Arek Milik vs. Frank de Boer, kto wyjdzie z tego zwycięsko?

z19145839Q,Arkadiusz-Milik

Dzień po klęsce Ajaxu Amsterdam, choć emocje jeszcze na pewno nie opadły, przyszedł chyba odpowiedni moment by znaleźć winnego największej porażki tego sezonu w holenderskim futbolu na płaszczyźnie klubowej. Arek Milik? Mogłoby się tak wydawać, słuchając wypowiedzi Franka de Boera ale każdy znający się nieco na piłce kibic ma świadomość, że całą odpowiedzialność za stratę mistrzowskiego tytułu, na swoje barki winien wziąć właśnie szkoleniowiec Amsterdamczyków. Nie potrzeba bowiem wcielać się w Jacka Gmocha i rozrysowywać taktyki na spotkanie z zespołem zajmującym jedno z ostatnich miejsc w tabeli Eredivisie by być świadomym faktu, iż nie ściąga się z boiska najlepszego strzelca drużyny w momencie, w którym wynik nie klaruje się po naszej myśli. De Boer popełnił niewybaczalny błąd, jakiego żaden profesjonalny trener nie powinien nigdy w życiu popełnić. Jego obrona własna nie przeszłaby nawet na polskiej sali sądowej. Z jego wypowiedzi można wywnioskować, iż w jakimś stopniu chce zrzucić winę na słabą postawę polskiego reprezentanta. A to zwykła kpina.
Nawet jeśli Milik przez ponad sześćdziesiąt minut nie notowałby występu życia, nie należałoby decydować się na zdjęcie go z murawy. Mógłby tego dokonać ktoś nowy, dopiero zasiadający i poznający drużynę ale nie de Boer, nie człowiek trenujący Polaka przez tak długi okres. Doskonale znający jego umiejętności. Milik nie raz już ukąsił rywali w decydującym momencie, wcześniej nie wybijając się ponad kolegów z zespołu. Tak przecież grają najlepsi. I Messi i Ronaldo często nie błyszczą a potem opuszczają stadion z wypiętą piersią i mianem bohatera spotkania. A  Arek przecież potrafił zaskoczyć. Mógł zepsuć kilka sytuacji a potem wykorzystać podanie i otworzyć wynik. Sam potrafił wyklarować kolegom sytuację, uderzyć głową, czy wejść z piłką do bramki. Któż wie, czy w doliczonym czasie gry nie nadarzyłaby mu się okazja do oddania strzału jego lewą nogą? Tego nie dowiemy się już nigdy ale jeśli po porażce Ajaxu, ktoś z ww dwójki może czuć się winny czy rozgoryczony, to jest tą osobą właśnie de Boer.

Zachowanie szkoleniowca Amsterdamczyków, zarówno fatalna decyzja taktyczna, jak i późniejsze tłumaczenia porażki prawdopodobnie dyskwalifikują go jako dobrego trenera, o którego bić będą się największe kluby Europy. Brak rozumu i klasy, bezsprzecznie. A Milik? Wykręcił w sezonie świetny wynik strzelecki, a trzeba pamiętać, że przez długi czas nie szło mu po drodze z ww panem. Mimo przeciwności losu, chyba wygrał sobie karierę. Jego osobą już interesują się wielkie kluby, a jeśli na zbliżającym się Euro, wspólnie z Lewandowskim ponownie stworzą duet marzeń, otworzą się przed nim jeszcze większe wrota europejskiej piłki. Drugi Ibra? Wszystko przed nim. Miejmy nadzieję, że w następnym klubie dane mu będzie podnieść puchar za Mistrzostwo i żaden trener nie będzie podkładał mu pod nogi niepotrzebnych przeszkód.

Buki świętują, mistrzowie fetują, spadkowicze walczą!

635983030921989150

We Francji – PSG, we Włoszech – Juventus, w Niemczech – Bayern, w Anglii – Leicester(!), w Holandii – Aj… PSV, w Hiszpanii – Barcelona (?) a w Polsce – Legia (?). Tak chyba wygląda kompletna lista krajowych mistrzów w największych (lub w przypadku polskiej, najbardziej dla nas interesujących ;-) ) ligach europejskich. ‚Chyba’, ponieważ po dzisiejszych wydarzeniach na boiskach holenderskich, wypadałoby zachować resztki ostrożności, przynajmniej do ostatnich minut decydujących spotkań sezonu 2015/2016, by później nie świecić oczami przed zdezorientowanymi i przede wszystkim zmartwionymi kibicami.
To prawda, ciężko przypuszczać by Legia, a tym bardziej Barca wypuściła z rąk mistrzowski tytuł ale… Czy ktoś spodziewał się, że Ajax na ostatniej prostej koncertowo przerżnie trofeum? No właśnie! Bukmacherzy na całym świecie chyba właśnie liczą zyski. Albo, co równie ciekawe, łatają dziury po niespodziewanym sukcesie nowych triumfatorów Premier League. Co by nie mówić – dzieje się!

O ile w przypadku takich zespołów jak Paris Saint Germain, Juventus czy Bayern, od początku sezonu można było się spodziewać, iż kolejka po kolejce, będą dumnie kroczyć w kierunku mistrzowskich tytułów, nie tracąc ani na chwilę rezonu, czy nie dostarczając swoim fanom niepotrzebnych pokładów wątpliwości, o tyle w przypadku całej reszty – można rzec, że historia pisała się po swojemu.
Barcelona, choć od początku również rozbijała swoich rywali i w pewnym momencie wydawało się nawet, iż na koniec sezonu, poza wszelkimi tytułami, jej piłkarze będą mogli świętować także różnorakie rekordy, to wszystko diametralnie zmieniło się już w ostatniej fazie rozgrywek. Duma Katalonii koncertowo roztrwoniła całą przewagę nad Atletico i Realem i jej kibice mogli zacząć drżeć o końcowy triumf. Blaugrana chyba w porę się otrząsnęła z piłkarskiej niedoli i znów wróciła na zwycięskie tory, ponownie mogąc się pochwalić mianem głównego faworyta do mistrzostwa. Forma, w jakiej na dzień dzisiejszy są jej zawodnicy, nie pozostawia złudzeń – tylko krok dzieli Barcelonę od odebrania medali za krajowy tytuł. Prawdopodobnie właśnie o tym przekonani byli także podczas swojego dzisiejszego spotkania, zawodnicy Atletico Madryt, którzy, podobnie zresztą jak wspomniany już Ajax Amsterdam, dali się pokonać spadkowiczowi, tracąc przy tym wszelkie nadzieje na triumf w Primera Division. Wiary w nie nie tracą za to jeszcze Królewscy, którzy w porę wrócili do gry o najwyższe cele i wciąż tracą do liderującej Barcy tylko jeden punkt. Czy jednak Real może się okazać równie wielkim szczęściarzem roku, jakim od dziś jest PSV Eindchoven? A czy Blaugrana stanie się frajerem większym od Ajaxu? To już chyba niewykonalne… A może?

Ajax, Ajax, Ajax… Cóż tu można powiedzieć. Stara prawda mówi, że czasem lepiej nie powiedzieć nic, jeśli jedynymi słowami przychodzącymi do głowy i na język są… przekleństwa. No tak, inaczej być nie może. Mistrzowski medal należy się temu, kto potrafiłby wytłumaczyć taktykę trenera Ajaxu na to spotkanie. Dlaczego, przy niekorzystnym wyniku, boisko opuścił najlepszy strzelec zespołu, a w jego miejsce, desygnowany do gry został nominalny pomocnik? Tego nie wie nikt, nie wie nikt! Chyba nawet sam de Boer…

W zupełnie innym humorze od Arkadiusza Milika znajduje się dziś inny nasz stranieri, który od wczoraj oficjalnie może nazywać się mistrzem Anglii, choć tamtejsze przepisy dobitnie próbowały mu tę fetę ograniczyć, nie honorując go symbolicznym medalem. Polak się jednak nie dał! Dumnie świętował tytuł a jego koledzy z drużyny dobitnie pokazali światu, jaką rolę w zespole pełni Wasilewski. Kto wie, może chociaż de Boer (?) czy bez Marcina, jego Leicester świętowałby dziś mistrzostwo? W chwili takich wątpliwości trzeba pamiętać, jak ważną postacią w szatni i na boisku był Wasyl w sezonach poprzednich, w których jego klub toczył boje o piłkarskie życie…
O tym człowieku powinno pisać się w samych superlatywach. Bez względu na wpadki, na słabsze mecze, jak ten z Arsenalem, to jest po prostu gość! Nie bez kozery wśród fanów Anderlechtu nosi się mianem klubowej legendy, nie bez powodu został właśnie Mistrzem Premier League!
Taka była wola nieba!

Podobnie jak w przypadku Legii, która w decydującym momencie pokazała klasę ogrywając vice-lidera aż 4-0. Jeśli nie wydarzy się jakaś katastrofa, nawet w przypadku porażki w Gdańsku, w ostatniej kolejce na Łazienkowskiej odbędzie się mistrzowska feta. Klub ze stolicy w idealny więc sposób będzie mógł świętować swoją rocznicę.  Mistrzostwo i krajowy puchar. Czy można chcieć czegoś więcej?
Zapewne tak. Zapytajcie Ajaksu, Piasta czy Anderlechtu – oni chcieliby sięgnąć po mistrzostwo, taki Lech Poznań chciałby wywalczyć chociaż Puchar Polski. Ale najlepsze jest to, że wszyscy mistrzowie, ww Juventus, Bayern, PSG czy Barca chcieliby mieć coś, czego mieć w tym sezonie nie mogą. Champions League – po najważniejszy skalp w tym roku mogą bowiem sięgnąć już tylko Real i Atletico i chyba żadne z nich nie zamieniłoby tego na mistrzowski tytuł. Futbol nie jest prosty, futbol jest skomplikowany!

Świetnie opakowany spektakl z fatalną obsadą i buraczaną publiką!

635978083851590664

Chyba pierwszy raz w historii rodzimej piłki, Puchar Polski osiągnął rangę, jaką jego zagraniczne odpowiedniki mogą poszczycić się już od wielu lat. To zasługa przede wszystkim Zbigniewa Bońka, który z powodzeniem podnosi poziom polskiego futbolu na różnych jego odnogach, od piłkarskich akademii, przez rozgrywki seniorów, aż po Reprezentację Polski. Teraz w sposób iście królewski opakował kolejne sportowe wydarzenie, drugie, po Mistrzostwie Polski trofeum, któremu do tej pory brakowało wiele by w jakiś szczególny sposób mógł budzić większe zainteresowanie u piłkarzy i kibiców. Do teraz, choć poziom organizacji, pomysłu na to wydarzenie i blichtru w okół niego to jedno, a drugie to ludzie, którzy wywalczyli sobie prawo do uczestnictwa w tym wielkim piłkarskim święcie, przy czym nie do końca zaznajomili się wcześniej z regulaminem imprezy…

W ogóle, finał PP w tym roku mógł nieco przypominać spektakl w teatrze, na który tabunami wybierają się szkoły. Niby miejsce i okazja zobowiązują do pewnych zachowań albo i ich zaniechania a jednak, słoma z butów oraz brak wychowania wychodzi.
Wielkie widowisko na jednym z najpiękniejszych stadionów świata, sędziowane przez najlepszego polskiego arbitra, z udziałem przynajmniej czysto teoretycznie dwóch najlepszych polskich klubów ostatnich lat, przy akompaniamencie dwóch czołowych grup kibicowskich w kraju, w towarzystwie Prezydenta RP oraz wielu innych ważnych osobistości polskiej sceny politycznej i sportowej. Cego chcieć więcej, chciałoby się zapytać?

A no właśnie… Ze wspólnego święta postanowili jako pierwsi wypisać się sami aktorzy tego widowiska, czyli piłkarze Lecha Poznań i Legii Warszawa, których gra tylko momentami dawała jakieś oznaki, iż mecz ten ma jakieś poważne podłoże sportowo – finansowe. Sorry panowie, z taką grą to wy na pewno nie zawojujecie świata, o Ekstraklasie nie wspominając. Z tego też powodu właśnie, fani klubu ze stolicy, powinni chyba na ostatnią prostą ligowej rywalizacji przygotować dla siebie i znajomych jakieś tabletki uspokajające, gdyż już w niedzielę ich podopiecznych czeka najważniejszy mecz tego sezonu i trudno przypuszczać by wracający do coraz lepszej formy Piast Gliwice, zagrał tak samo tragicznie, jak dzisiejszy rywal Legionistów… Podobno nic dwa razy się nie zdarza a każdy inny wynik niż zwycięstwo nad gośćmi z Gliwic, może dla Warszawiaków oznaczać pożegnanie z tytułem Mistrza kraju. Ich zwycięstwo nad Lechem w PP, wbrew pozorom tylko podniosło poziom trudności ich kolejnych spotkań ligowych. Dlaczego? Na dzień dzisiejszy, jeśli Legia sięgnęłaby po Mistrzostwo, równoczesne zdobycie przez nią Pucharu Polski, otwiera drogę do europejskich pucharów czwartej drużynie Ekstraklasy a o miejsce to walczą przecież kolejni rywale Warszawiaków, Lechia oraz Pogoń Szczecin. Trochę to wszystko zagmatwane ale czyż futbol nie jest wtedy ciekawszy? ESA37 świetnie zdaje swój egzamin, do ostatnich kolejek rywalizacja stoi na wysokim poziomie i w przeciwieństwie do poprzednich sezonów, nie ma czasu i możliwości na pamiętne mecze ‚ o pietruszkę’…

Wracając jednak jeszcze do zakończonego właśnie spotkania o Puchar Polski i kolejnego niepasującego do idealnej układanki elementu, trzeba spojrzeć na trybuny stadionu Narodowego, na którym aż roiło się od buractwa. Na ‚dzień dobry’, nie popisali się fani obu ekip, którzy wspólnie wygwizdali człowieka, piastującego najważniejszą funkcję w państwie. Brawo. Tysiące ludzi, na co dzień dumnie nazywających się patriotami, którzy nie potrafią okazać szacunku Prezydentowi. Polska jest chyba jedynym krajem na świecie, w którym aż tak duża grupa ludności wykazywałaby się w tym temacie tak dużą dozą hipokryzji. Ciekawe ilu z gwizdających ustawiło się w kolejce po pieniądze w programie 500+…
Jeśli komuś wydawało się, że pokaz buractwa zakończył się na ‚przywitaniu’ Prezydenta a kibice Lecha i Legii już do końca spotkania skupią się na dopingu i prezentowaniu kolejnych opraw, okraszonych racami, musiał porzucić swe nadzieje w momencie, w którym piłkarze ze stolicy zdobyli zwycięską, jak się później okazało, bramkę.
Fani Kolejorza, oburzeni fatalną postawą swoich zawodników, w jednej chwili postanowili zaprzepaścić lata walki polskiej sceny kibicowskiej o legalizację pirotechniki na stadionach. Brawo oni! Kolejne race lądujące na murawie Stadionu Narodowego, powodujące kolejne przerwy w meczu, szczególnie te trafiające w bramkarza oraz sędziego na pewno zostaną zapamiętane na długo. Szczególnie przez kieszenie właściciela klubu z Poznania. A i zapewne samych zainteresowanych.

Pewne jest jedno. Poznańscy kibice nie potrafili dorównać poziomem tym z Warszawy. Być może przez kompleksy a może po prostu próbowali zniżyć się do poziomu swoich piłkarzy, którzy nie tylko od dłuższego czasu kiepsko prezentują się na boisku ale także poza murawą, przynajmniej w osobie kapitana obrażają swoich fanów… Źle się dzieje w Poznaniu. W miejscu i klubie gdzie jeszcze niedawno uśmiech nie schodził z twarzy piłkarzy i kibiców mistrza Polski, teraz trwa jedna wielka żałoba.

Miejmy nadzieję, że za rok w finale kolejnej edycji Pucharu Polski spotkają się dwa zespoły, których zarówno piłkarze, jak i kibice staną na wysokości zadania i dopasują się swoją grą oraz postawą na trybunach do wielkiego święta, jakie miało mieć miejsce na Narodowym.

 

Czy wśród rywali warto mieć wrogów i przyjaciół?

CS6fwwrXAAIv_RR

Kiedy w większości europejskich lig rywalizacja wkracza na ostatnią prostą, coraz częściej spoglądamy na tabelę i terminarz, szukając odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące końcowych triumfatorów rozgrywek. Studiujemy plany gier głównych faworytów, a jeśli sytuacja nie jest dosyć klarowna, szukamy spotkań, w których aspirujące do tytułu drużyny mogłyby się potknąć. Czy jednak zastanawialiście się kiedyś nad innymi, poza sportowymi czynnikami, zdecydowanie wymykającymi się spod szyldu fair play, które mogłyby okazać się decydujące w walce o najwyższe cele?

Do takich rozmyśleń, skłonić mógł ostatnio piłkarz Chelsea Londyn, Eden Hazard:

- Nie chcemy, żeby Tottenham wygrał Premier League – fani, klub i piłkarze. W przyszłym tygodniu czeka nas wielki mecz z Tottenhamem i dobrze by było, gdyby udało się nam z nimi wygrać.

Piłkarz The Blues jasno pokazał komu w walce o tytuł kibicować będzie zarówno on sam, jak i jego klubowi koledzy. Czy tylko kibicować? No właśnie. Słowa Hazarda nie przeszły bez echa, ba wywołały nawet sporo podejrzeń co do tego, czy Chelsea byłaby w stanie odpuścić spotkanie z Leicester City, jeśli warzyłoby ono na tytule dla piłkarzy Ranieriego? O to jest pytanie…

No właśnie, nawet jeśli doszłoby do takiej sytuacji, przynajmniej z punktu prawnego, Chelsea przechodząc obok meczu czy odpuszczając go bez walki, nie zrobiłaby nic złego. Oczywiście, biorąc pod uwagę, iż na taki obrót sprawy nie naciskałby główny zainteresowany, czyli Leicester.
Brak fair play w futbolu to niestety, bądź stety, nie przestępstwo a piłkarze The Blues nie raz już w tym sezonie ograniczyli swoje zaangażowanie w meczu (w taki przecież sposób pozbyli się z klubu Jose Mourinho) by tym razem, w sytuacji, w której i tak o nic już nie walczą, miałoby to na nich zrobić jakiekolwiek wrażenie. Na pewno nie nadszarpnęło to by ich sumienia, ciężko przypuszczać by w tym sezonie w ogóle je jeszcze mieli…

Na pewno, o wiele więcej interesującym dla nas od uczuć piłkarzy Chelsea, są uczucia jej kibiców. Choć w tym przypadku, kiedy ich klub rzeczywiście nie ma już szans na walkę o cokolwiek, a oni sami drużynę Tottenhamu darzą wielką nienawiścią, można przypuszczać, iż jako pierwsi będą zachęcać swoich podopiecznych do odpuszczenia spotkania z Leicester. A wtedy, dojdzie do niezwykłej sytuacji, w której zawodnicy The Blues koncertowo przerżną swój mecz a mimo tego, zejdą z murawy z uśmiechem na twarzy oraz poczuciem dobrze wykonanej roboty.
A czy w takim razie, mogliby liczyć na jakąś karę ze strony PL czy UEFA? Nie. Przecież nikomu nie udałoby się im czegokolwiek udowodnić. Life futbol is brutal.

Za chwilę może się więc okazać, iż jedynymi pokrzywdzonymi tego sezonu z Premier League będą piłkarze Tottenhamu oraz bukmacherzy, choć i w tym drugim przypadku, można spekulować, czy kursy na ostatnią kolejkę meczu Chelsea – Leicester, meczu decydującego o tytule, nie zostałyby zrównane z ziemią lub czy wydarzenie to, w ogóle będzie dostępne w ofercie. Oczywiście, to wszystko nie będzie miało większego sensu, jeśli lider tabeli wywiezie korzystny rezultat z Old Trafford a Kogutom nie uda się pokonać swoich, jak się okazało, największych wrogów. Wtedy wszelkie teorie spiskowe będzie można wrzucić do kosza i dołączyć do większości populacji europejskiej, szczerze cieszącej się i gratulującej tytułu Leicester City!

Podobną, pełną wątpliwości sytuację możemy za chwilę obejrzeć na boiskach Primera Division, gdzie na ostatniej prostej aż trzy drużyny mają szansę na tytuł, choć niestety dla boiskowych rywali, największe są po stronie tych, mających najmniejsze u nich poparcie, czyli Barcelony. W tej sytuacji jednak, inaczej niż w rywalizacji angielskich klubów, nikomu kto odpuściłby spotkanie  Realowi (mniej prawdopodobne) czy Atletico (bardziej prawdopodobne), nie gwarantowałoby to tytułu dla którejś z wymienionych drużyn. I tak samo, żadnemu z kolejnych rywali Barcelony nawet gra na 200% nie zagwarantuje  odebrania im punktów, a zarazem powstrzymania jej w marszu po mistrzowski tytuł. Na potknięcie Blaugrany, a więc dopuszczenie madryckiego peletonu do walki o mistrzowską paterę, musi złożyć się więcej czynników, aniżeli sama dobra gra jej kolejnych rywali. Słabszy mecz musi zaliczyć także Barca a uczestniczący w pościgu Atleti i Królewscy muszą zaliczać kolejne komplety punktów. Zadanie ciężkie, a czy wykonalne?
Jeśli, w którymś z kolejnych spotkań Blaugranie rzeczywiście powinęłaby się noga i przed ostatnią kolejką to Atletico czy Real startowali z pole position do tytułu, wielce prawdopodobnie, że szczególnie ci pierwsi mogliby liczyć na nieco lżejszą przeprawę. Dlaczego?
Fakty dla Barcy są nieubłagane. Ilość spotkań, w których sędziowie gwizdali na ich korzyść już dawno rozeszła się echem po boiskach La Liga oraz Champions League. Rekord rozgrywek pod względem podyktowanych rzutów karnych, duża rozbieżność w pokazywaniu żółtych i przede wszystkim czerwonych kartoników dla piłkarzy Blaugrany i jej rywali oraz okazała liczba goli strzelonych z pozycji spalonej na pewno nie przysporzyły jej fanów wśród boiskowych rywali. Coraz więcej słychać za to komentarzy o tym, iż tak dobrej drużynie jak Duma Katalonii, nie potrzebna jest dodatkowa pomoc w postaci sędziów. Kto wie bowiem, jak układałaby się dziś tabela Primera Division, gdyby zarówno Barcelonie, jak i Atletico oraz Realowi odliczyć wszystko co dostali za darmo w wyniku złego sędziowania?

Analogiczną sytuację, niechęci co do zespołu notorycznie faworyzowanemu przez wszystkich dookoła, włącznie a może i przede wszystkim z sędziami, mamy od jakiegoś czasu w polskiej Ekstraklasie. Zapewne, gdyby zrobić ankietę wśród piłkarzy i kibiców najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce, Legia zajęłaby pierwsze miejsce na najbardziej znienawidzony klub. I tak, jak w przypadku Barcelony, wcale nie chodzi o zazdrość, tym bardziej nie może być o niej mowy w przypadku Warszawiaków. Tutaj również, zdecydowanym argumentem jest fakt, iż Legia zbyt często może liczyć na przychylność ze strony sędziów i działaczy przeróżnych organów i instytucji. Nie bez powodu od kilku sezonów mówi się o Komisji Legii a sytuacje boiskowe, odgwizdywane na jej korzyść do dziś przypomina się w formie anegdot. Oliwy do ognia, podobnie jak w przypadku Blugrany, dolewają jej piłkarze i działacze, którzy w wywiadach i mediach społecznościowych wywyższają się, nierzadko pokazując brak szacunku dla rywali. Taktyka obrana przez m.in. Neymara, Suareza, Pique, Leśnodorskiego czy kilku zawodników Legii oraz jej trenera, na pewno nie przysporzą im nowych przyjaciół. Żadne z takich zachowań nigdy nie będą przystawać wielkiemu klubowi, aspirującemu do najwyższych trofeów, za to na pewno odbiją się czkawką, kiedy takiemu pyszałkowatemu klubowi powinie się noga. Świat futbolu, a tym bardziej internet takich zachowań nie zapomina.
Stąd też, nie trzeba chyba się zastanawiać, czy jeśli tytuł Mistrza Polski ważyłby swoje losy do ostatniej kolejki i jeśli szansę na wywalczenie go miałby Piast Gliwice, to czy wtedy jego rywal zagrałby w 100% fair, czy jednak zrobiłby wiele by odebrać go Legii Warszawa… To chyba pytania czysto retoryczne…
Na dzień dzisiejszy, tak jak w przypadku Barcelony, wszystko leży w nogach lidera, choć, wertując na szybko terminarz, znajdzie się w nim kilku punktów dla Legii zapalnych, czyli spotkań, w których o zwycięstwo może być niezwykle ciężko. Na początek wyjazdowe spotkanie z Zagłębiem, którego kibice na co dzień sympatyzują z poznańskim Lechem, później bezpośredni pojedynek z Piastem Gliwice, z którym w rundzie zasadniczej Warszawiakom nie udało się wygrać, a z Gliwic wracali nawet na tarczy. W przedostatniej kolejce, Legia uda się do Gdańska na mecz z bardzo dla siebie niewygodną Lechią, która jeszcze niedawno właśnie na Łazienkowskiej zapewniła sobie szansę na awans do grupy mistrzowskiej, a już na sam koniec rywalem aktualnego lidera tabeli będzie Pogoń, a więc były przyjaciel klubu ze stolicy oraz zespół, który w tym sezonie najczęściej dzieli się rywalami dorobkiem punktowym. Rywale niezwykle ciężcy ale i tacy, którzy przeciwko Legii wychodzą z dodatkowymi pokładami mobilizacji. Ostatnia prosta w naszej Ekstraklasie zapowiada się niezwykle ekscytująco a smaczku całej sprawie dodaje fakt, iż słabo grający do tej pory Piast Gliwice, wysoko ograł wczoraj rycerzy wiosny, Lechię Gdańsk. Czyżby scenariusz anty-warszawski wszedł już w życie ?

Jak widać, w świecie futbolu warto mieć przyjaciół i zarazem nie warto robić sobie wrogów gdyż życie szybko potrafi spłatać figla i nasz los przekazać w ręce tego, wobec którego nie zawsze zachowywaliśmy się fair. Co więcej, piłka, jak życie, toczy się swoimi prawami i wbrew pozorom nie zawsze gra w geście fair play toczy się pod salwą braw…

Barcelona obala swój własny mit! Blaugrana wcale nie taka wspaniała, jak ją malują…

barca

Ileż to razy w ciągu ostatnich kilku – kilkunastu miesięcy dane nam wszystkim było słuchać teorii o Barcelonie, jako najlepszej drużynie w historii wszech czasów? Drużynie, będącej maszyną do zabijania przeciwników i mającej być tą pierwszą, której dane będzie obronić tytuł najlepszego zespołu Europy?
‚Zbyt wiele’ – to chyba jedyna, właściwa odpowiedź.
Zbyt wiele słów i teorii w kontekście Blaugrany padło, by napompowany nimi balonik, w końcu nie wytrzymał ciśnienia i zwyczajnie pękł, rozpadając się na setki małych kawałeczków. Tysiące, jeśli nie miliony twierdzeń, dziś zamieniających się w wątpliwości, choć tak naprawdę, jedynym pytaniem, które dziś powinno nam się nasunąć na myśl, jest to, czy Luis Enrique ma wystarczająco mocny klej, by w krótkim czasie udało mu się na nowo posklejać te kawałeczki w jedną całość? Na Camp Nou nikt nie ma chyba wątpliwości, że ani trener, ani żaden z piłkarzy Barcelony nie mają czasu na żadne próby generalne i z marszu podejdą do testu, który ostatecznie da odpowiedź na to czy w kontekście tej drużyny będzie można kiedykolwiek użyć słów ‚NAJLEPSZA’, oraz czy jej szkoleniowca będzie można w ogóle brać pod uwagę w zestawieniach profesjonalistów.
Przecież Duma Katalonii jest właśnie na najlepszej drodze do koncertowego przerżnięcia sezonu 2015/16 i zyskania miana największych frajerów roku. A wiadomo, że jeśli tak się stanie, jeśli po odpadnięciu z rywalizacji Champions League, Blaugranie nie uda się wywalczyć także mistrzostwa kraju, winą za to, zostanie obarczony właśnie Enrique. Już widać te tytuły zrzucające karb odpowiedzialności za wyniki na słabe przygotowania i nieodpowiednie wymierzenie czasu osiągnięcia apogeum formy, które przypadło na sam… początek sezonu.

Właśnie tak. Barca od początku wskoczyła na poziom, który zarówno u kibiców jak i rywali wywoływał wielkie: ‚WOW’. Styl gry – niepowtarzalny i zapierający dech w piersiach. Kosmiczne posiadanie piłki, fantastyczna gra trio: Messi, Naymar i Suarez. Punkty nagromadzone przez drużynę Enrique oraz problemy największego jej rywala, Realu Madryt a także kolejne potknięcia Atletico, sprawiły, że Barca urosła do miana głównego faworyta wszelkich rozgrywek a jej kibice oraz media zaczęli spekulować, czy ta drużyna nie prezentuje poziomu, pozwalającego jej na zaszczytne miano najlepszej drużyny w historii futbolu.
Z każdym kolejnym spotkaniem, coraz więcej osób zaczynało wierzyć, iż w Europie nie ma dostatecznie dobrego rywala mogącego konkurować z Dumą Katalonii na jakimkolwiek polu. Już w styczniu ukoronowaną ją więc zarówno tytułem mistrza Hiszpanii, jak i Pucharem Króla oraz, przede wszystkim, zwycięstwem w elitarnych rozgrywkach Ligi Mistrzów. PRO-Barcelońska fala zachwytu urosła do ogromnych rozmiarów i zaczęła niekontrolowanie wymykać się poza dopuszczalny obszar. Cóż, dla niektórych, z różnych względów to okazało się zbyt wiele. A konsekwencje są niestety dla nich bolesne…

Fani Katalończyków niepotrzebnie dumnie prężyli się na wszelkich forach, naśmiewając z Realu Madryt, trapionego kolejnymi problemami. Wypominali im sprawę Benzemy, zakaz transferowy, wyrzucenie z Pucharu Króla, kompromitację w Grand Derbi, ogromną stratę punktową do ich klubu a nawet zatrudnienie na ławce trenerskiej niedoświadczonego Zidane’a. Jakby zapomnieli, że karma wraca i życie nie raz potrafi spłatać figle. Dziś sytuacja zmieniła się o 180 stopni i to Barcelona znalazła się na prześmiewczym świeczniku a jej kibice chowają swoje głowy w piasek. Jeśli chodzi o sprawę z zakazem transferowym, Real i Atletico na razie kary uniknęli, za to Barcelona już dawno musiała ją odcierpieć. O problemach z prawem Benzemy już raczej nikt nie pamięta, za to na czołówki gazet kryminalnych coraz częściej trafiają Messi i Neymar. Odpadnięcia z Pucharu Króla poprzez incydent z Czeryszewem, nawet nie sposób porównywać do odpadnięcia z Champions League na etapie ćwierćfinału a Zinedine Zidane, wbrew wszystkim swoim krytykom, jako szkoleniowiec Królewskich osiąga rezultaty lepsze niż jego bardziej doświadczeni poprzednicy. Kto mieczem wojuje – ten od miecza ginie?
W przypadku socios Barcelony, na pewno. Przede wszystkim dla nich, sytuacja w jakiej aktualnie znalazł się ich klub, powinna być lekcją na przyszłość i to bez względu na to, kto w końcowym rozrachunku zostanie Mistrzem La Liga. Ich zachowanie na pewno nie pomoże klubowi a całą otoczką jaką budują wokół niego, na pewno nie przysporzy jej kolejnych zwolenników. Włodarze Blaugrany nie powinni się więc dziwić, iż większość ligowych rywali, w walce o mistrzostwo kibicować będzie nie Barcelonie ale dwójce z Madrytu. I tutaj, biorąc pod uwagę podejście do rywalizacji w ostatnich kolejkach sezonu być może będzie to czynnik decydujący.

„Do póki piłka w grze…”, skąd my to znamy? Choć Katalończycy w pewnym momencie znaleźli się na królewskiej pozycji, z której wydawało się, iż będą tylko rządzić i dzielić, los okrutnie z nich zażartował. Pięć spotkań w lidze (z Villarealem, Realem Madryt, Realem Sociedad oraz Valencią) a także rewanżowy mecz z Atletico w LM wystarczyło by piłkarze Blaugrany zaprzepaścili wszystko co dotąd ugrali. Pięć spotkań! Właśnie o tyle, jak się okazało, Barca w przekroju całego sezonu(na pięć kolejek przed końcem) była lepsza od Atletico Madryt. To tyle co nic, a przecież swego czasu, wydawało się, że Barcelonę od całej reszty dzielą lata świetlne. Jakież to było naiwne… Sytuacja zmieniła się diametralnie i w wyścigu o mistrzostwo szanse wszystkich trzech zespołów stoją mniej więcej równo.
Mentalnie zarówno Atletico jak i Real biją dziś Barcę na głowę ale… Jak prezentuje się terminarz?

Barcelona: La Coruna (wyjazd), Gijon (dom), Betis (wyjazd), Espanyol (dom), Granada (wyjazd).
Atletico: Bilbao (wyjazd), Malaga (dom), Vallecano (dom), Levante (wyjazd), Celta (dom).
Real: Villareal (dom), Vallecano (wyjazd), Sociedad (wyjazd), Valencia (dom), La Coruna (wyjazd).

Najbardziej sprzyjający plan gier ma właśnie Duma Katalonii. Co więcej, tytuł w dalszym ciągu zależy tylko od nich i jeśli do końca rozgrywek uda im się uzbierać komplet punktów – będą mogli świętować. Real traci do swoich rywali jeden punkt, więc wciąż musi liczyć na ich potknięcie a Atletico, bez wątpienia, czeka najtrudniejsze zadanie.  Dodatkowo, zarówno Królewscy jak i Los Rojiblancos będą musieli skupić się nie tylko na walce o ligowe punkty ale także, a może przede wszystkim o finał Ligi Mistrzów, a jak wiadomo, gra na dwóch frontach nie raz dawała się we znaki.

Bez względu na wszystko, na to czy jednak to Barcelonie uda się obronić w walce o mistrzostwo Primera Division i wywalczyć Puchar Króla, i tak zostaną największymi przegranymi tego sezonu. Startując z nieosiągalnego dla wielu pułapu, na ostatniej prostej do piłkarskiego nieba, dali się ogolić na łyso. Koncertowo dali się ograć swojemu największemu rywalowi w Grand Derbi, jak dzieci pozwolili wyrzucić się z elity Europy Atletico, a także w mistrzowskim stylu roztrwonili całą przewagę nad tymi samymi rywalami w walce o mistrzostwo Hiszpanii. Barcelona właśnie osiągnęła dno. W kilka tygodni obaliła swój własny mit – najlepszej drużyny wszech czasów, notując przy tym najgorszą serię od ponad trzynastu lat. Całe wyobrażenie o tym zespole jako kwintesencji futbolu, właśnie zaczyna mijać. Kibice przecierają oczy ze zdumienia, uświadamiając sobie, że Barca wcale nie jest taka, jaką przez ostatnie miesiące wszędzie malowano. Jej wyobrażenie, zaczęło już uchodzić za piłkarską legendę. A krok dzieli ją od momentu, w którym teorię o jej wielkości włożymy między bajki.
Już teraz możemy być także pewni, iż w kolejnym plebiscycie Złotej Piłki, w czołowej trójce nie znajdzie się miejsce dla żadnego z piłkarzy Barcelony. Po raz pierwszy od dawna. Już teraz w wyścigu o miano najlepszego piłkarza w Europie trio MSN wyprzedzają półfinaliści Ligi Mistrzów, na czele z Cristiano Ronaldo, który szturmem podbija zarówno Champions League jak i La Ligę, a przecież przed nami Mistrzostwa Europy we Francji, na których zabraknie zarówno Messiego, jak i Suareza oraz Naymara. Możemy tylko przypuszczać, że po tym turnieju na głosy swoich rywali w większej mierze będą mogli liczyć chociażby Griezmann, Lewandowski, Vardy, czy kilku Niemców. I niech ten fakt mówi sam za siebie, bo choć echo odpadnięcia z LM jest nieco tonowane to jego skutki dla Blaugrany mogą być niezwykle bolesne. Jeśli Barca nie podniesie się z kolan, straci tytuł oraz da się ograć Sewilli w finale Pucharu Króla, sytuacja na Cam Nou będzie nie do pozazdroszczenia. Okazało się, że Katalończycy to nie nad-ludzie a styl naniesiony przez Enrique przestał robić wrażenie na rywalach, jak niegdyś dryblingi Ronaldinho. Co więcej, ostatnie porażki musiały zaboleć dużą grupę szkoleniowców, którzy odkąd stawiali swoje pierwsze kroki na kursie trenerskim, na którym uczeni byli jak ważnym elementem gry jest utrzymywanie się przy piłce. Ta teoria właśnie legła w gruzach, wraz z całym zespołem Barcelony.
Choć rzeczywiście, w jakimś stopniu piłkarze i trener piszą historię – chyba jeszcze nikomu nie udało się tak spartaczyć idealnej sytuacji. Kolejny raz zrobili coś spektakularnego ale tym razem nie słychać zewsząd braw ale gwizdy. Głośne buczenie obrazujące widok poległych. Życie, jak widać, jest niezwykle brutalne, a piłka nożna jeszcze bardziej. Jeśli ktoś jeszcze ma co do tego wątpliwości, niech zapyta fanów Dumy Katalonii. 

Liga Mistrzów a w tle Gran Derbi.

0a2967904c6e084c06d0d4ac2b47a96e

Przed nami najważniejszy z dotychczasowych etapów rywalizacji w Champions League. Osiem najlepszych klubów Europy rozpocznie batalię o awans do półfinałów, z których już tylko krok pozostanie do realizacji marzeń. Kto z kim? Gdzie warto zawiesić oko? Komu najbliżej do najlepszej czwórki Starego Kontynentu?

Co by nie mówić i jakby się nie boczyć na ostatnie wyniki Bayernu oraz grę samego Roberta Lewandowskiego, bez wątpienia to Mistrz Niemiec jest w tej chwili w najbardziej klarownej sytuacji. Benfika Lizbona – mocna drużyna, jednak z zupełnie innej półki aniżeli większość ćwierćfinalistów. Na pewno pod żadnym względem nie dorównuje ekipie Guardioli i choć piłka lubi być przewrotna i płatać figle, nic nie wskazuje na to by Bayern nie odprawił gości z bagażem co najmniej kilku bramek.

W drugim pojedynku, w którym nie trudno wskazać zdecydowanego faworyta znajdują się ekipy Wolfsburga i Realu Madryt. Ci pierwsi, bardziej niż do swojego ligowego rywala, równają do Benfiki. Real natomiast to ciągle Real. Jeden z najlepszych klubów świata, któremu nie w głowie jest pożegnanie z LM na tym właśnie etapie. Niesieni zwycięstwem w Grand Derbi, nie powinni mieć żadnego problemu z wywiezieniem wystarczającej zaliczki z terenu Wilków.

Dużo ciekawiej pod względem atrakcyjności i niepewności co do ostatecznego wyniku dwumeczu, zapowiada się potyczka PSG z Manchesterem City. Mistrzowie Francji, którzy szturmem podbili Ligue 1, będą chcieli potwierdzić dominację także na europejskiej arenie. Przeciwstawić im postara się The Citizens, choć patrząc w jakiej ostatnio formie znajduje się Zlatan Ibrahimovic, może być to zadanie niewykonalne. Francuzi, w ostatnich latach prezentują dużo bardziej dojrzałą piłkę. Ewidentnie, jeśli któryś z tych zespołów miałby szansę powalczyć o finał LM z zespołami takimi jak Baayern/Real/Barcelona/Atletico to byłoby to właśnie Paris Saint Germain. Faworyt, nie tak zdecydowany jak Bayern i Real ale ciągle faworyt.

I na koniec ostatnie spotkanie. Najsmakowitsze. Najbardziej elektryzujące. Deser z pod ręki wybitnego cukiernika. Dwumecz pomiędzy dwoma hiszpańskimi klubami – Barceloną a Atletico być może wyłoni nie tylko półfinalistę ale także finalistę Champions League. Kto jednak miałby nim być?
Do tej pory, zarówno patrząc trzeźwym okiem, czysto teoretycznie, na papierze ale także patrząc wszelkimi różnymi sposobami – faworytem zawsze była Barcelona. Do ostatniego weekendu. Duma Katalonii w fatalnym stylu przegrali wielkie Gran Derbi z Realem. Ze swoim największym rywalem, w najbardziej prestiżowym meczu nie tylko hiszpańskiej ale także europejskiej piłki klubowej. Dodatkowo, mecz, w którym zawodnicy Blaugrany mieli oddać hołd zmarłemu niedawno Johanowi Cryuffowi. Nie udało się. Barca zagrała niemrawie, bez wyrazu i zupełnie jak nie ona. Całkiem zawiodło trio MNS, z którego widoczny na murawie był jedynie Suarez, a i on, najbardziej pilnowany nie miał zbyt wiele do powiedzenia. Pozostała dwójka – Messi i Neymar rywalizowali tamtego wieczoru raczej o tytuł antybohatera i trudno stwierdzić któremu z nich bardziej się on należał. W sumie gdyby na chwilę zniknęli z boiska, poszli na szybką kawę, prawdopodobnie kibice nie zauważyliby różnicy w grze swoich idoli. Dobrego dnia nie miał też Busquets i reszta zawodników z Camp Nou. W zasadzie jedynym, który tego wieczoru mógł zebrać pochwały za swój występ był Gerard Pique. Jedyny, który oddał hołd legendzie Barcelony i Ajaksu.
O słabości gospodarzy najlepiej niech świadczą statystyki meczowe, w których (oczywiście, poza posiadaniem piłki) górował Real Madryt. Nie do tego przyzwyczajeni są kibice. Zwykle sytuacja na boisku nie klaruje się tak korzystnie dla rywala Blaugrany, jak miało to miejsce podczas tego Gran Derbi. Ewidentnie, w Barcelonie coś pękło. Warto się zastanowić czy to jedynie chwilowe załamanie czy śladem piłkarzy Zinedine Zidane’a może pójść również Atletico? Skoro najlepsza ofensywa Europy przez 90 minut spotkania nie potrafiła przeforsować nie najlepszej przecież defensywy Realu, czy będą w stanie uporać się z najlepszą defensywą w całej Europie?
Na pewno będzie to inne spotkanie niż te, które mogliśmy podziwiać dotychczas w La Liga. To zupełnie inny poziom, Atletico nie ma nic do stracenia a Barca? W zasadzie wszystko. Po przegranych derbach Hiszpanii z Realem, atmosfera na Camp Nou nie zachwyca. Pojawiają się wątpliwości i tak, ciężko jasno i dosadnie przyznać dziś, że Barca jest murowanym pewniakiem. To może być zwyczajny bezbramkowy remis i w rewanżu wszystko będzie mogło się wydarzyć. Ale… równie dobrze Barcelona może zamknąć usta wszystkim, którzy wieszają na nich psy i odprawić swojego rywala z kwitkiem. Jak będzie?

Bayern, Real, PSG i? Okaże się, choć z każdym dniem szanse Atletico na korzystny rezultat rosną.

Finlandia na odwagę i jedzie się do Francji!

11.10.2015 POLSKA - IRLANDIA ELIMINACJE MISTRZOSTW EUROPY UEFA EURO 2016 PILKA NOZNA

5-0 z Finlandią! Wow! Wynik, mimo fatalnej postawy rywala i tak zasługuje na uznanie. Tym bardziej jeśli spojrzymy na wyjściową jedenastkę Polaków, w której, w przeciwieństwie do meczu z Serbią, aż roiło się od wielkich znaków zapytania. W ogóle, już teraz śmiało chyba możemy przyznać, iż starcie z Finami było dla kilku naszych zawodników ‚ostatnią szansą na Euro’, której przynajmniej w większości nie zmarnowali.
Sam mecz z przeciętnymi dziś Skandynawami o przygotowaniu naszego zespołu do Mistrzostw Europy nie powiedział nam nic, bo powiedzieć nam nie mógł. Finlandia to zupełnie inna półka niż wszyscy uczestnicy turnieju we Francji, dlatego nawet po najlepszej grze polskiej drużyny, nie będziemy w stanie do końca ocenić ich możliwości. W tym miejscu, warto więc chyba zastanowić się nad słusznością wyboru naszych sparingpartnerów w przygotowaniach do Euro, gdyż żaden z zespołów, z którym mierzyliśmy się do tej pory, albo z którym przyjdzie nam stoczyć boje na chwilę przed wyjazdem do Francji, nie zakwalifikował się do tej imprezy. Co gorsze, poza Holandią, której jakości odmówić nie możemy, żaden z naszych rywali, ani Serbia, ani Litwa a już na pewno nie Finlandia, nie będzie dostatecznie dobrym by przetestować na nim rozwiązania, które później mogłyby zaowocować z dużo silniejszymi Niemcami, Ukraińcami czy nawet Irlandią Północną. Czy nie lepiej więc byłoby spotkać się z którymkolwiek uczestnikiem francuskiego turnieju? No cóż, na dywagacje już za późno a jak na razie, Adam Nawałka nie dał nam żadnych powodów do zmartwień czy nieufności.

Musimy wierzyć w słuszność jego decyzji i końcowego wyboru kadry na ME. Tym razem (prawdopodobnie) nie grozi nam sytuacja, do jakiej doprowadził niegdyś Paweł Janas i braku powołania dla np. Roberta Lewandowskiego raczej się nie doczekamy ;-).
No właśnie, spotkania z Serbami i Finami, choć nam kibicom i dziennikarzom niewiele dały w kontekście oceny jakości drużyny, to już samemu selekcjonerowi rozjaśniły sytuację kadrową. Jury w składzie: Agustin Egurrola, Michał Piróg i Adam Nawałka, właśnie zaczęło rozdawać bilety do Francji i chyba możemy uznać, że trzon, szkielet, korpus drużyny już się ukształtował a kolejne miesiące, aż do ostatecznej, oficjalnej decyzji selekcjonera będą zażartą walką o być może ostatnie dwa-trzy miejsca w samolocie, a oczy obserwatorów w tym czasie zwrócone będą na naszą Ekstraklasę.

Biletów na Euro jest tylko dwadzieścia trzy, a biorąc pod uwagę, że do Francji zabrać trzeba trójkę goalkeeperów, to liczba szczęśliwców zmaleje nam do dwudziestu.
Pewniakami do wyjazdu są na pewno Fabiański, Szczęsny i Boruc wśród bramkarzy, Lewandowski i Milik jako napastnicy, Błaszczykowski, Grosicki, Krychowiak wśród pomocników i Glik oraz Piszczek jako obrońcy. Tym panom, Euro może przejść koło nosa tylko z jednej przyczyny, o której lepiej na wszelki wypadek teraz nie wspominać, żeby czasem nie wykrakać.
Wszyscy inni zawodnicy, w niektórych przypadkach bardziej pewni, inni nieco mniej, muszą jeszcze walczyć o utrzymanie formy. Nikt przecież nie dostanie biletu za darmo albo za zasługi. I o ile w przypadku ww graczy, ciężko przypuszczać by którykolwiek z nich nagle zaczął bumelować, o tyle kariery całej reszty w każdej chwili mogą zaliczyć wpadkę, która skreśliłaby ich z listy powołanych.
Na dzień dzisiejszy, do Francji jadą więc też: Wszołek, Zieliński, Salamon, Pazdan, Rybus, Jodłowiec i Wawrzyniak. 17 wybrańców a wolnych miejsc jeszcze tylko sześć. Kto o nie zawalczy?
W obwodzie pozostają jeszcze: Teodorczyk, Jędrzejczyk, Kapustka, Starzyński, Lewczuk, Borysiuk, Mączyński, Mila, Peszko, Sobiech, Stępiński, Szukała i Olkowski, a pamiętać trzeba, że ktoś taki jak Adam Nawałka, w każdej chwili może sięgnąć po zawodnika, który nagle, swoją świetną grą, złapie go za serce.
Jeszcze nikt nie powiedział ostatniego słowa i bez wątpienia, możemy liczyć na ciekawą rywalizacje aż do ostatniego okresu przygotowawczego, podczas którego dwudziestu trzech zawodników otrzyma wiadomość, na którą każdy profesjonalny piłkarz czeka odkąd pierwszy raz kopnie futbolówkę. Tak więc, w bloki startowe, Finlandia na odwagę i jedziemy podbić Francję!

Obraz po Serbii… Spostrzeżenia.

blaszczykowski_11

Za nami pierwszy mecz Polaków po dłuższej przerwie. Mecz towarzyski a to oznacza mniej więcej tyle, że nie należy oceniać go do końca poważnie. Nie należy płakać i zarzucać naszym reprezentantom słabszej postawy, nie lamentować i bluzgać pod adresem Biało-Czerwonych i co najważniejsze, nie wyobrażać sobie sromotnej porażki naszej kadry podczas Euro we Francji. Nie czas na to. Mecz z Serbią, jak już wspomniałam, był meczem towarzyskim, spotkaniem, w którym Adam Nawałka szukał odpowiedzi na nurtujące go pytania i testował pewne rozwiązania, o których większość z nas zapewne nie ma pojęcia. Nikt z nas nie powinien więc oczekiwać, że Lewandowski walnie kolejnych pięć bramek, albo jeszcze lepiej, że Krychowiak będzie jeździł na dupie od jednego pola karnego do drugiego. To nie ta kategoria spotkania i trzeba mieć świadomość, iż w tym momencie nie są nam potrzebne żadne kontuzje u kluczowych zawodników. Spotkanie z Serbią, podobnie zresztą jak to z Finlandią są ostatnim etapem przygotowań drużyny do najważniejszego turnieju, być może najważniejszego nie tylko w tym roku ale w całej polskiej historii. Dopiero ostatnie zgrupowanie kadry przed Mistrzostwami Europy będzie już tylko formalnością, szlifowaniem diamentu, który olśniewać ma u Trójkolorowych. I dopiero wtedy będziemy mogli oceniać przygotowanie naszych zawodników do zawojowania Europy.
Na dzień dzisiejszy, możemy więc wysnuć jedynie kilka wniosków:

1. Jakub Błaszczykowski kolejny raz udowadnia jak ważną postacią jest dla Reprezentacji Polski. W zasadzie był najjaśniej świecącą gwiazdą meczu z Serbią i bez wątpienia, tym występem zabukował już sobie bilet do Francji. Wszyscy w okół, kibice i dziennikarze martwili się, czy nie dostający szans na grę w Fiorentinie Kuba, będzie w stanie dać jakość Reprezentacji Polski i sam zainteresowany dał im chyba najlepszą odpowiedź. W ogóle, aż dziw bierze, że komukolwiek do głowy przychodzą takie wątpliwości. Szczególnie jeśli chodzi o dziennikarzy, którzy notabene w tej kadrze siedzą od środka już od wielu lat. Przecież każdy przeciętny kibic kadry, zdążył już dawno zauważyć, że Błaszczykowski najlepsze mecze w Reprezentacji rozgrywa wtedy, kiedy ma problemy w klubie lub kiedy dopiero wraca po kontuzji i w okół jego osoby pojawia się masa pytajników. To walczak z krwi i kości. Gdyby każdemu z naszych chciało się tak jak jemu, bylibyśmy spokojni o… Mistrzostwo Świata. Forma Kuby nie jest dla nas problemem, za to problem ma jego klubowy trener, może powinien w końcu zauważyć, że kiedy stawiał na Błaszczykowskiego, Fiorentina była liderem Serie A, a dziś wszyscy widzą, jak na klub z Florencji zadziałały jego roszady…

2. Polska jest niesamowicie bogatą reprezentacją! Tak, mamy coś czego nie ma nikt inny! Na jednej pozycji mamy taki urodzaj, że prawdopodobnie zazdroszczą nam tego wszyscy selekcjonerzy świata… Bramkarze! Mamy nie jednego, nie dwóch ale aż kilku światowej sławy goalkeeperów. Można zachwycać się Neuerem czy Buffonem ale z nimi jest tak, jak w znanym przysłowiu: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Szczęsny, Fabiański czy Boruc również mają wysokie umiejętności ale wiadomo, nie grają aż w tak utytułowanych klubach i nie mają tam na tyle dobrych kolegów w formacji obronnej, jak ww gracze, stąd też ich medialność jest dużo mniejsza i wydają się przez to słabsi. Ale my wcale nie mamy czego się wstydzić. Każdy z nich mógłby śmiało w pojedynkę uratować naszej drużynie wynik i popisać się w trakcie spotkania kilkoma niebywałymi interwencjami. Doceńmy ich klasę. I zauważcie, że jeśli któregokolwiek bramkarza innej reprezentacji wykluczyłaby z gry kontuzja, jego kolegów z drużyny ogarnąłby głęboki niepokój, czego konsekwencją mogłaby być lawina błędów. U nas tego nie ma. Bez względu na to, kto stoi u nas między słupkami, obrońcy nie muszą się niczego obawiać. Poziom jakości u każdego z nich jest bowiem podobny. Ta sama dobra szkoła. Dobre bo POLSKIE!

3. Grosicki, podobnie chyba jak wspomniany wyżej Kuba, ma tendencję do słabszej postawy, kiedy jego sytuacja klubowa jest unormowana. Mimo, że mecz z Serbią był tylko testem, wypadałoby by taki piłkarz jak zawodnik Rennes, nawet wyrwany w środku nocy ze snu, potrafi dograć idealną piłkę na głowę (czy tam nogę) naszych rosłych przecież napastników. Przecież ich widać! W tym elemencie, dużo lepiej prezentował się Łukasz Piszczek, widać tę niemiecką jakość i dbałość o szczegóły. Co więcej, warto zauważyć, że mimo rozłamu klubowego byłej trójki z Dortmundu, ich zgranie i szukanie się na boisku, wciąż może być naszym atutem i na Euro przynieść nam wiele korzyści.

4. Brakowało ligowców! O ile meczu z Serbią nie możemy traktować tak poważnie jak spotkań eliminacyjnych, o tyle mamy prawo porównywać je do innych towarzyskich meczów, między innymi tego z Islandią. Wczorajsza potyczka była pierwszą od dwóch lat, w której podstawową jedenastką tworzyli gracze, występujący jedynie na boiskach lig zagranicznych. I co? Kadra zaprezentowała się średnio dobrze. Wygrali bo wygrali, ale momentami nasz rywal ( można o nim powiedzieć wiele złego, co w dniu meczu przelewało się przez polskie media), złożony z kilku światowych gwiazd, stawiał nam poprzeczkę nad wyraz wysoko. Nie możemy dopuścić do tego, by którykolwiek nasz rywal na Euro, pozwalał sobie na taką swobodę w pobliżu pola karnego Polaków. U Niemców czy Ukraińców jest ogrom piłkarzy, którzy, w przeciwieństwie do Serbów, potrafią świetnie przymierzyć. A trzeba pamiętać, iż wtedy nie będzie już czasu na poprawę. Teraz jeszcze go mamy. Czego więc nam trzeba?

5. Lepszy środek pola! Może Krychowiak i Zieliński są odpowiednią parą na Euro ale na pewno nie w formie, w jakiej wczoraj zaprezentowali się polskim kibicom. Wiadomo, ten pierwszy potrzebuje czasu by wrócić do gry, którą czarował przed kontuzją ale czasu na przebudowę wszystkiego jest za mało. Z Zielińskim w ogóle jest dziwna sytuacja. Kiedy przejrzymy wypowiedzi na temat jego gry dziennikarzy i kibiców, znajdziemy masę skrajnych opinii. No właśnie. Gro osób uważa Zielińskiego za najlepszego piłkarza meczu, podczas gdy inni po tym spotkaniu wykreślili jego nazwisko z podstawowej jedenastki.
Piotrek bez wątpienia jest świetnym piłkarzem dużo widzi na boisku ale zauważmy, że nasz środek w tym spotkaniu nie zrobił zbyt wiele by zatrzymać Serbów i nie dopuścić ich do naszego pola karnego, a także niewiele by stworzyć sytuację dla Lewandowskiego i Milika. Dużo częściej grę prowadzono skrzydłami a piłki dogrywali Błaszczykowski, Grosicki, Piszczek i Rybus. Nie tak to ma wyglądać i zarówno Zieliński jak i Krychowiak muszą wziąć odpowiedzialność na barki.

6. Więcej wniosków z gry wyciągniemy po meczu z Finlandią. Oby nie było po niej kaca ale szansa na to się zwiększyła po tym, kiedy Adam Nawałka nie wysłał powołań dla Sławka Peszko i naszego byłego Prezydenta ;-).
Z innych pozaboiskowych spostrzeżeń, warto zwrócić uwagę na fakt, iż dużo lepiej mecze naszych Orłów ogląda się kiedy za transmisję bierze się profesjonalna ekipa Polsatu. Szczególnie jeśli skupimy się na komentarzu. Dobrze, że zamiast Szpakowskiego, za mikrofonem będziemy mieć Borka i Hajto. Bramki Polaków na pewną będą lepiej smakować a przestoje w grze zostaną wzbogacone nutką piłkarskiej historii, może wrócimy wspomnieniami do któregoś ze składów Reprezentacji Polski? Na pewno nikomu nie przyjdzie do głowy by się zdrzemnąć w trakcie transmisji, bo słuchając przez dłuższy czas głosu zasłużonego Pana Darka, nie raz miało się na to ochotę…

Ekstraklasa – dla kogo walka o puchary?

tabelaaa

Co prawda, od juta wszystkie poważne ligi Europy (w tym także i nasza, tak jest) robią sobie dwutygodniową przerwę od rywalizacji o punkty i cała uwaga kibiców skupiać się będzie na zmaganiach reprezentacyjnych, ale mimo wszystko, warto już teraz przyjrzeć się bliżej tabeli Ekstraklasy i oszacować szanse potencjalnych zwycięzców sezonu 2015/16, czyli innymi słowy, uczestników decydującej fazy rozgrywek w grupie mistrzowskiej.
W piątek o podobną statystykę postarała się stacja Canal+, jednak po ostatnim meczu drużyn walczących o awans do górnej ósemki wiemy już, iż całe te obliczenia po prostu wzięły w łeb. Czas więc zrobić to na nowo, tym bardziej, że do końca rundy zasadniczej, po której zarówno liga jak i zgromadzone punkty zostaną podzielone na pół, pozostały już tylko dwie kolejki a i terminarz daje nam nadzieję na ogrom emocji aż do ostatniego gwizdka sędziego.

Na dzień dzisiejszy, spoglądając na dorobek zgromadzony na koncie naszych ligowców, wydaje się, iż najbliżej upragnionego celu jest drużyna Ruchu Chorzów a po przeciwnej stronie barykady znajdują się piłkarze Górnika Łęczna. No właśnie, wydaje się. O ile w przypadku klubu plasującego się aktualnie na czternastej pozycji w tabeli, większych zmian oczekiwać jest niezwykle ciężko, o tyle, sytuacja Chorzowian, po spojrzeniu na aktualną formę oraz terminarz, już nie rysuje się tak kolorowo. Ale od początku…
Zestaw gier ostatnich kolejek rundy zasadniczej interesujących nas drużyn, prezentuje się następująco:

Legia Warszawa – Lechia Gdańsk
Cracovia – Górnik Łęczna
Ruch Chorzów – Wisła Kraków
Jagiellonia – Podbeskidzie
Termalika – Korona Kielce

Piast Gliwice – Jagiellonia
Wisła Kraków – Zagłębie
Podbeskidzie – Termalika
Korona – Górnik Zabrze
Lechia Gdańsk – Ruch Chorzów
Górnik Łęczna – Lech Poznań

Jak widać, ktoś kto konstruował terminarz, nieświadomie spłatał ligowcom małego psikusa i dwie ostatnie kolejki (podobnie jak ta, którą mamy już za sobą) obfitują w bezpośrednie spotkania drużyn, rywalizujących ze sobą o te same cele. Każda z nich walczy o sześć punktów, choć dla niektórych jeden lub dwa oczka mniej na koncie, mogą kosztować ich sportowe życie…

I tak:
Z drużyn, które rzeczywiście walczą jeszcze o awans lub pozostanie w górnej części tabeli (od razu wykluczając z tej rywalizacji Górnika Łęczna), w najgorszej sytuacji znajduje się chyba Lechia Gdańsk. Tak, pomimo dziewiątej obecnie pozycji w tabeli, terminarz Gdańszczan nie pozostawia złudzeń. Na początku Biało-Zieloni zmierzą się w Warszawie z Legią więc jakikolwiek dorobek punktowy w ich wykonaniu należałoby traktować w kategoriach cudu. Później przyjdzie im się zmierzyć z Chorzowskim Ruchem a przyjmując, że ci także nie zdobędą żadnego punktu w meczu z rozpędzoną Wisłą, daje do zrozumienia, iż Niebiescy zrobią wszystko by z Gdańska wywieźć chociażby remis.
Jeśli tak się stanie i w dwóch ostatnich spotkaniach Lechia i Ruch wywalczą jedynie po punkcie, awans zapewnią sobie Chorzowianie Jeśli jednak wygra Lechia, obie ekipy będą zmuszone ponownie spotkać się ale już w grupie spadkowej.
Kto więc wywalczy wtedy awans? Najbliżej będzie Jagiellonii Białystok, której do utrzymania w górnej części tabeli brakuje jedynie czterech punktów, a o te zawalczy ona kolejno z Podbeskidziem i Piastem Gliwice. Ich pierwszy rywal, również mający chrapkę na komplet punktów, na pewno tanio skóry nie sprzeda a Piast, wciąż jeszcze walczący przecież o mistrzostwo Polski, zrobi wszystko by na swoim terenie sięgnąć po pełną pulę. I o ile należy Jadze przypisać spore szanse na wykonanie swojego planu minimum, to tyle samo można postawić na ich sromotną klęskę.
Wspomniane już Podbeskidzie, oprócz rywalizacji z Jagiellonią, przyjmie u siebie również aspirującą do awansu Termalicę. I jeśli przyjmiemy, że piłkarzom z Bielska uda się wyrwać punkt w Białymstoku, tym bardziej nie powinni oni klęknąć przed gośćmi z Niecieczy.
Tu jednak sporo będzie zależeć od rezultatu Termalici w ich meczu z Koroną Kielce. Jeśli padnie tam wynik inny niż zwycięstwo gospodarzy, mecz w Bielsku, przynajmniej w kontekście awansu, dla Niecieczan przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.
Pełna strata punktów w pierwszym spotkaniu dziesiątej obecnie drużyny Ekstraklasy oraz niedostatecznie dobre punktowanie Jagiellonii i Lechii, otworzą wrota do grupy mistrzowskiej przed Koroną Kielce. Ci jednak, oprócz kompletu wywiezionego z Niecieczy, muszą jeszcze uporać się z walczącym o życie Górnikiem Zabrze, choć w przypadku Kielczan o walkę do upadłego możemy być raczej spokojni.
Na sam koniec warto przyjrzeć się drużynie, której jeszcze nie dawno wszyscy zwiastowali spadek, a dziś u której upatrują czarnego konia rozgrywek i jedną z najsilniejszych drużyn w lidze. I rzeczywiście. Po przyjściu na Reymonta Dariusza Wdowczyka, Wisła zachwyca swoją grą na tyle by w starciach z Ruchem oraz Zagłębiem, upatrywać w niej faworyta. A jeśli tak się stanie, przy sprzyjających jej wynikach, Wisła wyrasta na głównego faworyta w walce o awans. Na dzień dzisiejszy interesują ją jedynie wyniki Ruchu, Termalicii i Jagiellonii, gdyż chyba nikt nie spodziewa się by Lechia wywiozła z Łazienkowskiej trzy punkty.
Szanse klubu z Krakowa na sześć punktów w ostatnich meczach oscylują w okolicy 80%.
By awansować do górnej ósemki i walczyć o najwyższe cele, Biała Gwiazda potrzebuje jednak nieco więcej szczęścia, mianowicie, korzystnych dla niej rezultatów w innych meczach:
Lechia przegrywa w Warszawie, wygrywa ‚u siebie’ z Ruchem – Wisła mija w tabeli Chorzowian i Biało-Zielonych i awansuje dalej ich kosztem.
Jagiellonia w meczach z Piastem zdobywa maksymalnie trzy punkty, Wisła mija ją w tabeli i przy przegranej Lechii w Warszawie, awansuje ich kosztem.
Termalica nie wygrywa dwóch ostatnich spotkań, Wisła mija ją w tabeli.

Jak widać, Krakowianie, znając już nieco predyspozycje naszych ligowców, mają ogromne szanse na awans i jeśli nagle większość dolnej części tabeli nie zacznie wygrywać swoich spotkań, kibice Białej Gwiazdy będą mogli nieco zmodyfikować znane wszystkim hasło wykrzykiwane przez corocznych spadkowiczów z Ekstraklasy i w stronę ligowej czołówki skierować slogan: Bójcie się chamy, do pierwszej ósemki wracamy!
Patrząc na grę Wisły w ostatnich meczach i metamorfozę, jaką pod okiem nowego szkoleniowca przeszli jej piłkarze, chciałoby się zobaczyć ją ponownie w walce o najwyższe cele. Co by nie mówić, jej obecność w pierwszej ósemce tylko uatrakcyjniłaby kibicom ostatnią prostą ligowej rywalizacji a Legii, Piastowi i innym mogłaby przysporzyć nieco nerwów. A co! Jakby to Maciej Skorża powiedział: „Liga będzie ciekawsza!”.

Tak blisko, coraz bliżej… Najlepszy mecz Radwańskiej z Williams!

000541S8FTVX4P80-C116-F4

Wow! Warto było wstawać w środku nocy by obejrzeć i dopingować Agnieszkę Radwańską w rywalizacji z Sereną Williams. Bez wątpienia, był to najlepszy mecz Polki w dotychczasowych, dziesięciu już konfrontacjach tych pań. Nie udało się co prawda urwać Amerykance chociażby seta, jak miało to miejsce podczas pamiętnego finału Wimbledonu ale… w przeciwieństwie do tamtego spotkania, polska tenisistka większość punktów zdobyła dzięki swojej świetnej, często bardzo ofensywnej grze. Wiadomo jaką zawodniczką jest Serena Williams i jak rzadko, którejkolwiek rywalce w tourze udaje się wygrywać z nią pojedyncze punkty czy gemy, nie mówiąc już o całych setach, tylko dzięki swojej postawie a nie w wyniku chwilowej bądź stałej niedyspozycji Amerykanki.  Tym większe więc słowa uznania należy kierować w kierunku Polki. Agnieszce bowiem nie raz w tym meczu to się udało a fakt ten może jedynie napawać optymizmem co do kolejnych starć obu tenisistek. Może za jedenastym razem się uda? Oby! Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, iż od poniedziałku, Radwańska będzie drugą rakietą świata a to oznacza, że w kolejnych turniejach na najlepszą tenisistkę świata będzie mogła trafić dopiero w finale. Miejmy więc nadzieję, że największe sukcesy Radwańskiej w karierze, w tym także zwycięstwa nad utytułowaną rywalką są na wyciągnięcie ręki. W grze Polki widać bowiem niesamowity progres. To co wydawało się do tej pory niemożliwe, a takowym była jeszcze lepsza gra Agnieszki niż chociażby we wspomnianym już wcześniej wielkoszlemowym finale, właśnie ma miejsce i to wszystko dzieje się na naszych oczach.

Radwańska w świetnym stylu, żegnana owacją na stojącą kończy turniej w Indian Wells. Kończy z podniesioną głową, z dumą i co najważniejsze, wielkimi nadziejami na przyszłość. Serce radowało się patrząc na zawzięcie Polki a jeszcze bardziej na dopingującą ją publiczność. Mimo, że mecz rozgrywany był na amerykańskiej ziemi, że na trybunach przeważali rodacy rywalki, kolejny raz mieliśmy okazję przekonać się, którą tenisistkę kochają kibice. Momentami mogło się wydawać, że gdyby tylko była taka możliwość, rzesza fanów krakowianki zeszłaby z trybun i popchała ich ulubienicę w kierunku trofeum. I to nie tylko tego w Indian Wells ale w każdym kolejnym turnieju, kończąc na tych wielkoszlemowych. I chyba warto zaznaczyć w tym miejscu, że zwycięstwo w jednym z czterech (może w przypadku Agi trzech) turniejów Wielkiego Szlema jest jedyną rzeczą, której brakuje w dorobku Radwańskiej. Po pierwsze by stać się pełnoprawną, jedną z najlepszych tenisistek świata, po drugie by udowodnić tym, którzy właśnie przez brak tegoż tytułu na jej koncie, traktują ją z lekka lekceważąco, nie wierząc w magię i potęgę tenisa, którym to Polka się charakteryzuje.
A przecież nie bez kozery, Agnieszka awansowała na drugie miejsce w rankingu. W świecie gdzie rządzi siłowa rywalizacja, gdzie tak wielką przewagę dają warunki fizyczne, czego najlepszym przykładem jest właśnie Serena Williams, nasza rodaczka odnalazła się znakomicie. Naprawdę, trzeba docenić w Radwańskiej to, że jest chyba najrówniej grającą tenisistką świata, wkładając przy wszystkim w grę dużo więcej wysiłku od jej rywalek.
Kiedy taka Serena występuje jedynie na wybranych turniejach w sezonie, oczywiście tych najlepiej punktowanych, kiedy Angelika Kerber walczy ze wszystkich sił w jednym turnieju by z kolejnymi żegnać się już na pierwszej rundzie, kiedy połowę rywalek z pierwszej dziesiątki stać jedynie na pojedyncze zrywy lub ich kariera przypomina sinusoidę, Polka konsekwentnie, turniej po turnieju gra na równym poziomie dającym jej zwykle próg półfinałowy a w wielu przypadkach jeszcze lepsze rezultaty. Warto o tym mówić i podkreślać z iloma rywalkami w sezonie i z jaką częstotliwością mierzy się Radwańska, wychodząc na tym zwykle na dużym plusie. Punkty zebrane w danym roku najlepiej świadczą o sile danej tenisistki bo nie sztuką jest się przygotowywać na jeden turniej a w kolejnych zaprezentować się na tyle mizernie by już na jednym z pierwszych spotkań żegnać się z kibicami. Tenis to sport jak każdy inny i jeśli w innych dyscyplinach najbardziej ceni się bycie najlepszym przez cały sezon, inaczej nie powinno być w przypadku rywalizacji na kortach.

Polka, już od poniedziałku z drugiego stopnia rywalizacji w rozgrywkach WTA, wkroczy do dalszej rywalizacji w tym roku i zapewne jak my wszyscy z nadzieją będzie oczekiwać na kolejne sukcesy. Patrząc na ciągle podnoszący się poziom jej gry, na istną metamorfozę jaką od czasu zwycięskich mistrzostw w Singapurze przeszła, mamy prawo liczyć na pierwszy triumf w Wielkim Szlemie. krok po kroku, tak jak poprawiła swoją grę kiedyś z Li, w końcu także z Szarapową i Azarenką, tak jak zmieniła zupełnie,  o 180 stopni rozwój spotkań z Petrą Kvitovą i ogólnie jak przeciwstawia się teraz rywalkom ze ścisłej czołówki, tak widać też progres w spotkaniach z jej największą przeszkodą, czyli Sereną Williams. Być może do swojej, już przecież świetnej gry, Polka dołoży także niezłe oprogramowanie by w końcu rozbroić od środka tego amerykańskiego robota, jakim jest najlepsza rakieta świata. Może pomoże w tym jej pan, który z wysokości trybun oglądał mecz dwóch najlepszych tenisistek 2016 roku podczas zakończonego już półfinałowego spotkania? To co, czekamy na Wimbledon? Jasne, ale najpierw przed nami Miami, z którego Polka już raz, po fantastycznym meczu przeciwko naMELDONIUMowanej Szarapowej, przywiozła do kraju zwycięskie trofeum. Aga, tak Trzymaj!