Archiwa kategorii: Tenis

List otwarty do polskich lekkoatletów.

68420d5599de539c123bb484938d73e2

Drodzy lekkoatleci!

Jako wielka fanka polskiego sportu, a co za tym idzie także polskich sportowców, z wielkim żalem, może też bólem serca przyjęłam ostatnie ‚publiczne wystąpienia’ niektórych lekkoatletów. I rzecz jasna, wszyscy doskonale wiemy, iż nie chodzi wcale o piękne sportowe sukcesy na Mistrzostwach Europy, których byliśmy w ostatnich dniach świadkami ale o wylewanie frustracji w mediach i różne słowne utarczki, zaczepki czy wbijanie szpili w reprezentantów innej dyscypliny.
Jako kibic, poczułam się na tyle tym dotknięta, co zobowiązana i przede wszystkim, mająca prawo do skrytykowania Waszego postępowania.
Ale od początku… Na świecie żyję niewiele ponad ćwierć wieku ale z pełną świadomością mogę stwierdzić, że sport wypełniał je przez prawie cały ten okres. Niewiele pamiętam, z młodzieńczych czasów, jeśli trochę pogłówkuję, uda mi się dotrzeć do może dwóch takich momentów, które odznaczyły się w mej pamięci. O ile jeden, był dosyć osobisty – pierwszy dzień w zerówce i chowanie za spódnicą mamy, o tyle drugi – złoty medal Tomasza Sikory z Anterselvy – naznaczył mnie na całe życie. Miałam wtedy niecałe pięć lat i niewiele rozumiałam ale euforia wśród wpatrujących się w ekran telewizora członków mojej rodziny oraz czarne, znikające na nim kropeczki musiały wywrzeć na mnie tak ogromne wrażenie, że na kolejne lata zaowocowało chęcią ponownego wprawienia się w taki stan. Najpiękniejsze uczucie w życiu każdego kibica – radość z sukcesu polskiego sportowca na międzynarodowej arenie. Łzy spływające po policzku, w momencie obserwowania powiewającej Biało-czerwonej flagi w rytm ‚Mazurka Dąbrowskiego’… Znacie to, prawda?

Duma. Cholerna satysfakcja z bycia Polką. Za każdym razem kiedy sportowiec reprezentujący mój kraj sięgał po najwyższe laury. Było tak kiedy o medale czy zwycięstwa w zawodach walczył wspomniany Sikora i było tak kiedy robili to Małysz, Kowalczyk, Guzik, Gwizdoń, Stoch, Korzeniowski, Czapiewski, Adamek, Gołota, Michalczewski, Rogowska, Pyrek, Dołęga, Mauer, Skolimowska, Sycz i Kucharski, Pudzianowski, Nastula, Kubica, Plawgo, Majewski, Włodarczyk, Klepacka, Jędrzejczyk, Kawęcki, Korzeniowski itd. Było tak zawsze. Było tak zimą i latem. Kiedy startowali sztangiści, skoczkowie, wioślarze, floreciści czy pływacy ale także siatkarze, piłkarze i właśnie lekkoatleci. Z dumą dopingowałam także biegaczy w osobach Kszczota i Lewandowskiego, których darzyłam jednocześnie ogromnym szacunkiem. Dziś ten szacunek został lekko nadszarpnięty. Dlaczego?

Jako kibicowi, przykro patrzy się na fakt, iż jeden sportowiec, potrafi drugiemu wbijać szpilę, podczas gdy obaj działają (a przynajmniej powinni) we wspólnym interesie jednego kraju. Z zazdrości? Tak to niestety wygląda.
Nie ma sensu wchodzić na wojenną ścieżkę, zresztą stojąc na przegranej z góry pozycji, z kimś kto dostarcza fanom takiej samej dawki szczęścia. Takie zachowanie chluby sportowcowi nie przynosi, a może jedynie zaszkodzić w odbiorze jego osoby przez opinię publiczną oraz media. Te ostatnie naprawdę potrafią dać człowiekowi się we znaki. Kto mieczem wojuje od miecza ginie, czyż nie?

Zarówno Lewandowski jak i Kszczot oraz prawdopodobnie Fajdek, słownie próbowali uderzyć w polskich piłkarzy. Ludzi, którzy przez ostatni miesiąc dokonali rzeczy niemożliwych, zjednoczyli naród i nie jednokrotnie wywoływali uśmiech na ustach osób, u których rzadko kiedy można go było zobaczyć. To właśnie są te najpiękniejsze momenty, których nie można kupić za żadne pieniądze. Przecież Wam, drodzy lekkoatleci, ta sama sztuka udała się kilka dni później. Czy nie można było tak po prostu pozostać w zwycięskim nastroju i w spokoju przygotowywać się do Igrzysk w RIO?

Potrafię zrozumieć fakt, iż jako przedstawiciele dyscypliny nie tak popularnej jaką cieszyć się może w naszym kraju piłka nożna, czujecie się nieco sfrustrowani ale najgorsze, co w takim momencie mogliście zrobić to medialne ataki na Bogu ducha winnych piłkarzy. Czy tak postępują prawdziwi sportowcy? Chyba nie tędy droga…
Sportowiec, przede wszystkim, powinien postępować fair. Nie można zrzucać odpowiedzialności za małą popularność (według Was) Lekkoatletyki w Polsce na Grosickiego, Błaszczykowskiego czy innych reprezentantów. Tylko dlatego, że przed laty zamiast zdecydować się na treningi biegowe, wybrali futbol. Mogliście przecież iść tą samą drogą…
Umniejszanie im sukcesów a przede wszystkim insynuowanie, jakoby piłka nożna była sportem gorszego sortu, czy też jego odbiorcami byli ludzie mniej inteligentni to już zwykłe, za przeproszeniem, skurwysyństwo i obraza kilkudziesięciu milionów polskich kibiców.

Piłka nożna faktycznie jest jedną z dyscyplin sportowych, choć w dzisiejszych czasach ciężko ją porównywać do reszty. Nie bez kozery mówi się, że z rzeczy mniej ważnych, najważniejszą zdecydowanie jest piłka nożna. To coś więcej niż sport. Nie można z tym dyskutować a jedyne co można zrobić, to po prostu zaakceptować taki stan rzeczy.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że kiedy Reprezentacja Polski toczyła zacięte boje z Niemcami czy Portugalią, nasi 800-metrowcy nie tylko ich nie dopingowali ale z przekąsem narzekali na ich popularność i uwielbienie narodu. Tak było? Pozostaje nam współczuć.

Uważacie, że awans na Mistrzostwa Europy we Francji a także późniejszy ćwierćfinał naszych Orłów nie są żadnymi sukcesami? Nawet nie macie pojęcia jak bardzo się mylicie.
Macie w ogóle pojęcie, ile milionów na świecie kopie piłkę? Ciężko oszacować czy w ogóle licznik zatrzyma się na milionach… Wybić się więc ponad te liczby i znaleźć w gronie ośmiu najlepszych drużyn Europy jest niewyobrażalnym, przynajmniej dla lekkoatletów, sukcesem.

W Waszym przypadku, o zwycięstwie decydujecie tylko Wy. Albo musicie dobiec do mety jako pierwsi, albo rzucić najdalej ze wszystkich. Od Was zależy, jaki wynik osiągniecie a także będziecie jedyną osobą, do której będziecie mogli mieć pretensje w przypadku porażki.
Piłkarz, bez względu na to jaki by nie był dobry, jak bardzo by nie chciał walczyć o zwycięstwo, musi jeszcze oczekiwać na takie samo zaangażowanie ze strony kilkunastu innych osób. Jedenastu zawodników, trzech rezerwowych, sztab szkoleniowy oraz sędziowie. Każdy, w dowolnej chwili może coś spieprzyć. A odpowiedzialność i tak spada na piłkarzy, po równo.
Co więcej, warto zaznaczyć, że Mistrzostwa Europy w piłce nożnej są najsilniej obsadzoną imprezą tej dyscypliny i ich wynik niewiele by się zmienił, gdyby do rywalizacjo dołączono zespoły z innych kontynentów. W przypadku lekkoatletów, co zapewne zaobserwujemy podczas zbliżających się Igrzysk, sytuacja wygląda już zgoła odmiennie, prawda? Czy w rywalizacji z Jamajką czy Stanami Zjednoczonymi, Polska wciąż będzie liczyć się w walce o zwycięstwo w końcowej klasyfikacji?

Boli Was, że tak wielu kibiców wybiera futbol? Piłka nożna jest grą zespołową, co za tym idzie, zdecydowanie trudniejszą i bardziej atrakcyjniejszą dla publiczności. Czas jej trwania, przepisowe dziewięćdziesiąt minut daje kibicom dodatkowe pole do popisu i możliwość włączenia się w widowisko sportowe. Dla niektórych, wzięcie udziału w oprawie meczowej, dopingu i w jakiś sposób przypisanie sobie zasług, dołożenia cegiełki w triumf ukochanej drużyny, stało się sposobem na życie. Wyobrażacie sobie rzeszę kibiców prowadzących doping w trakcie kilku minut Waszego startu?
Powiedzcie, ile trwały Mistrzostwa Lekkoatletyczne wszystkich konkurencji? A ile ME piłkarzy? Ile kosztuje bilet na jeden mecz  ile na cały dzień, czy turniej zmagań lekkoatletycznych? Za co woli zapłacić kibic? No właśnie. Nie powinniście się porywać z motyką na słońce. Mistrzom, nie wypada…

Aż dziw bierze, że sportowcy, nie protestują, kiedy Agnieszka Radwańska, także przecież bez najważniejszego triumfu na koncie, zarabia grube miliony, podczas gdy ich portfele są o wiele szczuplejsze. Dziwne, że nie dostaje się Marcinowi Gortatowi czy Robertowi Kubicy, kasującym wielką kasę, a nie notującym spektakularnych sukcesów na swoich kontach. Ich popularność jest równomierna do piłkarzy, a za granicami naszego kraju biją ich nawet na głowę. W tym miejscu warto więc wspomnieć, że cała ta trójka włączyła się w szał, którym przez prawie miesiąc ogarnięty był nasz kraj i również, odziana w biało-czerwone barwy kibicowała piłkarzom w walce o jak najlepszy wynik.
No właśnie.
Jakoś nie słychać było lamentu ze strony siatkarzy, kiedy ci sięgali po złoty medal, nie narzekali szczypiorniści Vive, kiedy echa ich triumfu w Lidze Mistrzów ucichły zaledwie po dwóch dniach, nie narzeka Kamil Stoch, że nie jest wychwalany pod niebiosa jak swego czasu Adam Małysz, mimo dużo cenniejszego osiągnięcia na koncie, jakim bez wątpienia jest złoty medal IO. Nie narzekają żużlowcy czy siatkarze mimo, że ligi polskie tych dyscyplin to światowa czołówka a i na arenie reprezentacyjnej święcą największe sukcesy i nie narzeka grono innych polskich sportowców, których zawodów nawet nie transmituje polska telewizja, a którzy również mają się czym pochwalić.

Wiecie dlaczego w Polsce jedna dyscyplina osiąga większą popularność od drugiej? Dlaczego wspomniane już skoki narciarskie apogeum popularności osiągały za czasów Adama Małysza, a nie kiedy po złoto olimpijskie sięgał Kamil Stoch albo kiedy dorobiliśmy się więcej niż jednego świetnego skoczka? Dlaczego Cała Polska ściskała kciuki za Justynę Kowalczyk, a męskich zawodów telewizja polska nie raczyła nawet pokazać, kiedy o dobry wynik walczył Maciej Staręga? Dlaczego kiedy walczy Mamed Khalidov czy Mariusz Pudzianowski, kibice są w stanie zapłacić ogromne pieniądze by odkodować ich pojedynki, nierzadko przechodząc obok sław z UFC obojętnie? Dlaczego F1 przeżywało w naszym kraju lata świetności, kiedy w środku stawki znajdował się Robert Kubica a nie przed czy po jego obecności w gronie kierowców? Dlaczego gro osób ślęczy przed telewizorami słuchając wspaniałego komentarza Jarońskiego i Wyrzykowskiego i ‚pcha’ do przodu Majkę czy Kwiatkowskiego, wcześniej nie rozumiejąc nawet jak można ekscytować się kolarstwem? Można by zadawać takie pytania w nieskończoność, jednak odpowiedzi na każde z nich sprowadza się do jednego: Sport tworzą ludzie! To dla nich, nie z powodu zasad czy ciekawości danej dyscypliny, ogląda się zawody. To ludzi się wspiera i ludziom się kibicuje. Jeśli ci w zamian odwdzięczą się sukcesami, prawdopodobnie odbije się to na popularności całej dyscypliny.

Wy, jako lekkoatleci, odczuliście chyba tę popularność w kolejnych plebiscytach Przeglądu Sportowego na dziesięciu najlepszych sportowców danego roku. Policzcie ilu z Was, znajduje się w gronie nominowanych, ilu z Was ten plebiscyt udało się zwyciężyć.
Zacznijcie doceniać to co macie i zauważać rzeczy, wydawać by się mogło oczywiste, a których tak naprawdę widzieć nie chcecie. Kibice Was szanują, uwielbiają i są wdzięczni za każdy medal, jaki udało się Wam przywieźć z różnych zawodów. To, że nie piszą o Was media tak często jak o piłkarzach, raczej się nie zmieni ale zamiast narzekać, powinniście to zaakceptować. Prościej byłoby Wam się cieszyć z sukcesów innych sportowców i pokazać kibicom dumną twarz reprezentanta Polski, aniżeli sfrustrowanego małego człowieka z dużymi możliwościami.
Nie narzekajcie na małe (tylko według Was) zainteresowanie Wami i nie porównujcie się do piłkarzy. Z pewnością, nie macie nawet pojęcia z jaką falą krytyki ze strony nas kibiców, muszą sobie oni radzić każdego dnia. Wam się to raczej nie zdarza. Potraktowanie miejsca poza podium jako porażki jest raczej najmniejszym problemem dla sportowca. Tym bardziej, biorąc pod uwagę fakt, że dla wielu prawdziwych fighterów z charakterem, każde inne miejsce niż pierwsze  takową porażką jest. „Nie pozwólcie by ludzie, uznali Was za niegodnych podania ręki”.

Już na sam koniec, warto chyba wspomnieć, że każdy profesjonalny piłkarz/sportowiec posiada menadżera a większość także osoby odpowiedzialne za sprawy wizerunku. Po Waszych wypowiedziach, wnioskuję, że również powinniście takie znajomości zawrzeć. Może wtedy, Lekkoatletyka zaczęłaby zyskiwać na popularności.
Na razie możecie jedynie dziękować, iż na Igrzyskach Olimpijskich w zespołach piłkarskich nie mogą występować pierwsze reprezentacje seniorów, i to Wy możecie wygrywać w wyścigu o miano największych gwiazd całej imprezy. Tak więc:

Powodzenia w RIO!

Polska trenerami stoi… Czyli Nawałka wybrał szeroki skład na Euro!

adam-nawalka_25605732

Na chwilę dało się chyba zapomnieć, że nasz ukochany kraj zamieszkuje niezliczona ilość trenerskich talentów. Oczywiście, tylko garstka jak się okazuje, może poszczycić się papierami potwierdzającymi fach w ręku ale cała reszta, oj,  ta cała reszta ma niewyobrażalny… trenerski nos! Jakieś 80% polskiego społeczeństwa doskonale zna się na wszystkich tajnikach pracy szkoleniowca i choć w swoich CV nie mogą dopisać sobie żadnej notki potwierdzającej wykonywanie jakichkolwiek czynności w ów zawodzie, mają świadomość swojego talentu i przeznaczenia. Oj marnują się nam rodacy… Aż dziw bierze, że w całej historii futbolu, tylko dwóm szkoleniowcom udało się osiągnąć dobry wynik na arenie międzynarodowej. Niestety tylko jeden z nich prowadził naszą reprezentację…

Ale do rzeczy: Adam Nawałka ogłosił szeroką kadrę na zgrupowanie przed wyjazdem na Mistrzostwa Europy do Francji. Kadra ta liczy 28 zawodników:

Bramkarze: Łukasz Fabiański, Wojciech Szczęsny, Artur Boruc, Przemysław Tytoń

Obrońcy: Thiago Cionek, Paweł Dawidowicz, Kamil Glik, Artur Jędrzejczyk, Michał Pazdan, Łukasz Piszczek, Bartosz Salamon, Jakub Wawrzyniak

Pomocnicy: Jakub Błaszczykowski, Kamil Grosicki, Tomasz Jodłowiec, Bartosz Kapustka, Grzegorz Krychowiak, Karol Linetty, Krzysztof Mączyński, Sławomir Peszko, Maciej Rybus, Filip Starzyński, Paweł Wszołek, Piotr Zieliński

Napastnicy: Robert Lewandowski, Arkadiusz Milik, Mariusz Stępiński, Artur Sobiech

Na turniej, nasz selekcjoner może zabrać jedynie (Ranieri pewnie powiedziałby w tym miejscu ‚aż’ ) dwudziestu trzech graczy i wiadomo, że nie dla wszystkich zbliżające się wielkimi krokami zgrupowanie, będzie miało szczęśliwe zakończenie. Pięciu graczy będzie bowiem musiało opuścić je ze skwaszonymi minami i poczuciem niewykorzystanej szansy.
Patrząc jednak na reakcję większości Polaków, Nawałka decydując się na taką a nie inną ekipę, wywołał burzę lamentów, jaką swego czasu udało się już wytworzyć Pawłowi Janasowi. Każdy to zna: Dlaczego ten a nie tamten? Co w kadrze robi ten, dlaczego nie ma tamtego? itd…
Naprawdę, komentarze kibiców polskich selekcjonerów (z zamiłowania, nie z wykształcenia) dają do myślenia. Niektóre wręcz prowokują do rzeczowego myślenia i chęci zadania wielu pytań. Np: Czy nie sensowniej było powołać 48-osobową kadrę i z bliska przyjrzeć się każdemu? Może jakieś dodatkowe testy? Frank de Boer będąc w tak klarownej sytuacji jaką ma Adam Nawałka, zapewne zdecydowałby się na wyścigi sprinterskie i na Euro pojechaliby ci najszybsi. Milik przynajmniej nie musiałby się przejmować jakimś turniejem we Francji i zamiast tego, przebierałby w wakacyjnych ofertach. Może podobnego problemu nie miałby też Lewandowski? Rzeczywiście, Nawałka słabo kombinuje. Ale zaraz, zaraz… Może po ostatnim spotkaniu Lechii z Legią, stwierdził, że pomysł na zaskoczenie rywala wystawieniem nawet sobie nieznanego składu, pożądanego efektu na pewno nie przyniesie? Dobrze, że mógł wyciągnąć wnioski z błędów Czerczesowa bo dla nas Polaków oznacza to mniej więcej tyle, iż na ten moment, turniej dla naszej reprezentacji jeszcze się nie zakończył.

Teraz na serio, czy przez cały okres swojej kadencji Nawałka dał komuś powody do wątpliwości na temat jego pracy czy jakichkolwiek podjętych decyzji? No właśnie! Nawet kiedy wydawało się, że jego wybory to są oderwane od rzeczywistości i większość z nas kręciła na nie nosem, zawsze wychodził z nich obronną ręką, ba prawie zawsze okazywało się, że po prostu miał rację. Najlepiej więc, dla nas i dla niego będzie, jeśli każdy Polak czujący się lepszym kandydatem od Nawałki na stanowisko selekcjonera, przynajmniej do zakończenia Euro 2016, najzwyklej w świecie – odpuści. Nawałka doskonale zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i konsekwencji swoich decyzji. Były one na pewno przemyślane i dokładnie analizowane. Do Francji pojedzie grupa zgrana i idealnie dopasowana. Z gotowym planem A, B i C. A pewnie i w zanadrzu Nawałka będzie miał kilka dodatkowych kart, by w decydującym momencie sięgnąć po jokera…
W tym momencie to w jego rękach spoczywa los naszej drużyny i jeśli w meczu przeciwko Niemcom chciałby wystawić Dawidowicza, albo jeśli w ataku na Ukrainę wyszedłby Boruc – powinniśmy to zaakceptować. Sąd ostateczny nad selekcjonerem będzie miał miejsce dopiero po finałach a jeśli wtedy, dane nam będzie świętować jakiś sukces, wszystkim niedowiarkom będzie po prostu wstyd. Ale czy wtedy ktoś się przyzna, że zwątpił?

Do szerokiej kadry nie udało się trafić Borysiukowi, Teodorczykowi, Mili, Wolskiemu czy Szukale. Wśród niezadowolonych, pojawiają się także głosy wspominające o Wasilewskim czy Małeckim. I owszem, wśród tych zawodników są tacy, którzy tej drużynie mogliby coś dać ale… jeśli nie zdaliby egzaminu, za ich powołanie oberwałby Nawałka, nie grupa wszechwiedzących treneiro (z zamiłowania, nie z wykształcenia). Fajnie, że o powołaniach decydowała aktualna forma i umiejętności oraz sto tysięcy innych argumentów, o których nie mamy nawet pojęcia a nie zasługi. Te szybko mogłyby wyjść nam bokiem w sytuacji zagrożenia, kiedy potrzebowalibyśmy wyjścia awaryjnego…

Dzień po jednej z ważniejszych decyzji ale jeszcze nie najważniejszej w wykonaniu Adama Nawałki, śmiało możemy przyznać, że dobrze, iż papierów trenerskich nie można od tak kupić sobie na czarnym rynku!

Tak blisko, coraz bliżej… Najlepszy mecz Radwańskiej z Williams!

000541S8FTVX4P80-C116-F4

Wow! Warto było wstawać w środku nocy by obejrzeć i dopingować Agnieszkę Radwańską w rywalizacji z Sereną Williams. Bez wątpienia, był to najlepszy mecz Polki w dotychczasowych, dziesięciu już konfrontacjach tych pań. Nie udało się co prawda urwać Amerykance chociażby seta, jak miało to miejsce podczas pamiętnego finału Wimbledonu ale… w przeciwieństwie do tamtego spotkania, polska tenisistka większość punktów zdobyła dzięki swojej świetnej, często bardzo ofensywnej grze. Wiadomo jaką zawodniczką jest Serena Williams i jak rzadko, którejkolwiek rywalce w tourze udaje się wygrywać z nią pojedyncze punkty czy gemy, nie mówiąc już o całych setach, tylko dzięki swojej postawie a nie w wyniku chwilowej bądź stałej niedyspozycji Amerykanki.  Tym większe więc słowa uznania należy kierować w kierunku Polki. Agnieszce bowiem nie raz w tym meczu to się udało a fakt ten może jedynie napawać optymizmem co do kolejnych starć obu tenisistek. Może za jedenastym razem się uda? Oby! Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, iż od poniedziałku, Radwańska będzie drugą rakietą świata a to oznacza, że w kolejnych turniejach na najlepszą tenisistkę świata będzie mogła trafić dopiero w finale. Miejmy więc nadzieję, że największe sukcesy Radwańskiej w karierze, w tym także zwycięstwa nad utytułowaną rywalką są na wyciągnięcie ręki. W grze Polki widać bowiem niesamowity progres. To co wydawało się do tej pory niemożliwe, a takowym była jeszcze lepsza gra Agnieszki niż chociażby we wspomnianym już wcześniej wielkoszlemowym finale, właśnie ma miejsce i to wszystko dzieje się na naszych oczach.

Radwańska w świetnym stylu, żegnana owacją na stojącą kończy turniej w Indian Wells. Kończy z podniesioną głową, z dumą i co najważniejsze, wielkimi nadziejami na przyszłość. Serce radowało się patrząc na zawzięcie Polki a jeszcze bardziej na dopingującą ją publiczność. Mimo, że mecz rozgrywany był na amerykańskiej ziemi, że na trybunach przeważali rodacy rywalki, kolejny raz mieliśmy okazję przekonać się, którą tenisistkę kochają kibice. Momentami mogło się wydawać, że gdyby tylko była taka możliwość, rzesza fanów krakowianki zeszłaby z trybun i popchała ich ulubienicę w kierunku trofeum. I to nie tylko tego w Indian Wells ale w każdym kolejnym turnieju, kończąc na tych wielkoszlemowych. I chyba warto zaznaczyć w tym miejscu, że zwycięstwo w jednym z czterech (może w przypadku Agi trzech) turniejów Wielkiego Szlema jest jedyną rzeczą, której brakuje w dorobku Radwańskiej. Po pierwsze by stać się pełnoprawną, jedną z najlepszych tenisistek świata, po drugie by udowodnić tym, którzy właśnie przez brak tegoż tytułu na jej koncie, traktują ją z lekka lekceważąco, nie wierząc w magię i potęgę tenisa, którym to Polka się charakteryzuje.
A przecież nie bez kozery, Agnieszka awansowała na drugie miejsce w rankingu. W świecie gdzie rządzi siłowa rywalizacja, gdzie tak wielką przewagę dają warunki fizyczne, czego najlepszym przykładem jest właśnie Serena Williams, nasza rodaczka odnalazła się znakomicie. Naprawdę, trzeba docenić w Radwańskiej to, że jest chyba najrówniej grającą tenisistką świata, wkładając przy wszystkim w grę dużo więcej wysiłku od jej rywalek.
Kiedy taka Serena występuje jedynie na wybranych turniejach w sezonie, oczywiście tych najlepiej punktowanych, kiedy Angelika Kerber walczy ze wszystkich sił w jednym turnieju by z kolejnymi żegnać się już na pierwszej rundzie, kiedy połowę rywalek z pierwszej dziesiątki stać jedynie na pojedyncze zrywy lub ich kariera przypomina sinusoidę, Polka konsekwentnie, turniej po turnieju gra na równym poziomie dającym jej zwykle próg półfinałowy a w wielu przypadkach jeszcze lepsze rezultaty. Warto o tym mówić i podkreślać z iloma rywalkami w sezonie i z jaką częstotliwością mierzy się Radwańska, wychodząc na tym zwykle na dużym plusie. Punkty zebrane w danym roku najlepiej świadczą o sile danej tenisistki bo nie sztuką jest się przygotowywać na jeden turniej a w kolejnych zaprezentować się na tyle mizernie by już na jednym z pierwszych spotkań żegnać się z kibicami. Tenis to sport jak każdy inny i jeśli w innych dyscyplinach najbardziej ceni się bycie najlepszym przez cały sezon, inaczej nie powinno być w przypadku rywalizacji na kortach.

Polka, już od poniedziałku z drugiego stopnia rywalizacji w rozgrywkach WTA, wkroczy do dalszej rywalizacji w tym roku i zapewne jak my wszyscy z nadzieją będzie oczekiwać na kolejne sukcesy. Patrząc na ciągle podnoszący się poziom jej gry, na istną metamorfozę jaką od czasu zwycięskich mistrzostw w Singapurze przeszła, mamy prawo liczyć na pierwszy triumf w Wielkim Szlemie. krok po kroku, tak jak poprawiła swoją grę kiedyś z Li, w końcu także z Szarapową i Azarenką, tak jak zmieniła zupełnie,  o 180 stopni rozwój spotkań z Petrą Kvitovą i ogólnie jak przeciwstawia się teraz rywalkom ze ścisłej czołówki, tak widać też progres w spotkaniach z jej największą przeszkodą, czyli Sereną Williams. Być może do swojej, już przecież świetnej gry, Polka dołoży także niezłe oprogramowanie by w końcu rozbroić od środka tego amerykańskiego robota, jakim jest najlepsza rakieta świata. Może pomoże w tym jej pan, który z wysokości trybun oglądał mecz dwóch najlepszych tenisistek 2016 roku podczas zakończonego już półfinałowego spotkania? To co, czekamy na Wimbledon? Jasne, ale najpierw przed nami Miami, z którego Polka już raz, po fantastycznym meczu przeciwko naMELDONIUMowanej Szarapowej, przywiozła do kraju zwycięskie trofeum. Aga, tak Trzymaj!

Czy właśnie upada pomnik Szarapowej?

3606668-maria-szarapowa-643-378

Wczorajszego wieczoru, równo o 21 czasu polskiego, świat wstrzymał na chwilę oddech. Maria Szarapowa, na specjalnie zwołanej przez siebie konferencji oświadczyła, że od dziesięciu lat zażywała lek, który wspomagał jej wytrzymałość! No, może nie do końca tak brzmiała informacja, którą przekazała wszystkim Rosjanka ale… Prawdą, w sprytny zresztą sposób zamiecioną nieco pod dywan, jest to, iż Maria Szarapowa przez prawie całą swoją seniorską karierę, czyli równo dziesięć długich i bogatych w sukcesy lat, SZPRYCOWAŁA SIĘ! Robiła to dobrowolnie, i co najlepsze, jeszcze do końca minionego roku, całkiem legalnie.

Lek, który wielokrotna zwyciężczyni turniejów wielkoszlemowych zażywała, czyli Meldonium, jest lekiem poprawiającym pracę układu oddechowego i sercowo-naczyniowego, a więc przede wszystkim zwiększającym wytrzymałość sportowca. Jako, że do tej pory specyfik ten nie był na liście zakazanych, Szarapowej nie grożą straty żadnego ze zdobytych w ciągu ostatnich lat trofeów.
I to w tym wszystkim jest najśmieszniejsze. Niby zgodne z prawem, tak jak zgodny był Meldonium ale niesmak pozostaje, a smród jeszcze długo będzie unosił się nad wszystkimi tenisowymi i antydopingowymi organizacjami.
No bo cóż mają dziś czuć i powiedzieć rywalki Maszy, którym przyszło się z nią mierzyć i zejść z kortu z mianem pokonanych, kiedy okazuje się, że Rosjanka grała wtedy na podwójnym gazie? Popatrzmy na naszą Agnieszkę Radwańską, która w ostatnich latach przegrywała z Szarapową po bardzo trudnych, wyczerpujących ale też niezwykle wyrównanych meczach, w których nie raz to jedna piłka okazywała się decydującym o zwycięstwie czynnikiem w gemie, secie czy meczu. Czy dziś, z perspektywy czasu, Polka może czuć się oszukana? Czy patrząc na niewielkie różnice w bezpośrednich pojedynkach, a mając świadomość dodatkowego wspomagania u Rosjanki, może czuć się ona lepszą tenisistką? Ile tytułów  na koncie miałaby Szarapowa, gdyby nie stosowała Meldonium?
Na te pytania nie znajdziemy już odpowiedzi,  możemy jedynie dywagować: ‚co by było, gdyby…’.

Maria Szarapowa mimo dziesięcioletniej świadomości tego, co robi, zaprezentowała się podczas konferencji jako typową, znaną z różnych żartów i anegdot, głupią blondynkę. Cierpiącą z powodu swoich słabości. Oczywiście, przyznała się do brania koksu ale przecież robiła to legalnie a dodatkowo przeoczyła/zapomniała kliknąć w załącznik, w którym znajdowała się zaktualizowana lista niedozwolonych leków i wyszło, jak wyszło. Wystarczyło okazać smutek, załzawione oczy i wykazać skruchę. No, i nadzieję na możliwość kontynuowania kariery…
Aż dziw bierze, że aż tyle ludzi dało się nabrać na przedstawienie Szarapowej. Gro osób współczuje Rosjance a już szczytem śmieszności są reakcje podobne do tej, którą wykazała się sama Serena Williams. Amerykanka wyznała bowiem, że Maria pokazała klasę, wyznając prawdę i przyjmując na klatę odpowiedzialność za pomyłkę swój czyn. Istne jaja.
Nie dość, że Rosjanka złamała prawo oraz zasady fair play, nie dość, że świadomie oszukiwała kibiców i swoje rywalki a także tenisowe organizacje oraz swoich sponsorów przez długich dziesięć lat, to dodatkowo przez prawie półtora miesiąca od wykrycia w jej organizmie niedozwolonych środków ukrywała prawdę przed światem, prawdopodobnie by przygotować w miarę dobre wytłumaczenie, a wręcz linię obrony. I po tym wszystkim,  jeszcze znajdują się osoby, które ją tak po prostu… wspierają. Naprawdę, śmiać się czy płakać?
Któż wierzy, że jedna z najbogatszych sportsmenek świata wszystko robi sama? Gdzie była jej świta, cały szereg lekarzy, menadżerów i innych ludzi, kiedy w połowie roku 2015 ogłaszano listę leków, które od początku 2016 dołączą do listy zakazanych? Gdzie byli kiedy Masza została o tym poinformowana indywidualnie, za pośrednictwem poczty e-mail? No właśnie…
Choćby nie wiadomo co i jak opowiadała Szarapowa, ciężko w to uwierzyć. Tym bardziej, że jest ona kolejną reprezentantką Rosji, której próbka krwi daje pozytywny wynik. To już nie są przypadki a istny proces wspomagania się. Proces.

Rosyjska tenisistka wyznając, że podczas Australian Open została ‚przyłapana’ na dopingu’, wywołała lawinę domysłów. Czy oprócz niej, także inne tenisowe sławy mają coś na sumieniu? Czy tenisistki, które odpuszczają większość turniejów w sezonie, robią to właśnie z powodu wspomagaczy? Te teorie zaczynają zalewać internet z każdej strony ale patrząc na reakcje świata wobec Marii Szarapowej, ciężko przypuszczać by inne, nawet równie duże nazwiska jak jej, zawróciły tą dyscyplinę i zbudowały równie silny anty-front jak w przypadku kolarstwa, gdzie doping jest stosowany prawdopodobnie równie często jak woda…
A od Szarapowej, mimo, że środowisko tenisowe jej jeszcze nie opuściło, odwrócili się na razie sponsorzy. Nie wiadomo jeszcze jak długa dyskwalifikacja czeka Rosjankę i czy dane jej będzie (oby nie!) zagrać na Igrzyskach Olimpijskich w Rio ale kara na pewno jej nie ominie.
Na koniec warto dodać, iż nie sposób nie znaleźć u Marii podobieństwa do norweskich biegaczek narciarskich, które także legalnie poprawiają swoje wyniki w sporcie. Legalny doping – a to dobre!

Wesołych Świąt!

boże-narodzenie-piłka-nożna_19-129498

Wszystkim kibicom w tym szczególnym okresie życzę…

By Reprezentacja Polski na zbliżającym się Euro sprawiła nam wszystkim wyjątkowy prezent…
By Ekstraklasa po zimowej przerwie wciąż dostarczała nam wspaniałych emocji…
By Mistrz Polski (ktokolwiek nim będzie) awansował w końcu do upragnionej LM…
By Agnieszka Radwańska wygrała w końcu turniej Wielkiego Szlema…
By Jerzy Janowicz wrócił do swojej najwyższej formy…
By Piłkarze ręczni walczyli jak lwy na ME…
By siatkarze grali jak wtedy gdy zdobywali złoty medal MŚ…
By biathlonistki sięgnęły po medale MŚ…
By skoczkowie latali najdalej… i wiatr im nie przeszkadzał ;)
By Marcin Gortat bił kolejne rekordy w NBA…
By Artur Szpilka nokautował rywali w pierwszej rundzie…
By wszyscy reprezentanci Polski godnie reprezentowali nasz kraj na międzynarodowej arenie i dostarczali kibicom mnóstwa radości i wzruszeń!
Sukcesów, zdrowia, siły i wytrwałości!

Świat ją kocha. Polacy? Niekoniecznie…

10423924_803948156309914_2936637923812010041_n

W ciągu ostatnich czterech lat Agnieszka Radwańska była laureatką nagrody dla ulubionej tenisistki WTA. Po tym co ostatnio się wydarzyło, chyba nikt nie ma wątpliwości, że to Polka ma największe szanse na to aby także w tym roku sięgnąć po to trofeum. I nie, wcale nie chodzi o wygranie przez Isię mistrzostw w Stambule, które owszem, tylko powiększyło grono fanów naszej tenisistki, ale o… plebiscyt na najlepszą tenisistkę 2015 roku…

Radwańska co prawda tytułu najlepszej tenisistki nie otrzymała i nie ma się co dziwić, gdyż występami na korcie wciąż na niego nie zasłużyła ale nie ulega wątpliwości, że gdyby nagrodę tę przyznawali jedynie fani, Agnieszka zmiotłaby konkurencję z kortu. Czy komuś się to podoba, czy nie, z faktami się nie dyskutuje.
W ujawnionych przez oficjalną stronę WTA danych, ewidentnie widać, że pierwsze miejsce w głosowaniu fanów na najlepszą tenisistkę roku, z dużą przewagą nad triumfatorką Sereną Williams, zajęła Radwańska.
Gdyby nie to, że na końcowy wynik składają się nie tylko głosy kibiców ale też dziennikarzy, co roku, mimo braku spektakularnych sukcesów na korcie, Adze przypadałyby laury królowej Tenisa. Uff, dobrze jednak, że jest jak jest i w końcowym rozrachunku najlepszą zawodniczką roku zostaje rzeczywista zwyciężczyni na korcie, tenisistka, która przez prawie cały sezon dzieliła i rządziła na kortach całego świata, czyli Amerykanka, Serena Williams, numer jeden kobiecego tenisa. Choć nie ukrywajmy, sympatia, jaką kibice darzą Polkę, niezmiernie cieszy. Tym bardziej, jeśli Polka w pokonanym polu pozostawia takie tuzy tenisa, jak wspomniana wcześniej Williams, Maria Szarapova czy Ana Ivanović, czyli wydawałoby się tenisistki nie tylko lepsze ale i bardziej medialne od naszej zawodniczki. ‚Zwycięstwo’ Agnieszki to nie tylko zasługa nasza, Polaków, którzy przecież są geniuszami w różnego tego typu konkursach, w których startują przedstawiciele Polski ale niezliczona ilość głosów poparcia z całego świata. Co więcej, bez wątpienia można uznać, że Radwańską bardziej kochają poza granicami jej, czy naszego kraju. Może więc to czas, by ci Polacy, którzy wciąż nie doceniają jej gry, osoby przejrzeli na oczy i dostrzegli w niej diament, który już dawno został dostrzeżony przez mieszkańców najskrytszych zakątków Ziemi…

Polka to prawdziwy ninja kortu. Jej zagrania są na tyle magiczne, że nie tylko Andy Murray pieje z zachwytu ale też cała rzesza fanów krakowianki. Wygrywanie przez nią plebiscytu na ‚Shot of the year’ było więc tylko formalnością, jak widać po głosowaniu na tenisistkę roku, tą samą formalnością, będzie także zostanie ulubioną zawodniczką WTA, a kto wie, może za rok, także w tym najważniejszym głosowaniu przyjdzie Polsce wygrać, już nie tylko dzięki sympatii jaką cieszy się wśród swoich kibiców…

Zrobiła to! Radwańska jest mistrzynią WTA!

z19122222Q,Agnieszka-Radwanska-z-pucharem-za-zwyciestwo-w-tur

Osiem najlepszych zawodniczek w tym roku (nie licząc najlepszej ale nieobecnej Sereny Williams) spotkało się w Singapurze by walczyć o tytuł Masters – mistrzyni WTA. Osiem kobiet, każda z wielkimi nadziejami na końcowy triumf i wielkimi sukcesami na koncie. Wśród nich Polka, Agnieszka Radwańska, która mimo niekorzystnych statystyk H2H z większością z rywalek oraz małym procentem wygrywanych meczów z zawodniczkami z top 10, dokonała niemożliwego.

Trzeba przyznać się bez bicia, nikt patrząc realnie na singapurski turniej, nie postawiłby na końcowy triumf krakowskiej tenisistki zbyt wiele. Wiadomo, serce chciało, ono chce zawsze ale rozum, ten nie śmiał myśleć o czymś więcej aniżeli półfinale. A i o nim prysnęły marzenia po dwóch porażkach Agnieszki w fazie grupowej. Nawet ona sama przyznaje przecież, że straciła nadzieję i myślała, że czas pakować manatki i wracać. Stety dla niej i dla nas wszystkich, los okazał się łaskawy a wielką cegiełkę, wręcz ogromną dołożyły też od siebie sama Radwańska oraz Maria Szarapowa, dzięki czemu Polce udało się wyjść z grupy.

To już był sukces. Po pięknym, wręcz magicznym meczu z Simoną Halep, nadszedł czas na wyrównanie rachunków z Gabine Muguruzą, która w oczach kibiców Agnieszki, zaczynała powoli wyrastać na postrach, większy niż swego czasu Vika Azarenka. I tu jednak, okazało się, iż serce pozostawione na korcie nijak się ma do statystyk. Grając swój najlepszy tenis, podnosząc się z kolan po upadku, walcząc jak lwica o każdy punkt, Radwańska doprowadziła do łez siebie i fanów na całym świecie. W końcu można było dostrzec w niej błysk, ten sam, którym lśniła sięgając po tytuł w Miami, czy awansując do finału Wimbledonu. Aga odżyła. Wydawało się, że w finale z Szarapową, może powalczyć o zwycięstwo, przecież w pierwszym ich pojedynku, jeszcze w fazie grupowej było blisko, a teraz Polka mogłaby nawet góry przenosić ale tak się nie stało. Plany pokrzyżowała jej Petra Kvitova, która dosyć niespodziewanie szybko rozprawiła się z Rosjanką, wybijając jej finał, i co za tym idzie, powrót w wielkim stylu, z głowy…

Petra Kvitova, jako, że mało kto sądził, iż to z nią przyjdzie zagrać Polce, wywoływała mieszane uczucia. Dwukrotna zwyciężczyni Wimbledonu, turnieju, na którego wygranie od zawsze liczyła właśnie Polka, wydawała się być dosyć ciężką przeszkodą w walce o końcowy triumf. Być może nawet cięższą niż Rosjanka…
Baliśmy się o Agę, o jej wytrzymałość, o jej zabandażowane i obklejone udo i przede wszystkim o chęć rewanżu Czeszki za zeszłoroczną porażkę na tej samej imprezie. Próbowaliśmy nawet trochę usprawiedliwić potencjalną przegraną polskiej tenisistki w finałowym starciu, chwaląc pod niebiosa jej dotychczasowe osiągnięcia w tegorocznym Masters, mówiąc, że i tak już wiele osiągnęła, że porażka w finale wcale nie będzie postrzegana jako wpadka, a wręcz przeciwnie. Inaczej do tego tematu podeszła jednak sama Agnieszka, która wyszła na kort z zamiarem wygrania całego WTA Finals. Od początku grała jak natchniona, od początku pokazywała, jak bardzo jej zależy. Potwierdziła niesamowitą formę i niezmordowane serce do walki. Opłaciło się. Mimo chwilowych problemów, pozwolenia na podjęcie walki przez Kvitovą, Polka zagrała w mistrzowskim stylu. Wykończyła rywalkę jak seryjny morderca, fundując sobie i nam pokaźną dawkę emocji. I to jakich!
Agnieszka Radwańska dokonała rzeczy wielkiej. Odniosła sukces w turnieju, w którym gra się od początku do końca, zawsze o najwyższe cele. Tam nie ma przypadków, zawodniczek niżej notowanych, poziom więc jest niebywale wysoki. Każde zwycięstwo podnosi więc nie tylko stan konta ale i pewność siebie zawodniczek. Bez wątpienia zadziałało to u Agi.
W Singapurze, najlepsza polska tenisistka pokonała aż trzy rywalki z czołowej piątki rankingu. To chyba rekord w jej wykonaniu. Zarobiła też niezłą sumkę, która wywindowała ją na dziesiąte miejsce wszech czasów pod tym względem. A to tylko świadczy o tym, jak wielką, regularną i ograną zawodniczką jest Agnieszka. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości?

W finale, Polka popełniła tylko 5(!) niewymuszonych błędów, co najlepiej opisuje jej poziom. Może nie grała tak widowiskowo, z dużą ilością pięknych zagrań, jak w meczach z Halep czy Muguruzą ale ewidentnie wykonywała swój plan na to spotkanie. Ta taktyka, wspólnie opracowana ze sztabem szkoleniowym, przyniosła efekt w postaci największego sukcesu w karierze.

W tym miejscu wielkie brawa i ukłony należą się Tomaszowi Wiktorowskiemu i Dawidowi Celtowi, bez których Radwańska nie stałaby w miejscu, w którym aktualnie się znajduje. To oni oszlifowali do końca diament, który stworzyli wcześniej jej rodzice. I tak jak zapewne Agnieszka na początku roku stoczy pojedynek z Robertem Lewandowskim o tytuł sportowca roku w Polsce, tak i Wiktorowskiemu przyjdzie zmierzyć się z Adamem Nawałką. Na dzień dzisiejszy, możemy mieć nadzieję, że cała ta czwórka zostanie dostatecznie uhonorowana za zasługi dla Polski, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że jest ich od groma.

https://www.youtube.com/watch?v=JDwCjsm5t7s

Dziękujemy Agnieszce za wielkie emocje, za sukces i łzy szczęścia. Już nie mamy złudzeń, nie mamy nadziei ale mamy pewność, że Polka jest gotowa do sięgnięcia po pierwszy tytuł wielkoszlemowy. A co! Wierzymy! #AgaTrzymaj #TeamAga

Taką Radwańską chcemy oglądać! Zawsze!

4096

Piękny – czy to odpowiednie słowo by opisać tenis jakim zaszczyciła nas w meczu z Simoną Halep, Agnieszka Radwańska? Być może tak, a być może ‚piękny’ to jednak za mało. Spieszmy się więc z wypowiadaniem wszystkich przymiotników charakteryzujących grę Polki, bo mecz jaki zagrała, ilość zagrań, jakby z innej planety, jakimi cieszyła nasze oczy jest wręcz niebywała.
Spotkanie z Rumunką to prawdopodobnie najlepszy mecz Agnieszki w tym roku. Na początku było ciężko, potem zrobiło się wręcz katastrofalnie i kiedy wydawało się, że już po wszystkim, Polska podniosła się jak feniks z popiołów. We wspaniałym stylu, wręcz magicznym rozniosła swoją rywalkę, rywalkę, która do Singapuru przyjechała, jako najwyżej rozstawiona zawodniczka…

https://www.youtube.com/watch?v=cmJrjFevqx0

Magiczny… To określenie idealnie opisujące Polkę. Chyba nikt nie będzie miał wątpliwości, że przy następnym głosowaniu na zagranie miesiąca czy roku, w stawce będą konkurować ze sobą tylko Radwańska, Radwańska oraz Radwańska. Skąd my to znamy? ;-)

PS. Nie ważne, jak dla Agnieszki zakończy się Masters. Plan minimum już wykonała. Znów uradowała nasze trochę nadszarpnięte serca. Piękny mecz z Szarapową i niebywały przeciwko Halep znów dały nam nadzieję na przyszłość. Kilka zagrań, którymi popisała się Polka pokazało, że możemy od niej oczekiwać największych sukcesów…

Czy Radwańską stać na wielki powrót?

635714531417541353

Przeciętnemu kibicowi Tenisa w Polsce z dużą trudnością przyjdzie chyba przypomnienie sobie ostatniego pro-Wimbledońskiego okresu, który byłby aż tak słabo naelektryzowany nadzieją na sukces w tym turnieju Agnieszki Radwańskiej, jak miało to miejsce w tym roku. I prawdopodobnie, każdy stwierdziłby, że było to ładnych parę lat temu, wtedy, kiedy Agnieszka dopiero pukała do bram tenisowej elity. To prawda. Od tamtego czasu sporo się zmieniło. I u Radwańskiej, i w głowach kibiców.
Jeszcze trzy, dwa lata temu, zarówno nasza reprezentantka jak i jej fani podchodzili do londyńskiego turnieju, jak do najważniejszej imprezy w całym sezonie, licząc na wielki sukces i zdobycie upragnionego trofeum. Radwańska wygrywała turnieje, pokonywała kolejne rywalki i toczyła niezapomniane boje z najsilniejszymi tenisistkami rankingu WTA. Z każdym turniejem, coraz bardziej umacniając swoją pozycję w czołowej dziesiątce tegoż rankingu.  Każdy kibic Isi wiedział, że stać ją na zwycięstwo w największych imprezach i kiedyś w końcu do tego dojdzie, a gdzie jeśli nie na jej ukochanej trawie? Teraz wszystko obróciło się o 180 stopni i po tragicznym okresie gry w jej wykonaniu, po kilku fatalnych występach i wstydliwych porażkach, obraz łączący Radwańską z pucharem Wielkiego Szlema potraktowano by raczej jako cud, aniżeli spełnienie marzeń czy nadziei. Co po niektórzy słysząc owe zestawienie słów, pokręciliby zapewne głową z niedowierzaniem, lub po prostu zaśmiali, traktując to jako żart. I do tych ostatnich, nawet najwierniejsi fani talentu naszej reprezentantki nie powinni mieć pretensji, gdyż Agnieszka w ostatnim czasie nie tylko nie rozpieszczała nas swoją grą ale często doprowadzała do rozpaczy. Nie wystarczy też dwojga rąk by policzyć, ileż to zawiedzionych serc zostawiła, schodząc z kortu jako pokonana…

Ale dziś, czyż w tunelu wreszcie nie pojawiło się światełko? Czy analizując pierwszą, zakończoną już część dwutygodniowej londyńskiej batalii, oraz tę drugą, sondując szanse, tych, którzy wciąż utrzymali się na rozpędzonym rollercoasterze, Agnieszka Radwańska nie wyrasta na kogoś, kto śmiało mógłby się wcielić w postać czarnego konia Wimbledonu? Któż jak nie ona? Bramy do raju, czyli finału londyńskiego turnieju, stoją przed Polką otworem!

Śmieszny w tym wszystkim jest jednak fakt, iż owe bramy otworzyła przed Polką nie jej świetna gra a Jelena Janković. Tak, Serbka wyeliminowała z drogi do finału Radwańskiej, największą przeszkodę, na jaką Agnieszka mogła natrafić, czyli Petrę Kvitovą. A skoro z kursu kolizyjnego zniknęła zawodniczka, traktowana przez kibiców jako większa faworytka do triumfu, niż takie tenisistki jak chociażby Szarapova czy Azarenka, to któż mógłby zatrzymać rozpędzoną maszynę z Polski?
Zacznijmy od tego, że mówimy teraz tylko i wyłącznie o połówce drabinki. Patrząc bowiem na listę wszystkich zawodniczek pozostałych w turnieju, sytuacja Agnieszki, już tak klarownie by się nie przedstawiała. Na jej korzyść świadczy jednak fakt, iż najmocniejsze ogniwa kobiecego Tenisa znalazły się po przeciwnej części drabinki i Radwańska mogłaby się z nimi spotkać dopiero w finale. Obie siostry Williams, Azarenka, Bencic, Szarapowa, Diyas, Vandeweghe i Safarova – o nich, na ten moment, Polka myśleć nie musi, za to zestaw jej potencjalnych rywalek w drodze do finału, nie prezentuje aż takiej siły rażenia, co rzeczywiście może u kibiców budzić nowe nadzieje.  Bo czy rywalizacja, patrząc po kolei, z pogromczynią Kvitovej, Janković, Keys, Govortsovą, Bacsinszky, Niculescu, Maguruzą czy Woźniacki budzi w kibicach strach, podobny do tego, który towarzyszy nam przy okazji pojedynków z Sereną Williams czy Marią Szarapową? Nie oszukujmy się. Agnieszka nie mogła lepiej trafić. Teoretycznie najmocniejsze z tej grupy, Jankovic i Wozniacki, nie będą w starciu z Radwańską faworytkami, pierwsza ze względu na formę i bezpośrednie pojedynki, druga, przede wszystkim, ze względu na nawierzchnię. Polka, jeśli sama czegoś nie spieprzy i rzeczywiście uwierzy w swoje możliwości, powinna awansować do finału.

Może się okazać, że Aga poprawi swój największy wynik w karierze i to dosyć niespodziewanie, w czasie gdy rozczarowywała swoją grą kibiców i samą siebie, gdy tak wielu zdążyło spisać ją już na straty i szumnie głosić upadek polskiego Tenisa. Oczywiście, nie czas jeszcze na pompowanie balonika i głoszenie sukcesów, kiedy turniej jeszcze nie wkroczył nawet na ostatnią prostą i tak naprawdę, kiedy nikt do końca jeszcze nie wie, w jakiej formie jest Radwańska, bo, z całym szacunkiem, Dellaqua, Tomljanovic i Hradecka nie są tenisistkami, z którymi zwycięstwo można jakoś nad wyraz świętować, ani nawet ogłaszać wielkiego powrotu do ścisłej czołówki ale… to chyba odpowiedni czas by okoliczności i wiara znów dały nam się ponieść tej hurraoptymistycznej fali wypełnionej po brzegi nadzieją na sukces. Aga! Nie spieprz tego!

Navratilova publicznie krytykuje Radwańską? Bardzo dobrze!

uid_a174dfd760473b45e3296173a81cbca81421753703259_width_800_play_0_pos_0_gs_0

Fala oburzenia zalała polskie media po porażce naszej rakiety numer jeden w pojedynku z utytułowaną Venus Williams w ćwierćfinale prestiżowego Australian Open. I co najlepsze, to wcale nie Agnieszce dostało się po uszach (co przecież byłoby normalną koleją rzeczy) a Martinie Navratilovej, czyli nowej członkini sztabu trenerskiego polskiej zawodniczki. Nie, Czeszka nie oberwała za to, jakoby słabo przygotowała Radwańską do najważniejszego turnieju początku tego roku ale za… skrytykowanie swojej podopiecznej.
Front przeciw byłej świetnej tenisistce osiągnął dziś takie rozmiary, że sama Martina zmuszona była ustosunkować się do swoich słów i nieco załagodzić całą sytuację, tłumacząc się wszystkim dookoła, punkt po punkcie, co miała na myśli i dlaczego powiedziała właśnie tak a nie inaczej. Od A do Z… Tylko po co?

Czy osoba trenera w sporcie nie jest czasem tą jedyną, która ma prawo zagnić, zbesztać i zażądać wyjaśnień od swojego podopiecznego w razie niewykonania przez niego ustalonych wcześniej planów? To wydaje się przecież takie… normalne. Trener to autorytet, wzór, mentor i guru. To on ma nauczać i prowadzić. Wspierać ale i wymagać. Chwalić i krytykować kiedy trzeba. Tym bardziej jeśli jego wachlarz doświadczeń jest na tyle ogromny by nikomu do głowy nie przyszło, poddawać pod wątpliwość jego kompetencji. No tak, sprawa wydaje się prosta ale chyba nie w Polsce…
Nikomu nie trzeba chyba przypominać kim jest, a raczej kim była i co osiągnęła w tenisie Navratilova. Nikomu także nie trzeba przedstawiać Agnieszki Radwańskiej i jej dokonań braków. Na koncie Polki nie ma ani jednego triumfu w turniejach Wielkiego Szlema a przecież właśnie to jest marzeniem każdej profesjonalnej tenisistki. Podsumowując, Aga zatrudniła Martinę właśnie po to, by ta pomogła jej wyjść na szczyt i osiągnąć w końcu upragniony cel, który w przypadku naszej zawodniczki nosi nazwę Wimbledon. I tego się trzymajmy. Oczywiście, ani Agnieszka, ani tym bardziej jej nowa trenerka, nie byłyby sobą gdyby miały się skupić tylko na tym jednym turnieju i nie zawalczyć o pełną pulę. Stąd też wzięła się ostra reakcja czeskiej gwiazdy na słabą postawę Radwańskiej.
Miała do tego święte prawo. A że wszystko co chciała przekazać Polce nie zamknęło się tylko w czterech ścianach a usłyszał o tym cały świat? Tym lepiej! Ona jak nikt zdaje sobie sprawę z faktu, iż takie zabiegi potrafią zdziałać cuda, szczególnie jeśli ich autorem jest osoba, o byciu, którą marzyło się od dziecka. Czasem krytyka może być konstruktywna i zamiast kogoś złamać, wręcz przeciwnie – wyniesie go na piedestał. Może to samo czeka Polkę?

Navratilova tym bardziej nie powinna tłumaczyć się z krytyki, którą skierowała pod adresem Agnieszki, gdyż wszyscy, którzy najgłośniej dziś ją za to tępią, sami nie szczędzili ostrych słów Polce po jej kolejnych porażkach. Hejt hejtowi nierówny? Jakież to zakłamane. Media, kibice i Robert Radwański, im wszystkim, nie raz i nie dwa, zdarzało się ganić Agę za jej grę a także wybory poza kortowe. Niektórzy mieszali ją nawet z błotem. Dziś, kiedy ktoś z zewnątrz śmiał przyjąć ich grę i również skrytykować polską tenisistkę, nagle jakby się otrząsnęli i murem stanęli za Radwańską. Nagle tak pokochali Agnieszkę? Nie, to tak zwany syndrom psa ogrodnika… Więcej nie trzeba tłumaczyć…

Wyobraźmy sobie na miejscu Radwańskiej Stana Wawrinkę. Wyobraźmy sobie Ferrera lub Berdycha, światowe gwiazdy, podobnie jak Polka, jednak nie tak utytułowane jak Czeszka czy Nadal lub Federer. Czy któryś z nich, gdyby został skrytykowany przez coucha, którego notabene sam sobie wybrał do sztabu trenerskiego, miałby się obrazić i zerwać współpracę? Nie sądzę! Mimo statusu, miejsca w ścisłej światowej czołówce, które obecnie zajmują, mają świadomość tego, jak wiele im jeszcze brakuje do ich mentora. I chyba normalnym wydaje się sytuacja, w której gdy trener mówi, podopieczny słucha i wykonuje jego zadania. Czyż nie?

Zejdźmy na ziemię i cieszmy się, że taki ktoś jak Navratilova zgodził się pomóc Agnieszce w spełnieniu marzeń. Jeśli się uda, ci wszyscy, którzy dziś rzucają piorunami w kierunku czeskiej gwiazdy, będą zmuszeni nie tylko ją przeprosić ale wręcz postawić jej pomnik. Jeden, drugi oczywiście postawią Radwańskiej. Potem zagłosują na nią w konkursie na Sportowca roku i będą czcić, aż do kolejnej porażki…