycji? Nie pierwszy raz w tym sezonie ratuje on skórę Borussii. Nie rzadko zdarzają mu się proste błędy, ale kim by był Weidenfeller gdyby mu się one nie przytrafiały? Po sukcesie, którego niewątpliwie jest wielkim ojcem, nikt chyba nie będzie mu wypominał nawet największych błędów, przy jego fantastycznych interwencjach w tej edycji Ligi Mistrzów, są one po prostu przeźroczyste.

http://www.youtube.com/watch?v=cVbFduIrEp4

Znamy też nazwisko najsłabszego piłkarza dwumeczu i niespodziewanie trzeba ten tytuł przyznać… Cristaino Ronaldo. Doczekaliśmy tej smutnej chwili, kiedy aspirujący to miana najlepszego piłkarza świata, zawodnik zawodzi w najważniejszym momencie. Oczywiście nie pierwszy raz w historii futbolu mamy do czynienia z taką sytuacją ale nikt chyba nie spodziewał się tego po CR7. Ile udziału w tym samego Ronaldo a ile Łukasza Piszczka wie tylko on sam ale to właśnie Polak zbiera po meczu pochwały. To właśnie Łukasz jest dziś na ustach Europy, jako ten, który zatrzymał Cristiano. Nie należy więc się z tym sprzeczać  ;-) Piszczek okazał się za dobry dla Ronaldo i to nie raz ale… cztery! Właśnie w tylu spotkaniach w tym sezonie to Piszczu był górą i jeśli do tej pory obrońca BVB zachwycał w ofensywie, to w meczach z Realem udowodnił także swoją klasę w defensywie. Brawo.

Można by oceniać wszystkie wady i zalety każdego piłkarza Borussii ale… to nie ma najmniejszego sensu. Od początku wiadome było, że przy prowadzeniu 4-1, mecz w Madrycie nie będzie najlepszy w wykonaniu formacji ofensywnej tego zespołu i tak właśnie było. W futbolu funkcjonuje jednak pewna zasada i jej należy się trzymać: Zwycięzców się nie sądzi. Pomimo przegranego 2-0 meczu rewanżowego z Realem, to BVB jest zwycięzcą.

Trzeba oczywiście wspomnieć o Lewandowskim. Na początku należy oddać jemu i Jose Mourinho szacunek. Zachowanie Portugalczyka w stosunku do Lewego świadczy o jego wielkości jako człowieka, jednocześnie pokazując wielkość Roberta jako napastnika. Nie sposób więc zrozumieć ludzi, którzy narzekają na zbyt dużą ilość Lewandowskiego w mediach. Najbardziej boli fakt, że wszystkie negatywne komentarze pod adresem napastnika Borussii płyną… z Polski. Doskonale wiadomo jacy są Polacy, wiadomo, że nie potrafią przełknąć sukcesu rodaka i zrobią wszystko by mu dokopać ale czasem trzeba znać umiar. Co przemawia przez tych ludzi? Zazdrość? Czy taką już mają naturę?
Do niedawna cały świat mówił o Messim, który wychodził z każdej lodówki, w każdym zakątku świata. Zasłużył na to, był przecież najlepszy. Dziś cały świat mówi o Lewandowskim bo to właśnie on teraz jest tym najlepszym. Został uznany najlepszym piłkarzem tygodnia, nie z przypadku, nie bez powodu. Po prostu był najlepszy. Jest na świeczniku i czy się to komuś podoba czy nie, trzeba o nim mówić i pisać. Nie sposób się nie zachwycać jeśli docenia się piękno futbolu. Lewandowski zagrał mecz życia, dokonał rzeczy niemożliwej, wręcz historycznej i nikt mu już tego nie odbierze, do końca życia będzie mógł wspominać o swoim dokonaniu i każdy jego rozmówca będzie słuchał z zapartym tchem jak Robert wpakował cztery bramki wielkiemu Realowi. Tak samo chętnie jak dziś ludzie słuchają opowieści byłych już zawodników a pewne jest, że jeśli powstanie kiedyś biografia Lewandowskiego, to te cztery gole znajdą się gdzieś w połowie, bo chyba półfinał Ligi Mistrzów w barwach Borussii jest dopiero pierwszą częścią jego wielkiej, piłkarskiej kariery.

Jad zgorzkniałych kibiców dosięga nie tylko Lewandowskiego ale i dwóch pozostałych polskich piłkarzy z Dortmundu. Oczywiście największym zgrzytem odbijają się pochwały dla „polskiego sukcesu w LM”. Anty fani Borussii (chyba właśnie tak należy nazywać tych, którzy w krytyce na tym polu są najbardziej aktywni) są przeciwni świętowaniu sukcesu polskiego futbolu, ironicznie argumentując, że owszem, Polacy zagrają na Wembley ale…w październiku na meczu Reprezentacji z kadrą Anglii. Jakim człowiekiem trzeba być by nie umieć docenić wielkiego sukcesu polskich piłkarzy? To nie jest jedna z tych sytuacji, kiedy w składzie zespołu gra jeden polski zawodnik, który jest częścią całej drużyny. Tutaj mamy do czynienia z sytuacją, w której w finale Ligi Mistrzów (tej Ligi Mistrzów!) zagra aż trzech polskich piłkarzy. I to nie byle jakich piłkarzy. Zarówno Piszczek, Lewandowski jak i Kuba Błaszczykowski są kreatorami gry Borussii Dortmund. Są niezastąpionymi punktami tego zespołu i niewątpliwie to także/przede wszystkim * (wedle uznania) dzięki nim Borussia jest finalistą Champions Ligue.  Trzeba więc głośno mówić o sukcesie Polaków, a biorąc pod uwagę wkład jaki włożyli w niego nasi reprezentanci, nie można nikomu zabronić mówić o „polskiej Borussii”. Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć, że być może już nigdy nie doczekamy momentu, w którym aż tylu Polaków zagra chociażby w półfinale najbardziej elitarnych rozgrywek w Europie, nie mówiąc już o klubie z Polski. Dziś wydaje się to mało śmiesznym żartem ale… właśnie dokonania naszej trójki z Dortmundu dają taką nadzieję. Finał Roberta, Łukasza i Kuby jest tak naprawdę zwieńczeniem ich dotychczasowej gry, przygody z Dortmundem. Czymś, dzięki czemu oczy całego świata zwróciły się ku nim, dostrzegły ich piłkarską klasę i zapytały: kto to? Dlaczego wcześniej o nim nie słyszałem? Jest świetnym piłkarzem. Właśnie tak. Właśnie teraz nazwiska Błaszczykowskiego, Piszczka i Lewandowskiego pojawiły się na szczytach list transferowych wielu klubów świata. Ich kariera właśnie teraz nabiera tempa ale jednocześnie to własnie oni otworzyli drzwi do kariery wielu innym polskim piłkarzom.
Każdy chyba zna realia panujące na świecie i stosunek klubów do polskich graczy. Do tej pory można było zaobserwować, że wielu prezesów bało się zainwestować w słabo wyszkolonych piłkarzy z Polski, którzy nie gwarantowali sukcesu. Ciężko było im zaufać. Polska piłka nożna a przede wszystkim szkolenie młodzieży kuleje na tyle, że nie sposób było tego nie zauważyć i za granicą. Dzięki klasie jaką prezentują Polacy w Dortmundzie, zagraniczne kluby zaczną uważniej lustrować polski rynek w poszukiwaniu kolejnych diamentów i co najważniejsze, sumy jakie będą dyktować za nich kluby/menadżerzy automatycznie wywindują się do góry. Gracze tacy jak Zieliński czy Glik w Serie A, tylko potwierdzają siłę polskich talentów a właśnie nie inaczej, niż na murawie, robi się najlepszą reklamę polskiemu futbolowi.

***
W drugim spotkaniu  także nie było ani cudu ani niespodzianki. Bayern udowodnił dwie rzeczy, jest w tym momencie najlepszą drużyną świata i kogokolwiek mieliby za przeciwnika, każdemu zaaplikowaliby podobną dawkę bramek oraz to, że nic już nie pozostało po Barcelonie Guardioli. Umarł król, niech żyje król a może nowe szaty cesarza?  ;-). Już przed rewanżem było pewne, że Bayern mimo wysokiego prowadzenia nie odpuści i że Barcy nie stać na zwycięstwo. Dziwne więc, że kolejny już raz tak bardzo mylą się bukmacherzy.

Finał Bayern – Borussia jest wielkim sukcesem obu drużyn, obu trenerów (największych ojców tego sukcesu) i przede wszystkim Bundesligi, która zdystansowała Primera Division w sposób niewyobrażalny. W rok. Faworytem do końcowego triumfu Ligi Mistrzów jest oczywiście Bayern ale nie sposób nie zauważyć, że jedynym zespołem, który może stawić mu opór, jedynym, który może mu ten puchar odebrać jest własnie Borussia Dortmund. Lepiej nie przyznawać piłkarzom z Monachium pucharu zanim sami po niego nie sięgną, może się bowiem okazać, że kolejny raz w tym sezonie, Borussia tak niedoceniona, znów wyskoczy zza pleców rywala i odbierze im victorię. Kto zawładnie Wembley? Odpowiedź poznamy 25 maja… Ale przedsmak już niedługo ;-)

LewanGoalski!

To był wieczór jednego aktora. Robert Lewandowski strzelając cztery bramki Realowi Madryt na zawsze wpisał się w historię futbolu. Dziś jego nazwisko jest na ustach całego świata, jeśli ktoś do tej pory nie słyszał o Robercie, zapewne właśnie teraz usłyszy z każdej możliwej strony. We wszystkich najsilniejszych ligach świata, ci najbogatsi rozpoczęli już pewnie szykowanie oferty transferowej dla polskiego napastnika. Lewym zachwycają się dosłownie wszyscy, od kibiców, przez ekspertów na piłkarzach z całego świata kończąc (wygrywa oczywiście komentarz Emanuela Eboue  ;-) ). Zdjęcia 25 letniego napastnika zdobią pierwsze strony gazet, są one tak wymowne, że doskonale odzwierciedlają przebieg spotkania. Polak dokonał rzeczy niebywałej. Jako pierwszy strzelił więcej niż dwie bramki Realowi Madryt, jest także pierwszym piłkarzem, który ustrzelił cztery gole w półfinale Ligi Mistrzów a także dziewiątym, któremu udało się to w ogóle w tych rozgrywkach. Staje także przed wielką szansą na wywalczenie tytułu króla strzelców Champions Ligue. Po tak fenomenalnym występie nie wypada już wypominać Lewandowskiemu jego nieudanych spotkań w Reprezentacji Polski, przez 90 minut zapracował na to by kibice puścili w niepamięć wszystkie zarzuty pod jego adresem i pozostawili mu czystą kartę na przyszłość. Przez 90 minut spotkania z Królewskimi, Robert Lewandowski wprowadził nas do nieba. Czapki z głów!

Bić pokłony należy nie tylko przed Robertem ale i całą Borussią. Dziś już mało kto wspomina o Bayernie Monachium. Borussia przecież skopała dupę Realowi, Realowi będącemu obecnie w dużo lepszej formie niż Barcelona. I ten wspaniały Real może dziękować Hummelsowi, że ten przedłużył nieco ich nadzieje na finał Ligi Mistrzów, chociaż wciąż są one raczej iluzoryczne…
Wielki był Jurgen Klopp, wielcy byli także Goetze, Reus i Piszczek. Cała Borussia była fenomenalna i gdyby nie wspomniany jeden błąd Matsa Hummelsa, po którym Cristiano zdobył gola na 1-1, można by rzec, że było wręcz idealnie. Znakomicie prezentował się Łukasz Piszczek. Polak zatrzymał samego Ronaldo, a zadanie to jest niezwykle trudne. Dobry mecz rozegrał Jakub Błaszczykowski, chociaż tym razem czarował w innej roli niż zwykle. To nie jego rajdy czy dośrodkowania zapamiętają kibice ale piękne odbiory i pracę w defensywie.

http://videa.hu/videok/sport/dortmund-vs-real-madrid-entree-www.shoootv.com-dTwJTWVr7TNhQcKq

http://videa.hu/videok/sport/dortmund-vs-real-madrid-4-1-borussia-goals-highlights-07XQQDwy6MwK0MBs?start=63.121

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że tegoroczny finał Ligi Mistrzów będzie pojedynkiem dwóch niemieckich zespołów i jednocześnie najlepszych trenerów tego roku. Na Wembley najprawdopodobniej okaże się czy to Bayern, czy może Borussia są nie tylko najlepszą drużyną w Niemczech ale i na świecie. Bez względu na wyniki rewanżowych spotkań, już dziś można śmiało stwierdzić, ze sezon 2012/13 należał do Bundesligi. Jeżeli po puchar sięgnie ekipa z Dortmundu przy dużym udziale Roberta Lewandowskiego, jeśli uda mu się zrównać, bądź wyprzedzić w klasyfikacji strzelców Cristiano Ronaldo, dodając do tego oczywiście koronę króla strzelców Bundesligi, to Złota Piłka powinna powędrować właśnie w jego ręce. To Robert od początku roku wybija się ponad przeciętność, indywidualnie pokonując kolejne swoje słabości i przeszkody. Dziś już bez obaw przed krytyką można głośno nazywać go najlepszym.

Zwycięstwa Bayernu i Borussii były potrzebne także kibicom hiszpańskich drużyn. Dostali oni mocnego kopa, który zapewne pomoże im spojrzeć chłodnym okiem na ich słowną bijatykę pt. „Barca-Real”. Od dziś to nie Gran Derbi będą wywoływać u kibiców emocje najwyższych lotów ale starcia dwóch gigantów z Niemiec. Już chyba wszyscy mieli dość słownych przepychanek między zwolennikami Messiego i Ronaldo o to, który z nich jest lepszy a także, który zespół Primera Division zgarnie Ligę Mistrzów ( i tak w kółko, rok po roku). Ich spór zażegnali piłkarze z Monachium i Dortmundu a Leo i Cristiano zostali nakryci czapką przez Lewego.

I tylko szkoda, że nieliczni przed wczorajszym meczem wierzyli w Borussię. To właśnie może cieszyć najbardziej. Wiara i osobista wygrana nad nieomylnymi bukmacherami.

Niemcy – Hiszpania 2-0 ( a w zasadzie 5-0, biorąc pod uwagę całą edycję LM i rywalizację Bayernu i Borussii z Barceloną, Realem, Valencią i Malagą).

Słaba Borussia poklepała matę

Bayern w końcu się doczekał. Po dwóch sezonach dominacji na niemieckich boiskach Borussia oddała rywalom pole na wszystkich frontach. Superpuchar Niemiec wygrał Bayern, w Bundeslidze Dortmund może walczyć tylko i wyłącznie o miejsce drugie, wczoraj pożegnali się również z myślą o obronie wywalczonego przed rokiem Pucharu Niemiec. Szczerze mówiąc Monachijczycy miażdżyli ekipę Kloppa pod każdym względem. Tak grających gości dawno nie oglądaliśmy i można się zastanawiać w czym leży problem. To już drugi mecz z rzędu Borussii, o którym zapewne chcieliby wszyscy jak najszybciej zapomnieć.

Już sam początek meczu pokazał, że będzie to jednostronny pojedynek. Dziwić mógł fakt, że w pierwszej jedenastce zabrakło miejsca dla Jakuba Błaszczykowskiego, który sam informował, że będzie do meczu gotowy w 100%. Jak się później okazało decyzja Kloppa byłą błędna. Polski skrzydłowy gdy tylko zameldował się na murawie od razu przyspieszył grę swojego zespołu, zaprezentował się z dużo lepszej strony niż większość jego kolegów. Zawiódł szczególnie Robert Lewandowski, który na pucharowy mecz przeniósł swoją reprezentacyjną dyspozycję. Robert był najsłabszym zawodnikiem meczu, odcięty od podań kolegów, kompletnie nie radzi sobie z grą, co kolejny raz udowodnił i raczej nie podwyższył swojej ceny, o czym od kilku dni donosiły media. Blado wypadł także Łukasz Piszczek, który pierwszy rajd ofensywny zaliczył dopiero w końcowych fragmentach spotkania.

http://www.youtube.com/watch?v=jaqzGe7QXbY

Borussia nie znalazła wczoraj recepty na świetnie grający Bayern ale sami są sobie winni. Nie wygra się bowiem meczu stojąc w miejscu i grając bojaźliwie, nie starając się zbytnio zagrozić przeciwnikom. Mówi się jednak, że gra się tak, jak pozwala na to rywal. Chociaż nie ulega wątpliwości, że Bayern zagrał bardzo dobrze, konsekwentnie i 1-0 był najniższym wymiarem kary to nie można zapominać, że w dużej mierze to Borussia oddała ten mecz, oddała go bez walki. Jeśli w ciągu kilku najbliższych dni gra ekipy z Dortmundu nie poprawi się to także o Ligę Mistrzów może być ciężko…

Bayern z Mistrzostwem, Bayern z Superpucharem i Bayern z największymi szansami na Puchar Niemiec.