Archiwa kategorii: Sportowcy

List otwarty do polskich lekkoatletów.

68420d5599de539c123bb484938d73e2

Drodzy lekkoatleci!

Jako wielka fanka polskiego sportu, a co za tym idzie także polskich sportowców, z wielkim żalem, może też bólem serca przyjęłam ostatnie ‚publiczne wystąpienia’ niektórych lekkoatletów. I rzecz jasna, wszyscy doskonale wiemy, iż nie chodzi wcale o piękne sportowe sukcesy na Mistrzostwach Europy, których byliśmy w ostatnich dniach świadkami ale o wylewanie frustracji w mediach i różne słowne utarczki, zaczepki czy wbijanie szpili w reprezentantów innej dyscypliny.
Jako kibic, poczułam się na tyle tym dotknięta, co zobowiązana i przede wszystkim, mająca prawo do skrytykowania Waszego postępowania.
Ale od początku… Na świecie żyję niewiele ponad ćwierć wieku ale z pełną świadomością mogę stwierdzić, że sport wypełniał je przez prawie cały ten okres. Niewiele pamiętam, z młodzieńczych czasów, jeśli trochę pogłówkuję, uda mi się dotrzeć do może dwóch takich momentów, które odznaczyły się w mej pamięci. O ile jeden, był dosyć osobisty – pierwszy dzień w zerówce i chowanie za spódnicą mamy, o tyle drugi – złoty medal Tomasza Sikory z Anterselvy – naznaczył mnie na całe życie. Miałam wtedy niecałe pięć lat i niewiele rozumiałam ale euforia wśród wpatrujących się w ekran telewizora członków mojej rodziny oraz czarne, znikające na nim kropeczki musiały wywrzeć na mnie tak ogromne wrażenie, że na kolejne lata zaowocowało chęcią ponownego wprawienia się w taki stan. Najpiękniejsze uczucie w życiu każdego kibica – radość z sukcesu polskiego sportowca na międzynarodowej arenie. Łzy spływające po policzku, w momencie obserwowania powiewającej Biało-czerwonej flagi w rytm ‚Mazurka Dąbrowskiego’… Znacie to, prawda?

Duma. Cholerna satysfakcja z bycia Polką. Za każdym razem kiedy sportowiec reprezentujący mój kraj sięgał po najwyższe laury. Było tak kiedy o medale czy zwycięstwa w zawodach walczył wspomniany Sikora i było tak kiedy robili to Małysz, Kowalczyk, Guzik, Gwizdoń, Stoch, Korzeniowski, Czapiewski, Adamek, Gołota, Michalczewski, Rogowska, Pyrek, Dołęga, Mauer, Skolimowska, Sycz i Kucharski, Pudzianowski, Nastula, Kubica, Plawgo, Majewski, Włodarczyk, Klepacka, Jędrzejczyk, Kawęcki, Korzeniowski itd. Było tak zawsze. Było tak zimą i latem. Kiedy startowali sztangiści, skoczkowie, wioślarze, floreciści czy pływacy ale także siatkarze, piłkarze i właśnie lekkoatleci. Z dumą dopingowałam także biegaczy w osobach Kszczota i Lewandowskiego, których darzyłam jednocześnie ogromnym szacunkiem. Dziś ten szacunek został lekko nadszarpnięty. Dlaczego?

Jako kibicowi, przykro patrzy się na fakt, iż jeden sportowiec, potrafi drugiemu wbijać szpilę, podczas gdy obaj działają (a przynajmniej powinni) we wspólnym interesie jednego kraju. Z zazdrości? Tak to niestety wygląda.
Nie ma sensu wchodzić na wojenną ścieżkę, zresztą stojąc na przegranej z góry pozycji, z kimś kto dostarcza fanom takiej samej dawki szczęścia. Takie zachowanie chluby sportowcowi nie przynosi, a może jedynie zaszkodzić w odbiorze jego osoby przez opinię publiczną oraz media. Te ostatnie naprawdę potrafią dać człowiekowi się we znaki. Kto mieczem wojuje od miecza ginie, czyż nie?

Zarówno Lewandowski jak i Kszczot oraz prawdopodobnie Fajdek, słownie próbowali uderzyć w polskich piłkarzy. Ludzi, którzy przez ostatni miesiąc dokonali rzeczy niemożliwych, zjednoczyli naród i nie jednokrotnie wywoływali uśmiech na ustach osób, u których rzadko kiedy można go było zobaczyć. To właśnie są te najpiękniejsze momenty, których nie można kupić za żadne pieniądze. Przecież Wam, drodzy lekkoatleci, ta sama sztuka udała się kilka dni później. Czy nie można było tak po prostu pozostać w zwycięskim nastroju i w spokoju przygotowywać się do Igrzysk w RIO?

Potrafię zrozumieć fakt, iż jako przedstawiciele dyscypliny nie tak popularnej jaką cieszyć się może w naszym kraju piłka nożna, czujecie się nieco sfrustrowani ale najgorsze, co w takim momencie mogliście zrobić to medialne ataki na Bogu ducha winnych piłkarzy. Czy tak postępują prawdziwi sportowcy? Chyba nie tędy droga…
Sportowiec, przede wszystkim, powinien postępować fair. Nie można zrzucać odpowiedzialności za małą popularność (według Was) Lekkoatletyki w Polsce na Grosickiego, Błaszczykowskiego czy innych reprezentantów. Tylko dlatego, że przed laty zamiast zdecydować się na treningi biegowe, wybrali futbol. Mogliście przecież iść tą samą drogą…
Umniejszanie im sukcesów a przede wszystkim insynuowanie, jakoby piłka nożna była sportem gorszego sortu, czy też jego odbiorcami byli ludzie mniej inteligentni to już zwykłe, za przeproszeniem, skurwysyństwo i obraza kilkudziesięciu milionów polskich kibiców.

Piłka nożna faktycznie jest jedną z dyscyplin sportowych, choć w dzisiejszych czasach ciężko ją porównywać do reszty. Nie bez kozery mówi się, że z rzeczy mniej ważnych, najważniejszą zdecydowanie jest piłka nożna. To coś więcej niż sport. Nie można z tym dyskutować a jedyne co można zrobić, to po prostu zaakceptować taki stan rzeczy.
Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, że kiedy Reprezentacja Polski toczyła zacięte boje z Niemcami czy Portugalią, nasi 800-metrowcy nie tylko ich nie dopingowali ale z przekąsem narzekali na ich popularność i uwielbienie narodu. Tak było? Pozostaje nam współczuć.

Uważacie, że awans na Mistrzostwa Europy we Francji a także późniejszy ćwierćfinał naszych Orłów nie są żadnymi sukcesami? Nawet nie macie pojęcia jak bardzo się mylicie.
Macie w ogóle pojęcie, ile milionów na świecie kopie piłkę? Ciężko oszacować czy w ogóle licznik zatrzyma się na milionach… Wybić się więc ponad te liczby i znaleźć w gronie ośmiu najlepszych drużyn Europy jest niewyobrażalnym, przynajmniej dla lekkoatletów, sukcesem.

W Waszym przypadku, o zwycięstwie decydujecie tylko Wy. Albo musicie dobiec do mety jako pierwsi, albo rzucić najdalej ze wszystkich. Od Was zależy, jaki wynik osiągniecie a także będziecie jedyną osobą, do której będziecie mogli mieć pretensje w przypadku porażki.
Piłkarz, bez względu na to jaki by nie był dobry, jak bardzo by nie chciał walczyć o zwycięstwo, musi jeszcze oczekiwać na takie samo zaangażowanie ze strony kilkunastu innych osób. Jedenastu zawodników, trzech rezerwowych, sztab szkoleniowy oraz sędziowie. Każdy, w dowolnej chwili może coś spieprzyć. A odpowiedzialność i tak spada na piłkarzy, po równo.
Co więcej, warto zaznaczyć, że Mistrzostwa Europy w piłce nożnej są najsilniej obsadzoną imprezą tej dyscypliny i ich wynik niewiele by się zmienił, gdyby do rywalizacjo dołączono zespoły z innych kontynentów. W przypadku lekkoatletów, co zapewne zaobserwujemy podczas zbliżających się Igrzysk, sytuacja wygląda już zgoła odmiennie, prawda? Czy w rywalizacji z Jamajką czy Stanami Zjednoczonymi, Polska wciąż będzie liczyć się w walce o zwycięstwo w końcowej klasyfikacji?

Boli Was, że tak wielu kibiców wybiera futbol? Piłka nożna jest grą zespołową, co za tym idzie, zdecydowanie trudniejszą i bardziej atrakcyjniejszą dla publiczności. Czas jej trwania, przepisowe dziewięćdziesiąt minut daje kibicom dodatkowe pole do popisu i możliwość włączenia się w widowisko sportowe. Dla niektórych, wzięcie udziału w oprawie meczowej, dopingu i w jakiś sposób przypisanie sobie zasług, dołożenia cegiełki w triumf ukochanej drużyny, stało się sposobem na życie. Wyobrażacie sobie rzeszę kibiców prowadzących doping w trakcie kilku minut Waszego startu?
Powiedzcie, ile trwały Mistrzostwa Lekkoatletyczne wszystkich konkurencji? A ile ME piłkarzy? Ile kosztuje bilet na jeden mecz  ile na cały dzień, czy turniej zmagań lekkoatletycznych? Za co woli zapłacić kibic? No właśnie. Nie powinniście się porywać z motyką na słońce. Mistrzom, nie wypada…

Aż dziw bierze, że sportowcy, nie protestują, kiedy Agnieszka Radwańska, także przecież bez najważniejszego triumfu na koncie, zarabia grube miliony, podczas gdy ich portfele są o wiele szczuplejsze. Dziwne, że nie dostaje się Marcinowi Gortatowi czy Robertowi Kubicy, kasującym wielką kasę, a nie notującym spektakularnych sukcesów na swoich kontach. Ich popularność jest równomierna do piłkarzy, a za granicami naszego kraju biją ich nawet na głowę. W tym miejscu warto więc wspomnieć, że cała ta trójka włączyła się w szał, którym przez prawie miesiąc ogarnięty był nasz kraj i również, odziana w biało-czerwone barwy kibicowała piłkarzom w walce o jak najlepszy wynik.
No właśnie.
Jakoś nie słychać było lamentu ze strony siatkarzy, kiedy ci sięgali po złoty medal, nie narzekali szczypiorniści Vive, kiedy echa ich triumfu w Lidze Mistrzów ucichły zaledwie po dwóch dniach, nie narzeka Kamil Stoch, że nie jest wychwalany pod niebiosa jak swego czasu Adam Małysz, mimo dużo cenniejszego osiągnięcia na koncie, jakim bez wątpienia jest złoty medal IO. Nie narzekają żużlowcy czy siatkarze mimo, że ligi polskie tych dyscyplin to światowa czołówka a i na arenie reprezentacyjnej święcą największe sukcesy i nie narzeka grono innych polskich sportowców, których zawodów nawet nie transmituje polska telewizja, a którzy również mają się czym pochwalić.

Wiecie dlaczego w Polsce jedna dyscyplina osiąga większą popularność od drugiej? Dlaczego wspomniane już skoki narciarskie apogeum popularności osiągały za czasów Adama Małysza, a nie kiedy po złoto olimpijskie sięgał Kamil Stoch albo kiedy dorobiliśmy się więcej niż jednego świetnego skoczka? Dlaczego Cała Polska ściskała kciuki za Justynę Kowalczyk, a męskich zawodów telewizja polska nie raczyła nawet pokazać, kiedy o dobry wynik walczył Maciej Staręga? Dlaczego kiedy walczy Mamed Khalidov czy Mariusz Pudzianowski, kibice są w stanie zapłacić ogromne pieniądze by odkodować ich pojedynki, nierzadko przechodząc obok sław z UFC obojętnie? Dlaczego F1 przeżywało w naszym kraju lata świetności, kiedy w środku stawki znajdował się Robert Kubica a nie przed czy po jego obecności w gronie kierowców? Dlaczego gro osób ślęczy przed telewizorami słuchając wspaniałego komentarza Jarońskiego i Wyrzykowskiego i ‚pcha’ do przodu Majkę czy Kwiatkowskiego, wcześniej nie rozumiejąc nawet jak można ekscytować się kolarstwem? Można by zadawać takie pytania w nieskończoność, jednak odpowiedzi na każde z nich sprowadza się do jednego: Sport tworzą ludzie! To dla nich, nie z powodu zasad czy ciekawości danej dyscypliny, ogląda się zawody. To ludzi się wspiera i ludziom się kibicuje. Jeśli ci w zamian odwdzięczą się sukcesami, prawdopodobnie odbije się to na popularności całej dyscypliny.

Wy, jako lekkoatleci, odczuliście chyba tę popularność w kolejnych plebiscytach Przeglądu Sportowego na dziesięciu najlepszych sportowców danego roku. Policzcie ilu z Was, znajduje się w gronie nominowanych, ilu z Was ten plebiscyt udało się zwyciężyć.
Zacznijcie doceniać to co macie i zauważać rzeczy, wydawać by się mogło oczywiste, a których tak naprawdę widzieć nie chcecie. Kibice Was szanują, uwielbiają i są wdzięczni za każdy medal, jaki udało się Wam przywieźć z różnych zawodów. To, że nie piszą o Was media tak często jak o piłkarzach, raczej się nie zmieni ale zamiast narzekać, powinniście to zaakceptować. Prościej byłoby Wam się cieszyć z sukcesów innych sportowców i pokazać kibicom dumną twarz reprezentanta Polski, aniżeli sfrustrowanego małego człowieka z dużymi możliwościami.
Nie narzekajcie na małe (tylko według Was) zainteresowanie Wami i nie porównujcie się do piłkarzy. Z pewnością, nie macie nawet pojęcia z jaką falą krytyki ze strony nas kibiców, muszą sobie oni radzić każdego dnia. Wam się to raczej nie zdarza. Potraktowanie miejsca poza podium jako porażki jest raczej najmniejszym problemem dla sportowca. Tym bardziej, biorąc pod uwagę fakt, że dla wielu prawdziwych fighterów z charakterem, każde inne miejsce niż pierwsze  takową porażką jest. „Nie pozwólcie by ludzie, uznali Was za niegodnych podania ręki”.

Już na sam koniec, warto chyba wspomnieć, że każdy profesjonalny piłkarz/sportowiec posiada menadżera a większość także osoby odpowiedzialne za sprawy wizerunku. Po Waszych wypowiedziach, wnioskuję, że również powinniście takie znajomości zawrzeć. Może wtedy, Lekkoatletyka zaczęłaby zyskiwać na popularności.
Na razie możecie jedynie dziękować, iż na Igrzyskach Olimpijskich w zespołach piłkarskich nie mogą występować pierwsze reprezentacje seniorów, i to Wy możecie wygrywać w wyścigu o miano największych gwiazd całej imprezy. Tak więc:

Powodzenia w RIO!

Czy właśnie upada pomnik Szarapowej?

3606668-maria-szarapowa-643-378

Wczorajszego wieczoru, równo o 21 czasu polskiego, świat wstrzymał na chwilę oddech. Maria Szarapowa, na specjalnie zwołanej przez siebie konferencji oświadczyła, że od dziesięciu lat zażywała lek, który wspomagał jej wytrzymałość! No, może nie do końca tak brzmiała informacja, którą przekazała wszystkim Rosjanka ale… Prawdą, w sprytny zresztą sposób zamiecioną nieco pod dywan, jest to, iż Maria Szarapowa przez prawie całą swoją seniorską karierę, czyli równo dziesięć długich i bogatych w sukcesy lat, SZPRYCOWAŁA SIĘ! Robiła to dobrowolnie, i co najlepsze, jeszcze do końca minionego roku, całkiem legalnie.

Lek, który wielokrotna zwyciężczyni turniejów wielkoszlemowych zażywała, czyli Meldonium, jest lekiem poprawiającym pracę układu oddechowego i sercowo-naczyniowego, a więc przede wszystkim zwiększającym wytrzymałość sportowca. Jako, że do tej pory specyfik ten nie był na liście zakazanych, Szarapowej nie grożą straty żadnego ze zdobytych w ciągu ostatnich lat trofeów.
I to w tym wszystkim jest najśmieszniejsze. Niby zgodne z prawem, tak jak zgodny był Meldonium ale niesmak pozostaje, a smród jeszcze długo będzie unosił się nad wszystkimi tenisowymi i antydopingowymi organizacjami.
No bo cóż mają dziś czuć i powiedzieć rywalki Maszy, którym przyszło się z nią mierzyć i zejść z kortu z mianem pokonanych, kiedy okazuje się, że Rosjanka grała wtedy na podwójnym gazie? Popatrzmy na naszą Agnieszkę Radwańską, która w ostatnich latach przegrywała z Szarapową po bardzo trudnych, wyczerpujących ale też niezwykle wyrównanych meczach, w których nie raz to jedna piłka okazywała się decydującym o zwycięstwie czynnikiem w gemie, secie czy meczu. Czy dziś, z perspektywy czasu, Polka może czuć się oszukana? Czy patrząc na niewielkie różnice w bezpośrednich pojedynkach, a mając świadomość dodatkowego wspomagania u Rosjanki, może czuć się ona lepszą tenisistką? Ile tytułów  na koncie miałaby Szarapowa, gdyby nie stosowała Meldonium?
Na te pytania nie znajdziemy już odpowiedzi,  możemy jedynie dywagować: ‚co by było, gdyby…’.

Maria Szarapowa mimo dziesięcioletniej świadomości tego, co robi, zaprezentowała się podczas konferencji jako typową, znaną z różnych żartów i anegdot, głupią blondynkę. Cierpiącą z powodu swoich słabości. Oczywiście, przyznała się do brania koksu ale przecież robiła to legalnie a dodatkowo przeoczyła/zapomniała kliknąć w załącznik, w którym znajdowała się zaktualizowana lista niedozwolonych leków i wyszło, jak wyszło. Wystarczyło okazać smutek, załzawione oczy i wykazać skruchę. No, i nadzieję na możliwość kontynuowania kariery…
Aż dziw bierze, że aż tyle ludzi dało się nabrać na przedstawienie Szarapowej. Gro osób współczuje Rosjance a już szczytem śmieszności są reakcje podobne do tej, którą wykazała się sama Serena Williams. Amerykanka wyznała bowiem, że Maria pokazała klasę, wyznając prawdę i przyjmując na klatę odpowiedzialność za pomyłkę swój czyn. Istne jaja.
Nie dość, że Rosjanka złamała prawo oraz zasady fair play, nie dość, że świadomie oszukiwała kibiców i swoje rywalki a także tenisowe organizacje oraz swoich sponsorów przez długich dziesięć lat, to dodatkowo przez prawie półtora miesiąca od wykrycia w jej organizmie niedozwolonych środków ukrywała prawdę przed światem, prawdopodobnie by przygotować w miarę dobre wytłumaczenie, a wręcz linię obrony. I po tym wszystkim,  jeszcze znajdują się osoby, które ją tak po prostu… wspierają. Naprawdę, śmiać się czy płakać?
Któż wierzy, że jedna z najbogatszych sportsmenek świata wszystko robi sama? Gdzie była jej świta, cały szereg lekarzy, menadżerów i innych ludzi, kiedy w połowie roku 2015 ogłaszano listę leków, które od początku 2016 dołączą do listy zakazanych? Gdzie byli kiedy Masza została o tym poinformowana indywidualnie, za pośrednictwem poczty e-mail? No właśnie…
Choćby nie wiadomo co i jak opowiadała Szarapowa, ciężko w to uwierzyć. Tym bardziej, że jest ona kolejną reprezentantką Rosji, której próbka krwi daje pozytywny wynik. To już nie są przypadki a istny proces wspomagania się. Proces.

Rosyjska tenisistka wyznając, że podczas Australian Open została ‚przyłapana’ na dopingu’, wywołała lawinę domysłów. Czy oprócz niej, także inne tenisowe sławy mają coś na sumieniu? Czy tenisistki, które odpuszczają większość turniejów w sezonie, robią to właśnie z powodu wspomagaczy? Te teorie zaczynają zalewać internet z każdej strony ale patrząc na reakcje świata wobec Marii Szarapowej, ciężko przypuszczać by inne, nawet równie duże nazwiska jak jej, zawróciły tą dyscyplinę i zbudowały równie silny anty-front jak w przypadku kolarstwa, gdzie doping jest stosowany prawdopodobnie równie często jak woda…
A od Szarapowej, mimo, że środowisko tenisowe jej jeszcze nie opuściło, odwrócili się na razie sponsorzy. Nie wiadomo jeszcze jak długa dyskwalifikacja czeka Rosjankę i czy dane jej będzie (oby nie!) zagrać na Igrzyskach Olimpijskich w Rio ale kara na pewno jej nie ominie.
Na koniec warto dodać, iż nie sposób nie znaleźć u Marii podobieństwa do norweskich biegaczek narciarskich, które także legalnie poprawiają swoje wyniki w sporcie. Legalny doping – a to dobre!

Czystka w Telewizji Publicznej a Sport.

tvp

Odkąd zmieniły się rządy na scenie politycznej w Polsce, ‚padło’ już niejedno stanowisko w polskiej telewizji publicznej – znanej wszystkim jako TVP. Pracę straciło mnóstwo dziennikarzy i szefów, wielu zostało zwolnionych przez nową władzę, inni sami złożyli wypowiedzenia. Wśród nowych nabytków grupy bezrobotnych jest mnóstwo znanych nazwisk, które dane nam było (z przyjemnością lub wręcz przeciwnie) oglądać codziennie na wizji lub w internecie. Choć z pracą w TVP pożegnało się gro osób tworzących różne programy i oddziały/kanały tematyczne tejże stacji również ‚od kuchni’, wśród nich na próżno szukać ludzi związanych ze sportem. A więc tych, których praca w ostatnich latach nie jest najlepiej odbierana u telewidzów. Choć to najlżejsze określenie, tego co wobec kibiców w Polsce wyprawia się obecnie przy Woronicza.

TVP, TVP2 i TVP Sport – wszystkie te kanały od wielu lat transmitowały różne zmagania polskich sportowców, dzięki czemu prawie każdy obywatel naszego kraju posiadający w domu odbiornik, bez przeszkód mógł im kibicować. Sytuacja komfortowa i normalna jednocześnie, wręcz naturalna prawda? No właśnie, tak było przez wiele lat i tak powinno być nadal, jednak w siedzibie owej telewizji, zwanej przecież publiczną, do sytuacji tej podchodzą zgoła inaczej. Stacja już dawno przestała dbać o kibiców a także polskich sportowców. Wszystkie najważniejsze imprezy czy wydarzenia sportowe, w których startują nasi reprezentanci transmitują inne telewizje, takie jak Eurosport, Polsat czy Canal+.
Kibice nie posiadający dostępu do wymienionych kanałów muszą się obejść smakiem. W publicznej nie obejrzą ani piłkarzy na Mistrzostwach Europy o europejskich ligach, w tym polskiej czy turniejach nie wspominając, ani piłkarzy ręcznych walczących aktualnie o medale na ME rozgrywanych w naszym kraju. TVP po prostu, od kilku ładnych lat pokazują nam środkowy palec oraz to, jak olewać potrzeby swoich odbiorców. Zresztą, zamiast wymieniać dyscypliny i wydarzenia, których transmisje publiczna bez wątpienia powinna przeprowadzać w otwartych kanałach, a których w programie na pewno nie ujrzymy, zwróćmy uwagę na te propozycje, które niezmiennie na swojej antenie nam ona przedstawia. Hmm…
Na pewno nie możemy mówić o bogatej ofercie, czy jakiejkolwiek rywalizacji na tym polu z wymienionymi wcześniej kanałami, i choć chciałoby się inaczej, jedyne czym można określić ofertę tej stacji to żenada. ŻE-NA-DA!
Poza kilkoma meczami Agnieszki Radwańskiej w turniejach drugiej  kategorii, transmisjach lekkoatletyki, oczywiście grubo okrojonych, czy dyscyplin nie mających w naszym kraju dużej popularności i sukcesów, m.in mistrzostw w łyżwiarstwie figurowym czy curlingu. Oprócz tego, oczywiście Tour de Pologne, mistrzostwa w pływaniu i zawody w narciarstwie klasycznym. W zasadzie to ostatnia pozycja, w skład której wchodzą m.in skoki oraz biegi narciarskie, wspólnie ze wspomnianą wcześniej lekkoatletyką, mogłyby robić za wizytówkę tej stacji, choć, jasno trzeba powiedzieć, również poziom tych transmisji jest na żenująco niskim poziomie. I z całym szacunkiem do zasług, jakie mają na swoim koncie panowie Szpakowski, Szaranowicz czy Kurzajewski, podczas zawodów, przez nich komentowanych lub współtworzonych, zbyt często chciałoby się zasnąć/wyciszyć głos/przełączyć na inny kanał/wyłączyć telewizor/przeklnąć/wyrzucić odbiornik przez okno itp.,itd.,* (niepotrzebne skreślić).
Tyle już zostało powiedziane na temat słabego przygotowania owych panów do pracy przy różnych transmisjach i beznadziejnych pomyłkach, że w tym momencie to wszystko powoli przestaje być już nawet śmieszne, choć jedyne co kibic może na to poradzić to tworzenie kolejnych serii memów w internecie. Dużo gorzej, wkurzać może niezliczona ilość transmisji ze studia TVP, w którym zasiadają ludzie, przedstawiani przez ową stację jako fachowcy danej dyscypliny oraz dziennikarze, często dający powody do podważania tegoż tytułu używanego w kontekście ich nazwiska. No jednym słowem – katastrofa, przez duże ‚K’.
Na dodatkową niekorzyść stacji, działa ostatnio także forma naszych sportowców, którzy do tej chwili byli jedynymi kartami przetargowymi. Skoczkowie, szczególnie Kamil Stoch zupełnie nie radzą sobie na skoczniach, za to największa gwiazda TVP – Justyna Kowalczyk przestała już się zaliczać nie tylko do faworytek ale też zwykłej czołówki swojej dyscypliny. Jedyne o co w tym sezonie walczy Polka to chyba walka z samą sobą i swoim zdrowiem, a być może także godnym zakończeniem kariery, co, biorąc pod uwagę to co dla publicznej w transmisji biegów jest najważniejsze, byłoby dla nich swoistą kulką w łeb. Ale czy to pierwszą w życiu? No właśnie.
Biegi narciarskie na kanałach TVP polegają jedynie na… Justynie Kowalczyk. Chyba właśnie jej nazwiskiem, zamiast nazwą samej dyscypliny, winny być reklamowane zawody. Patrzymy na Justynę, Rozmawiamy o Justynie i szukamy Justyny. Może byłoby to normalne w okolicznościach gdyby Polka zajmowała jedną z czołowych pozycji lub walczyła akurat o dobre miejsce, ale nie w momencie gdy Polki na przykład w danej konkurencji nie ma wcale albo już dawno z niej odpadła. To chyba podchodzi już pod chorobę natury psychicznej, lub także potrzebujące lekarza – silne uzależnienie.
Co więcej, nie chodzi tu o samą Kowalczyk, przecież to wielki sportowiec ale trzeba jasno powiedzieć, że niedawna sytuacja, kiedy to Polka pożegnała się już z rywalizacją w biegach sprinterskich, a o miejsce w półfinale walczył jeszcze nasz reprezentant Maciej Staręga, TVP, zamiast pokazać kibicom rywalizację mężczyzn, pokazało, a jakby inaczej, rozprawianie w studio swoich dziennikarzy na temat… Justyny Kowalczyk. Kpina, żeby nie użyć słów niecenzuralnych! Naprawdę, nasza kochana publiczna stacja bardzo szanuje swoich kibiców. Przecież Szpakowski, Szaranowicz i Kurzajewski są o wiele bardziej interesujący aniżeli sportowa rywalizacja…

Wspomniani panowie, ich wiedza, komentarz oraz cała otoczka jak i jakość transmisji nie umywa się do tego co proponują nam inne stacje. Komentarz na stacjach Eurosportu (także skoków i biegów ale przede wszystkim biathlonu czy kolarstwa) jest niepodważalnie bardziej profesjonalny niż w TVP, to samo mamy w przypadku Polsatu i Canal+. Transmisje wszystkich stacji deklasują swoją starą koleżankę już na starcie, nie tylko jeśli chodzi o jakość proponowanych transmisji ale samą pracę dziennikarską. Prosty przykład? Duet Jaroński – Wyrzykowski każdą, nawet najnudniejszą transmisję potrafią przerodzić w produkt, który odbiorca bierze w ciemno. Dość powiedzieć, że wielu kibiców nie mających pojęcia o dyscyplinach, które panowie komentują, decydują się obejrzeć je właśnie z powodu obecności ww dwójki. Nie ma również sensu porównywać spotkań piłki nożnej komentowanych przez znanego wszystkim ‚Szpaka’ wobec tego co proponują nam w Canal+. Tam, poza oczywiście takimi profesjonalistami jak Twarowski czy Smokowski, jest przeogromny wachlarz możliwości a nawet w meczach komentowanych przez niemających dużego doświadczenia w tym fachu byłych piłkarzy, oczekujący jakiegoś stopnia dostatecznej jakości odbiorca, zawsze wybierze tę stację.

Wobec powyższego, nie podlegającego żadnym wątpliwościom żenującego produktu, jakim oferuje i raczy nas jednocześnie telewizja publiczna, oraz wobec czystki jaka obecnie jest stosowana przy Woronicza, jedyne co możemy w tym momencie zrobić to zapytać: JAK, DO JASNEJ CHOLERY, DZIAŁ SPORTOWY TVP DALEJ ZACHOWAŁ SWOJE STANOWISKA PRACY? NO JAK?!

Krychowiak w jedenastce „France Football”, dlaczego właśnie on?

Grzegorz-Krychowiak-Sevilla-Arsenal-535134

Co zwykle robią siedemnastoletnie dziewczyny? Mnóstwo rzeczy, oczywiście od plotkowania na temat facetów, po buszowanie po galeriach handlowych włącznie. Ja mając lat siedemnaście, byłam już na tyle ‚zajawiona’ piłką, że oglądałam mecz Polaków u-20 na Mistrzostwach Świata w Kanadzie. Mecz nie byle jaki bo z wielką, chodź jeszcze wtedy młodą drużyną Brazylii, w której składzie prym wiodła wschodząca gwiazda światowego futbolu, czyli Alexandre Pato.
Któż nie zna tego nazwiska? Swego czasu, również na wspomnianym turnieju, mówiło się o nim jako następcy takich zawodników jak Ronaldo, Ronaldinho czy Kaka, szczególnie, że poza narodowością łączyły ich także barwy klubowe. Wszyscy bowiem występowali w drużynie AC Milan a przecież jeszcze wtedy, Rossoneri, na czele z Adriano Gallianim lubili poszaleć na rynku transferowym, zagarniając na San Siro najsmakowitsze kąski.
Takim właśnie kąskiem według wszystkich był wtedy Pato. Jeśli dobrze pamiętam (choć minęło już sporo czasu), w Kanadzie wszystkie oczy kibiców były zwrócone właśnie na niego, to on miał być najjaśniej świecącą postacią tego turnieju i świetnymi występami zwiększyć swoją wartość na rynku. Plany jednak już na wstępie pokrzyżowała mu Reprezentacja Polski a ściślej mówiąc… Grzegorz Krychowiak.

Młody wtedy, nieznany szerzej nawet polskiej publiczności pomocnik, znakomitym strzałem z rzutu wolnego dał nam zwycięstwo nad wielkim faworytem. Chyba właśnie wtedy ówczesny piłkarz rezerw Girondins Bordeaux skradł moje kibicowskie serce. Niby to tylko uderzenie z wolnego ale miało ono w sobie tę magię, to ‚coś’, co porywa i każe chcieć więcej.
Trzy punkty w meczu otwarcia (nomen omen) nie otworzyły wtedy Polsce drzwi do sukcesu,  i wydawało się, że także nasi piłkarze, na czele z Krychowiakiem nie zwrócili na siebie uwagi zagranicznych managerów. O piłkarzu grającym na co dzień we Francji było przez następnych kilkanaście miesięcy dosyć cicho, kilkuletnie wojaże na wypożyczeniach pomiędzy Bordeaux, Reims i Nantes nieco uchyliły mu okno na futbolowy świat a nam ożywiły nadzieję na duże wzmocnienie naszej drużyny narodowej.
Jak już wspomniałam, jako że Krycha szybko wyjechał za granicę, nam kibicom nie było dane obserwować jego pierwszych piłkarskich szlifów w którymś z polskich klubów, dlatego też mógł on uchodzić za jedną wielką niewiadomą. Nie dziwi więc nikogo fakt, że transfer do ligi hiszpańskiej, a przede wszystkim drużyny Sewilli został przyjęty w naszym kraju z dużą rezerwą, głównie wśród dziennikarzy, którzy, nie wierzyli do końca w potencjał rodaka. Dziś zapewne większość z nich bije się w pierś…

Historia Polaka w hiszpańskiej drużynie to wielki skok jakościowy pod każdym względem. Bajka o kopciuszku? Polskiemu pomocnikowi bliżej w tym momencie do Robota aniżeli kruchej dziewczyny ale fakt faktem, droga jaką dumnie kroczy nasz reprezentant jak na razie usłana jest różami. Sukces goni sukces. Grzesiek swoją postawą na boisku bardzo szybko ujął za serca kibiców i dziennikarzy na półwyspie Iberyjskim.  Ci pierwsi nie bez kozery śpiewają, że chcą w drużynie jedenastu Krychowiaków, podczas gdy ci drudzy nazywają Polaka ‚maszyną’. Prawdopodobnie nikt, na czele ze sztabem szkoleniowym i kolegami z drużyny, nie wyobraża sobie dziś Sewilli bez polskiego defensora. Tak, z tegoż powodu, mimo dosyć krótkiego stażu w zespole, Polakowi udało się przywdziać na ramię opaskę kapitana. To wielki zaszczyt ale i wielkie nadzieje, chyba nieco prośba o pozostanie Grześka w drużynie z Andaluzji, choć patrząc na formę i rosnące z każdym dniem oczekiwania wobec naszego rodaka a przede wszystkim ogromny potencjał, jaki w dalszym ciągu, mimo już prezentowanych nam walorów, drzemie w jego osobie, wydaje się, że kwestią czasu będzie jego transfer do jednego z najlepszych klubów Europy. Barca, Real, Atletico? Być może zupełnie inna liga? Widząc ciągle rozwijający się talent Krychy i wierząc w udany występ samego piłkarza Sewilli, jak i Reprezentacji Polski podczas Euro,  bez wątpienia kolejnym kierunkiem jaki na kontynuację swojej kariery wybierze Polak, będzie zespół walczący co roku tylko o najwyższe cele, a więc zwycięstwo w Champions League. Bez względu na to, która drużyna okaże się być nowym pracodawcą Krychowiaka, nie możemy wątpić w słuszność tego wyboru.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że żaden inny piłkarz z polskim paszportem a może i w La Liga, nie jest aż tak zakręcony na punkcie futbolu jak on. I wcale nie mówimy o łączeniu pracy z hobby, bo w przypadku Grześka tak to nie działa. On po prostu przesiąknął do reszty zajęciem, które na co dzień wykonuje i podporządkował mu całe swoje życie. Abstynent, zadowalający się jedynie wodą (nie mylić z wódą), stroniący od imprezowego stylu życia, tak przecież pasującego do zawodu piłkarza. W szczęśliwym związku, z wielkim poczuciem humoru i dużym zasobem inteligencji. Perełka w świecie futbolu. I co najważniejsze: Made in Poland.

Charakter to jedna i najprawdopodobniej najpotężniejsza zaleta, jaką w swoich rękach nogach sobie ma Grzegorz. To ta wypadkowa, która zaprowadzi go nam sam szczyt bo bez wątpienia właśnie u jego progu znajduje się dziś Polak. Ponad siedem lat po wygranym meczu z Brazylią, ówczesny złoty chłopiec, Pato przepadł w otchłań zapomnienia. Świat futbolu zapomniał o nim, jak o każdym piłkarzu, który na własne życzenie, głównie przez słabość charakteru, przegrał swoją karierę. Dziś, mając na karku ledwie dwadzieścia sześć lat, grywa w swoim rodzinnym kraju, nie przypominając ani trochę tych, do których kiedyś go przyrównywano. A piłkarz, który przed laty w meczu młodzieżowych Mistrzostw Świata ukazał światu swój talent, dziś podbija kolejne serca piłkarskich smakoszy. Świetnie spisującego się przez cały sezon w Sewilli i Reprezentacji Polski Krychowiaka docenili ludzie, którzy przez wiele lat uchodzili za wyrocznię pod tym względem, czyli dziennikarze „France Football”, umieszczając Polaka w najlepszej jedenastce roku 2015! Któż wtedy, podczas meczu Polska – Brazylia mógł pomyśleć, że po kilku latach to on a nie wspomniany już Pato, znajdzie się w takim zestawieniu?

To wielkie wyróżnienie, biorąc pod uwagę fakt, kogo w owej grupie zabrakło ale też ciekawy temat do dyskusji, patrząc na to ilu kibiców i dziennikarzy sceptycznie podeszło do takiego wyboru dziennikarzy FF. Według nich miejsce polskiego pomocnika powinien zająć Sergio Busquets, reprezentant FC Barcelony…
Oczywiście, nawet ktoś interesujący się futbolem od święta doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że najlepszym zespołem w Europie jest klub z Katalonii, wszak kolejny raz piłkarze tej drużyny sięgnęli po zwycięstwo w Lidze Mistrzów i jak przystało na takiego kibica, uznaje on przy okazji, że również wszyscy zawodnicy tego zespołu spełniają wszelkie kryteria bycia najlepszymi. Do takich samych wniosków co sezon dochodzą także (a jakże by inaczej!) wszyscy Socios, a więc fani ‚Dumy Katalonii’. Dlaczego więc zamiast Hiszpana, zwycięzcy Champions League i boiskowego kolegi Messiego i Naymara, miejsce w jedenastce 2015 roku France Football zajął Grzegorz Krychowiak? Może właśnie dlatego, że samo bycie członkiem najlepszej drużyny świata, wbrew pozorom, nie czyni każdego z poszczególnych jej piłkarzy najlepszymi na swych pozycjach. Być może dziennikarzom, którzy do swojego zestawienia najlepszych piłkarzy wybrali m.in. Krychowiaka potrzeba większych dowodów na piłkarską jakość niż sama przynależność do najsilniejszej obecnie drużyny na Starym Kontynencie, być może oni również zdecydowali się postawić na tę iskrę? To ‚coś’, co porywa za serce i każe chcieć więcej?

Porównując statystyki obu piłkarzy za pośrednictwem oficjalnej strony LaLiga a także serwisów takich jak Goal.com (tutaj profil Polaka nie jest pełny – chociażby brak zdjęcia, oceny umiejętności poszczególnych elementów gry) i WhoScored.com ciężko wyróżnić któregokolwiek z nich jako zdecydowanie lepszego. Nikogo nie zdziwi fakt, że Busquets częściej jest przy posiadaniu piłki (wszak gra w Barcelonie, która zawsze przez większą część spotkania utrzymuje się przy piłce), czy to że Krychowiak wygrywa więcej pojedynków w powietrzu aniżeli Hiszpan. Piłkarz Barcy wykazuje się lepszą celnością podań (tu bez wątpienia decydującym czynnikiem jest styl gry kreowany przez Katalończyków) za to Krychowiak częściej decyduje się na oddanie strzału.
Noty obu panów niewiele się od siebie różnią i o ile serwis goal.com wyższą ocenę daje piłkarzowi Barcy, o tyle już w serwisie WhoScored.com króluje nasz rodak. W tym miejscu warto więc zastanowić się nad innymi czynnikami aniżeli gra ww piłkarzy, które mogły przeważyć szalę na korzyść Krychowiaka, przy wyborze do jedenastki 2015 roku dziennikarzy FF.

I tak, jako że oczywistością jest to, iż Barcelona jest dużo lepszym zespołem niż Sewilla a także, że dysponuje ona większą liczbą indywidualnie lepszych zawodników, automatycznie daje im to pewien rodzaj swobody. Nie trzeba nawet podjąć zbyt dużego ryzyka twierdząc, iż każdemu piłkarzowi prezentującemu w miarę wysoki poziom sportowy, łatwiej byłoby grać w drużynie z Katalonii. Wiadomo, z dwóch piłkarzy o podobnych walorach sportowych, dużo ciężej jest rywalizować o najwyższe cele temu, obok którego nie biega kilkunastu najlepszych piłkarzy Europy, którym wystarczy podać futbolówkę na kilka metrów i jedynie spoglądać na dalszy ciąg wydarzeń w ofensywie. Tak, gracz ze słabiej obsadzonej drużyny, musi w grę włożyć o wiele więcej siły i serca, niż ten wykonujący jedynie wyznaczony zakres obowiązków, na którym zdecydowanie nie ciąży aż taka presja. Co więcej, gdyby tak spróbować zamienić obu piłkarzy, można by dojść do wniosku, jakoby Krychowiakowi nie brakowało zbyt wielu argumentów by zadomowić się w najlepszej jedenastce Europy, natomiast Busquetsowi, który w przeciwieństwie do Polaka nigdy nie grał w żadnym innym klubie poza Barceloną, mogłoby być ciężko zaadoptować się nie tylko w nowych okolicznościach ale także samej taktyce, gdzie trener i koledzy nagle zaczęliby wymagać od niego o wiele więcej…

Wbrew pozorom, także głosy o wycenie obu piłkarzy przez serwis Transfermarkt nie muszą działać na korzyść Busquetsa. Oczywiście, jest on w tym momencie warty o wiele więcej od Krychowiaka (50 mln do 25mln na korzyść Hiszpana) ale jest to podyktowane jedynie doświadczeniem, czyli różnicą czasu jaki na boiskach LaLigi (najlepszej europejskiej ligi) oraz Ligi Mistrzów spędzili obaj panowie a w tym pojedynku Krycha niewiele ma jeszcze do powiedzenia, oraz liczbą trofeów, które obu zawodnikom można zapisać na konto i gdzie również to Hiszpan ma zdecydowaną przewagę. Przyjmując więc do siebie fakt, że rywalizacja na tym polu do wyrównanych nie należała już na samym starcie, oraz prognozując, że przy transferze do jednego z czołowych klubów Europy i rozegraniu tam przynajmniej jednej świetnej rundy, wartość rynkowa polskiego pomocnika mogłaby przekroczyć tę widniejącą dziś przy nazwisku gracza Barcelony, w ogóle nie powinniśmy brać tego pod uwagę.
Inaczej spojrzymy na wszystko, jeśli pod lupę weźmiemy wiek obu zawodników a mianowicie fakt, iż Grzegorz Krychowiak jest o dwa lata młodszym zawodnikiem aniżeli Busquets. Komuś może się wydawać, iż ta różnica, plus zdecydowana różnica w wycenie obu piłkarzy, działa na korzyść Hiszpana, ale to jedynie wynik braku wyobraźni. Dwa lata to zdecydowanie dużo czasu, szczególnie w świecie futbolu by wznieść się na wyżyny, jak i stoczyć się na samo dno. Tu znów powołamy się na znany slogan: ‚Co by było gdyby…’ i zarysujemy dosyć realny zarys dalszej kariery Polaka na przełomie kolejnych dwóch lat, w których to podpisze on kontrakt z jednym z czołowych klubów Starego Kontynentu, oczywiście będąc dużym wzmocnieniem swojej nowej drużyny, przyczyniając się do zdobycia przez nią nie tylko krajowego mistrzostwa ale też trofeum Ligi Mistrzów. Indywidualnie osiągając wtedy świetne statystyki, windujące go na pierwszą pozycję wśród defensywnych pomocników Europy i zapewniając mu miejsce w najlepszej jedenastce roku na gali UEFA. I to tylko biorąc pod uwagę grę w barwach klubowych, a trzeba pamiętać, że w międzyczasie Krychowiak z dużymi nadziejami wystąpi także na Euro. Dwa lata. Niby nic takiego a jednak. Okres dwóch lat może Polakowi przynieść żniwa, o jakich Busquets będzie mógł już wtedy jedynie sobie przypominać. Ciężko bowiem przypuszczać, że za dwa lata Barcelona dalej będzie dzielić i rządzić w Europie. Przecież w futbolu wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie a jeśli Barcelona po, przypuśćmy, wygraniu kolejnej edycji Champions League, nie przebuduje znacząco swojej drużyny, prawdopodobnie znów da się zamknąć w czarnej dziurze wypalenia. Czy wtedy Busquets trafi na ławkę rezerwowych, czy może zdecyduje się na transfer do innego klubu, czyli wielką niewiadomą? Być może obu panom przyjdzie stoczyć jednak pojedynek o miejsce w wyjściowej jedenastce Dumy Katalonii? To zapewne byłoby ciekawym ale prawdopodobnie najmniej realnym scenariuszem…

To oczywiście tylko wyobrażenia przyszłości, zakładanie różnych wersji a przecież rozmawiamy o teraźniejszości i powodach, z jakich to Polak a nie reprezentant Hiszpanii, znalazł się w jedenastce roku France Football.
Wśród fanów Blaugrany pojawiają się głosy, jakoby miał to być zamierzony efekt, wręcz wymierzony w stronę katalońskiego klubu siarczysty policzek lub co też dało się słyszeć, efekt przeludnienia przedstawicieli tylko jednego klubu. Otóż, w jedenastce znalazło się już miejsce dla zdecydowanych pewniaków, czyli kolejno: Messiego, Neymara, Iniesty i Alvesa i dokooptowanie do tego grona kolejnego zawodnika katalońskiego klubu mogłoby zostać źle odebrane w piłkarskim światku ( choć dziennikarze ”L’Equipe” takich obaw jednak nie mieli ). Co jak co, ciężko taką wersję wydarzeń w ogóle brać pod uwagę, gdyż dominacja samego klubu z Katalonii jest tak duża, że ktoś próbujący obniżyć skalę ich sukcesów przez nie docenienie wyróżniających się w ich zespole piłkarzy wystawiłby się jedynie na pośmiewisko. Gdyby taki stan rzeczy miał mieć miejsce, pod ‚obstrzał’ wzięty zostałby któryś z czołowych zawodników, takich jak chociażby Iniesta czy Neymar. Po prostu, łatwiej niektórym szerzyć teorie spiskowe niż przyznać, że jeśli w drużynie prowadzonej przez Luisa Enrique jest kilku zawodników, których gra porywa za serce i najzwyczajniej w świecie zachwyca, to w śród nich nie ma niestety Sergio Busquetsa. Za to w takiej samej sytuacji ale u chłopaków z Andaluzji, najbardziej wyróżniającą się postacią w zespole jest właśnie Grzegorz Krychowiak. Co mecz, na boisku pozostawia serce i prawdopodobnie właśnie to urzekło w nim dziennikarzy France Football. Skoro nie widać znaczącej różnicy w grze dwójki zawodników pod względem statystycznym, oczy otwiera się na zupełnie inne walory, a tych zdecydowanie więcej jest po stronie Polaka. Prawdopodobnie wybierając jedenastkę roku 2015, redakcja FF rzeczywiście zobaczyła u Krychy iskrę, tę samą, którą miał on w sobie już na MŚ u-20 w Kanadzie. I być może kiedy ich koledzy po fachu z innych redakcji, kierowali się rozumem konstruując swoje jedenastki, kiedy woleli postawić na bezpieczny wybór, z którego nie będą się musieli zbytnio tłumaczyć, a który każdy piłkarski laik po prostu zaakceptuje, oni kierowali się sercem. Rozum i Serce, odwieczne dylematy, co rusz komplikujące życie i dostarczające nowych powodów do dyskusji.
Ale kiedy przeciwnicy wyboru Krychowiaka do jedenastki roku przez znany francuski tygodnik w dalszym ciągu będą powoływać się na wszelkie inne zestawienia, w których rywalizację wygrywa Busquets, niech zastanowią się dlaczego to Krychowiak został nominowany do drużyny roku UEFA, za to na próżno wśród kandydatów szukać hiszpańskiego defensora…

Statystyki:

LaLiga porównanie
Goal.com busquets krychowiak
WhoScored.com busquets krychowiak

Wesołych Świąt!

boże-narodzenie-piłka-nożna_19-129498

Wszystkim kibicom w tym szczególnym okresie życzę…

By Reprezentacja Polski na zbliżającym się Euro sprawiła nam wszystkim wyjątkowy prezent…
By Ekstraklasa po zimowej przerwie wciąż dostarczała nam wspaniałych emocji…
By Mistrz Polski (ktokolwiek nim będzie) awansował w końcu do upragnionej LM…
By Agnieszka Radwańska wygrała w końcu turniej Wielkiego Szlema…
By Jerzy Janowicz wrócił do swojej najwyższej formy…
By Piłkarze ręczni walczyli jak lwy na ME…
By siatkarze grali jak wtedy gdy zdobywali złoty medal MŚ…
By biathlonistki sięgnęły po medale MŚ…
By skoczkowie latali najdalej… i wiatr im nie przeszkadzał ;)
By Marcin Gortat bił kolejne rekordy w NBA…
By Artur Szpilka nokautował rywali w pierwszej rundzie…
By wszyscy reprezentanci Polski godnie reprezentowali nasz kraj na międzynarodowej arenie i dostarczali kibicom mnóstwa radości i wzruszeń!
Sukcesów, zdrowia, siły i wytrwałości!

„Ronaldo” – dokument o oscarowym piłkarzu!

hqdefault

Długo wyczekiwany film o piłkarzu Realu Madryt w końcu doczekał się premiery. Ci, którym dane było go już obejrzeć, raczej mają podzielone zdania na jego temat, i zupełnie inaczej niż w przypadku normalnych filmów, wcale nie jest to spowodowane różnicą w gustach ale mniejszym bądź większym sympatyzowaniem z samym bohaterem tej produkcji…

Inaczej być nie mogło. Dokument podzielił kibiców podobnie jak dzieli ich sam Cristiano. I tak właśnie należy spojrzeć na tę produkcję. Trzeba spojrzeć na nią z perspektywy trzech różnych grup bo jak wiadomo, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.
Wiadomo jak skrajne emocje w ludziach budzi osoba Portugalczyka, wiadomo jak reagują na niego jego zwolennicy, wiadomo też ilu ma przeciwników i pewne jest także to, że z czystej ciekawości do kin, czy chociażby w zaciszu swoich czterech ścian, film o Ronaldo obejrzy gro osób, które mają go tak po prostu głęboko w d… gdzieś. 

Ta ostatnia grupa nie powinna oczekiwać filmu pokroju superprodukcji czy pretendenta do Oscara, gdyż dokument ten to dosyć lekka historia o dążeniu do spełnienia marzeń poprzez niebotycznie ciężką pracę. Trochę zbliżony w tematyce do piłkarskiego hitu „Gol!” z 2005 roku. Ot, idealny na miły wieczór w gronie przyjaciół za to dosyć dyskusyjny, jeśli chodzi o wyświetlanie go na dużym ekranie. Możliwe, że bardziej nadawałoby się tam zekranizowanie historii Jakuba Błaszczykowskiego ale…rozumiemy potęgę zawodnika Realu Madryt i chęć złożenia mu w ten sposób niejako hołdu.
Oczywiście, fakt, że dokument ten znalazł się w kinach podyktowany jest chęcią dotarcia do jak największej grupy odbiorców na całym świecie, a przyznajmy, żadna telewizja zagwarantować by tego nie mogła. Trzeba także zrozumieć, że produkt ten powstał głównie po to by nieco przybliżyć sylwetkę głównego bohatera milionom jego fanów, znających do tej pory tylko jego piłkarską stronę, oraz… wrogom. Tym drugim, by zrozumieli, jak wielką i ciężką pracę każdego dnia musi wykonać Portugalczyk by stać w miejscu, w którym aktualnie się znajduje.

I wcale nie można się zgodzić z głosami, jakoby produkcja była przesiąknięta narcyzmem Cristiano i ukazywała jedynie jego samouwielbienie. To właśnie głosy zakompleksionych kibiców największego rywala Realu Madryt, którzy nie potrafią pogodzić się z oczywistą wielkością tego gościa. W żartach o swojej zajebistości, nie dostrzegają żartobliwego tonu, czy ironii a wszelkie przypomnienia o sukcesach, traktują jako denne przechwałki zakochanego w sobie Ronaldo…
Chyba zapomnieli, że Cristiano jest człowiekiem sukcesu i jeśli o czymś ma mówić jego biografia będą to właśnie jego sukcesy…

Wszystko co pokazano w filmie jest prawdą. Dlaczego miałoby się w nim nie znaleźć odniesienie do perfekcjonizmu tego zawodnika, skoro taki on właśnie jest? Dlaczego miałoby się nie mówić o jego wszystkich zaletach, skoro ma on ich bez liku? Czy lepsze, według niezliczonej liczby krytyków owej produkcji, byłoby zakłamanie rzeczywistości i pokazanie skromnego zawodnika, który czerwieniłby się słysząc pod swym adresem pochwały i mówił, że wcale nie jest najlepszy?
Przecież nie raz i nie dwa w omawianym obrazie, dało się dostrzec także zupełnie ludzkie i niekontrolowane słabości Cristiano. Nie bał się opowiedzieć o trapiących go wątpliwościach i obawach. Pokazał, że nie jest maszyną ale człowiekiem z krwi i kości, który wytrwale pracuje na osiągnięcie wyznaczonego celu. Czyż nie taki powinien być prawdziwy sportowiec? Żądny sukcesów i zwycięstw? Gardzący każdym innym miejscem, niż pierwsze? Czy bycie ambitnym a przy tym niebywale pewnym siebie i swoich mocnych stron, jest czymś za co powinno się portugalskiego piłkarza ganić? Bez jaj…

Oprócz wspaniałych piłkarskich momentów, jakie w ciągu swojej trwającej jeszcze kariery przyszło przeżyć CR7, mogliśmy zobaczyć także jakim na co dzień jest on człowiekiem. Sam nie ukrywa, że jest dosyć nieufny i wśród piłkarzy niewielu ma przyjaciół ale za to otacza go duże grono życzliwych mu osób mniej lub bardziej związanych z futbolem. Nie boi się przyznać, że nie byłoby go na szczycie gdyby nie największy rywal, w osobie Lionela Messiego i poza ogromną dozą respektu i szacunku, nie widać w tych słowach ani kropli kompleksu wobec Argentyńczyka.
Cristiano, jakiego możemy poznać dzięki tej historii, to Cristiano rodzinny i kochający. Dobry syn, brat, przyjaciel i przede wszystkim świetny ojciec. Widać, że swojego syna wychowuje według wartości miłości a nie pieniędzy a już ten fakt powinien wiele o Ronaldo, jako człowieku powiedzieć. Nam przecież wydaje się normalne, że ojciec odwozi i przywozi dziecko ze szkoły, bawi się z nim czy spędza każdą wolną chwilę ale nie zapominajmy, że u gwiazd, mogących sobie pozwolić na wiele, zwykle sytuacja wygląda zgoła odmiennie. Ronaldo to inteligentny facet. Doskonale zdaje sobie sprawę z zagrożeń tego świata i w profesorski sposób dawkuje sobie i swoim bliskim kontakt z nimi. Po prostu, facet i piłkarz jak się patrzy – jedyny w swoim rodzaju.

Fajnie, że mimo kolejnych zer i sukcesów, nie wszystkim uderza woda sodowa do głowy, choć kibice Barcelony, czy jego anty-fani, abo jedno i drugie na raz i tak powiedzą, że dokument o nim ocieka narcyzmem na kilometr i od pochwał na temat Cristiano aż chce się rzygać. Proszę bardzo. Ciekawe czy sytuacja byłaby podobna, gdyby film opowiadał o Leo Messim, bo prawdopodobnie zarówno sens, jak i większość elementów całego projektu, niewiele by się różniła od tejże produkcji. Przecież obojga panów, pod względem piłkarskiej jakości nie różni od siebie prawie nic…

Reasumując, film z różnych względów wato obejrzeć, nie nastawiając się jednak na nie wiadomo jaką jakość. Nie oczekujcie fajerwerków, podejdźcie do tego raczej z ciekawością poznania Ronaldo od innej strony, niż ta z relacji meczowych i mediów Drogę jego kariery i tak zapewne znacie idealnie, poznajcie go więc jako człowieka…

Kibice i sportowcy a syryjscy uchodźcy. Polscy kibice ponad podziałami!

Pudzian-Unia-415x260

Temat uchodźców jest aktualnie na piedestale zainteresowań wszystkich Europejczyków więc nie ma się co dziwić, że swój głos w sprawie zabierają także sportowcy i kibice. Jednym los pokrzywdzonych jest na tyle ważny, że angażują się nie tylko w słowa wsparcia ale też materialną pomoc, inni, którzy w imigrantach widzą jedynie konia trojańskiego, nie tylko głośno ich krytykują ale też jasno i wymownie pokazują swój sprzeciw inicjatywie przyjęcia ich na teren Starego Kontynentu.

Tenisista Andy Murray zapowiedział, że na pomoc dla Syryjczyków przekaże 50 funtów za każdego zaserwowanego asa do końca roku.
Cristiano Ronaldo wraz ze swoim klubem zaprosili do Madrytu dwójkę uchodźców – ojca z synem. Temu pierwszemu, pracę zaproponowało Getafe.
Barcelona i Atletico wsparły kampanię zbierającą pieniądze dla uchodźców m.in. przeznaczając na licytację koszulkę z podpisami zawodników.
UEFA nakazała wszystkim klubom, które dotarły do fazy grupowej LM i LE by te przekazały na rzecz uchodźców część od każdego sprzedanego biletu na mecz tych rozgrywek.

Wiele innych znanych klubów oraz osobistości ze świata sportu dołącza do akcji pomocy islamskim imigrantom, jednak po przeciwnej stronie barykady stoi dużo większe grono…

Mariusz Pudzianowski na swoich fan page’ach ostro wypowiada się na temat nie tylko samych przybyszów z Syrii ale też wszystkich, którzy pragną nieść im pomoc.
Polskie kluby, Lech Poznań i Legia Warszawa sprzeciwiły się całej inicjatywie, jednak aby nie narazić się piłkarskiej centrali, sprytnie ominęli nakaz UEFA, przekazując pieniądze… polskim uchodźcom.

Jeszcze bardziej alergicznie na całą sprawę reagują polscy kibice, którzy co mecz dają do zrozumienia gdzie mają uchodźców i do czego może dojść, jeśli ci zostaną wpuszczeni na tereny Polski.

z18803247II witajcie-w-piekle kibice-wigier-suwalki-z-banerem-przeciwko-imigrantom-e1442253193961 e6906f4b01_2 dscn1043.360 11059952_1008687892521467_282429491191545041_n 635778390852491428

Choć nie wiadomo jak i czy w ogóle zakończy się problem z imigrantami, w Polsce tak bardzo niechcianymi, to trzeba przyznać, że dzięki nim, czy też przez nich, możemy zobaczyć coś pięknego, co aktualnie się dzieje na naszym podwórku. Kibice wszystkich klubów jednoczą się dla swojego kraju. Pod sztandarem polskiej flagi, są w stanie zapomnieć o nienawiści, którą na co dzień do siebie żywią i stanąć ramię w ramię by walczyć o wolność dla Polski. To wszystko napawa dumą i optymizmem. A przynajmniej powinno. Można sobie wyobrazić, że w razie potrzeby, kiedy politycy zabunkrują się w bezpiecznych schronach lub będą błagać o litość, albo gorsza, uciekną za granice naszego kraju, kibice zostaną, jako ostatni zejdą z placu boju, nie ważne czy z tarczą, czy na tarczy, ważne, że z honorem. To im przyjdzie ratować życie tym, którzy na co dzień im je uprzykrzają ale o tym media nigdy nie napiszą…

Czas napompować balon… Bo czemu by nie?!

Do rozpoczęcia Igrzysk Olimpijskich w Soczi pozostało już tylko kilka dni. Na tę chwilę, na moment, w którym zapłonie olimpijski znicz czeka cały świat. Czekamy i my, Polacy. Czekamy  z niecierpliwością, wszak jeszcze nigdy nasze nadzieje na medale nie miały tak silnego podłoża, jakim charakteryzują się na dzień dzisiejszy. To może być najlepsza zimowa Olimpiada w wykonaniu polskich sportowców w historii ich startów. A skoro tak? To czas już najwyższy by napompować balonik! Czas porozdawać złote, srebrne i brązowe krążki. Niech Polacy też coś mają! A jak się nie uda? Trudno. Po prostu…

Do Rosji udaje się 59 reprezentantów Polski. Tylko, ilu z nich, ilu z tak licznej grupy naprawdę ma szansę  na medalowe miejsce? Na ile krążków możemy liczyć, by później, w razie wielkiej klęski naszych sportowców (odpukać!), nie odchorowywać rozczarowania przez kilka następnych tygodni? Agencja prasowa Associated Press uważa, że ‚tylko’ cztery medale trafią na szyje Polaków, natomiast Apoloniusz Tajner, już w dwunastu startach upatruje szansy na podium. Trochę duży przeskok. Wygląda na to, że w pierwszym przypadku, do Rosji uda się sama Justyna Kowalczyk (3) w asyście Kamila Stocha (1), natomiast sądząc po słowach Prezesa PZN, śmiało można by pomyśleć, iż Polacy wylecieli do Soczi jako jeden z hegemonów zimowych sportów. Jaka jednak jest rzeczywistość?

Najwięcej medali na zbliżających się Igrzyskach zdobyć może oczywiście Justyna Kowalczyk. To Polka wjechała do olimpijskiej wioski z tytułem naszej największej gwiazdy i faworytki do wszelkiej maści medali. Bez względu na aktualną formę, bez względu na kontuzję stopy i zachwiane przygotowania, kibice są przekonani o sile naszej narciarki i mają wszelkie prawo oczekiwać od niej sukcesów, czytaj: złotych medali. Szczególnie w biegu na 10 km, na koronnym dystansie polskiej biegaczki, będziemy ‚regulować odbiorniki’ by cała okolica, która akurat nie jest zainteresowana trzytygodniowym maratonem sportowym, także mogła napawać się pięknem Mazurka Dąbrowskiego.
Nie oszukujmy się, Justyna Kowalczyk jest Justyną Kowalczyk a jak wiemy, Justyna Kowalczyk jest królową biegów narciarskich. Któż więc jeśli nie ona, miałby na dekoracji medalowej pochylać głowę w celu ułatwienia organizatorom założenia na szyję najcenniejszego krążka? Wiadomo, że jest przecież jeden szkopuł i nosi on imię Marit ale… Miejsc na podium jest przecież więcej niż jedno, w każdym ze startów do ‚wygrania’ będą aż trzy medale i w każdym biegu na długim dystansie, Justyna będzie jedną z dwóch największych faworytek. Także każde inne miejsce niż pierwsze (w klasyku), drugie lub trzecie (w stylu dowolnym) naszej zawodniczki będzie porażką. Choć, jakby się dłużej nad tym zastanowić, biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, generując najczarniejszy z możliwych scenariuszy, wychodzi na to, że Kowalczyk równie dobrze mogłaby zostać najjaśniejszą gwiazdą IO, jak i największą przegraną tej imprezy. I prawdopodobnie, polskich kibiców nic a nic by to nie zdziwiło. Zawiało paradoksem na kilometr ale właśnie tak należy postrzegać sytuację polskiej biegaczki. Liczymy na medale, wręcz tego od niej oczekujemy, gdzieś jednak w głębi mamy pewną obawę, przeradzającą się niekiedy w negatywną pewność, iż w posiadaniu Justyny może nie znaleźć się ani jeden krążek…

O ile pewność kibiców co do zwycięstw naszej biegaczki mogła w ostatnim czasie sporo osłabnąć, o tyle w oczach fanów na głównego i jedynego pewniaka do ‚złota’ wyrósł Kamil Stoch. Któż inny, chciałoby się zapytać ale lepiej nie zapeszać. Jest forma, co najważniejsze, jest technika, za którą idą wysokie noty i jest dobra wyjściowa pozycja (lider). Wszystko inne leży w nogach i głowie Stocha. Jeśli wykorzysta swoje wszystkie atuty a wiatr nie będzie się w to wszystko mieszał, na co najmniej 95% będziemy mieli mistrza olimpijskiego. Ale zaraz, tak samo mówiliśmy przed Turniejem Czterech Skoczni i każdy wie jak to się skończyło…

Kamil zawalczy o zwycięstwo na skoczni normalnej i dużej, zawalczy także wraz z kolegami o medal w drużynówce. Czy jednak reszta naszego zespołu, czyli Piotrek Żyła, Dawid Kubacki, Maciek Kot i Janek Ziobro są w stanie pomóc naszemu liderowi w konkursie drużynowym a także zaskoczyć w konkursach indywidualnych? Chciałoby się krzyknąć: czemu nie?! Skoro Ziobro i Biegun potrafili wygrać konkursy w PŚ, dlaczego tego samego nie miałby dokonać kolejny Polak? Wszystko jest możliwe, stąd odbieranie naszym skoczkom wszelkich szans na olimpijskie podium, byłoby czystą głupotą…

Obok Justyny Kowalczyk i skoczków narciarskich, duże i przede wszystkim liczne szanse na sukces, będą miały biathlonistki. Magdalena Gwizdoń, Krystyna Pałka, Weronika Nowakowska – Ziemniak i Monika Hojnisz czyli nasza nieprzewidywalna czwórka. W przypadku tych dziewczyn, nie trzeba szukać powodów, które miałyby forować właśnie Polki w starciu z zawodniczkami takimi jak Tora Berger czy Daria Domraczewa, wystarczy cofnąć się w czasie do Mistrzostw Świata i przypomnieć sobie, z jakiej pozycji startowały wtedy Pałka i Hojnisz oraz ile radości sprawiły nam sięgając po medale… Może tym razem o niespodziankę postarają się Magda i Weronika? Może, choć najwięcej radości sprawiłby nam bezsprtzecznie medal w sztafecie…

Ostatnią ‚grupą’, na którą będziemy spoglądać z nadzieją są oczywiście nasi panczeniści. Zarówno kobiety jak i mężczyźni nie będą walczyć tylko o honor. Medale? Przy dobrych wiatrach szybkich łyżwach, optymista mógłby pomyśleć o czterech szansach. W obu startach drużynowych oraz indywidualnych Zbigniewa Bródki i Kasi Bachledy. W ich przypadku, dodatkowym plusem będzie złość spowodowana fatalnymi warunkami zakwaterowania. Co jak co ale akurat takie ‚pobudki’ najlepiej potrafią wstrząsnąć Polakami i zmotywować ich do działania. Nawet jeśli nie udałoby się sięgnąć po cztery krążki olimpijskie, przyjemność sprawiłby nam chociaż jeden, mały brązowy medalik. Bo czemu by nie?

Jak zawsze, jak co dwa lata (licząc letnie i zimowe Igrzyska), na największą sportową imprezę, Polska wysyła małą grupę sportowców mających realne szanse medalowe a także większą zgraję turystów, którzy na IO jadą bardziej w celu pojawienia się na liście startowej aniżeli walki o chociażby pierwszą dziesiątkę. Tak to już jest i raczej tego się nie zmieni a jedynym dla nas plusem takiego stanu rzeczy jest fakt, iż nasza reprezentacja dużo lepiej wygląda na ceremonii otwarcia Igrzysk w liczbie 50+, niż jeśli miałoby tam kroczyć zaledwie kilkunastu sportowców. Przecież nie jesteśmy pionkami, przecież to Biało – czerwona armia a nie jednoosobowa delegacja z Jamajki. A skoro tak, to…

Wariantem optymistycznym na Soczi będzie 8 albo i więcej medali. 2 złote Kamila Stocha i chociaż brąz w drużynówce skoczków, co najmniej trzy medale Justyny Kowalczyk i chociaż po jednym w Biathlonie i Łyżwiarstwie Szybkim. Da się zrobić? Da się! Napompujmy balon! Niech nasi sportowcy mają dodatkowy bodziec w walce o szczyt!

O wariancie pesymistycznym lepiej nie wspominać. Chyba każdy zna tę początkową cyfrę, której nie chcielibyśmy za żadne skarby oglądać w dorobku naszych Olimpijczyków…

Wielki upadek Patryka M.

Mogłoby się wydawać, że nie dalej niż miesiąc temu, trybuny przy Reymonta 22 skandowały w kierunku ówczesnego selekcjonera Reprezentacji Polski:  ”Smuda! Co? Małecki!”, domagając się powołania swojego ulubieńca i lidera Białej Gwiazdy do kadry. Dziś już jednak, rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Franz Smuda jest trenerem krakowskiej Wisły, jej motorem napędowym są przede wszystkim Brożek, Głowacki i Garguła a Patryk Małecki być może kończy właśnie swoją przygodę z poważnym futbolem. Dodatkowo, jakby tego było mu mało, nastawił przeciwko sobie jedynych ludzi, którzy do tej pory wspierali go bez względu na jego formę czy boiskowe wygłupy, czyli kibiców. Oj, naraził się im Patryczek. Nie pierwszy zresztą raz. Do tej pory uchodziło mu to na sucho, kibice byli wyrozumiali i wybaczali mu wszelkie głupstwa. Tym razem jednak, Małecki nie ma już chyba co liczyć na taryfę ulgową z ich strony…

Skrzydłowy krakowskiej drużyny jest jednym z nielicznych zawodników całej Ekstraklasy, którzy aż tak identyfikowaliby się z klubem, którego barwy reprezentują. Tatuaż Henryka Reymana, prowadzenie dopingu, ‚przyjacielskie’ relacje z kibicami – Małecki w oczach wielu fanów mierzył w największe legendy i prawdopodobnie on sam wierzył, że któregoś pięknego dnia, zostanie jedną z nich. Tak się jednak nie stanie…

Jakim piłkarzem był Patryk? Na pewno zdolnym, nie wybitnym i nawet nie bardzo dobrym, był po prostu sobą. Swoją walecznością i zaangażowaniem wybijał się ponad przeciętność i słaby poziom ligowy, stąd jego umiejętności czysto techniczne nie miały większego znaczenia. Mały miał niewątpliwie silny charakter, nie czuł strachu przed nikim ani niczym, potrafił każdemu odpyskować, przez co zbyt często miewał problemy. Wydaje się, że właśnie ten jego charakterek, przypominający niekiedy sinusoidę był zarówno jego zbawieniem jak i przekleństwem. Jak się okazuje, na sam koniec, doprowadził go do upadku. Być może jednego z największych przy Reymonta…

Problemy Małeckiego zaczęły się już jakiś czas temu. Najpierw nie umiał utrzymać języka za zębami i wysyłał kibiców ‚pikników’ na ‚drugą stronę Błoń’, później odmówił wyjścia na murawę ówczesnemu trenerowi Białej Gwiazdy, Kaziowi Moskalowi czyli… żywej legendzie klubu z Krakowa. W międzyczasie zdążył zwyzywać kilku rywali a jego „Kim Ty kurwa jesteś pedale?!” urosło do rangi nowych najczęściej powtarzanych zwrotów. Po tym wszystkim, kiedy jego forma fizyczna i psychiczna mocno spuściły z tonu, stało się jasne, że nie ma dla niego miejsca przy Reymonta. Jako, że sam zawodnik zapowiedział już wcześniej, że na krajowym podwórku nie zagra w żadnym innym klubie niż Wisła i Lechia, musiał wyjechać do Turcji. Tam było jeszcze gorzej. Odizolowany od znajomych, samotny w obcym kraju, nieznający języka – Małecki stał się wrakiem piłkarza i na dobre przyrósł najpierw do ławki rezerwowych a później do trybun tureckiego klubu. W najgorszym dla niego momencie, kiedy wydawało się, że nic nie uratuje kariery tego świetnie zapowiadającego się kiedyś zawodnika, rękę ponownie wyciągnęła do niego Wisła, proponując mu powrót. Kibice przyjęli go z otwartymi rękami, wierząc z całego serca w odbudowanie Wielkiej Wisły, której Patryk znów miał liderować.
Choć połączenie Małeckiego i Smudy mogło budzić obawy, nikt nie sądził, że dwójka profesjonalistów będzie miała trudności w dojściu do kompromisu. W końcu w sercach obu panów, krakowski klub zajmuje szczególne miejsce. Niestety, obawy okazały się być słuszne. I co ciekawe, osobą, która pierwsza odpuściła, osobą, która olała Wisłę, był właśnie ten charakterny Małecki. Odkąd wrócił, nawet jeśli dostawał szansę na grę, nie angażował się w nią wystarczająco. Widzieli to wszyscy. Kibice, trenerzy i dziennikarze. Znany wszystkim do tej pory Patryk, jakby pozamieniał się z kimś na ciała. Jakby uszedł z niego cały zapał, chęć i sportowy duch. Każdy, kto kiedykolwiek widział mecz Małeckiego z jego najlepszych czasów przyzna, iż to nie mógł być ten sam piłkarz, którego mogliśmy obserwować chociażby w ostatnim spotkaniu z Pogonią. Najlepiej świadczyć może o tym zachowanie Małego w sytuacjach bezpośredniego kontaktu z rywalami. ‚Dawny’ Patryk, kiedy był faulowany od razu reagował gniewem i wyzwiskami i choć nie najlepiej to o nim świadczyło jako człowieku, to procentowało przy ocenie zaangażowania. ‚Dzisiejszy’ Małecki ma wszystko w dupie, żeby nie użyć popularnego tytułu jednej z piosenek Firmy. Nie interesowały go zbytnio losy spotkania, grał jakby z przymusu a po meczu… Swoje cztery litery pokazał także wiernym fanom. Na nic było skandowanie jego nazwiska, na nic wspieranie go i nadzieja na zatrzymanie przy Reymonta. Jeszcze przed samym spotkaniem ze Szczecinianami, nawet Smuda chciał wymóc na Patryku walkę o pozostanie w klubie. Dopingował go do mobilizacji i podniesienia z kolan. Jak się okazało po ostatnim gwizdku, bezskutecznie i…niepotrzebnie. Małecki nie tylko nie podniósł rękawicy, którą rzucił mu trener, nie tylko olał kibiców ale też…Bogusława Cupiała i swoich kolegów. Nie pojawił się na klubowej wigilii, na której obowiązek mieli zjawić się wszyscy.

Tak właśnie, smutno bo smutno ale prawdopodobnie w odpowiednim czasie, kończy się przygoda/kariera (jak kto uważa) Patryka Małeckiego z Wisłą Kraków i być może z profesjonalną piłką. Ciężko bowiem przypuszczać, że z takim podejściem do swoich obowiązków, zagrzeje on na dłużej gdzieś miejsce. Gdziekolwiek, bo na Reymonta jest już raczej spalony. Może się przechwalać ilością ofert z polskich i zagranicznych klubów, może wybrać tę najkorzystniejszą ale jeśli nie wykorzystał najlepszejj okazji w swoim życiu, jeśli nie potrafił odnaleźć się w miejscu, gdzie wszystkich miał po swojej stronie, to ciężko oczekiwać by udało mu się gdzie indziej. Nieważne co kierowało Patrykiem, kiedyb decydował się na taki krok,  swoją ostatnią grą i zachowaniem przed, w trakcie i po meczu z Portowcami, pokazał brak szacunku wobec klubowych barw i wszystkich, którym leży na sercu dobro Białej Gwiazdy.