Archiwa kategorii: bramki

Co z tą Szwajcarią? Kierunek 1/8 i dalej!

314bfad8-b663-42db-9fc2-ea71b89e5409

Przed Polską prawdopodobnie najważniejszy mecz na Euro – ze Szwajcarią. Wszystko, co było przedtem, czyli awans z fazy grupowej, było naszym celem minimum. Wszystko, co będzie potem (jeśli będzie) – nazwiemy sukcesem. Jeśli uda nam się wywalczyć awans do półfinału, nie mówiąc już o rundach następnych, będziemy w niebie a świętowania nie będzie końca…

Fazę grupową, mimo kującej w oczy nieskuteczności, zakończyliśmy z robiącym wrażenie bilansem, jako:
- Jedna z czterech ekip na turnieju z 7 punktami na koncie (Niemcy, Chorwacja, Francja)
- Jedna z dwóch drużyn z ‚czystym kontem’ (Niemcy).
Czego chcieć więcej, można by powiedzieć ale w tym momencie tego nie róbmy. Wszyscy doskonale wiedzą, czego pragniemy i jeśli wierzyć słowom Adama Nawałki, a on przecież dotychczas nas nie zawiódł i nie oszukał, w kolejnym spotkaniu do świetnej gry defensywnej, którą Polacy zachwycali m.in w meczu z Niemcami, dołożymy jeszcze cegiełkę w ataku. Jeśli do siatki znowu zaczną trafiać Milik i przede wszystkim Lewandowski – jesteśmy w domu! A chyba właśnie nadszedł odpowiedni moment by obu panom przypomniało się dlaczego to oni, występują na samym czubie układanki naszego selekcjonera…

Po tym co pokazała nasza drużyna w poprzednich spotkaniach, chyba nie musimy aż w takiej panice podchodzić do naszego kolejnego rywala. Szwajcaria wcale nie należy do piłkarskich potęg a jeśli bliżej przyjrzymy się sytuacji w ich grupie, dojrzymy, iż ten ich awans z drugiego miejsca oraz mała strata do Francji były bardziej wypadkową słabości grupy i rywali, aniżeli ich jakości. Gospodarze podczas Euro nie zachwycają, dwa razy, z dużo słabszymi rywalami udało się im wyrwać wygraną na zwykłym farcie. W starciu ze Szwajcarią, także nie zachwycali i musieli zadowolić się jedynie jednym oczkiem. A właśnie ta Szwajcaria ledwo co pokonała Albanię i tylko zremisowała z Rumunią. Być może cała ta trójka momentami zachwycała walecznością ale ile w tym wszystkim było jakości?
Na pewno, w tym kontekście o wiele więcej można by przypisać najsłabszej w grupie C – Ukrainie. Oni, szczególnie w meczu z nami i Niemcami pokazywali, że potrafią wiele, po prostu mieli pecha i sytuacja, w jakiej obecnie się znajduje drużyna, mocno przyhamowała ich zapędy. Irlandia Północna ma także w rękach nogach o wiele większego asa, niż te którymi dysponowały dwie ostatnie ekipy w grupie A. Warto zastanowić się, czy jeśli nam i Niemcom udało się pokonać Irlandczyków z Północy tylko jednokrotnie, czy taka Szwajcaria w ogóle by tego dokonała? Na dzień dzisiejszy, bez względu na wszystko to Polska pokazała się z lepszej strony. Nawałka idealnie dopasowuje taktykę pod kolejnych rywali i bez wątpienia, tak samo będzie podczas sobotniego spotkania. Jeśli naszym Orłom uda się wejść na poziom gry w destrukcji, jaki zaprezentowali w spotkaniu z Mistrzami Świata, Szwajcarzy nie będą mieli z nami szans. O atak nie musimy się martwić, bo czy obrońcy naszych rywali mogą się równać z reprezentantami Niemiec? Nie bójmy się założyć sobie planu, jakim będzie awans do kolejnej rundy. To już nie jest pompowanie balonika ale rzeczywistość, w której jesteśmy jednym z lepszych zespołów na tym turnieju.
Mamy naprawdę mocny skład. Za chwilę Canal+ nie będzie nadążał z pokazywaniem spotkań w Champions League bo w większości czołowych klubów świata występować będą nasi reprezentanci. Z tej mąki może wyrosnąć naprawdę okazały chleb więc dlaczego w końcu nie mamy w coś uwierzyć? Stać nas na pokonanie Szwajcarów? Stać! A potem? Chorwacja, Portugalia, Walia, Belgia… Los dał nam szansę. A wszystkim, którzy zacierają ręce nad pojedynkami ekip z drugiej części drabinki, gdzie rywalizować będą Francuzi, Anglicy, Włosi, Niemcy i Hiszpanie chyba należy przypomnieć, że żaden z zespołów swoją grą nie zaprezentował jakości, dającej powody do typowania ich na największych faworytów. Za to Chorwacja, Walia czy Polska… Chyba ciekawiej i skuteczniej jest właśnie u nas. Czy ktoś z ‚polskiej’ części drabinki sięgnie po tytuł? Miejmy nadzieję, do póki piłka…

Mamy to! Irlandia Północna pokonana! Czas na spostrzeżenia…

CkxPoFFXIAQXHFo

Polska pokonała w swoim pierwszym meczu na Euro Irlandię Północną. Co prawda, tylko 1-0 ale… Każdy kto obserwował przebieg tego spotkania, taktykę naszych rywali oraz wyniki dotychczasowych spotkań na tym turnieju – powinien się cieszyć! Zadanie wykonane na piątkę! Cóż można rzec więcej?

#1 Kolejny raz trzeba to powtórzyć: Nawałka to właściwy człowiek, na właściwym miejscu. Rozpracował Irlandię, co przecież może się nie udać ani Niemcom, ani Ukrainie… Jak na razie to my mamy trzy punkty i fotel lidera grupy C. Ufajmy selekcjonerowi w to, że rozpracuje kolejnych naszych rywali i już w następnym spotkaniu będziemy świętować upragniony awans.

#2 Krychowiak – to jest nasz największy skarb w drużynie. Nic dodać, nic ująć. Niech już idzie do tej Barcelony albo innego wielkiego klubu żeby rządzić w Champions League.

#3 Kapustka – nie zapeszając, chyba największy wygrany Euro. Dzięki jego dyspozycji w meczu z Irlandią, zapewne jutro niezwykle pracowity dzień czeka wielu managerów europejskich potęg oraz… sekretarkę Cracovii ;-). Za to Nawałka będzie miał spory problem na głowie. Bo jak tu upchnąć w jedenastce zarówno Kapiego, jak i Grosika oraz Błaszczykowskiego? Kuba albo Grosik zamiast Jędzy?

#4 No właśnie… „Co z tą Legią?”, można by zapytać, patrząc na grę Jędrzejczyka, Pazdana i Jodłowca. Jeśli po wygranym meczu mielibyśmy wskazać najsłabsze ogniwa to trzeba byłoby ich szukać właśnie wśród piłkarzy Mistrza Polski. Jędza kompletnie nie radził sobie z wrzutkami w pole karne, przez co straciliśmy mnóstwo szans oddanie strzałów. Jodłowiec co prawda zagrał krótko ale od momentu, w którym zmienił Krzysztofa Mączyńskiego, Polska straciła wszystkie swoje walory a przede wszystkim – spokój. W grę naszej Reprezentacji wkradło się zbyt dużo nerwowości, co mogło kosztować nas utratę bramki a kibiców zapewne dużo zdrowia. Najwięcej zastrzeżeń można mieć jednak do Pazdana, który od wyjścia na murawę, aż do ostatniego gwizdka wyglądał na mocno niespokojnego i wystraszonego. Jeśli tak zadziałała na niego słaba Irlandia, to co będzie kiedy przyjdzie mu zagrać z Ukrainą czy Niemcami? Czy Salamon albo Cionek nie dawałby nam większej pewności? Gdyby nie świetna gra Kapustki i Mączyńskiego, odpowiedzialność za rozkojarzenie ww graczy zrzucilibyśmy przynajmniej na poziom Ekstraklasy…

#5 Mamy prawo oczekiwać od tych chłopaków sukcesu. Chyba nigdy nie mieliśmy Reprezentacji, w której panowałaby tak dobra atmosfera i wiara, przy jednoczesnym wysokim poziomie zawodników. Konkret!

#6 Robert Lewandowski nawet jeśli nie trafia do siatki potrafi zrobić sto innych rzeczy, którymi udowadnia jak ważną postacią jest dla tej drużyny. I to właśnie jest kapitan polskiej reprezentacji. Dziękujemy!

#7 Milik – gdyby nie ta bramka zostałby zakwalifikowany do grupy, która w meczu zawodziła ale… napastników rozlicza się z goli a w takiej sytuacji: Arek Milik został bohaterem.

#8 Na duże słowa i brawa po spotkaniu zasłużyli też Kuba Błaszczykowski, Łukasz Piszczek i Krzysztof Mączyński – bez nich nie byłoby tego sukcesu. Ciężko ocenić Szczęsnego czy Glika na tle Irlandii Północnej, która za dużo w ofensywie nie pokazała.

#9 Z Niemcami zagramy już na większym luzie i z większą dawką pewności siebie. Co więcej, ze wszystkich drużyn na turnieju to chyba właśnie Niemcy boją się nas najbardziej i właśnie tutaj powinniśmy szukać swojej szansy.

#10 Niezadowolonym z wyniku kibicom należy przypomnieć, iż sędzia kalosz nas oszukał! Nie podyktował karnego, nie upominał Irlandczyków żółtymi kartkami, o które tak przecież upominał się Tomasz Hajto, za to upomniał takową Bartosza Kapustkę podczas jego czystej interwencji. Jak żyć?
Świętujmy sukces!

Krychowiak w jedenastce „France Football”, dlaczego właśnie on?

Grzegorz-Krychowiak-Sevilla-Arsenal-535134

Co zwykle robią siedemnastoletnie dziewczyny? Mnóstwo rzeczy, oczywiście od plotkowania na temat facetów, po buszowanie po galeriach handlowych włącznie. Ja mając lat siedemnaście, byłam już na tyle ‚zajawiona’ piłką, że oglądałam mecz Polaków u-20 na Mistrzostwach Świata w Kanadzie. Mecz nie byle jaki bo z wielką, chodź jeszcze wtedy młodą drużyną Brazylii, w której składzie prym wiodła wschodząca gwiazda światowego futbolu, czyli Alexandre Pato.
Któż nie zna tego nazwiska? Swego czasu, również na wspomnianym turnieju, mówiło się o nim jako następcy takich zawodników jak Ronaldo, Ronaldinho czy Kaka, szczególnie, że poza narodowością łączyły ich także barwy klubowe. Wszyscy bowiem występowali w drużynie AC Milan a przecież jeszcze wtedy, Rossoneri, na czele z Adriano Gallianim lubili poszaleć na rynku transferowym, zagarniając na San Siro najsmakowitsze kąski.
Takim właśnie kąskiem według wszystkich był wtedy Pato. Jeśli dobrze pamiętam (choć minęło już sporo czasu), w Kanadzie wszystkie oczy kibiców były zwrócone właśnie na niego, to on miał być najjaśniej świecącą postacią tego turnieju i świetnymi występami zwiększyć swoją wartość na rynku. Plany jednak już na wstępie pokrzyżowała mu Reprezentacja Polski a ściślej mówiąc… Grzegorz Krychowiak.

Młody wtedy, nieznany szerzej nawet polskiej publiczności pomocnik, znakomitym strzałem z rzutu wolnego dał nam zwycięstwo nad wielkim faworytem. Chyba właśnie wtedy ówczesny piłkarz rezerw Girondins Bordeaux skradł moje kibicowskie serce. Niby to tylko uderzenie z wolnego ale miało ono w sobie tę magię, to ‚coś’, co porywa i każe chcieć więcej.
Trzy punkty w meczu otwarcia (nomen omen) nie otworzyły wtedy Polsce drzwi do sukcesu,  i wydawało się, że także nasi piłkarze, na czele z Krychowiakiem nie zwrócili na siebie uwagi zagranicznych managerów. O piłkarzu grającym na co dzień we Francji było przez następnych kilkanaście miesięcy dosyć cicho, kilkuletnie wojaże na wypożyczeniach pomiędzy Bordeaux, Reims i Nantes nieco uchyliły mu okno na futbolowy świat a nam ożywiły nadzieję na duże wzmocnienie naszej drużyny narodowej.
Jak już wspomniałam, jako że Krycha szybko wyjechał za granicę, nam kibicom nie było dane obserwować jego pierwszych piłkarskich szlifów w którymś z polskich klubów, dlatego też mógł on uchodzić za jedną wielką niewiadomą. Nie dziwi więc nikogo fakt, że transfer do ligi hiszpańskiej, a przede wszystkim drużyny Sewilli został przyjęty w naszym kraju z dużą rezerwą, głównie wśród dziennikarzy, którzy, nie wierzyli do końca w potencjał rodaka. Dziś zapewne większość z nich bije się w pierś…

Historia Polaka w hiszpańskiej drużynie to wielki skok jakościowy pod każdym względem. Bajka o kopciuszku? Polskiemu pomocnikowi bliżej w tym momencie do Robota aniżeli kruchej dziewczyny ale fakt faktem, droga jaką dumnie kroczy nasz reprezentant jak na razie usłana jest różami. Sukces goni sukces. Grzesiek swoją postawą na boisku bardzo szybko ujął za serca kibiców i dziennikarzy na półwyspie Iberyjskim.  Ci pierwsi nie bez kozery śpiewają, że chcą w drużynie jedenastu Krychowiaków, podczas gdy ci drudzy nazywają Polaka ‚maszyną’. Prawdopodobnie nikt, na czele ze sztabem szkoleniowym i kolegami z drużyny, nie wyobraża sobie dziś Sewilli bez polskiego defensora. Tak, z tegoż powodu, mimo dosyć krótkiego stażu w zespole, Polakowi udało się przywdziać na ramię opaskę kapitana. To wielki zaszczyt ale i wielkie nadzieje, chyba nieco prośba o pozostanie Grześka w drużynie z Andaluzji, choć patrząc na formę i rosnące z każdym dniem oczekiwania wobec naszego rodaka a przede wszystkim ogromny potencjał, jaki w dalszym ciągu, mimo już prezentowanych nam walorów, drzemie w jego osobie, wydaje się, że kwestią czasu będzie jego transfer do jednego z najlepszych klubów Europy. Barca, Real, Atletico? Być może zupełnie inna liga? Widząc ciągle rozwijający się talent Krychy i wierząc w udany występ samego piłkarza Sewilli, jak i Reprezentacji Polski podczas Euro,  bez wątpienia kolejnym kierunkiem jaki na kontynuację swojej kariery wybierze Polak, będzie zespół walczący co roku tylko o najwyższe cele, a więc zwycięstwo w Champions League. Bez względu na to, która drużyna okaże się być nowym pracodawcą Krychowiaka, nie możemy wątpić w słuszność tego wyboru.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że żaden inny piłkarz z polskim paszportem a może i w La Liga, nie jest aż tak zakręcony na punkcie futbolu jak on. I wcale nie mówimy o łączeniu pracy z hobby, bo w przypadku Grześka tak to nie działa. On po prostu przesiąknął do reszty zajęciem, które na co dzień wykonuje i podporządkował mu całe swoje życie. Abstynent, zadowalający się jedynie wodą (nie mylić z wódą), stroniący od imprezowego stylu życia, tak przecież pasującego do zawodu piłkarza. W szczęśliwym związku, z wielkim poczuciem humoru i dużym zasobem inteligencji. Perełka w świecie futbolu. I co najważniejsze: Made in Poland.

Charakter to jedna i najprawdopodobniej najpotężniejsza zaleta, jaką w swoich rękach nogach sobie ma Grzegorz. To ta wypadkowa, która zaprowadzi go nam sam szczyt bo bez wątpienia właśnie u jego progu znajduje się dziś Polak. Ponad siedem lat po wygranym meczu z Brazylią, ówczesny złoty chłopiec, Pato przepadł w otchłań zapomnienia. Świat futbolu zapomniał o nim, jak o każdym piłkarzu, który na własne życzenie, głównie przez słabość charakteru, przegrał swoją karierę. Dziś, mając na karku ledwie dwadzieścia sześć lat, grywa w swoim rodzinnym kraju, nie przypominając ani trochę tych, do których kiedyś go przyrównywano. A piłkarz, który przed laty w meczu młodzieżowych Mistrzostw Świata ukazał światu swój talent, dziś podbija kolejne serca piłkarskich smakoszy. Świetnie spisującego się przez cały sezon w Sewilli i Reprezentacji Polski Krychowiaka docenili ludzie, którzy przez wiele lat uchodzili za wyrocznię pod tym względem, czyli dziennikarze „France Football”, umieszczając Polaka w najlepszej jedenastce roku 2015! Któż wtedy, podczas meczu Polska – Brazylia mógł pomyśleć, że po kilku latach to on a nie wspomniany już Pato, znajdzie się w takim zestawieniu?

To wielkie wyróżnienie, biorąc pod uwagę fakt, kogo w owej grupie zabrakło ale też ciekawy temat do dyskusji, patrząc na to ilu kibiców i dziennikarzy sceptycznie podeszło do takiego wyboru dziennikarzy FF. Według nich miejsce polskiego pomocnika powinien zająć Sergio Busquets, reprezentant FC Barcelony…
Oczywiście, nawet ktoś interesujący się futbolem od święta doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że najlepszym zespołem w Europie jest klub z Katalonii, wszak kolejny raz piłkarze tej drużyny sięgnęli po zwycięstwo w Lidze Mistrzów i jak przystało na takiego kibica, uznaje on przy okazji, że również wszyscy zawodnicy tego zespołu spełniają wszelkie kryteria bycia najlepszymi. Do takich samych wniosków co sezon dochodzą także (a jakże by inaczej!) wszyscy Socios, a więc fani ‚Dumy Katalonii’. Dlaczego więc zamiast Hiszpana, zwycięzcy Champions League i boiskowego kolegi Messiego i Naymara, miejsce w jedenastce 2015 roku France Football zajął Grzegorz Krychowiak? Może właśnie dlatego, że samo bycie członkiem najlepszej drużyny świata, wbrew pozorom, nie czyni każdego z poszczególnych jej piłkarzy najlepszymi na swych pozycjach. Być może dziennikarzom, którzy do swojego zestawienia najlepszych piłkarzy wybrali m.in. Krychowiaka potrzeba większych dowodów na piłkarską jakość niż sama przynależność do najsilniejszej obecnie drużyny na Starym Kontynencie, być może oni również zdecydowali się postawić na tę iskrę? To ‚coś’, co porywa za serce i każe chcieć więcej?

Porównując statystyki obu piłkarzy za pośrednictwem oficjalnej strony LaLiga a także serwisów takich jak Goal.com (tutaj profil Polaka nie jest pełny – chociażby brak zdjęcia, oceny umiejętności poszczególnych elementów gry) i WhoScored.com ciężko wyróżnić któregokolwiek z nich jako zdecydowanie lepszego. Nikogo nie zdziwi fakt, że Busquets częściej jest przy posiadaniu piłki (wszak gra w Barcelonie, która zawsze przez większą część spotkania utrzymuje się przy piłce), czy to że Krychowiak wygrywa więcej pojedynków w powietrzu aniżeli Hiszpan. Piłkarz Barcy wykazuje się lepszą celnością podań (tu bez wątpienia decydującym czynnikiem jest styl gry kreowany przez Katalończyków) za to Krychowiak częściej decyduje się na oddanie strzału.
Noty obu panów niewiele się od siebie różnią i o ile serwis goal.com wyższą ocenę daje piłkarzowi Barcy, o tyle już w serwisie WhoScored.com króluje nasz rodak. W tym miejscu warto więc zastanowić się nad innymi czynnikami aniżeli gra ww piłkarzy, które mogły przeważyć szalę na korzyść Krychowiaka, przy wyborze do jedenastki 2015 roku dziennikarzy FF.

I tak, jako że oczywistością jest to, iż Barcelona jest dużo lepszym zespołem niż Sewilla a także, że dysponuje ona większą liczbą indywidualnie lepszych zawodników, automatycznie daje im to pewien rodzaj swobody. Nie trzeba nawet podjąć zbyt dużego ryzyka twierdząc, iż każdemu piłkarzowi prezentującemu w miarę wysoki poziom sportowy, łatwiej byłoby grać w drużynie z Katalonii. Wiadomo, z dwóch piłkarzy o podobnych walorach sportowych, dużo ciężej jest rywalizować o najwyższe cele temu, obok którego nie biega kilkunastu najlepszych piłkarzy Europy, którym wystarczy podać futbolówkę na kilka metrów i jedynie spoglądać na dalszy ciąg wydarzeń w ofensywie. Tak, gracz ze słabiej obsadzonej drużyny, musi w grę włożyć o wiele więcej siły i serca, niż ten wykonujący jedynie wyznaczony zakres obowiązków, na którym zdecydowanie nie ciąży aż taka presja. Co więcej, gdyby tak spróbować zamienić obu piłkarzy, można by dojść do wniosku, jakoby Krychowiakowi nie brakowało zbyt wielu argumentów by zadomowić się w najlepszej jedenastce Europy, natomiast Busquetsowi, który w przeciwieństwie do Polaka nigdy nie grał w żadnym innym klubie poza Barceloną, mogłoby być ciężko zaadoptować się nie tylko w nowych okolicznościach ale także samej taktyce, gdzie trener i koledzy nagle zaczęliby wymagać od niego o wiele więcej…

Wbrew pozorom, także głosy o wycenie obu piłkarzy przez serwis Transfermarkt nie muszą działać na korzyść Busquetsa. Oczywiście, jest on w tym momencie warty o wiele więcej od Krychowiaka (50 mln do 25mln na korzyść Hiszpana) ale jest to podyktowane jedynie doświadczeniem, czyli różnicą czasu jaki na boiskach LaLigi (najlepszej europejskiej ligi) oraz Ligi Mistrzów spędzili obaj panowie a w tym pojedynku Krycha niewiele ma jeszcze do powiedzenia, oraz liczbą trofeów, które obu zawodnikom można zapisać na konto i gdzie również to Hiszpan ma zdecydowaną przewagę. Przyjmując więc do siebie fakt, że rywalizacja na tym polu do wyrównanych nie należała już na samym starcie, oraz prognozując, że przy transferze do jednego z czołowych klubów Europy i rozegraniu tam przynajmniej jednej świetnej rundy, wartość rynkowa polskiego pomocnika mogłaby przekroczyć tę widniejącą dziś przy nazwisku gracza Barcelony, w ogóle nie powinniśmy brać tego pod uwagę.
Inaczej spojrzymy na wszystko, jeśli pod lupę weźmiemy wiek obu zawodników a mianowicie fakt, iż Grzegorz Krychowiak jest o dwa lata młodszym zawodnikiem aniżeli Busquets. Komuś może się wydawać, iż ta różnica, plus zdecydowana różnica w wycenie obu piłkarzy, działa na korzyść Hiszpana, ale to jedynie wynik braku wyobraźni. Dwa lata to zdecydowanie dużo czasu, szczególnie w świecie futbolu by wznieść się na wyżyny, jak i stoczyć się na samo dno. Tu znów powołamy się na znany slogan: ‚Co by było gdyby…’ i zarysujemy dosyć realny zarys dalszej kariery Polaka na przełomie kolejnych dwóch lat, w których to podpisze on kontrakt z jednym z czołowych klubów Starego Kontynentu, oczywiście będąc dużym wzmocnieniem swojej nowej drużyny, przyczyniając się do zdobycia przez nią nie tylko krajowego mistrzostwa ale też trofeum Ligi Mistrzów. Indywidualnie osiągając wtedy świetne statystyki, windujące go na pierwszą pozycję wśród defensywnych pomocników Europy i zapewniając mu miejsce w najlepszej jedenastce roku na gali UEFA. I to tylko biorąc pod uwagę grę w barwach klubowych, a trzeba pamiętać, że w międzyczasie Krychowiak z dużymi nadziejami wystąpi także na Euro. Dwa lata. Niby nic takiego a jednak. Okres dwóch lat może Polakowi przynieść żniwa, o jakich Busquets będzie mógł już wtedy jedynie sobie przypominać. Ciężko bowiem przypuszczać, że za dwa lata Barcelona dalej będzie dzielić i rządzić w Europie. Przecież w futbolu wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie a jeśli Barcelona po, przypuśćmy, wygraniu kolejnej edycji Champions League, nie przebuduje znacząco swojej drużyny, prawdopodobnie znów da się zamknąć w czarnej dziurze wypalenia. Czy wtedy Busquets trafi na ławkę rezerwowych, czy może zdecyduje się na transfer do innego klubu, czyli wielką niewiadomą? Być może obu panom przyjdzie stoczyć jednak pojedynek o miejsce w wyjściowej jedenastce Dumy Katalonii? To zapewne byłoby ciekawym ale prawdopodobnie najmniej realnym scenariuszem…

To oczywiście tylko wyobrażenia przyszłości, zakładanie różnych wersji a przecież rozmawiamy o teraźniejszości i powodach, z jakich to Polak a nie reprezentant Hiszpanii, znalazł się w jedenastce roku France Football.
Wśród fanów Blaugrany pojawiają się głosy, jakoby miał to być zamierzony efekt, wręcz wymierzony w stronę katalońskiego klubu siarczysty policzek lub co też dało się słyszeć, efekt przeludnienia przedstawicieli tylko jednego klubu. Otóż, w jedenastce znalazło się już miejsce dla zdecydowanych pewniaków, czyli kolejno: Messiego, Neymara, Iniesty i Alvesa i dokooptowanie do tego grona kolejnego zawodnika katalońskiego klubu mogłoby zostać źle odebrane w piłkarskim światku ( choć dziennikarze ”L’Equipe” takich obaw jednak nie mieli ). Co jak co, ciężko taką wersję wydarzeń w ogóle brać pod uwagę, gdyż dominacja samego klubu z Katalonii jest tak duża, że ktoś próbujący obniżyć skalę ich sukcesów przez nie docenienie wyróżniających się w ich zespole piłkarzy wystawiłby się jedynie na pośmiewisko. Gdyby taki stan rzeczy miał mieć miejsce, pod ‚obstrzał’ wzięty zostałby któryś z czołowych zawodników, takich jak chociażby Iniesta czy Neymar. Po prostu, łatwiej niektórym szerzyć teorie spiskowe niż przyznać, że jeśli w drużynie prowadzonej przez Luisa Enrique jest kilku zawodników, których gra porywa za serce i najzwyczajniej w świecie zachwyca, to w śród nich nie ma niestety Sergio Busquetsa. Za to w takiej samej sytuacji ale u chłopaków z Andaluzji, najbardziej wyróżniającą się postacią w zespole jest właśnie Grzegorz Krychowiak. Co mecz, na boisku pozostawia serce i prawdopodobnie właśnie to urzekło w nim dziennikarzy France Football. Skoro nie widać znaczącej różnicy w grze dwójki zawodników pod względem statystycznym, oczy otwiera się na zupełnie inne walory, a tych zdecydowanie więcej jest po stronie Polaka. Prawdopodobnie wybierając jedenastkę roku 2015, redakcja FF rzeczywiście zobaczyła u Krychy iskrę, tę samą, którą miał on w sobie już na MŚ u-20 w Kanadzie. I być może kiedy ich koledzy po fachu z innych redakcji, kierowali się rozumem konstruując swoje jedenastki, kiedy woleli postawić na bezpieczny wybór, z którego nie będą się musieli zbytnio tłumaczyć, a który każdy piłkarski laik po prostu zaakceptuje, oni kierowali się sercem. Rozum i Serce, odwieczne dylematy, co rusz komplikujące życie i dostarczające nowych powodów do dyskusji.
Ale kiedy przeciwnicy wyboru Krychowiaka do jedenastki roku przez znany francuski tygodnik w dalszym ciągu będą powoływać się na wszelkie inne zestawienia, w których rywalizację wygrywa Busquets, niech zastanowią się dlaczego to Krychowiak został nominowany do drużyny roku UEFA, za to na próżno wśród kandydatów szukać hiszpańskiego defensora…

Statystyki:

LaLiga porównanie
Goal.com busquets krychowiak
WhoScored.com busquets krychowiak

LewanGOALski! Raz, dwa, trzy, cztery, pięć!

Cóż to był za mecz Lewandowskiego?! Dziś cały świat mówi tylko o nim. Zupełnie jak wtedy, kiedy wbił cztery gole Realowi…

https://www.youtube.com/watch?v=9YVh2DBTctg

Świat oszalał! Oszalały trybuny i internet. Oszalała ławka rezerwowych. Mina Guardioli mówi sama za siebie.

Lewy z każdym meczem pokazuje, że jeszcze się rozwija i chyba można już dziś śmiało stwierdzić, iż w ciągu najbliższych kilku sezonów, dwóch, może trzech, Robert będzie tym kimś, kto wyrwie z rąk Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo Złotą Piłkę. Oczywiście, do tego jesszcze długa droga ale… jeśli bije się kolejne rekordy w takim stylu i jeśli tamta dwójka na wzbije się już na wyższy poziom, niż ten, na którym obecnie się znajdują, a który wydaje się być już szczytowy, to wszystko jest realne. Lewandowskiemu wystarczy tylko zbliżyć się poziomem do tej dwójki. Walnąć króla strzelców w Bundeslidze i LM, zdobyć mistrzostwo i PN oraz dojść co najmniej do półfinału Champions League oraz razem z naszą Reprezentacją świetnie spisać się na Mistrzostwach Europy. Dużo? A w pięć bramek zdobytych w dziewięć minut ktoś wierzył? No właśnie. Przecież taki Lech (notabene były klub Lewandowskiego) tyle bramek zdobył ale w dziewięciu…meczach…

I pomyśleć, że gdyby Lewy pojawił się na boisku dopiero w 81 minucie meczu i dokonał tego wyczynu w ciągu ostatnich dziewięciu minut spotkania, zamiast noty marzeń przy jego nazwisku, zobaczylibyśmy zapewne krótką notkę – „Grał zbyt krótko aby ocenić jego grę” ;).

Real Madryt, czyli…powrót króla?

Ostatnie kilka lat nie były udane dla drużyny Królewskich. Brak najważniejszych trofeów co prawda nie doprowadził jeszcze do społecznego wyparcia tego zespołu z grona tych ‚najlepszych’ ale mocno obniżył jego akcje. Widać było, że łatka ‚tego drugiego’ i ciągłe oglądanie pleców Barcelony, mocno ciążyło zarówno piłkarzom, jak i kibicom Realu. Recepty na sukces nie potrafili znaleźć ani Cristiano Ronaldo, ani swego czasu uważany za najlepszego trenera w Europie, Jose Mourinho. Jeśli ktoś uważnie śledził zachowania ludzi związanych z tym zespołem w poprzednim sezonie, mógł nawet pomyśleć, iż ten wielki klub chyli się ku upadkowi. Odszedł trener, chodziły plotki o ucieczce największych gwiazd. I choć akurat one nie odnalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości to początek tego sezonu tylko potwierdzał teorię o pogłębiającym się kryzysie…
Sytuacja była jasna: Madrycka drużyna miała zostać dopiero trzecią siłą Primera Division, stając się już nie tylko wiecznym przegranym w pojedynkach z Blaugraną ale też z lokalnym rywalem, Atletico Madryt. Ci ostatni pokazali bowiem, iż nie interesuje ich druga pozycja w ligowej tabeli ale mają chrapkę na sięgnięcie po mistrzowski tytuł.
Kiedy więc dwaj najwięksi rywale w lidze kosili punkty seriami, Real wciąż się kompromitował. Wydawało się, że nie ma już dla nich nadziei. Tym bardziej, że nowe nabytki wspomnianej wyżej dwójki, Neymar i Villa wniosły wiele do swoich zespołów a sprowadzony za wielkie pieniądze Bale, sprawiał wrażenie nietrafionego, mocno przereklamowanego zakupu.
Nie wiadomo czy ktoś złośliwie odciął prąd ludziom rządzącym na Santiago Bernabeu, czy piłkarzom wsypywał coś do jedzenia a trenerowi przeszkadzał we śnie, wiadomo natomiast, że Real konał. Powoli i boleśnie. Aż do teraz…

Karta, która do tej pory stała po stronie rywali, odwróciła się. Los w końcu zaczął sprzyjać Królewskim. Real się odradza, wróć, Real się odrodził w wielkim stylu a brakującym do tej pory ogniwem w zespole okazał się właśnie Bale. Choć o zasługach Carlo Ancelottiego nie można przecież zapomnieć. W końcu to właśnie szkoleniowiec madryckiego zespołu znów pobudził tych piłkarzy do życia. Życia i gry na najwyższym poziomie. I co najważniejsze, dawno nie oglądaliśmy Realu, w którym błyszczy nie tylko jego największy skarb ale cała jedenastka. Wszyscy piłkarze, którzy wychodzą na murawę, w równym stopniu pomagają osiągnąć sukces. Bramkarz, defensywa i ofensywa, dosłownie każdy dorzuca coś od siebie. Mimo, że Ronaldo wciąż czaruje i osiąga kolejne pułapy swojej piłkarskiej wielkości, jego boiskowi koledzy przestali przy nim wyglądać blado. Wręcz przeciwnie, w końcu zaczynają mu dorównywać, może nie tyle umiejętnościami, co jakością zaangażowania i wkładu w sukcesy. A sukcesy te, świecą dziś blaskiem, jak stąd (czy Madrytu. jak kto woli) do Barcelony. Bo chyba właśnie tak, czyli oślepieniem spowodowanym dobrą grą Królewskich, można wytłumaczyć nagły zjazd Barcy i Atletico.

Sytuacja w Primera Division zmieniła się o 180 stopni. Na czele tabeli zaszła poważna zmiana. Już nie Duma Katalonii i nie Atletico rządzą w Hiszpanii ale właśnie zespół Carlo Ancelottiego. A fakt, że w ostatnich tygodniach lepiej od Barcelony i Los Rojiblancos spisują się gracze Valencii, Celty Vigo i Realu Sociedad, może dać sporo do myślenia.
Nic nie wskazuje na to, iż Królewscy mieliby nagle wpaść w dołek. Wręcz przeciwnie, zespół ten pewnym krokiem zmierza po odzyskanie krajowego tytułu i powrót na tron w Champions Ligue. Na dzień dzisiejszy, w Lidze Mistrzów nie ma bowiem na nich mocnych. To już nie ten sam Real, który dostawał łomot od Lewandowskiego i spółki. Dzisiejszy Real, mógłby z powodzeniem powalczyć o triumf na Alianz Arena z obecnymi mistrzami tych elitarnych rozgrywek. I przy okazji zaśmiać się wszystkim w twarz. Już jutro stanie przed ogromną szansą by dokonać tego na boisku swojego największego wroga i raczej jej nie zaprzepaści…
Bez wątpienia, jesteśmy właśnie świadkami wielkiego powrotu na futbolowe salony. Czy na sam szczyt? Czy Real znów będzie galaktyczny? Możliwe, choć z wyrokami warto się jeszcze wstrzymać. Ale już teraz warto im podziękować. Za grę, za emocje, za to, że znów są. Dla dobra futbolu.

http://www.youtube.com/watch?v=FOore-VWj64

Soczi odchodzi w zapomnienie, grała Europa!

Igrzyska Olimpijskie (tak piękne dla Polski) skończone a to oznacza mniej więcej tyle, że można skupić się na piłce. Tej największej, czyli rozgrywkach Champions Ligue, tej równie ciekawej, jaką oglądamy w najsilniejszych europejskich ligach i potyczkach reprezentacyjnych oraz tej najsłabszej, aczkolwiek dla nas najważniejszej, czyli rozgrywkach polskiej Ekstraklasy…

* Po pierwszej rundzie 1/8 finału Ligi Mistrzów, mamy już pewność, że czegokolwiek nie tknąłby się Zlatan Ibrahimović, zamienia się to w złoto… a raczej piękne bramki, ważne punkty i wielką kasę. PSG pewnie kroczy po mistrzostwo Francji i wielki sukces w najbardziej elitarnych rozgrywkach klubowych w Europie. Czy takim byłby awans do ćwierćfinału? Nie na ten moment. Paryżanie mierzą o wiele wyżej i nikt raczej nie śmiałby ich z tego powodu krytykować. Jeśli, któraś drużyna zasługuje na miano ‚czarnego konia’ Champions Ligue, to jest nią właśnie Paris Saint Germain. Z Ibrą na czele, oczywiście ;-). Bo czy ktoś z pełną świadomością, bez choćby cienia wątpliwości, skreśliłby PSG z potencjalnych finalistów tych rozgrywek? Raczej nie. Już w zeszłym sezonie francuska ekipa pokazała klasę, trochę pechowo odpadając z Barceloną, w tym  jest już o wiele silniejsza, z większą dawką doświadczenia i wiary w swoje możliwości…

http://www.youtube.com/watch?v=upCjF7geALI

 

* Zupełnie inaczej niż w przypadku PSG wyglądają dziś europejskie szanse Manchesteru City… Miał być pogrom, miała być wielka sensacja i wielka feta spowodowana wyeliminowaniem Baugrany a jest… po ptokach. 0-2 i Barca na 99% gra dalej. To już nie ta sama drużyna, nie ta sama klasa co kiedyś a siła zespołu jakby dalej podobna. I kto ich zrozumie? A może to nie tak, jak nam się wydaje. Może Katalończycy są słabi a niebieska część Manchesteru jeszcze słabsza i tak właśnie urosła legenda o powrocie Barcelony do swojej najwyższej formy? Patrząc na ich ostatnie wyniki ligowe, można uwierzyć w taki scenariusz Tym bardziej, że gdyby nie Demichelis, sprawa awansu mogłaby być dalej otwarta…

*Niespodzianki nie było także w Londynie, gdzie po zwycięstwo sięgnął ubiegłoroczny zwycięzca Champions Ligue, Bayern Monachium. Bohaterami niemieckiej ekipy zostali na spółkę, Oezil i Szczęsny. Gdyby nie ci dwaj Panowie, goście do domu mogliby wracać ze łzami w oczach a tak, rzewnymi łzami zalali się… Kanonierzy. W ogóle, może się okazać, że 1/8 okaże się ostatnim etapem rywalizacji dla angielskich drużyn. Istnieje duże ryzyko, że los City i Arsenalu podzielą także Chelsea i United. Ba, przy sprzyjających wiatrach może się okazać, że jedyną ekipą z Premier Ligue, która pozostanie w LM będą Czerwone Diabły, czyli wielcy przegrani obecnego sezonu. Dacie wiarę?

http://www.youtube.com/watch?v=kZ8kzLhtcg4

*O dużym szczęściu może za to mówić Atletico Madryt, które wywiozło z San Siro cenne zwycięstwo, mimo, że przez większość spotkania usilnie próbowało odbijać ataki Rossonerich. Gdyby nie zaczarowana bramka… wszem i wobec można by było zakomunikować: Atletico Madryt złapało dołek. Atletico stacza się coraz niżej czy raczej, Atletico wraca tam gdzie jego miejsce. W tej wojnie, w wojnie o 1/4 Ligi Mistrzów, jeszcze nic nie jest pewne. Bo przecież Milan, przeciwnie niż jego rywal, wraca do formy. Milan pod wodzą nowego szkoleniowca, Clarence’a Seedorfa chce znów zdobywać szczyty. I nie jest wcale powiedziane, że mu się to nie uda…

http://www.youtube.com/watch?v=Q-Gd97OmJQM

W Lidze Mistrzów jest ciekawie, a w najsilniejszych ligach? Tak samo. Tam również króluje Ibra! Choć trzeba przyznać, że tym razem to nie on jest autorem najładniejszego gola i także nie on strzelił w ten weekend najwięcej goli ale o tym przecież później ;-). Na razie:

http://www.youtube.com/watch?v=nBz3jS_dCQs

http://www.youtube.com/watch?v=auHW2QQI9-8

http://www.youtube.com/watch?v=pA426rfp_Gs

http://www.youtube.com/watch?v=qeq0oVncwk8

http://www.youtube.com/watch?v=lwb4qaY-psE

http://www.youtube.com/watch?v=brnbBnHo8jM

 

 

 

Ale to już było… czyli Boruc zaKuszczakował.

Każdy już chyba widział wczorajszą wpadkę Artura Boruca…

https://www.youtube.com/watch?v=-J0V9fxSQO0

Kibice, przede wszystkim ci polscy i angielscy zachwycali się dotąd wyśmienitą formą polskiego golkipera by już wczoraj, w 13 sekundzie wyjazdowego spotkania ze Stoke, przecierali oczy ze zdumienia.
Boruc popełnił karygodny błąd, klops z natury tych największych.  Śmiać się? Wyszydzać? Nic z tych rzeczy. Może w Anglii czy innym kraju właśnie w ten sposób będą reagować tamtejsi fani ale w Polsce? Przecież my to już przerabialiśmy. Na każdym, kto wcześniej widział wyczyn Tomasza Kuszczaka z meczu z Kolumbią, tak samo puszczony babol u innego bramkarza, nie zrobił większego wrażenia. Reakcja, która zapewne wystąpiła u każdego z nas, była raczej ukierunkowana w stronę zdziwienia pomieszanego ze współczuciem i niewinnym uśmieszkiem, właśnie z powodu skopiowania tego niechlubnego wyczynu od swojego kolegi z Reprezentacji Polski.

Nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz Artur Boruc uraczył nas mega wpadką, która jednocześnie nie ma większego wpływu ani na jego aktualną formę ani przebieg całej kariery. Występujący na co dzień w Premier Ligue golkiper ma niesamowicie silną psychikę, dzięki której, nawet po fatalnym kiksie w jego wykonaniu, wciąż zachowuje on miejsce na piedestale najlepszych bramkarzy świata, wśród największych i najbardziej klasowych zawodników na tej pozycji.
To właśnie dzięki połączeniu niezwykłych umiejętności i charyzmy, kibice stoją za Borucem murem. Krzywdy zrobić mu nie dadzą a w trudnej chwili, takiej jak ta wczoraj, będą go wspierać zamiast z niego szydzić.
On sam, przeprosił wszystkich po wczorajszym błędzie i zapowiedział, że… odrobi te dwa stracone punkty. Trzymamy za słowo! Liczymy na to, że za kilka kolejek, cała europejska stawka, z bramkarzem Romy na czele, będą oglądać plecy Boruca w klasyfikacji na najmniej straconych bramek. Nikt przecież nie będzie wypominał kilku, nawet najgorszych pojedynczych baboli, jeśli w przekroju całego sezonu Boruc będzie utrzymywał tak kapitalne statystyki, jakimi może się na dzień dzisiejszy pochwalić…