Archiwa tagu: Atletico

Champions League w Królewskim wydaniu!

ramos

Gdyby dziś, dzień po emocjonującym finale Ligi Mistrzów, w którym Real po rzutach karnych pokonał Atletico Madryt, ktoś zapytał piłkarzy Królewskich czy w następnym sezonie woleliby odzyskać prymat na boiskach Primera Division, czy obronić tytuł Champions League – bez wątpienia wybraliby to drugie.
Real zdecydowanie jest zespołem lubującym się w tych rozgrywkach. Wygrał je już jedenaście razy,co czyni go najbardziej utytułowanym klubem Europy. No ale przecież przydomek do czegoś zobowiązuje…

W ogóle, wczorajszy triumf Realu, biorąc pod uwagę z jakimi problemami na przestrzenie całego sezonu musiała zmagać się ta drużyna oraz z ilu sytuacji podbramkowych musiała się wykaraskać, czyni go chyba jednym z najbardziej cennych w historii.
Mimo wszelkich przeciwności losu oraz swoich własnych słabości, Królewscy zaliczą ten sezon do bardzo udanych. Co prawda w La Liga zajęli ‚dopiero’ drugą pozycję ale patrząc na formę, jaką prezentowała przez prawie cały sezon Barcelona, tylko punkt straty do Dumy Katalonii na finiszu rozgrywek może być rozpatrywany bardziej w kategoriach sukcesu aniżeli porażki. I bez względu na wszystko, na słowa kibiców i piłkarzy Barcy, Bayernu i innych klubów – zwycięstwo w LM czyni Real Madryt największym wygranym tego sezonu, to im bowiem dane było wznieść w górę najbardziej pożądane wśród wszystkich piłkarzy świata trofeum. Zarzekanie się po czasie i lekceważenie finału oraz ujmowanie mu należytej rangi czy prestiżu, a co za tym wszystkim idzie wykazywanie braku szacunku wobec Królewskich jest najzwyczajniej w świecie niesmaczne…

Sam finał był dosyć wyrównany. Real przeważał w pierwszej połowie, Atletico – w drugiej. Remis, sprawiedliwy remis. Karne. Loteria? Nie – pokaz siły charakteru. Nie wytrzymał jej Juanfran, wytrzymał i zapewnił triumf swojemu klubowi – Ronaldo. Najmniej widoczny piłkarz meczu. Ale któż o tym będzie pamiętał za rok,dwa czy kilkanaście? Przecież zwycięzców się nie sądzi, tym bardziej takich zwycięzców!
Historia Cristiano w tym spotkaniu to zupełne przeciwieństwo Jana Oblaka. To właśnie ten ostatni, mimo porażki Atletico został największą gwiazdą finału. Jego spektakularnego występu podczas serii jedenastek nie przyćmili ani Ramos, ani Pepe, ani żaden z innych zawodników biegających tego wieczoru po stadionie San Siro. Jego postawa na linii bramkowej już dorobiła się rzeszy fanów. Chyba żaden inny goalkeeper na świecie nie stosuje podobnej taktyki. Wybicie przeciwników z rytmu na poziomie mistrzowskim. Zasłużył na specjalne wyróżnienie! Jakaś wycieczka do kopalni soli w Wieliczce? Świetnie by się wkomponował…

Czy wśród rywali warto mieć wrogów i przyjaciół?

CS6fwwrXAAIv_RR

Kiedy w większości europejskich lig rywalizacja wkracza na ostatnią prostą, coraz częściej spoglądamy na tabelę i terminarz, szukając odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące końcowych triumfatorów rozgrywek. Studiujemy plany gier głównych faworytów, a jeśli sytuacja nie jest dosyć klarowna, szukamy spotkań, w których aspirujące do tytułu drużyny mogłyby się potknąć. Czy jednak zastanawialiście się kiedyś nad innymi, poza sportowymi czynnikami, zdecydowanie wymykającymi się spod szyldu fair play, które mogłyby okazać się decydujące w walce o najwyższe cele?

Do takich rozmyśleń, skłonić mógł ostatnio piłkarz Chelsea Londyn, Eden Hazard:

- Nie chcemy, żeby Tottenham wygrał Premier League – fani, klub i piłkarze. W przyszłym tygodniu czeka nas wielki mecz z Tottenhamem i dobrze by było, gdyby udało się nam z nimi wygrać.

Piłkarz The Blues jasno pokazał komu w walce o tytuł kibicować będzie zarówno on sam, jak i jego klubowi koledzy. Czy tylko kibicować? No właśnie. Słowa Hazarda nie przeszły bez echa, ba wywołały nawet sporo podejrzeń co do tego, czy Chelsea byłaby w stanie odpuścić spotkanie z Leicester City, jeśli warzyłoby ono na tytule dla piłkarzy Ranieriego? O to jest pytanie…

No właśnie, nawet jeśli doszłoby do takiej sytuacji, przynajmniej z punktu prawnego, Chelsea przechodząc obok meczu czy odpuszczając go bez walki, nie zrobiłaby nic złego. Oczywiście, biorąc pod uwagę, iż na taki obrót sprawy nie naciskałby główny zainteresowany, czyli Leicester.
Brak fair play w futbolu to niestety, bądź stety, nie przestępstwo a piłkarze The Blues nie raz już w tym sezonie ograniczyli swoje zaangażowanie w meczu (w taki przecież sposób pozbyli się z klubu Jose Mourinho) by tym razem, w sytuacji, w której i tak o nic już nie walczą, miałoby to na nich zrobić jakiekolwiek wrażenie. Na pewno nie nadszarpnęło to by ich sumienia, ciężko przypuszczać by w tym sezonie w ogóle je jeszcze mieli…

Na pewno, o wiele więcej interesującym dla nas od uczuć piłkarzy Chelsea, są uczucia jej kibiców. Choć w tym przypadku, kiedy ich klub rzeczywiście nie ma już szans na walkę o cokolwiek, a oni sami drużynę Tottenhamu darzą wielką nienawiścią, można przypuszczać, iż jako pierwsi będą zachęcać swoich podopiecznych do odpuszczenia spotkania z Leicester. A wtedy, dojdzie do niezwykłej sytuacji, w której zawodnicy The Blues koncertowo przerżną swój mecz a mimo tego, zejdą z murawy z uśmiechem na twarzy oraz poczuciem dobrze wykonanej roboty.
A czy w takim razie, mogliby liczyć na jakąś karę ze strony PL czy UEFA? Nie. Przecież nikomu nie udałoby się im czegokolwiek udowodnić. Life futbol is brutal.

Za chwilę może się więc okazać, iż jedynymi pokrzywdzonymi tego sezonu z Premier League będą piłkarze Tottenhamu oraz bukmacherzy, choć i w tym drugim przypadku, można spekulować, czy kursy na ostatnią kolejkę meczu Chelsea – Leicester, meczu decydującego o tytule, nie zostałyby zrównane z ziemią lub czy wydarzenie to, w ogóle będzie dostępne w ofercie. Oczywiście, to wszystko nie będzie miało większego sensu, jeśli lider tabeli wywiezie korzystny rezultat z Old Trafford a Kogutom nie uda się pokonać swoich, jak się okazało, największych wrogów. Wtedy wszelkie teorie spiskowe będzie można wrzucić do kosza i dołączyć do większości populacji europejskiej, szczerze cieszącej się i gratulującej tytułu Leicester City!

Podobną, pełną wątpliwości sytuację możemy za chwilę obejrzeć na boiskach Primera Division, gdzie na ostatniej prostej aż trzy drużyny mają szansę na tytuł, choć niestety dla boiskowych rywali, największe są po stronie tych, mających najmniejsze u nich poparcie, czyli Barcelony. W tej sytuacji jednak, inaczej niż w rywalizacji angielskich klubów, nikomu kto odpuściłby spotkanie  Realowi (mniej prawdopodobne) czy Atletico (bardziej prawdopodobne), nie gwarantowałoby to tytułu dla którejś z wymienionych drużyn. I tak samo, żadnemu z kolejnych rywali Barcelony nawet gra na 200% nie zagwarantuje  odebrania im punktów, a zarazem powstrzymania jej w marszu po mistrzowski tytuł. Na potknięcie Blaugrany, a więc dopuszczenie madryckiego peletonu do walki o mistrzowską paterę, musi złożyć się więcej czynników, aniżeli sama dobra gra jej kolejnych rywali. Słabszy mecz musi zaliczyć także Barca a uczestniczący w pościgu Atleti i Królewscy muszą zaliczać kolejne komplety punktów. Zadanie ciężkie, a czy wykonalne?
Jeśli, w którymś z kolejnych spotkań Blaugranie rzeczywiście powinęłaby się noga i przed ostatnią kolejką to Atletico czy Real startowali z pole position do tytułu, wielce prawdopodobnie, że szczególnie ci pierwsi mogliby liczyć na nieco lżejszą przeprawę. Dlaczego?
Fakty dla Barcy są nieubłagane. Ilość spotkań, w których sędziowie gwizdali na ich korzyść już dawno rozeszła się echem po boiskach La Liga oraz Champions League. Rekord rozgrywek pod względem podyktowanych rzutów karnych, duża rozbieżność w pokazywaniu żółtych i przede wszystkim czerwonych kartoników dla piłkarzy Blaugrany i jej rywali oraz okazała liczba goli strzelonych z pozycji spalonej na pewno nie przysporzyły jej fanów wśród boiskowych rywali. Coraz więcej słychać za to komentarzy o tym, iż tak dobrej drużynie jak Duma Katalonii, nie potrzebna jest dodatkowa pomoc w postaci sędziów. Kto wie bowiem, jak układałaby się dziś tabela Primera Division, gdyby zarówno Barcelonie, jak i Atletico oraz Realowi odliczyć wszystko co dostali za darmo w wyniku złego sędziowania?

Analogiczną sytuację, niechęci co do zespołu notorycznie faworyzowanemu przez wszystkich dookoła, włącznie a może i przede wszystkim z sędziami, mamy od jakiegoś czasu w polskiej Ekstraklasie. Zapewne, gdyby zrobić ankietę wśród piłkarzy i kibiców najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce, Legia zajęłaby pierwsze miejsce na najbardziej znienawidzony klub. I tak, jak w przypadku Barcelony, wcale nie chodzi o zazdrość, tym bardziej nie może być o niej mowy w przypadku Warszawiaków. Tutaj również, zdecydowanym argumentem jest fakt, iż Legia zbyt często może liczyć na przychylność ze strony sędziów i działaczy przeróżnych organów i instytucji. Nie bez powodu od kilku sezonów mówi się o Komisji Legii a sytuacje boiskowe, odgwizdywane na jej korzyść do dziś przypomina się w formie anegdot. Oliwy do ognia, podobnie jak w przypadku Blugrany, dolewają jej piłkarze i działacze, którzy w wywiadach i mediach społecznościowych wywyższają się, nierzadko pokazując brak szacunku dla rywali. Taktyka obrana przez m.in. Neymara, Suareza, Pique, Leśnodorskiego czy kilku zawodników Legii oraz jej trenera, na pewno nie przysporzą im nowych przyjaciół. Żadne z takich zachowań nigdy nie będą przystawać wielkiemu klubowi, aspirującemu do najwyższych trofeów, za to na pewno odbiją się czkawką, kiedy takiemu pyszałkowatemu klubowi powinie się noga. Świat futbolu, a tym bardziej internet takich zachowań nie zapomina.
Stąd też, nie trzeba chyba się zastanawiać, czy jeśli tytuł Mistrza Polski ważyłby swoje losy do ostatniej kolejki i jeśli szansę na wywalczenie go miałby Piast Gliwice, to czy wtedy jego rywal zagrałby w 100% fair, czy jednak zrobiłby wiele by odebrać go Legii Warszawa… To chyba pytania czysto retoryczne…
Na dzień dzisiejszy, tak jak w przypadku Barcelony, wszystko leży w nogach lidera, choć, wertując na szybko terminarz, znajdzie się w nim kilku punktów dla Legii zapalnych, czyli spotkań, w których o zwycięstwo może być niezwykle ciężko. Na początek wyjazdowe spotkanie z Zagłębiem, którego kibice na co dzień sympatyzują z poznańskim Lechem, później bezpośredni pojedynek z Piastem Gliwice, z którym w rundzie zasadniczej Warszawiakom nie udało się wygrać, a z Gliwic wracali nawet na tarczy. W przedostatniej kolejce, Legia uda się do Gdańska na mecz z bardzo dla siebie niewygodną Lechią, która jeszcze niedawno właśnie na Łazienkowskiej zapewniła sobie szansę na awans do grupy mistrzowskiej, a już na sam koniec rywalem aktualnego lidera tabeli będzie Pogoń, a więc były przyjaciel klubu ze stolicy oraz zespół, który w tym sezonie najczęściej dzieli się rywalami dorobkiem punktowym. Rywale niezwykle ciężcy ale i tacy, którzy przeciwko Legii wychodzą z dodatkowymi pokładami mobilizacji. Ostatnia prosta w naszej Ekstraklasie zapowiada się niezwykle ekscytująco a smaczku całej sprawie dodaje fakt, iż słabo grający do tej pory Piast Gliwice, wysoko ograł wczoraj rycerzy wiosny, Lechię Gdańsk. Czyżby scenariusz anty-warszawski wszedł już w życie ?

Jak widać, w świecie futbolu warto mieć przyjaciół i zarazem nie warto robić sobie wrogów gdyż życie szybko potrafi spłatać figla i nasz los przekazać w ręce tego, wobec którego nie zawsze zachowywaliśmy się fair. Co więcej, piłka, jak życie, toczy się swoimi prawami i wbrew pozorom nie zawsze gra w geście fair play toczy się pod salwą braw…

Barcelona obala swój własny mit! Blaugrana wcale nie taka wspaniała, jak ją malują…

barca

Ileż to razy w ciągu ostatnich kilku – kilkunastu miesięcy dane nam wszystkim było słuchać teorii o Barcelonie, jako najlepszej drużynie w historii wszech czasów? Drużynie, będącej maszyną do zabijania przeciwników i mającej być tą pierwszą, której dane będzie obronić tytuł najlepszego zespołu Europy?
‚Zbyt wiele’ – to chyba jedyna, właściwa odpowiedź.
Zbyt wiele słów i teorii w kontekście Blaugrany padło, by napompowany nimi balonik, w końcu nie wytrzymał ciśnienia i zwyczajnie pękł, rozpadając się na setki małych kawałeczków. Tysiące, jeśli nie miliony twierdzeń, dziś zamieniających się w wątpliwości, choć tak naprawdę, jedynym pytaniem, które dziś powinno nam się nasunąć na myśl, jest to, czy Luis Enrique ma wystarczająco mocny klej, by w krótkim czasie udało mu się na nowo posklejać te kawałeczki w jedną całość? Na Camp Nou nikt nie ma chyba wątpliwości, że ani trener, ani żaden z piłkarzy Barcelony nie mają czasu na żadne próby generalne i z marszu podejdą do testu, który ostatecznie da odpowiedź na to czy w kontekście tej drużyny będzie można kiedykolwiek użyć słów ‚NAJLEPSZA’, oraz czy jej szkoleniowca będzie można w ogóle brać pod uwagę w zestawieniach profesjonalistów.
Przecież Duma Katalonii jest właśnie na najlepszej drodze do koncertowego przerżnięcia sezonu 2015/16 i zyskania miana największych frajerów roku. A wiadomo, że jeśli tak się stanie, jeśli po odpadnięciu z rywalizacji Champions League, Blaugranie nie uda się wywalczyć także mistrzostwa kraju, winą za to, zostanie obarczony właśnie Enrique. Już widać te tytuły zrzucające karb odpowiedzialności za wyniki na słabe przygotowania i nieodpowiednie wymierzenie czasu osiągnięcia apogeum formy, które przypadło na sam… początek sezonu.

Właśnie tak. Barca od początku wskoczyła na poziom, który zarówno u kibiców jak i rywali wywoływał wielkie: ‚WOW’. Styl gry – niepowtarzalny i zapierający dech w piersiach. Kosmiczne posiadanie piłki, fantastyczna gra trio: Messi, Naymar i Suarez. Punkty nagromadzone przez drużynę Enrique oraz problemy największego jej rywala, Realu Madryt a także kolejne potknięcia Atletico, sprawiły, że Barca urosła do miana głównego faworyta wszelkich rozgrywek a jej kibice oraz media zaczęli spekulować, czy ta drużyna nie prezentuje poziomu, pozwalającego jej na zaszczytne miano najlepszej drużyny w historii futbolu.
Z każdym kolejnym spotkaniem, coraz więcej osób zaczynało wierzyć, iż w Europie nie ma dostatecznie dobrego rywala mogącego konkurować z Dumą Katalonii na jakimkolwiek polu. Już w styczniu ukoronowaną ją więc zarówno tytułem mistrza Hiszpanii, jak i Pucharem Króla oraz, przede wszystkim, zwycięstwem w elitarnych rozgrywkach Ligi Mistrzów. PRO-Barcelońska fala zachwytu urosła do ogromnych rozmiarów i zaczęła niekontrolowanie wymykać się poza dopuszczalny obszar. Cóż, dla niektórych, z różnych względów to okazało się zbyt wiele. A konsekwencje są niestety dla nich bolesne…

Fani Katalończyków niepotrzebnie dumnie prężyli się na wszelkich forach, naśmiewając z Realu Madryt, trapionego kolejnymi problemami. Wypominali im sprawę Benzemy, zakaz transferowy, wyrzucenie z Pucharu Króla, kompromitację w Grand Derbi, ogromną stratę punktową do ich klubu a nawet zatrudnienie na ławce trenerskiej niedoświadczonego Zidane’a. Jakby zapomnieli, że karma wraca i życie nie raz potrafi spłatać figle. Dziś sytuacja zmieniła się o 180 stopni i to Barcelona znalazła się na prześmiewczym świeczniku a jej kibice chowają swoje głowy w piasek. Jeśli chodzi o sprawę z zakazem transferowym, Real i Atletico na razie kary uniknęli, za to Barcelona już dawno musiała ją odcierpieć. O problemach z prawem Benzemy już raczej nikt nie pamięta, za to na czołówki gazet kryminalnych coraz częściej trafiają Messi i Neymar. Odpadnięcia z Pucharu Króla poprzez incydent z Czeryszewem, nawet nie sposób porównywać do odpadnięcia z Champions League na etapie ćwierćfinału a Zinedine Zidane, wbrew wszystkim swoim krytykom, jako szkoleniowiec Królewskich osiąga rezultaty lepsze niż jego bardziej doświadczeni poprzednicy. Kto mieczem wojuje – ten od miecza ginie?
W przypadku socios Barcelony, na pewno. Przede wszystkim dla nich, sytuacja w jakiej aktualnie znalazł się ich klub, powinna być lekcją na przyszłość i to bez względu na to, kto w końcowym rozrachunku zostanie Mistrzem La Liga. Ich zachowanie na pewno nie pomoże klubowi a całą otoczką jaką budują wokół niego, na pewno nie przysporzy jej kolejnych zwolenników. Włodarze Blaugrany nie powinni się więc dziwić, iż większość ligowych rywali, w walce o mistrzostwo kibicować będzie nie Barcelonie ale dwójce z Madrytu. I tutaj, biorąc pod uwagę podejście do rywalizacji w ostatnich kolejkach sezonu być może będzie to czynnik decydujący.

„Do póki piłka w grze…”, skąd my to znamy? Choć Katalończycy w pewnym momencie znaleźli się na królewskiej pozycji, z której wydawało się, iż będą tylko rządzić i dzielić, los okrutnie z nich zażartował. Pięć spotkań w lidze (z Villarealem, Realem Madryt, Realem Sociedad oraz Valencią) a także rewanżowy mecz z Atletico w LM wystarczyło by piłkarze Blaugrany zaprzepaścili wszystko co dotąd ugrali. Pięć spotkań! Właśnie o tyle, jak się okazało, Barca w przekroju całego sezonu(na pięć kolejek przed końcem) była lepsza od Atletico Madryt. To tyle co nic, a przecież swego czasu, wydawało się, że Barcelonę od całej reszty dzielą lata świetlne. Jakież to było naiwne… Sytuacja zmieniła się diametralnie i w wyścigu o mistrzostwo szanse wszystkich trzech zespołów stoją mniej więcej równo.
Mentalnie zarówno Atletico jak i Real biją dziś Barcę na głowę ale… Jak prezentuje się terminarz?

Barcelona: La Coruna (wyjazd), Gijon (dom), Betis (wyjazd), Espanyol (dom), Granada (wyjazd).
Atletico: Bilbao (wyjazd), Malaga (dom), Vallecano (dom), Levante (wyjazd), Celta (dom).
Real: Villareal (dom), Vallecano (wyjazd), Sociedad (wyjazd), Valencia (dom), La Coruna (wyjazd).

Najbardziej sprzyjający plan gier ma właśnie Duma Katalonii. Co więcej, tytuł w dalszym ciągu zależy tylko od nich i jeśli do końca rozgrywek uda im się uzbierać komplet punktów – będą mogli świętować. Real traci do swoich rywali jeden punkt, więc wciąż musi liczyć na ich potknięcie a Atletico, bez wątpienia, czeka najtrudniejsze zadanie.  Dodatkowo, zarówno Królewscy jak i Los Rojiblancos będą musieli skupić się nie tylko na walce o ligowe punkty ale także, a może przede wszystkim o finał Ligi Mistrzów, a jak wiadomo, gra na dwóch frontach nie raz dawała się we znaki.

Bez względu na wszystko, na to czy jednak to Barcelonie uda się obronić w walce o mistrzostwo Primera Division i wywalczyć Puchar Króla, i tak zostaną największymi przegranymi tego sezonu. Startując z nieosiągalnego dla wielu pułapu, na ostatniej prostej do piłkarskiego nieba, dali się ogolić na łyso. Koncertowo dali się ograć swojemu największemu rywalowi w Grand Derbi, jak dzieci pozwolili wyrzucić się z elity Europy Atletico, a także w mistrzowskim stylu roztrwonili całą przewagę nad tymi samymi rywalami w walce o mistrzostwo Hiszpanii. Barcelona właśnie osiągnęła dno. W kilka tygodni obaliła swój własny mit – najlepszej drużyny wszech czasów, notując przy tym najgorszą serię od ponad trzynastu lat. Całe wyobrażenie o tym zespole jako kwintesencji futbolu, właśnie zaczyna mijać. Kibice przecierają oczy ze zdumienia, uświadamiając sobie, że Barca wcale nie jest taka, jaką przez ostatnie miesiące wszędzie malowano. Jej wyobrażenie, zaczęło już uchodzić za piłkarską legendę. A krok dzieli ją od momentu, w którym teorię o jej wielkości włożymy między bajki.
Już teraz możemy być także pewni, iż w kolejnym plebiscycie Złotej Piłki, w czołowej trójce nie znajdzie się miejsce dla żadnego z piłkarzy Barcelony. Po raz pierwszy od dawna. Już teraz w wyścigu o miano najlepszego piłkarza w Europie trio MSN wyprzedzają półfinaliści Ligi Mistrzów, na czele z Cristiano Ronaldo, który szturmem podbija zarówno Champions League jak i La Ligę, a przecież przed nami Mistrzostwa Europy we Francji, na których zabraknie zarówno Messiego, jak i Suareza oraz Naymara. Możemy tylko przypuszczać, że po tym turnieju na głosy swoich rywali w większej mierze będą mogli liczyć chociażby Griezmann, Lewandowski, Vardy, czy kilku Niemców. I niech ten fakt mówi sam za siebie, bo choć echo odpadnięcia z LM jest nieco tonowane to jego skutki dla Blaugrany mogą być niezwykle bolesne. Jeśli Barca nie podniesie się z kolan, straci tytuł oraz da się ograć Sewilli w finale Pucharu Króla, sytuacja na Cam Nou będzie nie do pozazdroszczenia. Okazało się, że Katalończycy to nie nad-ludzie a styl naniesiony przez Enrique przestał robić wrażenie na rywalach, jak niegdyś dryblingi Ronaldinho. Co więcej, ostatnie porażki musiały zaboleć dużą grupę szkoleniowców, którzy odkąd stawiali swoje pierwsze kroki na kursie trenerskim, na którym uczeni byli jak ważnym elementem gry jest utrzymywanie się przy piłce. Ta teoria właśnie legła w gruzach, wraz z całym zespołem Barcelony.
Choć rzeczywiście, w jakimś stopniu piłkarze i trener piszą historię – chyba jeszcze nikomu nie udało się tak spartaczyć idealnej sytuacji. Kolejny raz zrobili coś spektakularnego ale tym razem nie słychać zewsząd braw ale gwizdy. Głośne buczenie obrazujące widok poległych. Życie, jak widać, jest niezwykle brutalne, a piłka nożna jeszcze bardziej. Jeśli ktoś jeszcze ma co do tego wątpliwości, niech zapyta fanów Dumy Katalonii. 

Liga Mistrzów a w tle Gran Derbi.

0a2967904c6e084c06d0d4ac2b47a96e

Przed nami najważniejszy z dotychczasowych etapów rywalizacji w Champions League. Osiem najlepszych klubów Europy rozpocznie batalię o awans do półfinałów, z których już tylko krok pozostanie do realizacji marzeń. Kto z kim? Gdzie warto zawiesić oko? Komu najbliżej do najlepszej czwórki Starego Kontynentu?

Co by nie mówić i jakby się nie boczyć na ostatnie wyniki Bayernu oraz grę samego Roberta Lewandowskiego, bez wątpienia to Mistrz Niemiec jest w tej chwili w najbardziej klarownej sytuacji. Benfika Lizbona – mocna drużyna, jednak z zupełnie innej półki aniżeli większość ćwierćfinalistów. Na pewno pod żadnym względem nie dorównuje ekipie Guardioli i choć piłka lubi być przewrotna i płatać figle, nic nie wskazuje na to by Bayern nie odprawił gości z bagażem co najmniej kilku bramek.

W drugim pojedynku, w którym nie trudno wskazać zdecydowanego faworyta znajdują się ekipy Wolfsburga i Realu Madryt. Ci pierwsi, bardziej niż do swojego ligowego rywala, równają do Benfiki. Real natomiast to ciągle Real. Jeden z najlepszych klubów świata, któremu nie w głowie jest pożegnanie z LM na tym właśnie etapie. Niesieni zwycięstwem w Grand Derbi, nie powinni mieć żadnego problemu z wywiezieniem wystarczającej zaliczki z terenu Wilków.

Dużo ciekawiej pod względem atrakcyjności i niepewności co do ostatecznego wyniku dwumeczu, zapowiada się potyczka PSG z Manchesterem City. Mistrzowie Francji, którzy szturmem podbili Ligue 1, będą chcieli potwierdzić dominację także na europejskiej arenie. Przeciwstawić im postara się The Citizens, choć patrząc w jakiej ostatnio formie znajduje się Zlatan Ibrahimovic, może być to zadanie niewykonalne. Francuzi, w ostatnich latach prezentują dużo bardziej dojrzałą piłkę. Ewidentnie, jeśli któryś z tych zespołów miałby szansę powalczyć o finał LM z zespołami takimi jak Baayern/Real/Barcelona/Atletico to byłoby to właśnie Paris Saint Germain. Faworyt, nie tak zdecydowany jak Bayern i Real ale ciągle faworyt.

I na koniec ostatnie spotkanie. Najsmakowitsze. Najbardziej elektryzujące. Deser z pod ręki wybitnego cukiernika. Dwumecz pomiędzy dwoma hiszpańskimi klubami – Barceloną a Atletico być może wyłoni nie tylko półfinalistę ale także finalistę Champions League. Kto jednak miałby nim być?
Do tej pory, zarówno patrząc trzeźwym okiem, czysto teoretycznie, na papierze ale także patrząc wszelkimi różnymi sposobami – faworytem zawsze była Barcelona. Do ostatniego weekendu. Duma Katalonii w fatalnym stylu przegrali wielkie Gran Derbi z Realem. Ze swoim największym rywalem, w najbardziej prestiżowym meczu nie tylko hiszpańskiej ale także europejskiej piłki klubowej. Dodatkowo, mecz, w którym zawodnicy Blaugrany mieli oddać hołd zmarłemu niedawno Johanowi Cryuffowi. Nie udało się. Barca zagrała niemrawie, bez wyrazu i zupełnie jak nie ona. Całkiem zawiodło trio MNS, z którego widoczny na murawie był jedynie Suarez, a i on, najbardziej pilnowany nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Pozostała dwójka – Messi i Neymar rywalizowali tamtego wieczoru raczej o tytuł antybohatera i trudno stwierdzić któremu z nich bardziej się on należał. W sumie gdyby na chwilę zniknęli z boiska, poszli na szybką kawę, prawdopodobnie kibice nie zauważyliby różnicy w grze swoich idoli. Dobrego dnia nie miał też Busquets i reszta zawodników z Camp Nou. W zasadzie jedynym, który tego wieczoru mógł zebrać pochwały za swój występ był Gerard Pique. Jedyny, który oddał hołd legendzie Barcelony i Ajaksu.
O słabości gospodarzy najlepiej niech świadczą statystyki meczowe, w których (oczywiście, poza posiadaniem piłki) górował Real Madryt. Nie do tego przyzwyczajeni są kibice. Zwykle sytuacja na boisku nie klaruje się tak korzystnie dla rywala Blaugrany, jak miało to miejsce podczas tego Gran Derbi. Ewidentnie, w Barcelonie coś pękło. Warto się zastanowić czy to jedynie chwilowe załamanie czy śladem piłkarzy Zinedine Zidane’a może pójść również Atletico? Skoro najlepsza ofensywa Europy przez 90 minut spotkania nie potrafiła przeforsować nie najlepszej przecież defensywy Realu, czy będą w stanie uporać się z najlepszą defensywą w całej Europie?
Na pewno będzie to inne spotkanie niż te, które mogliśmy podziwiać dotychczas w La Liga. To zupełnie inny poziom, Atletico nie ma nic do stracenia a Barca? W zasadzie wszystko. Po przegranych derbach Hiszpanii z Realem, atmosfera na Camp Nou nie zachwyca. Pojawiają się wątpliwości i tak, ciężko jasno i dosadnie przyznać dziś, że Barca jest murowanym pewniakiem. To może być zwyczajny bezbramkowy remis i w rewanżu wszystko będzie mogło się wydarzyć. Ale… równie dobrze Barcelona może zamknąć usta wszystkim, którzy wieszają na nich psy i odprawić swojego rywala z kwitkiem. Jak będzie?

Bayern, Real, PSG i? Okaże się, choć z każdym dniem szanse Atletico na korzystny rezultat rosną.